Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Simon Tracy

Użytkownicy
  • Postów

    847
  • Dołączył

  • Ostatnia wizyta

  • Wygrane w rankingu

    1

Treść opublikowana przez Simon Tracy

  1. @Berenika97 Przenajświętsza Śmierć jest i moją opiekunką. Modlę się do niej codziennie o wstawiennictwo i bardzo mi to pomaga. Niejeden już wiersz napisałem w tej tematyce ale ten jest pierwszym w klimacie czystej grozy.
  2. Jedni widzą w Niej kres. Inni sprawiedliwość. Są też tacy, którzy nazywają Ją Matką. Nie odwraca wzroku od ludzi złamanych, uzależnionych, wzgardzonych ani od tych, których świat dawno skazał na zapomnienie. Tam, gdzie człowiek przestaje dostrzegać człowieka, Ona wciąż widzi swoje dziecko. Nie pytaj, kto czuwa nad wzgardzonymi. Zapytaj, kto odpowie za ich krzywdę. "Wygórowana cena" Ściana była przyjemnie chłodna, równo pomalowana i wyszpachlowana. Miała jedynie zupełnie nie odpowiadający mi kolor. Chyba łososiowy. Ilekroć odbijałem się od niej w pijackim slalomie, przypominałem sobie jak bardzo nienawidzę łososia i przy okazji tuńczyka. W barze było nadal gwarno, mimo późnej już godziny nocnej. Szuranie szklanek po blatach, odgłos lania piwa, stukot bil na poolowym stole, rytmiczne wbijanie rzutek w kolorową tarczę. Zmęczone śmiechy i groźne krzyki. Bijatyk zazwyczaj było tu pełno, lecz nie dziś. Ochrony nie było tu nigdy a policja wolała przymykać nawet obydwoje oczu na przegląd tutejszej klienteli. Umówiłem się tutaj z przeznaczeniem. Szczytem erotycznej piramidy dla takich mętów i szumowin jak ja. Tutejsze dziewczęta są podobno sprowadzane zza granicy. I dobrze. Nie muszę rozumieć co mówi, ważne żeby zaspokajała moje potrzeby. A te były olbrzymie, od kiedy wypędziłem z domu tą niewierną sukę, dla której już samo imię było zbyt ludzkim detalem. Zachwiało mną solidnie, próbując odzyskać stabilny pion o mało nie wpadłem w objęcia, nie, rozczochranej, naćpanej dziwki a jakiegoś dziwnie znajomego mi kolesia o krótko przyciętych, rudych włosach i rysach twarzy a także na twarzy, zdradzających niejeden wyrok i niejedną uliczną burdę. Przeprosiliśmy się grzecznie, nawet poklepaliśmy po plecach i każdy z nas poszedł w swoją stronę. Pokój uciech stał otworem. Nie było przy nim nikogo. Dziwne, czyżby alfons zapomniał o mnie. Umawiałem się z nim, że na godzinę przed zamknięciem rezerwuję sobie pokój i najmłodszą dziewczynę. Najlepiej wysoką, szczupłą brunetkę z krągłym tyłkiem. Może nie mógł takiej tutaj znaleźć. Choć na Boga, w Meksyku co trzecia na ulicy spełnia te niewygórowane cechy. Może spił się przy barze albo miał coś pilnego do załatwienia. Ach te mafijne sprawki. Ciągłe dbanie o interes i swoją dupę. Zatoczyłem się ostatni raz i stanąłem niepewnie w progu pokoju. Był nieduży. Mieścił dwuosobowe łóżko o satynowej, czerwonej pościeli. Niewielką szafkę nocną o poluzowanych szufladach. Na niej stała lampka z czerwonym, haftowanym abażurze. Okno za łóżkiem miało opuszczone, miejscami połamane, imitujące drewno rolety. Ściany były brudne i lekko zawilgocone. Na łóżku siedziały dwie osoby i zaiste nie była to dziwka i jej alfons. Choć kto to wie. Dziewczyna spełniała moje wymagania. Miała na oko z osiemnaście lat, długie sięgające prawie pasa, czarne włosy, długie, piękne nogi z zadbanymi, dużymi stopami, biust krągły i bluźnierczo wyeksponowany, oczy z kolorze ponętnej szarości a jej buzia zdawała się wręcz anielsko niewinna. Pod nosem jednak zamiast mleka, miała ślady po kokainie. A teraz musiała zapracować na kolejne działki. Biedna, samotna, uzależniona i cholernie pociągająca ulicznica. A obok niej … usiadła osoba dość mocno nie pasująca do wystroju knajpy. Była to starsza już kobieta, ubrana w suknię o barwie nocy, bogato zdobioną w perły i cekiny. Materiał był jedwabiem lub czymś jeszcze droższym. Suknia miała wiele warstw i odnóg. Ciało kobiety wręcz ginęło w materiale. Wyglądała tak jakby właśnie starała się narodzić z wnętrza sukni. Kolejnym zaskoczeniem były dla mnie dwie rzeczy. Jej tatuaże na rękach i dłoniach. Były typowymi, więziennymi oznaczeniami gangów. Bliźniacze do moich. Nie wyglądała na dilera ani burdelmamę. Szybciej kobietę sukcesu. Lewą stronę twarzy ukryła pod osobliwą maską. Maską śmierci. Wyglądała w niej i sukni jakby właśnie wróciła z pochodu ku czci Przenajświętszej Śmierci, lecz do święta zmarłych zostało jeszcze kilka tygodni. Ale było wielu takich, co czcili matkę zaświatów co dzień i w każdej godzinie uciekali pod jej obronę. Jej wzrok był spokojny i zimny. Choć rysy były wściekłym ogniem. Oplotła mnie pajęczyną oskarżającego spojrzenia. Nie wiedziałem nawet w czym zawiniłem. W wyglądzie, w pijaństwie czy przyjściu w umówioną ale jednak nie najlepszą porę. Próbowałem obrócić wszystko w żart. Nie pamiętam bym umawiał się tu na trójkąt. Tym bardziej w układzie ja, mama, córka. Nie dała się zbić z tropu. Butelka najdroższego rumu, czterdzieści tysięcy pesos i mała przysługa a wtedy oddam Ci dziewczynę. Czterdzieści tysięcy!? Chyba czterysta pesos? To nie księżniczka tylko zwykła dziwka. Czterdzieści tysięcy albo zadowól się ręką