Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Kto mnie czyta na bieżąco ten wie,

że miałem użyć jeszcze obywatela Żerebcowa w innym utworze niż

"Szare eminencje".

Więc proszę oto nowa proza poetycka z postacią niesamowitego poety.

 

Amerykański studebaker,

przedzierał się przez zaspy,

plątaninę krzaków 

i zwalonych

siarczystym mrozem drzew,

niczym wściekły i głodny niedźwiedź.

Potężny silnik ciężarówki

charczał, kaszlał

i wył wchodząc na najwyższe obroty.

Śledziłem każdy jej ruch, 

od kiedy tylko

wychynęła zza odległego 

zakrętu u stóp niewielkiego wzgórza.

Rozkazałem pilnować więźniów

w budynku posterunku

a sam wyszedłem na spotkanie tych, którzy mieli uwolnić mnie 

od tego problematycznego balastu 

który często pozbawiał mnie spokojnego snu

a jeszcze częściej wiary 

w racjonalne

pojmowanie rzeczywistości.

 

 

Byłem wyznaczony na stanowisko 

nadzorcy obozu pracy nr 233.

Łagru dla szczególnie

wrogich i niebezpiecznych

dla systemu 

więźniów politycznych.

Zakończona ledwie pół roku temu 

Wielka Wojna Ojczyźniana

nie zatrzymała nawet na chwilę maszyny śmierci, 

która zbierała swe okrutne żniwo

na tym zapomnianym

przez wszelką cywilizację 

i oczy świata

skrawku terenu

gdzieś na zachód od Irkucka.

Przybywali tu i ginęli

setkami, tysiącami.

Pociągi i ciężarówki 

były pełne żywych i umarłych.

Śmierć w trakcie drogi

lub zaraz po przybyciu,

równała się tu łasce i miłosierdziu.

Ci którzy opierali się śmierci,

nie mogli robić tego w nieskończoność.

Pięć lat katorgi,

było prawie pewnym wyrokiem śmierci.

Zdecydowana większość miała wyroki 

od piętnastu lat do dożywocia.

Umierali w obozach,

kopalniach, hutach, 

przy budowie dróg i tras kolejowych.

Umierali w tajdze.

Głód, tyfus, czerwonka,

kule strażników.

Te też były oznaką miłosierdzia.

Często nie kopano nawet mogił.

Zrzucano ciała w lasach

a zwierzyna i czas robiły

co do nich należało.

Wszędzie wokół chodzono po kościach 

jak po świeżo wybrukowanym 

moskiewskim prospekcie.

 

 

Nie ma to jednak znaczenia.

Śmierć miliona to tylko statystyka,

dla słabych, uczuciowych umysłów.

Walka musiała trwać.

Element reakcyjny i burżuazyjny 

należało wyplenić.

Tak samo jak inteligencję.

Sierp i młot miały ściąć i zgnieść 

epokę carskiej szabli

i poetyckiego pióra.

Byli jednak tacy niezłomni,

którzy nie trwożyli przed obozami,

kulami, chorobami, sierpem ani młotem

a nawet gniewem czerwonego cara.

Przeżywali lata więzienia czy łagru.

Odnotowywano niby ich śmierć.

A potem łapano ich gdzieś w kraju

po raz wtóry, trzeci… dziesiąty.

Osadzano, umierali i odradzali się 

w innym miejscu tylko po to 

by dać się z czasem schwytać 

i koło się zamykało.

Niektórzy modlili się do nich

jak do ikon.

 

 

Byli święci choć przeklęci.

Był wśród nich najsłynniejszy wyklęty.

I za kilka chwil 

będę mógł gościć go 

w progu swego obozu.

Aż trudno uwierzyć, 

że cały komitet centralny 

drży z przestrachu 

na samo wspomnienie jego imienia.

Mówi się, 

że pojawił się w kraju 

zaraz po rewolucji październikowej.

I przez te prawie trzydzieści lat.

