Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Simon Tracy

Użytkownicy
  • Postów

    819
  • Dołączył

  • Ostatnia wizyta

  • Wygrane w rankingu

    1

Treść opublikowana przez Simon Tracy

  1. @Berenika97 Widziałem resztki Wierszalina na własne oczy kilka lat temu. Choć dość ciężko się tam dostać. Z całego Nowego Jeruzalem zostały trzy chaty. W samej Grzybowszczyźnie są tylko dwa zamieszkałe domy. Ale myślę że Wierszalin jeszcze długo będzie trwał tam na Podlasiu w pamięci
  2. @Berenika97 To prawda pojmano go we wsi Pawły niedaleko Wierszalina. Jak głosi legenda sam był już zmęczony latami życia jako rzekomy prorok. Ludzie chcieli go ukrzyżować, sądy skazać a Wierszalin zburzyć. Podobno sam oddał się w ręcę NKWD. Nie ma potem żadnych śladów jego życia oprócz wyroku. Podobno wywózka na Sybir gdzie zmarł po latach. Sekta przetrwała aż do końca lat 80-tych a ostatni wierny Ilji, syn Pawła Woroszyna, zastępcy proroka. Zmarł chyba około 2015 roku w Grzybowszczyźnie. Jest o nim świetny film dokumentalny nosi tytuł chyba "Ostatni człowiek w stolicy świata".
  3. @Christine Ten dzień trwa już prawie dwa tygodnie.
  4. @Christine Wróci razem z kotem
  5. @Christine Podnosisz mnie na duchu dziś :)
  6. @Berenika97 Piękny erotyk. W nurcie dekadenckim chciałoby się pewnie więcej brudu i cielesnej profanacji ale jak na język kobiety i tak jest wystarczająco ciężki.
  7. Prezentowany utwór stanowi literacką rekonstrukcję jednego z najbardziej fascynujących i mrocznych epizodów w historii polskiego pogranicza kulturowego. Przenosimy się na przedwojenne Podlasie, do wsi Grzybowszczyzna. To tam, w latach 30. XX wieku, niepiśmienny chłop Eliasz Klimowicz ogłosił się Prorokiem Ilją. Wokół niego narodziła się fanatyczna sekta religijna. Wyznawcy, uciekając przed nadchodzącym końcem świata, wybudowali w głębi lasu osadę Wierszalin – mającą stać się Nowym Jeruzalem. Wiersz jest próbą uchwycenia zbiorowej ekstazy, ludowego mistycyzmu oraz cienkiej granicy między boskim uniesieniem a obłędem. Tekst powstał z bezpośredniej inspiracji utworem „Wierszalin III” formacji Patriarkh, która na swoim koncepcyjnym albumie „Prorok Ilja” przełożyła tę podlaską tragedię na język rytualnego, cerkiewnego black metalu. Zanurz się wraz z autorem w błocie Grzybowszczyzny i usłysz bicie wierszalińskich dzwonów. "Wierszalin" Wracała do wsi. Odmieniona i uzdrowiona. Uśmiech, którego nie widziałem od miesięcy, wykwitł teraz pięknie na jej ustach. Policzki nabrały rumieńców a niebieskie oczęta zyskały blask. Zdjęła kwiecistą chustę. i poczęła ją tulić jak niemowlę. Płakała i całowała materiał. Relikwię jego łaski. Upadła na kolana przed chałupą. Składając najwyższe dziękczynienie Panu. Gdzieś za opłotkami, przecinanymi ścieżynami i bruzdami pól, dał się słyszeć dzwon. Teraz i ja uwierzyłem. Wyszedłem z obory i przypadłem do postaci siostry. A dzwon bił radośnie, obwieszczając ludowi prostemu i pokornemu, nastanie Nowego Jeruzalem. Siostra wyrwała mi się i w euforii uniesienia poczęła skakać i tańczyć po obejściu. Obwieszczała dobrą nowinę całemu światu. Tak głośno by i aniołowie usłyszeli. Zaprawdę święty, święty, święty i błogosławiony jest prorok, który uszedł z niewoli bestyi i nie ugiął się pod ciężarem grzechu nierządnicy! Wrócił do swej świątyni i ludu swego, by odbudować na kamieniach prawdy i wiary Nowe Jeruzalem. Wysławiajmy imię proroka bo jest wielki! Chwalmy jego święte imię bo jest sprawiedliwy! Wysławiajcie Pana, bo jest dobry, bo na wieki Jego