Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

*

Już w wieku pięciu lat mała Marynia odnalazła pomiędzy stertami zakurzonych książek swoich wykształconych rodziców stare wydanie księgi Koranu. Z uwagą przeglądała strony, dokładnie analizując arabskie litery. Po latach pasja powróciła. Dziewiętnastoletnia już Maria jako kierunek studiów wybrała arabistykę.
Po pierwszym, niezwykle udanym roku edukacji, zakończonym średnią 5,0 Marysia dostała od rodziców nagrodę. Wspaniałą, trzytygodniową wycieczkę do Arabii Saudyjskiej. Tam dziewczyna miała poznać odpowiedzi na jeszcze nurtujące ją pytania, zasmakować kultury, a co najważniejsze sprawdzić swój szlifowany na codziennych korepetycjach język arabski.
Wszystko układało się zgodnie z założeniami, wymyślonymi w samolocie z nudy, pomiędzy okresami, kiedy wymiotowała. Czterogwiazdkowy hotel, przystojni hotelowi boye i doskonała pogoda, pobudzająca wszystkie szary komórki do sprężenia się przynajmniej na te kilkanaście dni.
Pierwsze wyjście z hotelu było niezwykle ekscytujące. Marynia przemierzała wspaniałe, bogate osiedla, pełne wytwornych sklepów, klubów czy wystaw. Wszystko otaczały rozłożyste palmy, rzucając cienie, pozwalające niekiedy na chwilę oddechu. Pierwszym poważnym sprawdzianem stała się wizyta w aptece. Dziewczyna z roztargnienia zapomniała wziąć ze sobą tamponów co niestety w niedalekiej przyszłości nie układałoby skonsolidowanej kompozycji z jej śnieżnobiałą spódnicą. Starała się niezwykle dokładnie, przy użyciu języka migowego powiedzieć na jakim gruncie osadzony jest jej problem, jednak powoli czuła, iż to przekracza jej niemałe, jak dotąd sądziła, możliwości. Farmaceutka znosiła na ladę coraz ciekawsze rzeczy. Arabską odmianę polskich marsjanków, rosyjskie pampersy czy tadżyckie smoczki z dołączoną gratis kaszką podlaskiej firmy Mlekovita. Marynia już miała skapitulować. W jej wyobraźni krążyły przerażające wizje o tym jak zalewa się krwią przy wszystkich. To byłoby straszne – taka myśl przepływała zgodnie przez wszystkie korytarze jej mózgu. Ale nagle obok Maryni pojawił się jakiś mężczyzna, który przedstawił się jako Hassan Muhemed Al – Dossary.
- Hi girl. I speak english, zulu, bangladeshian, srilankan and kashubian. What are you buying now?
- Oh hi, my name’s Marynia Felicjańska-Świętojańska. I come from Poland.
- Oh cusz za sudowna sprejwa. I was in Polska tu jers egoł.
- Fantastic! Ahmed ja chciałabym dokonać zakupu tamponów, czy mógłbyś..?
- Oh no problem.

Hassan stanął na wysokości zadania. Nie dość, że pomógł Maryni w tak delikatnej sprawie, to zaoferował swoje usługi na przyszłość. Jak się później okazało był miejscowym, niezwykle cenionym przewodnikiem.
Zaczęli się spotykać. Chodzili na długie poranne i wieczorne spacery, podczas których nie lękali się poruszać tematów trudnych, często uważanych za marginalne w tym pojebanym – jak mawiał Hassan – świecie. Rozmawiali w różnych językach. Najczęściej łamanym arabskim z domieszką angielskiego i kaszubskiego (tutaj chcąc oszczędzić kłopotów zamieszczam rozmowę w luźnym tłumaczeniu na polski).
- Hassan?
- Tak Maryniu?
- Czy moja twarz nie przypomina ci kogoś znanego, niezwykłego?
- Hmm... Podpuszczasz mnie. Przecież każdy człowiek na swój sposób jest...
- Dobrze wiesz, iż nie o to mi chodzi.
- Tak więc – Hassan skoncentrował swój wzrok na przetłuszczonej twarzy Maryni – Wiem! Sara Connor!
- Aj wszyscy faceci są tacy sami, nawet tu w Arabii... No przecież Mona Liza!
- Faktycznie! Jak ulał, ale ty nie masz trójki po lewej stronie...
- Cśś. Szczegóły zostaw ekspertom, sam niedawno powiedziałeś, że to co najważniejsze człowiek ma w środku.