Ciągle unika wyroków śmierci.

Lecz schwytać można go łatwo.

Nie ukrywa się zbyt dobrze.

Cały czas piszę i wydaje w podziemiu,

swoje wiersze i książki.

Mówi się, że piekło go zrodziło.

Piekło go posłało, chroni go

i odradza w kółko.

Taki on święty 

a pakt podobno przed laty 

zawiązał z Diabłem.

Piekło wydaje jego dzieła.

 

 

Siedział wyroki

i na Kriestach i na Kołymie.

Za Murmańskiem i na Łubiance.

Nie bał się

kaźni tortur mu zgotowanych,

oprócz jednej tylko.

Chrestu całować nie chciał 

i na Boga się nie klął.

A w celi osadzony po nocach 

prawił rozmowy z cieniami.

I z kocurem, grubym i czarnym 

go często w celi widywano.

Nieraz go chcieli

zatłuc strażnicy 

albo zastrzelić, 

lecz kocisko

było mądrzejsze niż człowiek.

Unikało wszystkich pułapek.

I odwiedzało więźnia wszędzie, 

gdziekolwiek nie trafił.

Byli świadkowie niepodważalni,

którzy asystowali

przy egzekucjach pisarza.

Strzelano w niego, truto, bito na śmierć,

wieszano a nawet rąbano na części.

Zawsze po czasie wracał.

A nazywał się

Paweł Fiodorowicz Żerebcow.

 

Ciężarówka dowlokła się

do bramy obozu.

Kierowca zgasił silnik.

Z szoferki wysiadł oficer enkawudzista,

z przewieszoną przez

prawy bark pepeszą.

Nie rzekł nawet słowa na przywitanie,

miast tego wręczył jakieś papiery 

jednemu z moich strażników

a ten od razu przekazał je do mnie.

Wszystko się zgadzało.

Chcę go zobaczyć. 

Nie biorę kota w worku.

Enkawudzista zaśmiał się 

sucho przez nos.

Na pace jest i kot.

Sprawdźcie sobie jeśli chcecie.

Kierowca bębnił niespokojnie 

palcami o kierownicę.

Podświadomie wyczułem w nim strach.

Zasiał we mnie chwilę niepewności.

A jeśli Żerebcowa tam nie ma?

Ulotnił się w trakcie podróży.

Rozpłynął pośrodku niczego,

gdzieś w lesie.

 

 

Obchodziłem ciężarówkę ostrożnie.

Sam chciałbym teraz sięgnąć po broń.

Nawet jeśli kulę nie imają się jego ciała.

Spod zaciągniętego na sztywno 

brezentu paki,

wionęło ciepłą wilgocią, 

moczem, kałem i słodką nutą krwi.

Na samym przodzie za szoferką, 

siedział jeden jedyny więzień.

Nie był skuty.

Nie wyglądał 

na mocno zaniedbanego czy chorego.

To nie był żywy trup ani szkielet.

Zjawa przybyła z Łubianki czy Kołymy.

Był to po prostu człowiek.

Więzień na zewnątrz 

lecz nie wewnątrz samego siebie.

Nie wszystko wydawało się jednak

być w jak najlepszym porządku.

Wedle akt, Żerebcow powinien dobijać 

do pięćdziesięciu sześciu lat.

A ja patrzyłem na oblicze 

studenta rosyjskiej filologii 

uniwersytetu w Petersburgu.

Odjąłbym mu co najmniej trzy dekady.

Był co prawda

brudny, pobity, zawszony 

ale co dla niego najważniejsze,

nie był złamany.

Jego wzrok nie był wzrokiem więźnia.

Nie był pogodzonym ze śmiercią, przestraszonym mężczyzną.

On był tylko

smutno patrzącym w onuce poetą

któremu kolejny wyrok śmierci przerywał passę tworzenia

swoich dzieł.

 

 

Spojrzał na mnie

tylko przez ułamek sekundy,

widać nie był ciekaw gdzie trafił.