miłosierdzie! Twoja jestem! Zbaw mnie! Bo Twoich przykazań szukałam! Moja dusza na wieki w Twoich jest rękach! I legła bez ducha tak jak stała. W kałuże głębokie, pełne wody nie żywej a mulistego grzechu i występku. Cała wieś ruszyła ku świątyni. By oddać pokłon prorokowi. I pomyślałem patrząc na ten, nagłym tłum, rozradowany triumfem wiary. Otwórz i mi oczy i uszy na Twą chwałę. Czyste serce stwórz we mnie. Nieprawości zgładź jak smoka piekielnego i daj zasiąść w chwalę po Twej boskiej prawicy. Pasterz wołał swe owce do zagrody. Na zielone pastwiska zbawienia. Świątynia ożyła na dobre. I był to bezsprzeczny dowód odrodzenia proroka. Wierszalin był centrum doczesnego świata. Wszystko co wokół było niewolą. Wszystko co w nim. Było zbawieniem. Pielgrzymów były dziesiątki. Jedni klęczeli, inni leżeli krzyżem w płytkim śniegu. Złote i srebrne ikony połyskiwały z ołtarzy na wozach. Byli i tacy co opasali się nimi niczym zbroją, śpiewając dziękczynne psalmy. Twemu domowi Panie, przysługuję świętość po kres dni. Do środka nie dało się wejść. Wszędzie byli wierni. Zajmowali cały pritwor. Całowali podłogę, chresty i ikony. Obnażali plecy, wymierzając sobie pokutę skórzanymi biczami lub drewnianymi pałkami. Żegnali się raz po raz w modlitewnym upojeniu. Byli i tacy co po prostu zamarli na obliczach z powodu ogromu cudów wokół. Patrzyli tępo w niebo pod postacią ikonostasu. Bóg wybrał ich. Byli oblubieńcami proroka. Nową świętą rodziną. Chwalcie imię Pańskie, chwalcie słudzy Pana, którzy stoicie w świątyni Pańskiej, na dziedzińcach domu naszego Boga. Chwalcie Pana, albowiem dobry jest Pan, śpiewajcie Jego imieniu, albowiem jest dobre. Błogosławiony Pan z Syjonu, który mieszka w Nowej Jerozolimie. I był pierwszym po Bogu. Siedział na tronie biskupim i błogosławił ludowi swemu. Całowali jego stopy i dłonie. Dotykali jego szat. Upadali pod jego wzrokiem. Błagali o łaskę i wstawiennictwo. A on patrzył na swoje dzieło zbawienia. Prosfora, jałmużna czy dłoń położona na czole starca, dziecka czy chromego. Była nagrodą samego królestwa niebieskiego. Zbawienie sprawiedliwych od Pana, On jest ich obrońcą w czasie utrapienia. Pomoże im Pan i ich wybawi, uwolni ich od grzeszników i zbawi ich, albowiem w Nim mają nadzieję. I przemówił Pan głosem proroka. Ślady po cierniach na mych skroniach. Każdy raz krwawym śladem bicza, odbity na plecach. Blizny po gwoździach w mych świętych dłoniach. Stopy nimi przebite na wylot. Bok rozorany rzymską włócznią. Martwy byłem przez trzy dni w ziemi babilońskiej. Mówili biada mu i zagłada po wszechczas. Mówili szaleniec on i uzurpator. Nie święty! Boże Wszechmogący! Ty widzisz mnie i apostołów moich! Koniec będzie wszędzie! Sromota i ogień! Wierszalin! Wierszalin! Nowe Jeruzalem!
  8. @Berenika97 To nie tyle ucieczka co życie w swoim świecie po prostu.
  9. @Maria Kosaciec Wiersz jak promyk nadziei i radości pośród reszty utworów
  10. @Maria Kosaciec Ciężko cokolwiek napisać. Piękne pożegnanie.
  11. @Maria Kosaciec Cudowny, poetycki język. Prawdziwy kunszt.
  12. @Maria Kosaciec Doskonale rozumiem treść. Wszędzie jest lepiej niż tam.
  13. @Maria Kosaciec Melancholijna, słotna oniryczność i ta szczególnie krucha tęsknota serca za przeszłością
  14. @Maria Kosaciec Jest w tym wierszu ten szczególny model tęsknoty i melancholii wręcz gotyckiej w którym szczególnie się lubuję. Piękne i pisane szczerze zranionym sercem.
  15. @APM Tak naprawdę od lat nikogo w życiu nie mam i nie szukam. Ta miłość z wiersza to całkowita fikcja literacka.