w kiblu mój drogi. Moje dziewczęta mają swoją cenę. Byłem wściekły ale z drugiej strony ciekawy tej przysługi. Wróciłem do baru po rum i pożyczyłem od kolegi ponad dwadzieścia tysięcy bo tyle mi brakowało w portfelu. Wróciłem szybko do pokoju. Czekały obie a jakże. Młoda wtulona w ramiona starszej. Bała się mnie i słusznie. Zamierzałem odbić sobie jej wygórowaną cenę z nawiązką. Nie będzie już tak piękna i niewinna jak z nią skończę. Wręczyłem starszej butelkę rumu i gotówkę. Nawet nie przeliczyła. Wstała z trudem bo młoda dalej była do niej przyczepiona drżącymi rękoma. Gdy stanęła przede mną, wydawała się wyższa ode mnie i jakby szersza. Teraz cała jej twarz przypominała, martwą maskę a aura jej postaci emanowała srogim chłodem. Czas na przysługę. Daj mi prawą dłoń. Wysunąłem ją w jej stronę a wtedy wykonała niesamowicie szybki ruch. Poczułem ukłucie. A po chwili z rany na dłoni pociekła mi krew. Podsunęła pod nią szklankę do drinków. A gdy spłynęło do niej trochę krwi, zalała ją przyniesionym przeze mnie rumem. Potem podsunęła szklankę dziewczynie. Pij. I wypiła choć zalewała się przy tym łzami. Wypiła połowę. Teraz Ty. Co będę miał z tych guseł wiedźmy? Dziewczynę na wyłączność a ona ochronę. Możesz z nią zrobić wszystko ale nie możesz jej zranić. Będzie tylko Twoja już na zawsze. Kiedy tylko będziesz miał ochotę. Płacisz raz, dotrzymujesz umowy i bawisz się ile tylko pragniesz. Płacę raz powiadasz a zatem wchodzę w to szalona wiedźmo. I wychyliłem szklankę do sucha. Wtedy wiedźma wyszła z pokoju. Dziewczyna błagała ją by została albo zabrała ją ze sobą. Nie bój się ochronię Cię gdy tylko poprosisz. Odeszła a ja mogłem wreszcie zamknąć drzwi i nacieszyć się swoją własnością. Nie krzywdziłem jej, choć korzystałem z jej ciała ostro i gwałtownie. Po wszystkim jednak gdy spełnienie wypełniło jej ciało po raz ostatni, poczułem nagłą, diabelską furię. Czułem, że muszę odreagować. Stracone pieniądze i cały życiowy stres. Nie chciałem a jednak uderzyłem ją w twarz. Mocno. Potem drugi raz i trzeci. Rzucała się pod moim ciężarem a ja w furii zacząłem ją dusić i brać jej ciało na nowo. Broniła się zaciekle. Drapała i próbowała krzyczeć. Wreszcie wydusiła z siebie jedynie. Przenajświętsza Matko wzgardzonych i upadłych ratuj swoją służebnicę w godzinie męki. I wtedy drzwi rozwarły się z hukiem biblijnych trąb, do pokoju wpadło stadko nietoperzy, szczurów a także kilka dorodnych kruków. Zaatakowały mnie wściekłe. Zrzucając z łóżka. Miotałem się po podłodze pragnąc osłonić nagie ciało. Gryzły mnie, szarpały do krwi i głębokich ran. Z każdą minutą słabłem a ich siła rosła i rosła. To był amok. Rozerwały mi brzuch, rozorały plecy i oczy. Przegryzły się przez mięśnie. Atakowały raz za razem. Moja agonia trwała aż wreszcie w progu stanęła ona. Przenajświętsza Matka. Święta Śmierć. W swej masce, tatuażach i sukni. Spojrzała zimno na moje konające szczątki a potem na podopieczną. Oto jestem jak obiecałam, nikt więcej już nigdy Cię nie skrzywdzi. Czuwam nad Tobą ukochane dziecko. Skinęła ręką. Walące dotąd szalenie w mojej piersi serce, momentalnie się zatrzymało. A jej świta mogła w spokoju ucztować dalej.
  3. @karenka Dziękuję. Podróże w krainy snu i fantastyki są moimi ukochanymi. Tam spędzam większość swojego życia.
  4. Możesz wyjść teraz z domu, dokądkolwiek chcesz. I nigdy już do niego nie wrócić. Zebrać się wreszcie w sobie i wyruszyć na wyprawę życia. Sam lub w doborowej kompanii. Zwiedzać królestwa, księstwa i cesarstwa. Te leśne i pustynne. Przecierać dukty i szlaki. Górskie ścieżyny i bagniste bezdroża. Iść pewnie przed siebie, po podniebnych, linowych mostach. Wchodzić bez strachu w jaskinie, zamknięte przed światem żywych od eonów. Podziwiać z dala białe, marmury strażniczych wież. Śledzić z bezpiecznego ukrycia, przemarsze całych armii. Mijać konno, zastygłe w śmiertelnym uścisku pobojowiska. Rozpalać opiekuńcze ognie, na zimnych, wichrowych czubach wzgórz. Oddychać językiem prastarych drzew. Kąpać się w wodach rzeki, której źródło wytrysnęło z ust Pierworodnego. A to wszystko dlatego, że chciałeś tylko wyjść, poza strefę mroku. Poza próg doczesnej udręki. Wężowy język trucizny, już nie muska Twych uszu. Odrodziłeś się jak kwiaty na kurhanach mitycznych bohaterów. Wzrok jest znów bystry, umysł jasny i wolny a dłoń znów może chwycić za pióro. I chwyci, gdy po latach wrócisz za pozostawiony dawno próg. Wrócisz do ulubionego fotela przy kominku. Spiszesz swoje wspomnienia. A potem ktoś powie. To niemożliwe. Nie byłeś tam. A Ty odpowiesz. Byłem tam a nawet dalej i wróciłem po latach z powrotem. I nie mogę zaprzeczyć temu, bym znów nie szykował wyprawy. Bo wiele jeszcze jest krain, dla których nie sporządzono map. Wiele jest dróg, nie noszących śladów bosych stóp. A na razie czekam na dawno niewidzianego przyjaciela. Spóźnia się, trudno. Z kuflem piwa korzennego w ręku, patrzę z ogrodu ku niebu, rozgwieżdżonemu milionem gwiazd. Elfickich, jasnych diamentów. I na pokaz sztucznych, urodzinowych ogni. Sto jedenaście lat. A niech mnie! A wszystko wydawało się tylko wczorajszym, pięknym snem.