Był to wzrok bystry i czujny.

Prawda, przygnębiający ale nie pusty.

Kriesty.

Kołyma.

Murmańsk.

Trzy potwierdzone egzekucje.

Dwie próby ucieczki.

Sześć transportów więziennych zakończonych śmiercią konwoju.

A mimo to siedział tutaj.

Żywy.

Jakby czas po prostu

nie chciał go dotknąć.

 

 

Między jego nogami coś się poruszyło.

Był to ogromny, czarny kot.

Uniósł ogon i wtulił się 

nastroszoną sierścią

w łydkę Żerebcowa.

Łasił się powoli, 

wręcz prowokująco.

Wiedział, że

skupiłem na nim całą uwagę.

Miał piękne, lśniące futro, 

poszarpane lekko,lewe ucho 

i prawie ludzki, zimny uśmiech.

Dołączył do tego

hipnotycznie, głęboki wzrok.

Patrzył nie na mnie a w głąb mnie.

Przerażał bardziej niż sam Żerebcow.

Pomyślałem, że ten kocur 

to jakiś jego krajan

z samej czeluści piekła.

 

 

Żerebcow siedział bez ruchu.

Zgarbiony lekko.

Tak jak gdyby czytał książkę 

w sali leningradzkiej biblioteki.

Nie zamierzał chyba mówić ani słowa.

Wy jesteście

Paweł Fiodorowicz Żerebcow?

Po tych latach 

odsiadki, łagrów, obław i egzekucji.

Wyglądał po prostu jak człowiek.

Nie nowy rodzaj człowieka.

Zbudowany ze stali, obywatel sowiecki.

Żerebcow był z innej epoki,

innego czasu.

Spokojny, miły,

wyjęty z kart dawnej literatury.

Inteligent milcząco przytaknął.