  16. @obywatel Ciężko mi będzie znaleźć odpowiednią wybrankę w dzisiejszych, strasznych czasach. Ostatnie odpowiednie kandydatki, które bym ewentualnie brał pod uwagę powymierały gdzieś w okolicach lat 50-tych :)
  17. Wyszedłeś i zapomniałeś wrócić. Mało tego zamknąłeś i zatarasowałeś drzwi. Jedyną drogę powrotu. Do świata żywych. Do naszego świata. Waszego świata. Gwoli ścisłości. Zwariowałeś. Dobre sobie. Czuję się doskonale. Mówisz, że to przez nerwy. Przez ciężkie dzieciństwo i wszystkie zawody. Szczególnie te miłosne. Że mi się miesza w głowie. To co było z tym co jest. To prawda bo przyszłych zdarzeń nie uznaje za ważne i potrzebne. Przeżyłem tyle, że i na kolejnych trzech chłopa by wystarczyło. Ale mi nikt nic nie pomieszał. Przeciwnie. Ułożył w głowie. Teraz mój umysł jest jak wersalski ogród. Pełen harmonii, symetrii i fontann nieskazitelnie wielkich pomysłów. Tu rzeźba Wenus, tam słowik na zegarze słonecznym. Gończe ujadają w gromadzie na rozradowaną postać stróża. Zapewne ma jakieś smakołyki po kieszeniach. Panny w sukniach strojnych, chadzają w kojącym cieniu parasolek. Bzy różane i lawendowe, patrzą na wędrówkę pełnego słońca. Czekają cierpliwie zachodu, by eksplodować wonią kojącą wszelki zły omen czy myśl. Łabędzie tulą się w amorach. Wypłoszają, rechoczące żaby z dryfujących leniwie lilii. Ty mówisz mi, że teraz się lata po świecie całym, prędkimi samolotami w przestworzach. A mi za dopust wystarczy wierna klacz, lub zaprzęg u bryczki upięty. Ty mówisz mi o telewizji za szklanym ekranem. O życiu w serialach i sagach. Dla mnie życie jest boskim serialem w którym gram główną rolę. A jeśli mi się znudzi, oglądam z balkonu sztukę lub operę, przez szklane oko lornetki. Ty mówisz wakacje spędzasz pod egzotycznymi palmami z drinkiem w ręku. A ja wolę mroczny, chłodny, ceglany płaszcz zamczyska. I piwniczkę przednich win w beczkach. Mówisz, że ciężko znaleźć dziś miłość. A mojej romantyczności nie pojmiesz. Przepasany Twą chustką na silnej prawicy, posłałem Ci uśmiech zanim przyłbica opadła na oczy a koń wykonał zwrot na zadzie i ruszyłem jak wicher ku przeciwnikowi z kopią gotową do szarży. I z imieniem Twym anielskim na ustach, by strącić go z tronu pychy. Nie wiesz jak to jest, gdy pieściłbym Cię listem, rozkochiwał wierszem. Zabrał gdzieś w leśne, pierwotne uroczysko, nie po to by bezbożnie posiąść a jedynie wtulić się w Twe rdzawe włosy. I chłonąć godzinami Twe piękno. Dlatego kochasz innego. Człowieka, który jest we właściwym miejscu i czasie. A ja kruszeje powoli wraz z zamkową basztą. Błąkam się po lochach bez celu. A kości moje bieleją w błocie fosy. A czaszka czasami zaśmieje się do słońca.
  18. @Berenika97 Może kiedyś ją zakończę.
  19. @Berenika97 Żerebcow i kot wrócą jeszcze. Mam też pomysł na wiersz lub małą prozę poetycką nadal w duchu wschodnim ale już nie w Rosji a rodzimie. Myślę, że zaskoczę tematycznie znowu. :)
  20. @Berenika97 Ja z pewnością z całego utworu zapamiętam czarny humor piekła :)
  21. @Wiechu J. K. Żerebcow wróci jeszcze niczym zjawa w mojej twórczości bo jest to mój ukochany bohater z pośród wszystkich jakich kiedykolwiek wykreowałem. A kot? On też będzie wracał i mówił głosem piekła z zaiste czarnym humorem pod wąsem.
  22. Za moimi plecami pojawił się enkawudzista. Był w doskonałym humorze. I nie wiedziałem tylko czy to z powodu tego, że wiedział o tym, że Żerebcow wywołuje tak wielkie uczucie strachu, czy może z powodu rozkazów jakie mu przekazano. Wychodź Żerebcow. Koniec wycieczki. Kota zostaw nie będzie Ci potrzebny, mały, czarny pluszak. Teraz będziesz co najwyżej tulił się z zimna do ciał kolegów w baraku. Żerebcow już miał zamiar prostować kolana, gdy enkawudzista poklepał mnie zuchwale po ramieniu. Rozkazy się zmieniły lejtnancie. Góra nie chcę już więcej o nim słyszeć ani przerzucać go z miejsca w miejsce. Dość już jego wątpliwej legendy. Podobno nie można go zabić. Podobno odradza się zawsze po egzekucji. Drugi pieprzony Rasputin. Ale nie ma takiego Diabła, którego nie potrafiłby zgładzić ludowy komisariat obrony. Prawdziwy