  5. Siedziałem w jego gabinecie jak uczniak przyłapany na zapleczu szkolnego boiska na paleniu papierosów. Byłem zesztywniały i spięty. Nogi i stopy miałem ściśle złączone. W łydkach czułem ból napięcia ścięgien. ręcę trzymałem blisko tułowia a dłonie oparłem na drżących kolanach. Dłonie były lodowate a zarazem spocone. Nie drżały jednak. Były bladoniebieskie. Jak u trupa, wyciągniętego z chłodni prosektoryjnej. Usta podobnie. Były nieruchome. Bo nie miały ochoty na tą rozmowę. Oczy wbiłem w punkt na ścianie. Jakiś jego dyplom z zamieszłych czasów postudenckich. W tym byłem dobry. Budziłem się z uczuciem porażki. Tego, że nie udało się odejść w spokoju. W namiastce snu, który zastępował odpoczynek. A potem ze łzami ledwo siadałem w nogach łóżka i wbijałem wzrok w ścianę bądź okno. Widziałem jedynie biel ściany lub na zmianę błękit bądź szarość nieba. Moja świadomość pojmowała tylko te trzy kolory. No i jeszcze czerń jaką była choroba mojego umysłu. Samotność jest szara, krew rubinowa, nawet śmierć w swej antycznej postaci wydaje się mieć jaśniejszy odcień płaszcza. A mój umysł to rdzeń reaktora mroku. Już dawno uległ awarii. Jeszcze nie wybuchł ale jest uszkodzony na tyle, by wylewały się z niego całe tony nieprzejrzystej mazi. Trującej zdrowe komórki, napromieniowanej izotopami, które mnie rozpuszczają i trawią od środka. I nie da się tego zatrzymać, cofnąć. Usunąć skutków awarii. Można jedynie wyłączyć reaktor. Zabić rdzeń. Uciszyć na dobre życiową reakcję. Reakcję łańcuchową. Bo jestem więźniem skutym łańcuchami. Palą mnie ich ogniwa. A składają się przecież ze wspomnień. Dni i lat straconych na wieki. Człowiek jest na tyle rozwiniętą istotą, że czuję kiedy zbliża się koniec. Mój nadchodził. Pytał mnie dziś o tak wiele spraw. A jakie to ma znaczenie? Pytał czy myślę o tym. Ja niczego innego nie pragnę. Czy chciałbym wyzdrowieć? Nie. Chcę tylko umrzeć. Chce się poddać na własnych zasadach. Złożyć broń i dać się rozstrzelać. Przegrałem i nic tego nie zmieni. Czuję się jak ostatni, ukrywający się w dżungli partyzant. Mam świadomość klęski ale ukrywam się nie po to by oddalić od siebie tą myśl a po to by nie zdradzić samego siebie. Ale pierścień pościgu się zawęża. Pewnego dnia świat mnie znajdzie i zaprowadzi pod mur albo na szafot. Dlatego staram się nie być sobą. Mam swoje światy i osobowości. Tak wiele urojonych fantazji, które zastępują mi rzeczywistość. Przekupiłem go dziś kolejnym kłamstwem, byle tylko nie wylądować w izolatce. On się gubi. W moich zeznaniach, wspomnieniach, symptomach i objawach. Czasami mówi, że sam dostaję przy mnie psychozy. Śmieję się z tego, ale najchętniej bym go zabił, bo jakąś część mnie uważa to za najlepsze wyjście. Lepsze od leków i terapii. Bo jeśli coś mi pomaga to nienawiść do ludzi. I litry znieczulenia w alkoholu. Wtedy moje myśli są twórcze. Pijane z radości. Jakie jest największe kłamstwo jakie mógłbyś mi dziś powiedzieć, zapytał. Przysięgam, że nie mam przy sobie broni. Poczym sięgnąłem powoli za pasek od spodni. Wyciągnąłem pistolet i zanim zdążył wezwać pomoc lub wyrwać mi broń strzeliłem sobie w skroń. Padając martwym na jego biurko. Dla mnie wojna dobiegła końca.
  6. @Poet Ka Moje ulubione opowiadania Grabińskiego to "Głucha Przestrzeń","Ultima Thule","Osada Dymów","Czarna Wólka" i "Szary Pokój". Ja po prostu żyję dawnymi epokami. To co dla innych jest zamierzchłą przeszłością dla mnie jest dniem powszednim.
  7. @Poet Ka A mnie zupełnie nie ruszył i znudził po trzech odcinkach. Ale ja zazwyczaj mam niedosyt przy oglądaniu horrorów.
  8. @Poet Ka Nie pisałem jeszcze wierszy o seryjniakach, ale to w sumie dobry kierunek. Może trochę zbyt oklepany już jak dla mnie. No u mnie im dosadniej tym lepiej.
  9. @Poet Ka Inspiracją do treści był oczywiście "Frankenstein" bo zamierzałem napisać coś w tym duchu po obejrzeniu nowej ekranizacji powieści. Przeszłość treści jest przeszłością i wspomnieniami autora a tytuł nawiązuję oczywiście do "Muzeum Dusz Czyśćcowych" Grabińskiego.
  10. @Białe Piórko Widać Aleksandry natchnieniem dla rzeszy poetów. Ja piszę teraz dla drugiej już w życiu.