Dni mijały nieubłaganie. Marynia i Ahmed zwiedzili wszystkie lokalne muzea, wystawy i niekończące się plaże. Góra lodowa tkwiąca pomiędzy nimi niemal stopniała, teraz każda melodia ich rozmowy pobrzmiewała bez zbędnych nut tajemniczości.
- Ahmed? – rzekła Marynia, grzebiąc w swojej torebce.
- Tak?
- Może poszlibyśmy do meczetu? – zaczęła pudrować lśniący nosek.
- Ale ja... Ja jestem katolikiem.
- Co? A to w jaki sposób?
- Bo widzisz... Będąc kilkunastoletnim chłopcem musiałem już zacząć dbać o siebie, dlatego nie mogłem pozwolić sobie na dokładne pielęgnowanie wartości religijnych... Przeszedłem więc na katolicyzm, tak było wygodniej, a poza tym goscił niegdyś u nas taki ksiądz, Włoch chyba i jak się napił powiedział, że urwie mi jaja, byłem wtedy mały, bałem się...
- Aha, rozumiem cię.
- Mam nadzieję, że nie jest ci przykro?
- Nie, skąd, ale ja będąc jeszcze w liceum, pod wpływem fascynacji, przeszłam na islam.
- Nie rozmawiajmy o tym – Hassan odebrał z dłoni Maryni pudełeczko pudru i przytulił kobietę do piersi.
- Jestem taka szczęśliwa Hassanie, mów do mnie Leilo...
Hassan zakrztusił się drinkiem, ale po chwili doszedł do siebie.
- Jasne, jak sobie życzysz Leilo – rzucił mimowolnie uśmiech, który jednak niechcący zawadził o obszar, kontrolowany wzrokiem nieznanego mężczyzny spod baru. Tajemniczy jegomość natychmiast zaczął coś kreślić na małej karteczce, po czym wstał i rzucił wiadomość na stolik Hassana.
- Przystojny co? – westchnęła Marynia.
- A jak! – odpowiedział Hassan i oboje wybuchli śmiechem. Arab spojrzał na Polkę, niczym katolik na muzułmankę i zagłębił się we własne myśli. Dryfował pomiędzy startami zbędnej makulatury przeszłości, że dopiero teraz dane im było się spotkać, dotknąć czy pomedytować nad brzegiem hotelowego basenu.
- Pokażę ci fajne miejsce, chcesz? – Hassan wprowadził na plac konwersacji nowy wątek.
- A co to ma być? – Marynia nie zrozumiała intencji, potwierdzając poniekąd opinię, iż jest mniej więcej tak samo inteligentna jak plastikowa lalunia z opakowania jej ulubionej margaryny ‘’Marynia’’.
- Niespodzianka.
- Pojedziemy gdzieś?
- Tak. Pakuj się.
W jednej chwili piękne, pomalowane w beżowym odcieniu powieki Maryni okryła czarna chusta. W takim stanie weszła do samochodu i komfortowo wtopiła swoje cielsko w siedzenie (polski akcent – pokrowiec na siedzenia pochodził z grodziskiej fabryki Groclin).
- Kotku gdzie mnie wieziesz?
- Cśśś, bo niespodzianki nie będzie.
- Powiedz!
- Nie histeryzuj!
- Poczekam jeszcze trochę, ale zaraz...
- O już jesteśmy, siedź spokojnie.
Hassan wysiadł z samochodu i podszedł do drzwi z drugiej strony, wyciągając Marynię za delikatną rączkę. Szli kilka minut w grobowej ciszy. W pewnej chwili opaska została zerwana.
- A teraz zacznij kopać swój grób – rzucił ni stąd ni zowąd Hassan.
- A... Ale... – Leilę wcięło w margines tej skrajnej sytuacji.
- Kop kurwa! Ile razy mam jeszcze mówić! Masz tutaj łopatę.
Kolejne szufle ziemi spadały za plecy dziewczyny. Tymczasem Hassan spokojnie ćmił papierosa.
- Skończyłam – zakomunikowała Marynia.
- Właź do środka.
- A co mi zrobisz?
- No właź! – Hassan wyjął pistolet. Marynia drżącym krokiem przemieściła się do bunkra. Zastygła w bezruchu. Hassan roześmiał się wesoło.
- Happy birthday kochanie! Przecież dzisiaj są twoje urodziny! - krzyknął i wyzrucił daleko gnata, który był jedynie plastikową atrapą.
- Ty chu... – miała już krzyknąć Marynia jednak Hassan podbiegł do niej i przy pomocy pocałunku, dokonał rzeczy niemal niemożliwej – zamknął usta kobiecie.
Dalej wszystko potoczyło się już stereotypowo. Ble, ble, ble, miłostki i takie sprawy. Trwało to do ostatniego dnia pobytu Maryni w Arabii Saudyjskiej. Po południu zakochani wybrali się na spacer po dziewiczych obłokach swojej wyobraźni. Siedząc w hotelowym pokoju i wdychając tani towar, zakupiony od równie tanio wyglądającego rzezimieszka, roztaczali fascynujące wizje. W pewnym momencie z kształtnej piersi Leili wyrwał się dźwięk, z perspektywy Hassana tak realny jak ustanowienie 3% vatu w Polsce na usługi internetowe.
- Hassaniku, pojechałbyś może ze mną?
- Kochanie, chętnie rzuciłbym to wszystko w cholerę, specjalnie dla ciebie, lecz twój lot jest zaplanowany na dzisiejszy wieczór, nie stać mnie na bilet.
- Nie bój się, kupiłam już – Marynia uwydatniła szeroki uśmiech, jednocześnie poruszając swoją dźwiękoszczelną na wszelkiego rodzaju odmowy parę uszu.
- Zaskakujesz mnie...
- To wszystko z miłości. Więc jak będzie?
- Tak, no pewnie – Hassan otarł dłonią pot z szyi jak gdyby chciał odpędzić widmo noża na gardle – Idę się pakować. Spotykamy się wieczorem na lotnisku.
- Kocham cię.
- Ja ciebie też.