człowiek radziecki i piekło może zamrozić jeśli tylko chcę. Plan jest taki. Wy lejtnancie jedziecie z nim do lasu. Kierowca zna miejsce. Moi ludzie już wszystko tam przygotowali. Wysiadacie wieczorem. On klęka, wy strzelacie. Moi dobijają bagnetami. Nawet go nie grzebcie. Wilki i niedźwiedzie posilą się krwawą padliną. Wracacie w nocy. Spisujemy raport. Wychylamy kilka szklanek za dobrze wykonaną robotę. W tajemnicy Wam powiem lejtnancie, że za zabicie tego wrzoda na radzieckim organizmie, dostaniecie order czerwonego sztandaru, sam towarzysz Beria za tym optował. A nie powiecie mi chyba, że nie chcielibyście dostać przepustki do stolicy. Tu tylko jaja można sobie odmrozić. A tam będziecie towarzysz i gieroj. Bohater naszych czasów. Ta akcja nie może czekać. Jeździe już teraz. Dopilnuję obozu przez te kilka godzin. Uścisnął mi rękę i prawie siłą wepchnął na pakę ciężarówki. Chciałem więcej wyjaśnień, omówić plan działania. Zamierzałem się sprzeciwić. Ale co mógł prosty czerwonoarmista wobec potęgi komisariatu obrony. Wobec całej potężnej maszyny śmierci. Kierowca rzucił okiem za siebie i zauważył że usadowiłem się niemrawo prawie dokładnie naprzeciw literata. Jeśli coś będzie nie tak lejtnancie, krzyczcie a najlepiej bijcie dłonią w ścianę szoferki. Ja mam tu pistolet. Spojrzałem z niedowierzaniem na enkawudzistę Jak mam eskortować więźnia bez broni? Chcę wrócić po pistolet i proszę o eskortę w postaci dwóch dodatkowych ludzi. Moich zaufanych ludzi. Enkawudzista machnął tylko ręką. Eskorta do Żerebcowa?! On nigdzie nie ucieknie. Zresztą dokąd? Do najbliższej większej osady przeszło osiemdziesiąt kilometrów. Do miasta trzysta. A na termometrze dziś prawie minus trzydzieści pięć stopni. Zresztą on nawet nie jest związany. Nie musi. Nie wie na jakim świecie jest. Nie odzywa się słowem od tygodni. Zresztą zobaczcie sami. I faktycznie Żerebcow stwarzał pozór osoby obłąkanej i zupełnie nieobecnej w rzeczywistości. Nie wiem czy rozumiał o czym rozmawialiśmy. Czy wiedział o tym, że za kilka godzin zginie? Czy rozumiał cokolwiek z tego co się wokół działo. Siedział i z błogim uśmiechem małego chłopca, głaskał kota, który zdążył zasnąć na jego kolanach. Widać literat i kot byli razem w siódmym niebie. Ciężko było dyskutować o tym co powinno się zrobić i jak powinno się teraz postąpić. To był rozkaz, którego nie mogłem zlekceważyć. Jechaliśmy już przeszło godzinę. Kilka minut temu, rozpadał się ostry, wirujący dziko na wietrze śnieg. Przesiąkłem odorem paki. Wszystko wokół cuchnęło. Na dodatek opary paliwa łatwo przechodziły na tył pojazdu i powodowały astmatyczne napady duszności i kaszlu. Żerebcow nie reagował. Miał zamknięte oczy i odchyloną delikatnie głowę. Ale nie spał. Wydawało się jakby słuchał tej ciszy. Jak gdyby delektował się podróżą w swoich własnych myślach. Może pisał w nich kolejny wiersz. List pożegnalny. A może jednak był pewny ocalenia. Kolejnej cudownej ucieczki i oszukania systemu. Tutaj jednak mógł usłyszeć go jedynie Bóg i Diabeł. No i ja, gdyby tylko chciał wreszcie cokolwiek powiedzieć. Kierowca jechał bardzo ostrożnie a mimo to ciągle łamaliśmy pod kołami, powalone pnie, korzenie i zbitą zmarzlinę, która była tutaj po prostu drogą do nikąd. Byłem bardzo zdenerwowany a nie miałem przy sobie nawet grama tytoniu i bibuły. Wódki też nie. A zająłbym chociaż czymkolwiek, ciągle drżące z przejęcia dłonie. Nagle, zupełnie bez zapowiedzi, z rogu paki wypłynęło źródło głosu. Były to słowa wypowiadane starannie, powoli wręcz sennie. Był to głos cichy lecz mocny. Wychodzący jednak jakby spod ziemi. Lejtnancie… zaczął cicho Paweł Fiodorowicz, nie odrywając wzroku od narzuconego brezentu Mówi Wam coś nazwisko Levenstern? Był Waszą ostatnią ofiarą, prawda? Drgnąłem, gdzieś wewnątrz. Serce zakuło mnie w piersi a w krtani narosła twarda kula. Nie winy. Nie wstydu. A paraliżującego strachu. Jak to możliwe?! To nazwisko powinno leżeć w ciszy tajgi. Nikt o tym nie mógł wiedzieć. Nikt! Skąd o nim wiecie, Żerebcow? Wychrypiałem nie patrząc na pasażera. Co wam do niego? Był szpiegiem