  11. Fiolka była tylko do połowy pełna. Lecz dla mnie to wystarczyło. Lazurowy, lekko błyszczący w ciemni strychu proszek, wysypał się na przygotowaną szalę. Na drugiej z nich spoczywała już niewielka kupka czarno-szarego proszku o lekkim zapachu spalenizny. Były to starte kości, wyjęte nie tak dawno z pieca. Oczywiście, były one ludzkie, bo tylko ich można było użyć do tego obrzędu. Skład lazurowego proszku był tajemnicą, miał on jednak tą jedną szczególnie istotną alchemicznie cechę. Przywracał do życia, lub mógł to życie nadawać. Prawdziwie boski i potężny wynalazek. Szalę wagi równoważyły się idealnie. Porównałem je jeszcze, mrużąc jedno oko i pochylając się nisko nad blatem stołu. Były idealnie równe. Doskonała precyzja i równowaga. Rzuciłem pod nosem, patrząc na osobliwe i ciche audytorium zebrane na krzesłach wokół stołu. Swojej rodziny nigdy nie mogłem nazwać prawdziwą rodziną. Nie było w niej miejsca na miłość, bliskość, szczerość czy czułość. Były tylko kłótnie, bijatyki, alkohol i pijackie bredzenia. Musiałem zawsze bawić się w bezpieczny azyl domu wraz z moimi drogimi przyjaciółmi których jednakowoż również nie miałem. Wymyśliłem ich sobie jednak. Od cech wyglądu, głosu po maniery i status społeczny. Zaczęto ze mnie szydzić i nazywać szaleńcem. Gdy szedłem rozmawiając głośno z kimś u swego boku, kogo nikt inny dostrzec nie był w stanie. A ja naprawdę ich słyszałem i widziałem. Śmialiśmy się, bawiliśmy się, czasem nawet kłóciliśmy. Było ich wielu. Zawsze co najmniej kilku chciało spędzać ze mną czas. Pewnego dnia, większość z nich. Zapragnęła być widzialna. Weszli w moje maskotki. Niestety jedynie na tyle by mówić z ich wnętrza a nie przez nie. Wtedy szykany na moją osobę trochę przycichły. Rozmawiałem z maskotkami a nie duchami. Byli tacy co potrafili to już jakoś przełknąć. Tłumaczyli to wybujałą wyobraźnią, odrzuceniem, odosobnieniem, chorobą umysłową, potrzebą zauważenia. A ja przecież doskonale wiedziałem co widzę i słyszę. Moi pluszowi przyjaciele, wędrowali za mną krok w krok. Przez lata szkoły, uniwersytetu i początki pracy grabarza. Bo mimo głowy uczonej w zakresie medycyny, uznano ją także jako kompletnie szaloną i pomyloną. Zakazano mi praktyki i zesłano na pewną śmierć w głodu na stopień miejskiego grabarza. Wtedy to z medyka stałem się alchemikiem a z niego już o krok do geniusza. I dziś miałem potwierdzić ten geniusz. Przyjaciele siedzieli wygodnie wokół stołu. Ich kolorowe futerka, były niczym lampiony rozświetlone w mroku strychu. Oczy z koralików, szkiełek lub guzików. Nosy z pereł, kamyków lub zapasowych skarpetek. Jednemu brakowało pół uszka, innemu złamano nóżkę lub przetrzepano porządnie rączkę, zwisającą bezwładnie wzdłuż ciała. Mieli blizny po rozcięciach, przypaleniach czy bójkach. Każdy miał swoje imię i nazwisko a także wywód zaszczytnego pochodzenia. Nikt nie czuł się inny, gorszy, biedniejszy. Wszyscy byli równi i cenni. W moich oczach. Ich stwórcy. Patrzyli jak wstaje biorąc do ręki wagę. Szalę lekko się zachybotały lecz proch po obu stronach pozostał nieruchomy, jak gdyby zdawał sobie sprawę z powagi chwili. Dopiero teraz czułem się naprawdę szalony. Szalenie wielki, nieograniczony i szczęśliwy. Oto jest dzień, czas i chwila, w której to spełniam Waszą najskrytszą prośbę i fantazję przyjaciele. Będziecie żyć! Ruszą Wasze serca, żyły oraz usta! Śmierć tych których kości mam tutaj, da Wam życie wieczne. Bo tylko przez śmierć jest ono możliwe. Więc zabiłem ich byście żyli. I mogli być mi wdzięczni za ten boski dar. Te prochy muszą połączyć się na Waszych obliczach. Wtedy będę pierwszy po Bogu a Wy będziecie dziećmi swego Boga. Ożyjcie dzieci! Rozsypałem prochy w ich zastygłe oblicza. Lecz ze środka dochodziły głosy, bym ich ożywił, pozwolił trwać, dał im wieczność na własność. Świece pogasły i zapadła grobowa ciemność. Zniknęli mi z oczu. Słyszałem tylko ciche stękania, jęki i okrzyki. Coś spadło lekko na podłogę, coś szurało, ciche, szybkie kroki. Chichot i jakby zgrzyt kości. A może szczęk zębów? Zapaliłem świecę, ledwo odnajdując w mroku zapałkę. I zobaczyłem armię żywych istot o splugawionych śmiercią obliczach ludzkich. Armia żywych umarłych, budzącą swe pluszowe ciała do życia. Zombie pragnące ciała i krwi żywych. Ciała swego stwórcy. Zbliżały się do mnie. Z zakrwawionymi ustami, pianą i śliną na zębach. Grymasami zwierzęcego głodu. Próbowałem odgonić je światłem. Otoczyły mnie prędko wypowiadając tylko jedno słowo. Stwórca. Jestem Waszym stwórcą a Wy moim szaleństwem! Czułem ich ostre kły wbijane w szyję, ręce i nogi. Obaliły mnie szybko. Zagryzły jak wściekłe psy. Zlizując krew z ciała i siebie nawzajem. Do jej ostatniej, słodkiej kropli.
  12. @Berenika97 Ja też bym nie umiał fukcjonować bez swojego telefonu. Straciłbym jedyne okno na świat.