A kot wskoczył mu ochoczo na kolana.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Za moimi plecami pojawił się enkawudzista. Był w doskonałym humorze. I nie wiedziałem tylko czy to z powodu tego, że wiedział o tym, że Żerebcow wywołuje  tak wielkie uczucie strachu, czy może z powodu  rozkazów jakie mu przekazano.   Wychodź Żerebcow. Koniec wycieczki. Kota zostaw nie będzie Ci potrzebny,  mały, czarny pluszak. Teraz będziesz co najwyżej tulił się z zimna do ciał kolegów w baraku.   Żerebcow już miał zamiar prostować kolana, gdy enkawudzista poklepał mnie  zuchwale po ramieniu.   Rozkazy się zmieniły lejtnancie. Góra nie chcę już więcej o nim słyszeć  ani przerzucać go z miejsca w miejsce. Dość już jego wątpliwej legendy. Podobno nie można go zabić. Podobno odradza się zawsze po egzekucji. Drugi pieprzony Rasputin. Ale nie ma takiego Diabła,  którego nie potrafiłby zgładzić  ludowy komisariat obrony. Prawdziwy człowiek radziecki  i piekło może zamrozić jeśli tylko chcę. Plan jest taki. Wy lejtnancie jedziecie z nim do lasu. Kierowca zna miejsce. Moi ludzie już wszystko tam przygotowali. Wysiadacie wieczorem. On klęka, wy strzelacie.  Moi dobijają bagnetami. Nawet go nie grzebcie. Wilki i niedźwiedzie  posilą się krwawą padliną. Wracacie w nocy. Spisujemy raport. Wychylamy kilka szklanek  za dobrze wykonaną robotę. W tajemnicy Wam powiem lejtnancie, że za zabicie tego wrzoda  na radzieckim organizmie, dostaniecie order czerwonego sztandaru, sam towarzysz Beria za tym optował. A nie powiecie mi chyba, że nie chcielibyście dostać  przepustki do stolicy. Tu tylko jaja można sobie odmrozić. A tam będziecie towarzysz i gieroj. Bohater naszych czasów. Ta akcja nie może czekać. Jeździe już teraz. Dopilnuję obozu przez te kilka godzin.   Uścisnął mi rękę i prawie siłą  wepchnął na pakę ciężarówki. Chciałem więcej wyjaśnień, omówić plan działania. Zamierzałem się sprzeciwić. Ale co mógł prosty czerwonoarmista  wobec potęgi komisariatu obrony. Wobec całej potężnej maszyny śmierci.    Kierowca rzucił okiem za siebie  i zauważył że usadowiłem się niemrawo prawie dokładnie naprzeciw literata.   Jeśli coś będzie nie tak lejtnancie, krzyczcie a najlepiej  bijcie dłonią w ścianę szoferki. Ja mam tu pistolet. Spojrzałem z niedowierzaniem  na enkawudzistę    Jak mam eskortować więźnia bez broni? Chcę wrócić po pistolet i proszę o eskortę w postaci dwóch dodatkowych ludzi. Moich zaufanych ludzi.   Enkawudzista machnął tylko ręką.   Eskorta do Żerebcowa?! On nigdzie nie ucieknie. Zresztą dokąd? Do najbliższej większej osady przeszło osiemdziesiąt kilometrów. Do miasta trzysta. A na termometrze dziś  prawie minus trzydzieści pięć stopni. Zresztą on nawet nie jest związany. Nie musi. Nie wie na jakim świecie jest. Nie odzywa się słowem od tygodni. Zresztą zobaczcie sami.   I faktycznie Żerebcow stwarzał pozór osoby obłąkanej i zupełnie nieobecnej w rzeczywistości. Nie wiem czy rozumiał o czym rozmawialiśmy. Czy wiedział o tym, że za kilka godzin zginie? Czy rozumiał cokolwiek  z tego co się wokół działo. Siedział i z błogim uśmiechem małego chłopca,  głaskał kota,  który zdążył zasnąć na jego kolanach. Widać literat i kot  byli razem w siódmym niebie. Ciężko było dyskutować o tym  co powinno się zrobić  i jak powinno się teraz postąpić. To był rozkaz,  którego nie mogłem zlekceważyć.   