niemieckim w czasie wojny... a raczej tak właśnie sfabrykowano dowody. Kontynuował literat z tym samym niepokojącym spokojem, jakby czytał nekrolog w porannej gazecie. Zastrzeliliście go dokładnie tam, dokąd mnie teraz zabieracie. Widzę go, Lejtnancie. Stoi tam i czeka na towarzystwo. Poczułem, jak pot spływa mi po karku, mimo dojmującego mrozu. Kim on jest? Świętym? Przeklętym? Carskim upiorem dawnej epoki? A może sumieniem kata? Bo nie literatem. Był mistrzem z piekła rodem. Nawet jeśli, Żerebcow... to już niedługo Wy zajmiecie jego miejsce ostatniego w wyliczance. Uciąłem brutalnie, odzyskując na moment pewność siebie. Kierowca o mało co nie wywrócił nas do rowu, którego nie zauważył przed nosem pojazdu. Zawieszenie jęknęło, koła po lewej stronie oderwały się od podłoża i bardzo opornie wracały na swoje pierwotne miejsce. Dopiero teraz Żerebcow jakby ocknął się z maligny. Wyjrzał do szoferki i radośnie oświadczył w przestrzeń lub do rozmówcy w swoim umyśle. Był ostatni. Szepnął radośnie. Gładząc się po skołtunionych włosach. Będzie ostatni. Odpowiedział trzeci głos. Zamarłem jak panujący wokół mrok i mróz To nie był głos Żerebcowa, ani tym bardziej, przerażonego kierowcy. To był dźwięk niski, chropowaty, wibrujący jak pomruk nienasyconego pieca. To było absolutne szaleństwo ale zwróciłem powoli wzrok na ostatniego pasażera. Kocur zdawał się spać, pogrążony w błogim spokoju, ale gdy mój wzrok spoczął na jego futrze, zwierzę powoli otworzyło prawe oko. Było złote, głębokie i pełne nieludzkiej wiedzy. Kot nagle puścił do mnie oczko a na jego pyszczku wykwitł ten sam podle ludzki uśmiech, który zwiastował koniec pewnego świata. Przecież... to tylko kot. Wybełkotał kierowca, ale jego głos utonął w wyciu silnika, który nagle wszedł na nienaturalnie wysokie obroty, jakby chciał uciec z tego przeklętego Studebakera. Żerebcow cicho przytaknął a kocur znów zamknął oko, mrucząc rytmicznie Ostatni... ostatni… Znów każdy pogrążył się w swoich myślach. Jego milczenie denerwowało mnie. Doskonale już teraz wiedziałem, że on wie dosłownie o wszystkim. Zna moje ofiary, moje troski i problemy, czuje mój strach, widzi całe moje życie. Dlatego jego milczenia nie odbierałem w kategorii spokoju i harmonii a drwiny z mojej osoby. Żerebcow znów oparł wysoko głowę i wbił wzrok w sufit paki. Chciałem zasypać go pytaniami. O twórczość, której szczerze nie znałem. O to czy ma jakąś rodzinę albo dzieci. O jego liczne ucieczki i cudowne ocalenia. Przecież mówi się, że to piekło we wszystkim mu pomaga. I przynajmniej kot, jest jakąś częścią tego diabelskiego planu. Ale Żerebcow? Tak nie wygląda Diabeł. Nie wiem jak mógłby wyglądać, lecz z pewnością nie tak. Nie jak człowiek. Znudzony, zmęczony, dziwnie spokojny zupełnie zwyczajny a zarazem głęboko niezwykły. Wreszcie ciężarówka wykonała ostatnie półkole wokół, wyrwanej z trudem tajdze polany. Silnik zachłysnął się ostatni raz i zgasł. Naprzeciw naszego pojazdu, zaparkowany był Zis z oddziałem żołnierzy. Nasz kierowca wysiadł do nich pierwszy i z wyraźną ulgą po opuszczeniu szoferki, ściskał im kolejno dłonie. Byli w szampańskim humorze. Srogo pochlali. Krzyczeli, śmiali się, podskakiwali i oklepywali ciała, zamaszystymi ruchami ramion, próbując się ogrzać. Nie musiałem nic robić z więźniem. Żerebcow zrozumiał, że to finalny postój i wygramolił się niezdarnie na zewnątrz. Kot czmychnął jego śladami. Gdy ja wreszcie uwolniłem się z tej brezentowej klatki. Stanąłem twarzą w twarz z Żerebcowem. Ten w ogóle nie przejmował się zadymką śnieżną i stał dumnie wyprostowany i zupełnie nieczuły na wszystko. Oczy literata były jednak inne. Wreszcie pytały i one. To moja mogiła lejtnancie? Doskonała. Chłopcy spisali się na medal albo nawet order i wakacje w Odessie. Zadziwił wszystkich gdy zbliżył się do rowu, wykopanego nierównomiernie i na tempo. Padł przy nim na kolana, nachylił się i zawołał do ciemni. Levenstern przyjacielu, za chwilę będziesz miał towarzystwo. Chciał jeszcze wstać, lecz dwóch strażników doskoczyło do niego i brutalnie popchnęli go nad samą krawędź, skutej