  13. @Poet Ka Ostatnio jakoś znowu mnie naszło na wiersze a nie prozę i może dlatego więcej w tych utworach wewnętrznych monologów i uczuć a raczej czegoś co wygląda na uczucia. No jak na moje możliwości to wręcz miniatura :) @Chiron Jeden z najkrótszych jakie ostatnio napisałem. Choć jestem przyzwyczajony do prozy poetyckiej więc i wiersze zazwyczaj są u mnie szersze objętościowo.
  14. Świadomość wracała do mnie wezbraną falą goryczy istnienia. Była wściekłą biologiczną zupą chaosu, uderzała z boską furią jak grube krople deszczu i grad w maskę i dach zaparkowanych pod wieżowcem samochodów Cała moja frustracja utonęła wraz z bólem, w kipieli sądnego potopu. Nie miałem już niczego co mogłoby oblec mnie w skórę człowieka. Nie mogłem już żałować dni i słów. Nie mogłem wyspowiadać się z czynów grzesznych. Byłem robotem zamkniętym w pancernej karoserii. Moje obwody zawirusowane genem życia. Diody oczu zmętnione i nieruchome. Sny a może zwidy jawy. Tysiące małych słońc lub białych karłów i planeta sprzed eonów. Pełna cyklopowo wyniosłych drzew i roślin, cuchnących, głębokich bagien i gór, młodych i strzelistych. Bazaltowych szczytów szaleństwa. Rozpadlin śmierci. Życie wyszło na brzeg. I wyrosło z czasem na potworne monstra, szukające ofiar i krwi. A ja szukam tam ognia. Nie do walki z nocą. Nie ma tu wschodów i zachodów. Szukam ognia do ogrzania lodowego serca. Czasami mam wrażenie, że kocham Cię właśnie od zarania czasu. Od tych wieków spędzonych w jaskiniach. Podobno tacy jak ja, zostawiali w nich swe prymitywne rysunki. Ja wolałem zostawić Twe inicjały, wypisane własną krwią. Gdy opanowałem już sztukę rozpalania ognia, sycił go każdy mój wiersz. A potem gdy przyszedł wreszcie czas. Zniosłem drwa i ułożyłem z nich funeralny stos. Składając dzięki i modlitwy Przedwiecznym, spłonąłem na nim, mając nadzieję odrodzić się w jakimś innym piekle. Otworzyłem oczy. Złapałem pierwszy wdech. Deszcz nie ustawał ani na chwilę. Szalał falami na szybie auta. To nie jest życie. To czyste piekło.
  15. Morze szumiało jednostajnie, spokojnie, jakby próbowało wymusić na mnie potrzebę snu. Choć był środek dnia a sen nie był mi potrzebny. Chciałem pobyć sam. Dlatego wybrałem porę przedsionku sztormu i dziką plażę o ostrych jak brzytwy kamieniach Nie była piękna, nie miała serca, nie zatrzymywała w pamięci wschodów i zachodów słońca, nie zapraszała w swe poszarpane granice, kochanków spacerujących za ręce. Była zdradliwa lub została zdradzona. Porzucona lub świadomie wyklęta. Chciała istnieć w tym nie znajdującym sensu bólu a z drugiej strony ginęła bez krzyku coraz to głębiej pod wodą. Niedaleko niej woda kryła w sobie śmierć. Podwodną rafę z kamienia na której onegdaj ginęły ożaglowane jednostki płynące wzdłuż klifów Calais na północ do Gandawy czy Kilonii. Byłem wrakiem co doczołgał się na brzeg. Depresji, rozpaczy, trądu umysłu. Jak pięknie byłoby rzucić się z wieży latarni. Pikować głową w dół jak mewy. Rozbić się na okruchy wspomnień. Mówią, że to duch latarnika nadal wznieca ogień na cyplu. Jednak przepływające jednostki go nie widzą. Mijają na pełnej prędkości śrub, grobowiec który był latarnią. Nikt ich nie woła. Nikt ich nie czeka. Mają wykazy z radarów i sonaru. Czujniki i wskaźniki. Kiedyś wszystko czytano sercem. Rozmawiano uczuciem. Kochano romansem i figlarnością słowa. Teraz pędzi się wprzód rzeczywistości, samotnym, żeglarskim kursem. Chciałbym odpocząć i od rzeczywistości umysłu i od choroby serca. Chciałbym się o to pokłócić. Lecz sam tego uczynić nie mogę. Podniosłem piękną kremową muszlę. Była dość ciężka i pojemna. Na tyle by zmieścić wszystkie moje słowa. Cały mój ból. Zbliżyłem ją do ust zamiast do ucha. Wykrzyczałem tylko jedno słowo. Dlaczego!? Nie odpowiedziała. Widać morze mnie zagłuszyło. Szumiało jednostajnie, spokojnie, tak jak gdyby sztorm wcale miał dziś nie nadejść. Niczego się nie dowiedziałem, ponad to że od dziś nie zapłonie już ogień na cyplu. Zmarnowałem swoje życie jak i śmierć.
  16. @Mel666 Tematyka wyrzutków i dziwaków to mój ukochany świat poetycki. Świat w którym funkcjonuje jak Twoja Marta od urodzenia. Nie sakralizujesz, nie oceniasz ani nie potępiasz nizin. Ty je tylko opisujesz jak kronikarz. Żadnych półsłów i łagodności. Tylko suche fakty. I dlatego uwielbiam ten tekst. Da mi natchnienie do ostatniej części moich "Bogów Olimpu".
  17. @Mel666 Wystarczył pierwszy wers żebym zanurzył się w tej cudownej poezji. Masz ogromny talent do tak przedstawionych utworów. Wychodzi Ci to czysto i naturalnie.
  18. @Berenika97 Będzie jeszcze ostatnia część. Sam bardzo się wczułem w tą opowieść bo jest mi szczególnie bliska.