Jechaliśmy już przeszło godzinę. Kilka minut temu, rozpadał się ostry, wirujący dziko na wietrze śnieg. Przesiąkłem odorem paki. Wszystko wokół cuchnęło. Na dodatek opary paliwa  łatwo przechodziły na tył pojazdu i powodowały astmatyczne napady  duszności i kaszlu. Żerebcow nie reagował. Miał zamknięte oczy  i odchyloną delikatnie głowę. Ale nie spał. Wydawało się jakby słuchał tej ciszy. Jak gdyby delektował się podróżą  w swoich własnych myślach. Może pisał w nich kolejny wiersz. List pożegnalny. A może jednak był pewny ocalenia. Kolejnej cudownej ucieczki  i oszukania systemu. Tutaj jednak mógł usłyszeć go jedynie  Bóg i Diabeł. No i ja, gdyby tylko  chciał wreszcie cokolwiek powiedzieć.   Kierowca jechał bardzo ostrożnie  a mimo to ciągle łamaliśmy pod kołami, powalone pnie, korzenie i zbitą zmarzlinę, która była tutaj po prostu drogą do nikąd. Byłem bardzo zdenerwowany a nie miałem przy sobie  nawet grama tytoniu i bibuły. Wódki też nie. A zająłbym chociaż czymkolwiek, ciągle drżące z przejęcia dłonie. Nagle, zupełnie bez zapowiedzi, z rogu paki wypłynęło źródło głosu. Były to słowa wypowiadane  starannie, powoli wręcz sennie. Był to głos cichy lecz mocny. Wychodzący jednak jakby spod ziemi.     Lejtnancie… zaczął cicho Paweł Fiodorowicz, nie odrywając wzroku  od narzuconego brezentu  Mówi Wam coś nazwisko Levenstern?  Był Waszą ostatnią ofiarą, prawda?   Drgnąłem, gdzieś wewnątrz. Serce zakuło mnie w piersi  a w krtani narosła twarda kula. Nie winy. Nie wstydu. A paraliżującego strachu. Jak to możliwe?! To nazwisko powinno leżeć w ciszy tajgi. Nikt o tym nie mógł wiedzieć. Nikt!   Skąd o nim wiecie, Żerebcow?  Wychrypiałem nie patrząc na pasażera. Co wam do niego?   Był szpiegiem niemieckim w czasie wojny...  a raczej tak właśnie sfabrykowano dowody.   Kontynuował literat  z tym samym niepokojącym spokojem,  jakby czytał nekrolog w porannej gazecie.   Zastrzeliliście go dokładnie tam,  dokąd mnie teraz zabieracie.  Widzę go, Lejtnancie.  Stoi tam i czeka na towarzystwo.     Poczułem, jak pot spływa mi po karku,  mimo dojmującego mrozu.  Kim on jest? Świętym? Przeklętym? Carskim upiorem dawnej epoki? A może sumieniem kata? Bo nie literatem. Był mistrzem z piekła rodem.   Nawet jeśli, Żerebcow...  to już niedługo Wy zajmiecie jego miejsce ostatniego w wyliczance.   Uciąłem brutalnie,  odzyskując na moment pewność siebie.    Kierowca o mało co nie wywrócił nas do rowu, którego nie zauważył przed nosem pojazdu. Zawieszenie jęknęło, koła po lewej stronie oderwały się od podłoża i bardzo opornie wracały na swoje pierwotne miejsce. Dopiero teraz Żerebcow  jakby ocknął się z maligny. Wyjrzał do szoferki i radośnie oświadczył w przestrzeń lub do rozmówcy w swoim umyśle.   Był ostatni.  Szepnął radośnie.  Gładząc się po skołtunionych włosach.   Będzie ostatni.  Odpowiedział trzeci głos.   Zamarłem jak panujący wokół mrok i mróz To nie był głos Żerebcowa,  ani tym bardziej, przerażonego kierowcy.  To był dźwięk niski, chropowaty,  wibrujący jak pomruk nienasyconego pieca.  To było absolutne szaleństwo ale zwróciłem powoli wzrok na ostatniego pasażera.   Kocur zdawał się spać,  pogrążony w błogim spokoju,  ale gdy mój wzrok spoczął na jego futrze, zwierzę powoli otworzyło prawe oko.  Było złote, głębokie  i pełne nieludzkiej wiedzy.  Kot nagle puścił do mnie oczko  a na jego pyszczku wykwitł  ten sam podle ludzki uśmiech,  który zwiastował koniec pewnego świata.    