lodem czerni grobu. Nie bronił się, nie wołał Boga ani łaski. Poprawił tylko kołnierz palta. Wywinął go z taką formą etykiety, jak gdyby wchodził na przedstawienie leningradzkiego baletu czy teatru. Przygładził jeszcze włosy, dłuższe kosmyki powędrowały za uszy. Odetchnął jedynie głęboko. Nie z ulgą a ze zniecierpliwienia. Widać skoro mu było w objęcia śmierci, lub do jakiś kolejnych magicznych sztuczek. Jeden ze strażników wręczył mi pistolet. Wasza kolej towarzyszu lejtnancie. Koniec jego ziemskiej wycieczki. Tym razem Diabeł się nie wywinie. Jeden strzał w głowę a my dokończymy jeśli będzie trzeba. Spojrzałem jeszcze za siebie na kierowcę. Gdyby mógł to krzyczałby. Ruchy, ruchy lejtnancie. Moskwa czeka. Gdzieś na granicy polany zaświeciło się coś złotego. Owalne jak moneta lecz bezsprzecznie żywe. Oko czarnego kocura. Patrzył cały czas. Trzeba będzie też go zastrzelić razem z jego panem. Tak by mieć spokojne sumienie. Wyciągnąłem pistolet. Moja dłoń, dotąd tak karna i posłuszna systemowi, drżała w sposób haniebny. Nie z powodu mrozu. Czułem, jakby tysiące niewidzialnych mrówek chrzęściło pod moją skórą, paraliżując każdy nerw. Spojrzałem na Żerebcowa. Zgarbiony, spokojny, z tym samym błogim uśmiechem małego chłopca, czekał na uderzenie ołowiu. Podniosłem broń. Wycelowałem w potylicę studenta. Świat wokół zamarł. Czas przestał biec do przodu, a pętla fatum zacisnęła się na mojej krtani. Pociągnąłem za spust. Huk rozdarł ciszę tajgi, a ciało poety runęło bezwładnie w przygotowany rów. Strażnicy rzucili się do mogiły jak wściekłe psy. Kuli ciało raz za razem, aż do momentu omdlenia ramion. A potem nastał poranek. Mgła przedświtu, gęsta i szara jak dym z podłych papierosów, osiadła nisko nad polaną. Nad polaną na której nie pozostawiono tylko ciała literata w płytkim grobie. Śnieg wokół był pełny czarnego brudu lub sadzy. Drzewa miały okopcone pnie. Wszędzie wokół unosił się także, drażniący smród siarki. Studebaker i Zis nadal stały frontem do siebie. Nie było wokół nikogo. Ani na polanie ani w lesie, ani na pakach czy w szoferkach. Lejtnant i strażnicy nie wrócili z akcji do obozu. Oficer czekał na ludzi i raport. Nie było gratulacji, obietnicy awansu. Nie było niczego. Poza ciszą. Martwą i złowrogą. Wysłano więc kolejny oddział na miejsce. W końcu robota mogła być wykonana wzorowo. Żerebcow nie żył a oni w drodze powrotnej, mieli wypadek albo zgubili drogę w śnieżnej zamieci. Drugi oddział strażników przybył na miejsce egzekucji z opóźnieniem, klucząc Studebakerem pośród zwalonych pni. Gdy żołnierze wysiedli z wozu, nienaturalna cisza lasu sparaliżowała ich kroki. Nad otwartą, czarną mogiłą stały dwie postaci. Paweł Fiodorowicz Żerebcow, nienagannie młody, z czujnym i bystrym wzrokiem petersburskiego filozofa, trzymał na rękach wielkiego, czarnego kocura. Na jego brudnym palcie nie było śladu krwi, a czas wydawał się omijać jego oblicze szerokim, lękliwym łukiem. Obaj z kotem trwali w milczącej zadumie, spoglądając w dół, do wnętrza ziemnego grobu. Tam, na dnie lodowatego rowu, pośród grud zmarzliny, spoczywało ciało lejtnanta. Jego oczy były szeroko otwarte, wybałuszone w ostatecznym, pośmiertnym zdziwieniu, a na ustach zastygał krwawy spazm paranoi. Martwy kat leżał dokładnie tam, gdzie kilka godzin wcześniej miał spocząć poeta. Żołnierze zamarli na linii drzew, niezdolni do oddania choćby jednego strzału z pepesz. Wtedy, pośród arktycznego milczenia Syberii, czarny kocur uniósł poszarpane lewe ucho, spojrzał na Żerebcowa i przemówił ludzkim, chropowatym głosem, który wibrował jak pomruk nienasyconego pieca. Fatalnie… fatalnie tak mój drogi przyjacielu, stracić zupełnie głowę dla godnej pożałowania sprawy. A Żerebcow tylko cicho mu przytaknął, po czym obaj odwrócili się plecami do armii straceńców i odeszli wolnym, dystyngowanym krokiem w gęstniejącą mgłę tajgi. Nikt za nimi nie pobiegł ani nie strzelał. Zjawa była wolna. I było tylko kwestią czasu, gdy znów ją schwytają gdzieś w ciemni rozpadającej się komunałki. Z maszynopisem w jednej dłoni A z kartą wiersza w drugiej.