  19. Kucnąłem nad nim. Nie przeczuwałem tego by gwałtowne budzenie herosa czy mędrca z głębokiego, ożywczego snu, było najwłaściwszym postępowaniem w tej sytuacji, ale z drugiej strony musiałem otrzymać pozwolenie na pobyt w krainie bogów. I tylko ten oto potężny strażnik mógł mi go udzielić. Wyciągnąłem swoje niewielkie dłonie z kieszeni spodni. Zawisły cal nad barkiem mężczyzny, już, już dotykając jego majestatu. Wtem odsunąłem je gwałtownie, patrząc ze strachem na to jak chrapanie zastępuję seria chrząknięć i mlasków, powieki delikatnie się rozwarły po czym strażnik obrócił się na wznak i zaczął wydawać z siebie charkotliwe westchnienia przez półotwarte usta. Nie miał połowy przednich zębów i wionął sfermentowanym piwem na milę Dodatkowo urzekły mnie jego świeże zadrapania, rany i siniaki, których nie brakowało na jego obliczu. Ślady walki w obronie Olimpu. Tylko potężny wojownik mógł nosić tyle ran i blizn. Musiałem podjąć decyzję. Lepiej zginąć z ręki zaskoczonego we śnie herosa, czy pijanego wujaszka, którego nawet nie znałem. Olimp był dla takich jak ja. Należało mi się na nim miejsce. Podjąłem decyzję. Jeszcze raz położyłem dłonie na jego piersi i zacząłem mocno uciskać, szepcząc przy tym gorączkowo. Halo! Wstawaj strażniku! Chcę uzyskać Twą zgodę by tu zostać! Wzdrygnął się i delikatnie rozchylił powieki. Jego wzrok błądził jeszcze we śnie. Uniósł palec lewej dłoni tak jakby chciał powiedzieć coś ważnego i wychrypiał nieprzytomnie. Ja już na dziś dziękuję. Nie polewajcie mi. Jestem zapitym pijakiem. I opadł z powrotem w sen. Nie dałem za wygraną i do szarpnięć dołożyłem lekki cios w policzek. Zaraz nad linią brody. Tym razem heros od razu otworzył szeroko oczy i krzyknął trochę bardziej przytomnie nie zapominając o dawce przekleństw nie boskich a tych zupełnie upadłych. Antony pusty kpie z brudnej suki zrodzony, nie dociera do Ciebie po angielsku? Jestem pijany. Chcę spać zgniły fajfusie. Idź męczyć kogoś innego. Gdy strażnik znów zapadł w półsen, dotarło do mnie, że wspomniany Anthony raczej nie był bogiem. To nie było imię dla Boga panteonu. Więc kim był? A w zasadzie nie warto zaprzątać sobie nim głowy. Skoro nie był Bogiem to z pewnością nie był nikim ważnym. Nie jestem żadnym Anthonym! Jestem Angus Davis! A czy Ty jesteś strażnikiem? Heros westchnął z rezygnacją, godząc się widać ostatecznie z niezapowiedzianą pobudką. Podciągnął swe mocarne ciało na łokciach i po chwili opadł bez sił na błoto. Zaklął szpetnie. Strażnikiem czego do diabła? Podejrzliwie zmrużyłem oczy No strażnikiem Olimpu oczywiście. Jakiego znowu pieprzonego Olimpu? Chłopcze jest środek cholernej nocy. Splunął na tyle daleko na ile pozwalała mu pozycja ciała. Był zdenerwowany. Czułem to. Za to ja czułem się skołowany. No tego miejsca. Czy jesteś obrońcą i posłańcem Bogów? Zaśmiał się krzywo. Bogów synku? Masz na myśli nasz wapienny tron i moich koleżków? Faktycznie bronimy dostępu do tego miejsca. A jeśli chodzi o posłannictwa, to zdarza nam się chodzić na posyłki na mety, do paserów, ewentualnie do tego pubu by kupić sobie coś na wzmocnienie. Ci którzy przedobrzą, kończą jak ja w dniu dzisiejszym. A więc jednak byłem w krainie bogów. Od zawsze miałem rację co do tego miejsca. Gdzie są teraz bogowie? Przekręcił się na lewy bok by lepiej mnie widzieć, miał uśmiech na twarzy ale też jakiś stalowy, nieprzyjemny błysk w oku. W zaświatach chłopcze. Znikają w swych suterenach na poddaszach. W tanich szynkach zamienionych na podrzędne burdele, Na metach wolnych od czystości i dostatku. W objęciach swych wychudzonych, pobitych partnerek. Takie z nich piękne boginie, że nawet pies dostałby zawału gdyby na którą naszedł po nocy w bramie. Bogowie nocą tańczą i śpiewają w swej krainie. Nie zobaczysz ich aż do bladego świtu. A i tak przedtem wysyłają jednego, samotnego zwiadowcę. Wynurza się z zaułka, ulicy czy bramy. Przechodzi przez murek. Bada dokładnie okolicę. Wdycha pierwsze oznaki budzącego się dnia. Gdy wokół jest bezpiecznie, daje sygnał. Stawia na murku butelkę. Jej brzęk to znak. Wtedy brama Olimpu otwiera się aż do ostatniego blasku dnia. A nocą bogowie odchodzą do zaświatów by tańczyć a Olimp znów jest jedynie murkiem wyrosłym pośród brudu i pokrzyw. Podoba Ci się moja historia? Byłem nią urzeczony. Czy to wszystko prawda? Najprawdziwsza prawda mój chłopcze. Zmierzwił mi włosy i stwierdził po chwili przyglądając mi się uważnie. Mówiłeś, że nazywasz się Davis… jesteś bardzo podobny. Tak bardzo podobny. Mówi Ci coś nazwisko Bryan Davis? Nie spodziewałem się jeszcze kiedykolwiek je usłyszeć. Nawet matka już o nim nie mówiła. Mój prawie dorosły brat tym bardziej. Dukając pojedyncze sylaby odpowiedziałem. Podobno był moim ojcem. Nie pamiętam go jednak. Zresztą wszyscy o nim zapomnieli. Nie wszyscy mój drogi chłopcze. Olimp i jego bogowie zawsze będą o nim pamiętać a ja wszędzie rozpoznałbym jego syna. Wstałem z wrażenia i wykrzyczałem w cichą noc. Bywał tutaj?! Heros wstał chwiejnie i objął mnie czule. Dowlókł się do tronu i usiadł z wyraźną ulgą. Był królem życia i dobrej zabawy. Był naszym przyjacielem.