Noc zalała miasto. W powietrzu unosił się jej przenikliwy aromat, niesiony niesłabnącym wrzątkiem ludzkich rozmów. Hassan dobył z kieszeni szklane oko swojego dziadka – pamiątkę, którą przodek pozostawił mu na łożu śmierci. Chuchnął nań. Później uniósł ręce do góry jakby chciał pozdrowić Hassana Mohameda seniora. Teraz albo nigdy – rzekł.

W schludnym samolocie wszystko było nieprzyzwoicie najlepsze i cnotliwe. Hassana dopadła biała gorączka, skutek uboczny strachu przed lataniem. Lada moment nadejdzie biegunka – stwierdził, kiedy samolot oderwał koła od płyty lotniska. Jednak Marynia wcisnęła mu w gardło garść tabletek węgla i kazała zapić kwasem chlebowym. Mężczyzna jakoś dotrwał do końca podróży.
Perspektywa wspólnego mieszkania pod jednym dachem z arabem nieco zaskoczyła rodziców Maryni, jednak starali się tego zbytnio nie okazywać. Chociaż na wszelki wypadek swojego przyszłego zięcia położyli w pokoju, dostępu do którego broniły drzwi, umocnione dodatkowo na wypadek wybuchu bomby.
Wszystko układało się świetnie. Marynia przynosiła z uczelni same oceny bardzo dobre, profesorowie chwalili jej niezwykły talent i zapał, a jeden nawet przedwcześnie wyznaczył dziewczynie tematy mające na celu przyswojenie staroarabskiego.
Pewnego dnia młodzi spacerując parkową aleją, w rytm jesiennego słońca zbliżyli się do siebie na dotychczas nieprzewidzianą odległość, a spowodowane było to tym, że Hassan oświadczył się Leili. Czyżby historia powróciła po tylu latach i zakończyła się szczęśliwie? – teraz te myśli spędzały sen z powiek lokalnym plotkarom. Marynia powiedziała tak, lecz w środku nie do końca wierzyła swojemu narzeczonemu. Pamiętała, pomimo zdenerwowania, które wtedy czuła kopanie grobu, gdzieś na arabskim odludziu czy przemilczane we wcześniejszej części tekstu wywody Hassana na temat śmierci. Zła strona jej duszy tłumaczyła to tym, iż chłopak ukończył filozofię, studiując równolegle geografię.

