Znajdź zawartość
Wyświetlanie wyników dla tagów 'rosja' .
-
Za moimi plecami pojawił się enkawudzista. Był w doskonałym humorze. I nie wiedziałem tylko czy to z powodu tego, że wiedział o tym, że Żerebcow wywołuje tak wielkie uczucie strachu, czy może z powodu rozkazów jakie mu przekazano. Wychodź Żerebcow. Koniec wycieczki. Kota zostaw nie będzie Ci potrzebny, mały, czarny pluszak. Teraz będziesz co najwyżej tulił się z zimna do ciał kolegów w baraku. Żerebcow już miał zamiar prostować kolana, gdy enkawudzista poklepał mnie zuchwale po ramieniu. Rozkazy się zmieniły lejtnancie. Góra nie chcę już więcej o nim słyszeć ani przerzucać go z miejsca w miejsce. Dość już jego wątpliwej legendy. Podobno nie można go zabić. Podobno odradza się zawsze po egzekucji. Drugi pieprzony Rasputin. Ale nie ma takiego Diabła, którego nie potrafiłby zgładzić ludowy komisariat obrony. Prawdziwy człowiek radziecki i piekło może zamrozić jeśli tylko chcę. Plan jest taki. Wy lejtnancie jedziecie z nim do lasu. Kierowca zna miejsce. Moi ludzie już wszystko tam przygotowali. Wysiadacie wieczorem. On klęka, wy strzelacie. Moi dobijają bagnetami. Nawet go nie grzebcie. Wilki i niedźwiedzie posilą się krwawą padliną. Wracacie w nocy. Spisujemy raport. Wychylamy kilka szklanek za dobrze wykonaną robotę. W tajemnicy Wam powiem lejtnancie, że za zabicie tego wrzoda na radzieckim organizmie, dostaniecie order czerwonego sztandaru, sam towarzysz Beria za tym optował. A nie powiecie mi chyba, że nie chcielibyście dostać przepustki do stolicy. Tu tylko jaja można sobie odmrozić. A tam będziecie towarzysz i gieroj. Bohater naszych czasów. Ta akcja nie może czekać. Jeździe już teraz. Dopilnuję obozu przez te kilka godzin. Uścisnął mi rękę i prawie siłą wepchnął na pakę ciężarówki. Chciałem więcej wyjaśnień, omówić plan działania. Zamierzałem się sprzeciwić. Ale co mógł prosty czerwonoarmista wobec potęgi komisariatu obrony. Wobec całej potężnej maszyny śmierci. Kierowca rzucił okiem za siebie i zauważył że usadowiłem się niemrawo prawie dokładnie naprzeciw literata. Jeśli coś będzie nie tak lejtnancie, krzyczcie a najlepiej bijcie dłonią w ścianę szoferki. Ja mam tu pistolet. Spojrzałem z niedowierzaniem na enkawudzistę Jak mam eskortować więźnia bez broni? Chcę wrócić po pistolet i proszę o eskortę w postaci dwóch dodatkowych ludzi. Moich zaufanych ludzi. Enkawudzista machnął tylko ręką. Eskorta do Żerebcowa?! On nigdzie nie ucieknie. Zresztą dokąd? Do najbliższej większej osady przeszło osiemdziesiąt kilometrów. Do miasta trzysta. A na termometrze dziś prawie minus trzydzieści pięć stopni. Zresztą on nawet nie jest związany. Nie musi. Nie wie na jakim świecie jest. Nie odzywa się słowem od tygodni. Zresztą zobaczcie sami. I faktycznie Żerebcow stwarzał pozór osoby obłąkanej i zupełnie nieobecnej w rzeczywistości. Nie wiem czy rozumiał o czym rozmawialiśmy. Czy wiedział o tym, że za kilka godzin zginie? Czy rozumiał cokolwiek z tego co się wokół działo. Siedział i z błogim uśmiechem małego chłopca, głaskał kota, który zdążył zasnąć na jego kolanach. Widać literat i kot byli razem w siódmym niebie. Ciężko było dyskutować o tym co powinno się zrobić i jak powinno się teraz postąpić. To był rozkaz, którego