  20. @Mel666 Aż nie wiem co napisać. Ten wiersz jest genialny. Moje ukochane klimaty pogranicza snu i jawy no i ta mitologizacja.
  21. @Berenika97 Piękne otwarcie wiersza. Ten wiersz zostanie ze mną na długo. Gratuluję takiej liryczności.
  22. Był środek nocy. Nie spałem ani nawet nie leżałem jeszcze w łóżku. Byłem jednak zmęczony i ziewałem szeroko raz po raz. Czułem opadające samoistnie powieki. Nieprzyjemny, gryzący piasek pod nimi. Jedna sekunda, dwie, trzy. Otwierałem szeroko załzawione oczy. Kolejna rozbita butelka, wywrócone w szale krzesło, czyjeś ciało obijane z impetem o ścianę. Krzyki i wyzwiska, latające w powietrzu jak pociski. Szamotanina pod drzwiami pokoju, moment uderzenia i trzask wybitych ciężarem bezwładnie lecącego ciała drzwi. To była moja matka. Pijana prawie do nieprzytomności. Leżała w progu, podkulając nogi i próbując doczołgać się w stronę okna, do mnie. Uciekała jak zbity pies. I faktycznie była pobita. Ręką zasłaniała twarz i rozcięty uderzeniem policzek. Wargi miała spuchnięte, pełne zaschniętej, prawie czarnej krwi. Bełkotała coś nieskładnie przez łzy, wijąc się coraz prędzej. W progu stanął mój setny w tym miesiącu wujek. Krępy blondyn w wyciągniętej ze spodni, lnianej koszuli. Jego lewa dłoń ściskała butelkę burbona. Prawa była zaciśnięta w mocarną pięść o czerwonawych palcach i wystających żyłach. Dopadł do niej, uchwycił jej jasne włosy i jednym brutalnym pociągnięciem prawie postawił ją na nogi. Po czym pchnął jej bezwładne ciało. Runęła pomiędzy mnie a łóżko, uderzając głową o podłogę. Krzyczała i błagała by ją zostawił. Podszedł powoli z delikatnym, triumfalnym uśmiechem na twarzy. Jego czarne derby połyskiwały świeżą warstwą pasty. But wylądował władczo na jej skroni i przydusił ją do podłogi na dobre. Patrzyła na mnie ni to z obłędem ni to ze strachem. Była cała we łzach. Jej oczy dawały sygnały, żebym uciekł. Nie tylko one. Jego wzrok wreszcie mnie odnalazł. Obawiam się chłopcze, że dalsze przebywanie w tym pokoju nie przyniesie Ci nic dobrego. Zrobisz lepiej, jeśli się teraz ulotnisz a ja dokończę rozmowę z tą su…, z twoją mamą. Rozbił z impetem butelkę zaraz obok jej głowy. Ryknęła na cały głos bym się wynosił. Nie trzeba mi było tego powtarzać. Uskoczyłem wolną przestrzenią przy ścianie i chwilę później już byłem przed kamienicą. W głowie nie miałem myśli, czy wujek zabiję mamę. Mojego ojca podobno zabito. Ale to z pewnością była sprawka innego wujka. Martwiłem się o siebie. Niestety takie było prawo ulicy. Dbaj jedynie o siebie. Inni muszą żyć tak by przeżyć. Do jutra, do rana, do kolejnej libacji. Dbaj o to by mieć co jeść i gdzie spać. Prawie nie jadłem przez cały dzień a teraz pozbawiono mnie miejsca na sen. Ale gen przetrwania w tym miejscu, potrafi nieść nogi wbrew potrzebom umysłu. Nie wiedzieć czemu stojąc tak pośrodku czerni zabójczej, nocnej przestrzeni, pomyślałem że na Olimpie będę bezpieczny. Bogów nie dotykano, nie odwiedzano. Mieli ciszę i spokój w swej sekretnej siedzibie. A ja chciałem tylko przetrwać noc. Udałem się w mrok dzielnicy. Cicho i bezszelestnie jak mały szczur, pragnący zobaczyć swych bogów. O tej porze mogłem spodziewać się tego, że dziedziniec pubu i sam murek, będą już zupełnie opustoszałe. Dodatkowo było nieznośnie zimno a wiatr choć niezbyt mocny to jednak pozostawiał na skórze lodowate uczucie cierpnięcia skóry. Nie miałem na sobie kamizelki, swetra ani płaszczyka. Jedynie brudną i porozciąganą koszulę. Miałem jednak nadzieję, że bogowie będą nade mną czuwać i nie pozwolą mi złapać zapalenia płuc. Jeśli oczywiście przybędą mi na ratunek. Murek jawił się w ciemności swą skarlałą wypukłością już z daleka. Wokół Olimpu było pusto. Pub był chyba zamknięty a światło w nim zagaszono. Neon nie działał. Został rozbity już jakiś czas temu przez pijanych chuliganów w trakcie jednej z burd. Już miałem przeskoczyć przez murek gdy nagle moje wyczulone ucho wyłapało w ciemności jakiś dźwięk. A było to donośne chrapanie, dochodzące gdzieś na lewo ode mnie ze zbitej grupki pokrzyw wyrastającej wprost z kamienistego i krzywego podłoża fundamentu pubu. Wdrapałem się na chropowaty murek i spojrzałem uważnie w tym kierunku. Obok pokrzyw leżało kilka pustych butelek po piwie a w samym centrum jakaś wysoka sterta ubłoconych niemiłosiernie ubrań, z której to jednak dochodziło chrapanie. Wtedy zrozumiałem. Gdy bogowie odchodzą, Olimpu strzeże ich posłaniec. Cyklop? Minotaur? Czy faun? A może to utrudzony dzienną walką heros, któremu bogowie pozwalają odpoczywać w ich ogrodach. Nie byłem herosem ani faunem. Ale miałem nadzieję że bogowie nie obrażą się na mnie, gdy doczekam tu świtu a przy okazji rozmówię się z ich strażnikiem. Na paluszkach ruszyłem w stronę śpiącego. Błoto wokół śmierdziało moczem, alkoholem i zgniłymi jajkami. To nie była ambrozja. A może właśnie nią była. Strażnik też ohydnie cuchnął. Tak jak gdyby kąpał się w rynsztoku. Mdławy odór zatrutej rzeki był niczym przy jego sklejonej brudem kapocie i spodniom na których zostało chyba więcej śladów resztek i błota niż właściwej tkaniny. Jedynie jego kapelusz można by uznać za nie znoszony. Zakrył nim połowę twarzy, tak że jedynie długa, skołtuniona, siwa broda wystawała poza obręb cienia ronda. Leżał spokojnie na lewym boku i wychrapywał jakąś melodię a może pieśń o dawnych i współczesnych bogach Olimpu.