Przecież... to tylko kot. Wybełkotał kierowca,  ale jego głos utonął w wyciu silnika,  który nagle wszedł  na nienaturalnie wysokie obroty,  jakby chciał uciec  z tego przeklętego Studebakera. Żerebcow cicho przytaknął a kocur znów zamknął oko,  mrucząc rytmicznie Ostatni... ostatni…   Znów każdy pogrążył się w swoich myślach. Jego milczenie denerwowało mnie. Doskonale już teraz wiedziałem, że on wie dosłownie o wszystkim. Zna moje ofiary, moje troski i problemy, czuje mój strach, widzi całe moje życie. Dlatego jego milczenia nie odbierałem w kategorii spokoju i harmonii  a drwiny z mojej osoby. Żerebcow znów oparł wysoko głowę  i wbił wzrok w sufit paki. Chciałem zasypać go pytaniami. O twórczość, której szczerze nie znałem. O to czy ma jakąś rodzinę albo dzieci. O jego liczne ucieczki i cudowne ocalenia. Przecież mówi się,  że to piekło we wszystkim mu pomaga. I przynajmniej kot,  jest jakąś częścią tego diabelskiego planu. Ale Żerebcow? Tak nie wygląda Diabeł. Nie wiem jak mógłby wyglądać,  lecz z pewnością nie tak. Nie jak człowiek. Znudzony, zmęczony, dziwnie spokojny zupełnie zwyczajny  a zarazem głęboko niezwykły.   Wreszcie ciężarówka wykonała  ostatnie półkole wokół,  wyrwanej z trudem tajdze polany. Silnik zachłysnął się ostatni raz i zgasł. Naprzeciw naszego pojazdu, zaparkowany był Zis z oddziałem żołnierzy. Nasz kierowca wysiadł do nich pierwszy  i z wyraźną ulgą po opuszczeniu szoferki, ściskał im kolejno dłonie. Byli w szampańskim humorze. Srogo pochlali. Krzyczeli, śmiali się, podskakiwali  i oklepywali ciała,  zamaszystymi ruchami ramion, próbując się ogrzać.   Nie musiałem nic robić z więźniem. Żerebcow zrozumiał, że to finalny postój i wygramolił się niezdarnie na zewnątrz. Kot czmychnął jego śladami. Gdy ja wreszcie uwolniłem się  z tej brezentowej klatki. Stanąłem twarzą w twarz z Żerebcowem. Ten w ogóle nie przejmował się  zadymką śnieżną i stał dumnie wyprostowany i zupełnie nieczuły na wszystko. Oczy literata były jednak inne. Wreszcie pytały i one.   To moja mogiła lejtnancie?  Doskonała. Chłopcy spisali się na medal albo nawet order i wakacje w Odessie.   Zadziwił wszystkich gdy zbliżył się do rowu, wykopanego nierównomiernie i na tempo. Padł przy nim na kolana,  nachylił się i zawołał do ciemni.   Levenstern przyjacielu,  za chwilę będziesz miał towarzystwo.   Chciał jeszcze wstać, lecz dwóch strażników doskoczyło do niego  i brutalnie popchnęli go  nad samą krawędź,  skutej lodem czerni grobu. Nie bronił się, nie wołał Boga ani łaski. Poprawił tylko kołnierz palta. Wywinął go z taką formą etykiety, jak gdyby wchodził na przedstawienie leningradzkiego baletu czy teatru. Przygładził jeszcze włosy, dłuższe kosmyki powędrowały za uszy. Odetchnął jedynie głęboko. Nie z ulgą a ze zniecierpliwienia. Widać skoro mu było w objęcia śmierci, lub do jakiś kolejnych magicznych sztuczek. Jeden ze strażników wręczył mi pistolet.   Wasza kolej towarzyszu lejtnancie. Koniec jego ziemskiej wycieczki. Tym razem Diabeł się nie wywinie. Jeden strzał w głowę  a my dokończymy jeśli będzie trzeba.  Spojrzałem jeszcze za siebie na kierowcę. Gdyby mógł to krzyczałby. Ruchy, ruchy lejtnancie. Moskwa czeka. Gdzieś na granicy polany  zaświeciło się coś złotego. Owalne jak moneta lecz bezsprzecznie żywe. Oko czarnego kocura. Patrzył cały czas. Trzeba będzie też go zastrzelić  razem z jego panem. Tak by mieć spokojne sumienie.   Wyciągnąłem pistolet.  Moja dłoń, dotąd tak karna  i posłuszna systemowi,  drżała w sposób haniebny.  Nie z powodu mrozu.  Czułem, jakby tysiące niewidzialnych mrówek chrzęściło pod moją skórą,  paraliżując każdy nerw.  