Nadszedł dzień ślubu. W wąskim przejściu urzędu stanu cywilnego stał człowiek na człowieku. W końcu jakaś łaskawa pani wyszła z pokoju i zaprosiła wszystkich do środka.
- Moich rodziców nie będzie – rzuciła Marynia na wejściu.
- Jak to?
- Nie mogli. Po prostu.
- Tak bez nich.
- Bez obaw, to tylko ślub cywilny.
Urzędniczka pomału rozpoczynała tradycyjny rytuał, kiedy nagle Hassan rozerwał swoją jasnoniebieską koszulę, ukazując owłosiony tors. Na całym popiersiu miał naklejone ładunki. Wszyscy zrobili wielkie oczy i już mieli uciekać, jednak młody Saudyjczyk zdobył się na przemówienie.
- Ładunek jest zbyt mocny. Nie uciekniecie przed śmiercią choćbyście bardzo chcieli.
Zapanowała zręczna chwila ciszy. Nagle Hassan uśmiechnął się od ucha do ucha.
- Ha, ha! Ale was nabrałem! Leilusio ty był żart! Pamietasz to kopanie grobu?
- Tak, tak, ale patrz co narobiłeś – Marynia wskazała palcem w kierunku osuniętej na podłogę starszej urzędniczki, którą próbował docucić pomagier urzędowego elektryka. W trybie natychmiastowym należało znaleźć jakieś wyjście awaryjne. Po pół godzinie w gmachu zjawił się mężczyzna, upoważniony do przeprowadzania tego rodzaju uroczystości.
- Hassanie, bądź poważny. Tym razem bądź – rzucił na wejściu urzędnik, sądząc po wyglądzie – równolatek poprzedniczki.
- Oczywiście.
Jednak nim zdążył rozpocząć całą ceremonię, Marynia zerwała górę swojej sukienki, odsłaniając tułów pokryty materiałami wybuchowymi.
- Całe życie na to czekałam – rozpoczęła – więc w gwoli wyjaśnienia, jeżeli już macie zginąć. Wszystko zaczęło się w wieku dziesięciu lat, już wtedy wymyśliłam ten atak, ale czekałam i czekałam na odpowiedni moment... Chciałam wyjebać w kosmos jakiś kościół, równocześnie zachowując równowagę ducha przed pójściem do nieba. Okazało się to niewykonalne...
Chwilę później mieszkańcy miasta poczuli eksplozję. Wszystkie gołębie zerwały się z okolicznych domów, upuszczając kilka kup na żarzące się jeszcze pobojowisko.

Opublikowano

Witam!!!
Ten odcinek jest lepszy od poprzedniego. Nikt się nie mógł spodziewać, że terrorystką okaże się kobieta i to w dodatku jeszcze z kraju nadwiślańskiego. Sprytnie odwróciłeś uwagę czytelnika poprzez scenę z kopaniem grobu, by później przywalić na finisz.
Z interpunkcją radzisz sobie coraz lepiej. Przed "co" zgubiłeś przecinek.
Ogólnie to tekst jest wciągający.
Tak trzymaj!!!

Opublikowano

No tak, wiemy, że nas zaskoczysz, ale nie wiadomo jak, kiedy i gdzie... Kluczysz, lawirujesz, wyprowadzasz w pole, aby w końcu "przywalić w łeb" w najmniej spodziewanym momencie :-))))). Przednia zabawa! :-)). Z tekstu na tekst coraz fajniej, jakieś nowe sformułowania się pojawiają. Rozwijasz się w tempie ponaddźwiękowym :-)

Opublikowano

Jay Jay wprowadziłeś do opowiadania niesamowitą atmosferę; ciekawość dodatkowo pogłębiłeś dzięki zastosowaniu zwrotów akcji . pozatym, standardowo w Twoim wykonaniu nieoczekiwane zakończenie, wszystko na +

pozdrawiam serdecznie Espena Sway :)

Opublikowano

nie jestem znawcą pisania prozy - uwielbiam ją czytać, dlatego na tym forum spędzam bardzo wiele czasu :-) i zawsze podobało mi się Jay twoje pisanie. zaskakiwałeś mnie - tak jak wszystkich. jednakże tym razem nie przypadło to w moje gusta. ja tam od razu się domyśliłam, że ona ich wysadzi ;-) ale sama akcja jest przekombinowana. kurczę, jak czytam niektóre twoje opowiadania to mi ciarki przechodzą. teraz nie przeszły. moim subiektywnym zdaniem (a czy zdanie może być obiektywne? ;p) niższy niż zawsze Kapuściński, ale ze swoim Jayowskim akcentem ;-)