  23. @Berenika97 Atmosferę utworu i jej świat przedstawiony jak i baśniowy nazwałbym "ciemnym Schulzem". Jest brudny oniryzm, mitologizacja upadku a w części drugiej będzie nawet ojciec podmiotu niczym w "Sklepach Cynamonowych" tak zwykły a zarazem fantastyczny.
  24. Za starym pubem istniał kiedyś Olimp. Nie ten z marmuru i złota, lecz z wapiennego murku, pokrzyw, błota i pustych butelek. Zasiadali na nim bogowie zapomnianego królestwa, którego jedynym bogactwem była nędza, a jedyną nieśmiertelnością — pamięć. To opowieść o dziecku, które pośród ruin codzienności odnalazło własną mitologię. "Bogowie Olimpu" Mój mały, chermetyczny, dziecięcy świat, zamknięty w nierównoległym czworoboku, starych, robotniczych uliczek. Śmierdzących rdzą, ropą, benzyną, trującymi wyziewami z kominów, nędzą, rozkładem i zamokniętym tytoniem z krajanki. Czułem się jak obcy, który wdarł się jakimś cudem do tej zapomnianej przez Boga dzielnicy a potem zapomniał w którym miejscu było przejście do świata na zewnątrz. Wszystko tutaj było tymczasowe. Domy, układy, przyjaźnie, praca i ten szczególny rodzaj ulicznej miłości. Większość rzeczy była nielegalna. Hazard, prostytucja, handel ludźmi i bronią, wszechobecne narkotyki i brudne, niedomyte, pękate butelki, ledwie przefiltrowanego bimbru. Dzieci traktowano tu jak ten bimber i butelki. Szmuglowano je nocą po suterenach. Przechodziły z rąk do rąk, z pokoju do pokoju. Między domami z dykty a kamienicami o wybitych drzwiach i oknach. Nie miały przypisanych mieszkań ani opiekunów. Wychowawcą był uliczny bruk i kodeks. Prawo pięsci. Ten szczególny rodzaj honoru, który dorastał w ciągłej degeneracji. Oko za oko byłoby okazaniem niepotrzebnej litości i słabości. Jeśli straciłeś oko miałeś obowiązek poderżnąć gardło brzytwą swemu oprawcy. Tak zdobywano szacunek, który był droższy od pieniędzy. Dzieci porzucano i bito. Kiedy i gdzie akurat popadło. Każdego ranka wychodziłeś z kamienicy z myślą, że możesz już nie wrócić żywy. Patrzyłem nieraz na kolonie szczurów, biegnących przy granicy ścieku i chodnika. Ich nikt nie bił ani nie mordował. Były poza marginesem a zarazem kastę wyżej od dzieci. Były niezauważalne. Dlatego żyły prawdziwie wolne. Postanowiłem więc pewnego dnia żyć niezauważalnie dla nikogo. A potem odkryłem, że jest na tym świecie grupa osób, którą możnaby określić jako duchy. Pojawiali się zawsze skoro świt a znikali późnym wieczorem lub nawet nocą. Zawsze w grupie. Zawsze w tym samym miejscu. Byli głośni i awanturni lecz nikt nie zwracał im uwagi. Nikt się z nimi nie witał ani nie rozmawiał. Każdy odwracał szybko wzrok gdy tylko wyczuł ich mętne spojrzenie. Wielu przechodziło na drugą stronę ulicy, bojąc się niepotrzebnej interakcji lub zaczepki. Czasami myślałem, że oprócz mnie jest jeszcze tylko jedna osoba, która cieszy się na ich widok a nawet z nimi rozmawia. Była to podstarzała właścicielka jednego z pubów, którego tylny dziedziniec, wybrali sobie na swą siedzibę i królestwo. Dziedziniec był ogołocony nawet z resztek trawy. Rosły tam jedynie pokrzywy, wystające jak zielone, strzeliste płomienie ze strert śmieci i odpadów. Błoto potrafiło uwięzić po kolana i nieraz dawało swe zimne wytchnienie tym których zmorzył tu pijacki sen. Lecz centrum stanowił tu stary, wapienny murek, pełen otarć, uszczerbień i rys. Miał około metra wysokości i ciągnął się jedynie dokładnie naprzeciw kuchennego wyjścia z pubu. Tak by wchodzący tu, mógł poczuć się jak wchodzący do sali tronowej emisariusz. Naprzeciw siedzieli na swym wapiennym tronie królowie, herosi i bogowie, królestwa którego jedynym bogactwem była nędza. Był to mityczny Olimp na którego szczycie, urządzali oni codzienne dionizję racząc się bez umiaru ambrozją w postaci wina, ciemnego piwa i bimbru. Jedynie dźwięki lutni apollińskiej zastępywały tu krzyki wszelkich przekleństw, inwektyw i pijackiej gorączki. Bogów nie zaczepiano ani nie szukano. Nikt ich nie odwiedzał i nie pragnął wejść do Olimpu. Nikt oprócz małego mnie.
  25. @Berenika97 To niesamowite ale pisząc o tym wierszu użyłem w jednej rozmowie sformułowania że jestem na zupełnie przeciwległym biegunie niż wszyscy ludzie :)
×
×
  • Dodaj nową pozycję...