Spojrzałem na Żerebcowa.  Zgarbiony, spokojny,  z tym samym  błogim uśmiechem małego chłopca,  czekał na uderzenie ołowiu.   Podniosłem broń.  Wycelowałem w potylicę studenta.  Świat wokół zamarł.  Czas przestał biec do przodu,  a pętla fatum zacisnęła się na mojej krtani. Pociągnąłem za spust. Huk rozdarł ciszę tajgi,  a ciało poety runęło bezwładnie  w przygotowany rów. Strażnicy rzucili się do mogiły  jak wściekłe psy. Kuli ciało raz za razem, aż do momentu omdlenia ramion.   A potem nastał poranek. Mgła przedświtu,  gęsta i szara jak dym z podłych papierosów, osiadła nisko nad polaną. Nad polaną na której  nie pozostawiono tylko ciała literata  w płytkim grobie. Śnieg wokół był pełny  czarnego brudu lub sadzy. Drzewa miały okopcone pnie. Wszędzie wokół unosił się także,  drażniący smród siarki. Studebaker i Zis nadal stały frontem do siebie. Nie było wokół nikogo. Ani na polanie ani w lesie, ani na pakach czy w szoferkach. Lejtnant i strażnicy  nie wrócili z akcji do obozu. Oficer czekał na ludzi i raport. Nie było gratulacji, obietnicy awansu. Nie było niczego. Poza ciszą.  Martwą i złowrogą. Wysłano więc kolejny oddział na miejsce. W końcu robota  mogła być wykonana wzorowo. Żerebcow nie żył  a oni w drodze powrotnej, mieli wypadek albo zgubili drogę  w śnieżnej zamieci. Drugi oddział strażników  przybył na miejsce egzekucji z opóźnieniem, klucząc Studebakerem  pośród zwalonych pni.  Gdy żołnierze wysiedli z wozu,  nienaturalna cisza lasu  sparaliżowała ich kroki.     Nad otwartą, czarną mogiłą  stały dwie postaci. Paweł Fiodorowicz Żerebcow,  nienagannie młody,  z czujnym i bystrym wzrokiem petersburskiego filozofa,  trzymał na rękach wielkiego, czarnego kocura. Na jego brudnym palcie  nie było śladu krwi,  a czas wydawał się omijać jego oblicze szerokim, lękliwym łukiem. Obaj z kotem trwali w milczącej zadumie, spoglądając w dół,  do wnętrza ziemnego grobu. Tam, na dnie lodowatego rowu,  pośród grud zmarzliny,  spoczywało ciało lejtnanta.  Jego oczy były szeroko otwarte,  wybałuszone w ostatecznym,  pośmiertnym zdziwieniu,  a na ustach zastygał krwawy spazm paranoi. Martwy kat leżał dokładnie tam,  gdzie kilka godzin wcześniej  miał spocząć poeta.   Żołnierze zamarli na linii drzew,  niezdolni do oddania choćby  jednego strzału z pepesz.  Wtedy, pośród arktycznego milczenia Syberii, czarny kocur uniósł poszarpane lewe ucho, spojrzał na Żerebcowa  i przemówił ludzkim, chropowatym głosem, który wibrował jak  pomruk nienasyconego pieca.   Fatalnie… fatalnie tak mój drogi przyjacielu, stracić zupełnie głowę  dla godnej pożałowania sprawy.   A Żerebcow tylko cicho mu przytaknął,  po czym obaj odwrócili się plecami  do armii straceńców  i odeszli wolnym, dystyngowanym krokiem  w gęstniejącą mgłę tajgi.   Nikt za nimi nie pobiegł ani nie strzelał. Zjawa była wolna. I było tylko kwestią czasu, gdy znów ją schwytają  gdzieś w ciemni rozpadającej się komunałki. Z maszynopisem w jednej dłoni A z kartą wiersza w drugiej.      
    • wiosną koniku wio sną niech wstają ptaszki chcą paszki a może jest morze i rosa i maj i rosną watry wiwaty i wiatry i mają się dobrze kwiaty i krople dżdżu wyłażą dżdżownice i rośnie radośnie tak ona i on jak ja i ty w deszczową toń „Jeśli deszcze w maju, wszystko rośnie jak w gaju” 
    • @Stukacz, @Berenika97, @viola arvensis, @violetta, @Poet Ka  dziękuję bardzo
    • @viola arvensis dziękuję
    • @viola arvensis dziękuję
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...