pozdrawiam
kalina

Opublikowano

Jak zwykle u Ciebie dobry pomysł, zabawny tekst, zaskakujący finał, ale tym razem przefajnowałeś. Trochę pokrętna stylistyka jest do przyjęcia, popełniłeś jednakowoż jeden kardynalny błąd: piszesz o wizycie Marysi (może już Miriam) w barze, wspominasz też o plaży naturystów. I gdzie to wszystko lokalizujesz? W Arabii Saudyjskiej - najbardziej muzułmańskim wśród muzułmańskich państw, gdzie system prawny oparty jest na szariacie.
No, gdybyś to przeniósł do Egiptu, czy Tunezji, to jeszcze, choć nie sądzę, by i tam były plaze dla golasów.

Opublikowano

Na początek literówka "wszystkie szary komórki" I imę chłopaka raz Hassan, co by wynikało ze sposoby przedstawienia się, ale skąd Ahmed? IMO przekombinowane trochę, wyrzuciłbym zbędne rekwizyty, np towar przed wylotem. Rozumiem pisane w pewnej konwencji, ale jest troche nadmiaru w tym wszystkich. I dygresje narratora te o tym tłumaczeniu i fotelach z Groclinu, też nic nie wnoszą, na pewno ta pierwsza, to się rozumie samo przez się, choć sam dialog napisany w stylu kaszubsko-angielsko-arabskim byłby świetny, tą drugą zamieniłbym na jakąś dygresję w stylu fotele z oryginalną groclińską tapicerką.
I tak na zakończenie zakręcone, Arab katolik, Polka muzułmanka-terrorystka. Masz pomysły:-)
Pozdrawiam
W

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • @andrew @wiedźma @LessLove @Alicja_Wysocka @Kwiatuszek @Posem serdecznie Wam dziękuję

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • @jjzielezinski   I ze wzajemnością! Wszystko mam czarno na białym! W dokumentach - to są formalne dowody! A pan by wszystko chciał, abym publicznie opublikował? Po co i w jakim celu? Takich rzeczy nie wolno ujawniać! To pokazanie na tacy wrogom własnych argumentów formalnoprawnych! Serdecznie zapraszam na mój esej pod tytułem - "Jasinizm" - tam opublikowałem wszystkie badania, a pan? Istnieje jeszcze badanie wiarygodności - wiarografem - zrobi to pan?   I jeszcze jedno: oskarżył mnie pan o kłamstwo bez udowodnienia, a na to jest - artykuł 234 kodeksu karnego - od trzech miesięcy do pięciu lat pozbawienia wolności.  
    • Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