  23. Kto mnie czyta na bieżąco ten wie, że miałem użyć jeszcze obywatela Żerebcowa w innym utworze niż "Szare eminencje". Więc proszę oto nowa proza poetycka z postacią niesamowitego poety. Amerykański studebaker, przedzierał się przez zaspy, plątaninę krzaków i zwalonych siarczystym mrozem drzew, niczym wściekły i głodny niedźwiedź. Potężny silnik ciężarówki charczał, kaszlał i wył wchodząc na najwyższe obroty. Śledziłem każdy jej ruch, od kiedy tylko wychynęła zza odległego zakrętu u stóp niewielkiego wzgórza. Rozkazałem pilnować więźniów w budynku posterunku a sam wyszedłem na spotkanie tych, którzy mieli uwolnić mnie od tego problematycznego balastu który często pozbawiał mnie spokojnego snu a jeszcze częściej wiary w racjonalne pojmowanie rzeczywistości. Byłem wyznaczony na stanowisko nadzorcy obozu pracy nr 233. Łagru dla szczególnie wrogich i niebezpiecznych dla systemu więźniów politycznych. Zakończona ledwie pół roku temu Wielka Wojna Ojczyźniana nie zatrzymała nawet na chwilę maszyny śmierci, która zbierała swe okrutne żniwo na tym zapomnianym przez wszelką cywilizację i oczy świata skrawku terenu gdzieś na zachód od Irkucka. Przybywali tu i ginęli setkami, tysiącami. Pociągi i ciężarówki były pełne żywych i umarłych. Śmierć w trakcie drogi lub zaraz po przybyciu, równała się tu łasce i miłosierdziu. Ci którzy opierali się śmierci, nie mogli robić tego w nieskończoność. Pięć lat katorgi, było prawie pewnym wyrokiem śmierci. Zdecydowana większość miała wyroki od piętnastu lat do dożywocia. Umierali w obozach, kopalniach, hutach, przy budowie dróg i tras kolejowych. Umierali w tajdze. Głód, tyfus, czerwonka, kule strażników. Te też były oznaką miłosierdzia. Często nie kopano nawet mogił. Zrzucano ciała w lasach a zwierzyna i czas robiły co do nich należało. Wszędzie wokół chodzono po kościach jak po świeżo wybrukowanym moskiewskim prospekcie. Nie ma to jednak znaczenia. Śmierć miliona to tylko statystyka, dla słabych, uczuciowych umysłów. Walka musiała trwać. Element reakcyjny i burżuazyjny należało wyplenić. Tak samo jak inteligencję. Sierp i młot miały ściąć i zgnieść epokę carskiej szabli i poetyckiego pióra. Byli jednak tacy niezłomni, którzy nie trwożyli przed obozami, kulami, chorobami, sierpem ani młotem a nawet gniewem czerwonego cara. Przeżywali lata więzienia czy łagru. Odnotowywano niby ich śmierć. A potem łapano ich gdzieś w kraju po raz wtóry, trzeci… dziesiąty. Osadzano, umierali i odradzali się w innym miejscu tylko po to by dać się z czasem schwytać i koło się zamykało. Niektórzy modlili się do nich jak do ikon. Byli święci choć przeklęci. Był wśród nich najsłynniejszy wyklęty. I za kilka chwil będę mógł gościć go w progu swego obozu. Aż trudno uwierzyć, że cały komitet centralny drży z przestrachu na samo wspomnienie jego imienia. Mówi się, że pojawił się w kraju zaraz po rewolucji październikowej. I przez te prawie trzydzieści lat. Ciągle unika wyroków śmierci. Lecz schwytać można go łatwo. Nie ukrywa się zbyt dobrze. Cały czas piszę i wydaje w podziemiu, swoje wiersze i książki. Mówi się, że piekło go zrodziło. Piekło go posłało, chroni go i odradza w kółko. Taki on święty a pakt podobno przed laty zawiązał z Diabłem. Piekło wydaje jego dzieła. Siedział wyroki i na Kriestach i na Kołymie. Za Murmańskiem i na Łubiance. Nie bał się kaźni tortur mu zgotowanych, oprócz jednej tylko. Chrestu całować nie chciał i na Boga się nie klął. A w celi osadzony po nocach prawił rozmowy z cieniami. I z kocurem, grubym i czarnym go często w celi widywano. Nieraz go chcieli zatłuc strażnicy albo zastrzelić, lecz kocisko było mądrzejsze niż człowiek. Unikało wszystkich pułapek. I odwiedzało więźnia wszędzie, gdziekolwiek nie trafił. Byli świadkowie niepodważalni, którzy asystowali