nie mogłem zlekceważyć. Jechaliśmy już przeszło godzinę. Kilka minut temu, rozpadał się ostry, wirujący dziko na wietrze śnieg. Przesiąkłem odorem paki. Wszystko wokół cuchnęło. Na dodatek opary paliwa łatwo przechodziły na tył pojazdu i powodowały astmatyczne napady duszności i kaszlu. Żerebcow nie reagował. Miał zamknięte oczy i odchyloną delikatnie głowę. Ale nie spał. Wydawało się jakby słuchał tej ciszy. Jak gdyby delektował się podróżą w swoich własnych myślach. Może pisał w nich kolejny wiersz. List pożegnalny. A może jednak był pewny ocalenia. Kolejnej cudownej ucieczki i oszukania systemu. Tutaj jednak mógł usłyszeć go jedynie Bóg i Diabeł. No i ja, gdyby tylko chciał wreszcie cokolwiek powiedzieć. Kierowca jechał bardzo ostrożnie a mimo to ciągle łamaliśmy pod kołami, powalone pnie, korzenie i zbitą zmarzlinę, która była tutaj po prostu drogą do nikąd. Byłem bardzo zdenerwowany a nie miałem przy sobie nawet grama tytoniu i bibuły. Wódki też nie. A zająłbym chociaż czymkolwiek, ciągle drżące z przejęcia dłonie. Nagle, zupełnie bez zapowiedzi, z rogu paki wypłynęło źródło głosu. Były to słowa wypowiadane starannie, powoli wręcz sennie. Był to głos cichy lecz mocny. Wychodzący jednak jakby spod ziemi. Lejtnancie… zaczął cicho Paweł Fiodorowicz, nie odrywając wzroku od narzuconego brezentu Mówi Wam coś nazwisko Levenstern? Był Waszą ostatnią ofiarą, prawda? Drgnąłem, gdzieś wewnątrz. Serce zakuło mnie w piersi a w krtani narosła twarda kula. Nie winy. Nie wstydu. A paraliżującego strachu. Jak to możliwe?! To nazwisko powinno leżeć w ciszy tajgi. Nikt o tym nie mógł wiedzieć. Nikt! Skąd o nim wiecie, Żerebcow? Wychrypiałem nie patrząc na pasażera. Co wam do niego? Był szpiegiem niemieckim w czasie wojny... a raczej tak właśnie sfabrykowano dowody. Kontynuował literat z tym samym niepokojącym spokojem, jakby czytał nekrolog w porannej gazecie. Zastrzeliliście go dokładnie tam, dokąd mnie teraz zabieracie. Widzę go, Lejtnancie. Stoi tam i czeka na towarzystwo. Poczułem, jak pot spływa mi po karku, mimo dojmującego mrozu. Kim on jest? Świętym? Przeklętym? Carskim upiorem dawnej epoki? A może sumieniem kata? Bo nie literatem. Był mistrzem z piekła rodem. Nawet jeśli, Żerebcow... to już niedługo Wy zajmiecie jego miejsce ostatniego w wyliczance. Uciąłem brutalnie, odzyskując na moment pewność siebie. Kierowca o mało co nie wywrócił nas do rowu, którego nie zauważył przed nosem pojazdu. Zawieszenie jęknęło, koła po lewej stronie oderwały się od podłoża i bardzo opornie wracały na swoje pierwotne miejsce. Dopiero teraz Żerebcow jakby ocknął się z maligny. Wyjrzał do szoferki i radośnie oświadczył w przestrzeń lub do rozmówcy w swoim umyśle. Był ostatni. Szepnął radośnie. Gładząc się po skołtunionych włosach. Będzie ostatni. Odpowiedział trzeci głos. Zamarłem jak panujący wokół mrok i mróz To nie był głos Żerebcowa, ani tym bardziej, przerażonego kierowcy. To był dźwięk niski, chropowaty, wibrujący jak pomruk nienasyconego pieca. To było absolutne szaleństwo ale zwróciłem powoli wzrok na ostatniego pasażera. Kocur zdawał się spać, pogrążony w błogim spokoju, ale gdy mój wzrok spoczął na jego futrze, zwierzę powoli otworzyło prawe oko. Było złote, głębokie i pełne nieludzkiej