      No nie ma wyboru :) Pozdrawiam!
    • ]WIELKA FLAMANDZKA[ "Κάτω από το .40 δεν υπάρχει λαός. Πάνω από το .50 δεν υπάρχει Θεός" - Φ. Νίτσε, Ο πρωκτός του Ζαρατούστρα Flamandki idą w tan, nie mówiąc nic Nie mówi im  nic niedzielny dzwon  Flamandki idą w tan, nie idąc w noc Flamandki to nie mówiący typ  Idą w tan, bo mają dwadzieścia lat Wiek, gdy musisz zaręczyć się  Zaręczyć, by móc wziąć ślub Ślub, byś  dzieci mieć mógł Tak uczyli  rodzice nas Mnich, i Eminencja sam Arcykapłan, co w katedrze jest  Dlatego tak, dlatego tak idą w tan  Flamandki  Flamandki  Fla- Fla- Fla-  Flan Idą w tan, nie idąc w dreszcz Nie idą w dreszcz w niedzielny dzwon  Idą w tan, nie roniąc łez  Flamandki nie ze łzawych są Idą, bo minął trzydziesty rok A to rok, gdy dobrze pokazać, że Wszystko dobrze, dzieci rodzą się Jak chmiel i żyto w krąg  Że dumą rodziców są  I Mnicha, i Eminencji, co  Kapłanem tu w katedrze jest  Dlatego tak, dlatego tańczą wciąż Flamandki  Flamandki  Fla- Flo Flamandki idą w tan, nie brnąc w śmiech Nie brną w śmiech, w dzwonu broń Nie brną w śmiech, bo śmiech to grzech Flamandki nie mają zmysłu doń Tańczą wciąż, choć już sześć dych - Dostojny wiek, czas pokazać, że Dobrze jest, wnuki wyszły ci Jak chmiel i żyto w szkle  Wszystkie spowite w czerń  Jak Mnich, Eminencja Jej Co w klasztorze pędzi też Dziedziczą ją, jak tan ten Flamandki  Flamandki  Fla- Fla- Flen Flamandki dą w tan, choć minęło lat sto  A nasz sto musisz wykazać się Pokazać, że umiesz wychylić szkło  Z chmielu i żyta, co utrzymało cię Idą w sto pas do przodków, w ten sam dzwon Co mnich, a nawet Ekscelencja, co Archiprezbitrem post mortem zrobili go I dlatego idą jeszcze raz w tan, to szkło  Idą w tan, choć nie chce zgiąć się krzyż, Zdjąć się krzyż, ten wielki dzwon Wziąć ten krzyż, krzyż lżejszy niż Tan tan, tan ten po zgon Flamandki Flamandki Fla- Fla- Pa pa Pavulon...     (MAŁY GATSBY) 'Out stultum caedis Out stultorum caedebas" M. Aurelius, Ars philosophiae. Maraton, mar-a-ton Mara, Mara, Marathon Dołącz się, włącz się w maraton nasz  Zawsze idziemy w tan, gdy muzyka gra Dołącz do nas, pod ręką maraton masz  Tan, tan, za nocy i dnia Tan, bo wokół lat dwudziestych ryk Ryk, bo w wannie skończył się gin  Lecz w W-D-O-W-D i odkupienie win Do sławy szlak i mocny życia łyk  Lindbergh, Liberty Dzwon Wciąż niemy film, gra Al Capone Czarny, Czarny Poniedziałek, upadek giełd Lecz ty wciąż w tańcz, tańcz, nieważny געלט Maraton, mar-a-ton Mara, Mara, pij ten bełt Dołącz się, włącz się w maraton nasz  Zawsze idziemy w tan, gdy muzyka gra Dołącz do nas, pod ręką maraton  masz  Tan, tan, za nocy i dnia Tan, bo w nas lat trzydziestych jęk  Jęk, bo wokół gonitwy zgiełk Buster ma kamienną twarz, lecz Charliemu świat pękł  Kupony, slamsy, z Frankensteina piekł   Adolf wszedł  za to z  Hindenburga trup NEP i zboże dorodne jak elektryczny słup  Zadzwoń do  brokera i miętusy kup  Maraton, mar-a-ton Mara, Mara, cię rżnął głup! Dołącz się, włącz się w nas Zawsze idziemy w tan, muzyka gra Dołącz, pod ręką  masz  Tan, tan, za nocy i dnia Tan, bo wokół lat czterdziestych dym Dym, bo trąby sławy grzmią tym Co nadchodzą, kładąc rym, Gdzie Dachau, Hakenkreuz, i Gott mit Ihm "Ósmego dnia stworzył Bóg Grzybć",  Jako ersatz Trwać wyst. Oppenheimer, R.!!! Pokój słodki tak, jak twa mać  Więc tańcz jeszcze tańcz, nim oddasz życia ster  Maraton, mar-a-ton Mara, Mara, Marathon Maraton, maraton Mara, Mara, mara zer  Dołącz, włącz się w maraton nasz  Zawsze idziemy w tan, gdy muzyka gra Dołącz, pod ręką maraton  masz  Tan, tan, za nocy i dnia Tan, bo wokół lat pięćdziesiątych śpiew  Śpiew bo jednak po coś była ta krew  I już sześćdziesiątych swing prawom wbrew I siedemdziesiątych piasku gniew Następnych z Wall Street wilczy zew Potem Stadion X, dalej koniec World I  pracujący bez cztery L Wszystkich na Mars wyśle Elon nas Przyjemność dla mas, wdzięki  z Only Fans,  Więc tańcz, wtańcz nas w ten radosny czas! Maraton, maraton Mara, Mara, Mara, but by was!  Dołącz, włącz  maraton nasz Zawsze  w tan, gdy gra Dołącz, masz Tan dnia Więc idź w dym, dym jak Rzym! Rzym, więc zaświadcz życiem swym, gdzie Krym. Tan, bo lat dwudziestych skamla pies Pies, bo dni kres Kres, bo bój ma gest Gest choć, choć krwi dość jest Tan lat skamla jak pies Pies, bo kres Kres, bo gest Gest choć, chodź, jest
    • @Jacek_Suchowicz   Dziękuję    Łukasz Jasiński 
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...