przy egzekucjach pisarza. Strzelano w niego, truto, bito na śmierć, wieszano a nawet rąbano na części. Zawsze po czasie wracał. A nazywał się Paweł Fiodorowicz Żerebcow. Ciężarówka dowlokła się do bramy obozu. Kierowca zgasił silnik. Z szoferki wysiadł oficer enkawudzista, z przewieszoną przez prawy bark pepeszą. Nie rzekł nawet słowa na przywitanie, miast tego wręczył jakieś papiery jednemu z moich strażników a ten od razu przekazał je do mnie. Wszystko się zgadzało. Chcę go zobaczyć. Nie biorę kota w worku. Enkawudzista zaśmiał się sucho przez nos. Na pace jest i kot. Sprawdźcie sobie jeśli chcecie. Kierowca bębnił niespokojnie palcami o kierownicę. Podświadomie wyczułem w nim strach. Zasiał we mnie chwilę niepewności. A jeśli Żerebcowa tam nie ma? Ulotnił się w trakcie podróży. Rozpłynął pośrodku niczego, gdzieś w lesie. Obchodziłem ciężarówkę ostrożnie. Sam chciałbym teraz sięgnąć po broń. Nawet jeśli kulę nie imają się jego ciała. Spod zaciągniętego na sztywno brezentu paki, wionęło ciepłą wilgocią, moczem, kałem i słodką nutą krwi. Na samym przodzie za szoferką, siedział jeden jedyny więzień. Nie był skuty. Nie wyglądał na mocno zaniedbanego czy chorego. To nie był żywy trup ani szkielet. Zjawa przybyła z Łubianki czy Kołymy. Był to po prostu człowiek. Więzień na zewnątrz lecz nie wewnątrz samego siebie. Nie wszystko wydawało się jednak być w jak najlepszym porządku. Wedle akt, Żerebcow powinien dobijać do pięćdziesięciu sześciu lat. A ja patrzyłem na oblicze studenta rosyjskiej filologii uniwersytetu w Petersburgu. Odjąłbym mu co najmniej trzy dekady. Był co prawda brudny, pobity, zawszony ale co dla niego najważniejsze, nie był złamany. Jego wzrok nie był wzrokiem więźnia. Nie był pogodzonym ze śmiercią, przestraszonym mężczyzną. On był tylko smutno patrzącym w onuce poetą któremu kolejny wyrok śmierci przerywał passę tworzenia swoich dzieł. Spojrzał na mnie tylko przez ułamek sekundy, widać nie był ciekaw gdzie trafił. Był to wzrok bystry i czujny. Prawda, przygnębiający ale nie pusty. Kriesty. Kołyma. Murmańsk. Trzy potwierdzone egzekucje. Dwie próby ucieczki. Sześć transportów więziennych zakończonych śmiercią konwoju. A mimo to siedział tutaj. Żywy. Jakby czas po prostu nie chciał go dotknąć. Między jego nogami coś się poruszyło. Był to ogromny, czarny kot. Uniósł ogon i wtulił się nastroszoną sierścią w łydkę Żerebcowa. Łasił się powoli, wręcz prowokująco. Wiedział, że skupiłem na nim całą uwagę. Miał piękne, lśniące futro, poszarpane lekko,lewe ucho i prawie ludzki, zimny uśmiech. Dołączył do tego hipnotycznie, głęboki wzrok. Patrzył nie na mnie a w głąb mnie. Przerażał bardziej niż sam Żerebcow. Pomyślałem, że ten kocur to jakiś jego krajan z samej czeluści piekła. Żerebcow siedział bez ruchu. Zgarbiony lekko. Tak jak gdyby czytał książkę w sali leningradzkiej biblioteki. Nie zamierzał chyba mówić ani słowa. Wy jesteście Paweł Fiodorowicz Żerebcow? Po tych latach odsiadki, łagrów, obław i egzekucji. Wyglądał po prostu jak człowiek. Nie nowy rodzaj człowieka. Zbudowany ze stali, obywatel sowiecki. Żerebcow był z innej epoki, innego czasu. Spokojny, miły, wyjęty z kart dawnej literatury. Inteligent milcząco przytaknął. A kot wskoczył mu ochoczo na kolana.
  24. @Lenore Grey @Lenore Grey W tym utworze jest oczywiście cała masa nawiązan do utworów Poego czy Lovecrafta - "Model Pickmana", "Portret Owalny", "Zdobywca Czerw", "Chłód". Nikt jednak nie zwrócił uwagi na jeden ukryty szczegół :) cmentarz z domem Wilda znajduje się na Elm Street - Ulicy Wiązów :) Wild jest personifikacją samego twórcy poematu. I jak słusznie zauważyłaś ma tak w życiu jak i po śmierci jedynie swoją sztukę.
  25. @Lenore Grey Myślę że nawet dałoby się obejrzeć taki film.
×
×
  • Dodaj nową pozycję...