wiedzy. Kot nagle puścił do mnie oczko a na jego pyszczku wykwitł ten sam podle ludzki uśmiech, który zwiastował koniec pewnego świata. Przecież... to tylko kot. Wybełkotał kierowca, ale jego głos utonął w wyciu silnika, który nagle wszedł na nienaturalnie wysokie obroty, jakby chciał uciec z tego przeklętego Studebakera. Żerebcow cicho przytaknął a kocur znów zamknął oko, mrucząc rytmicznie Ostatni... ostatni… Znów każdy pogrążył się w swoich myślach. Jego milczenie denerwowało mnie. Doskonale już teraz wiedziałem, że on wie dosłownie o wszystkim. Zna moje ofiary, moje troski i problemy, czuje mój strach, widzi całe moje życie. Dlatego jego milczenia nie odbierałem w kategorii spokoju i harmonii a drwiny z mojej osoby. Żerebcow znów oparł wysoko głowę i wbił wzrok w sufit paki. Chciałem zasypać go pytaniami. O twórczość, której szczerze nie znałem. O to czy ma jakąś rodzinę albo dzieci. O jego liczne ucieczki i cudowne ocalenia. Przecież mówi się, że to piekło we wszystkim mu pomaga. I przynajmniej kot, jest jakąś częścią tego diabelskiego planu. Ale Żerebcow? Tak nie wygląda Diabeł. Nie wiem jak mógłby wyglądać, lecz z pewnością nie tak. Nie jak człowiek. Znudzony, zmęczony, dziwnie spokojny zupełnie zwyczajny a zarazem głęboko niezwykły. Wreszcie ciężarówka wykonała ostatnie półkole wokół, wyrwanej z trudem tajdze polany. Silnik zachłysnął się ostatni raz i zgasł. Naprzeciw naszego pojazdu, zaparkowany był Zis z oddziałem żołnierzy. Nasz kierowca wysiadł do nich pierwszy i z wyraźną ulgą po opuszczeniu szoferki, ściskał im kolejno dłonie. Byli w szampańskim humorze. Srogo pochlali. Krzyczeli, śmiali się, podskakiwali i oklepywali ciała, zamaszystymi ruchami ramion, próbując się ogrzać. Nie musiałem nic robić z więźniem. Żerebcow zrozumiał, że to finalny postój i wygramolił się niezdarnie na zewnątrz. Kot czmychnął jego śladami. Gdy ja wreszcie uwolniłem się z tej brezentowej klatki. Stanąłem twarzą w twarz z Żerebcowem. Ten w ogóle nie przejmował się zadymką śnieżną i stał dumnie wyprostowany i zupełnie nieczuły na wszystko. Oczy literata były jednak inne. Wreszcie pytały i one. To moja mogiła lejtnancie? Doskonała. Chłopcy spisali się na medal albo nawet order i wakacje w Odessie. Zadziwił wszystkich gdy zbliżył się do rowu, wykopanego nierównomiernie i na tempo. Padł przy nim na kolana, nachylił się i zawołał do ciemni. Levenstern przyjacielu, za chwilę będziesz miał towarzystwo. Chciał jeszcze wstać, lecz dwóch strażników doskoczyło do niego i brutalnie popchnęli go nad samą krawędź, skutej lodem czerni grobu. Nie bronił się, nie wołał Boga ani łaski. Poprawił tylko kołnierz palta. Wywinął go z taką formą etykiety, jak gdyby wchodził na przedstawienie leningradzkiego baletu czy teatru. Przygładził jeszcze włosy, dłuższe kosmyki powędrowały za uszy. Odetchnął jedynie głęboko. Nie z ulgą a ze zniecierpliwienia. Widać skoro mu było w objęcia śmierci, lub do jakiś kolejnych magicznych sztuczek. Jeden ze strażników wręczył mi pistolet. Wasza kolej towarzyszu lejtnancie. Koniec jego ziemskiej wycieczki. Tym razem Diabeł się nie wywinie. Jeden strzał w głowę a my dokończymy jeśli będzie trzeba. Spojrzałem jeszcze za siebie na kierowcę. Gdyby mógł to krzyczałby. Ruchy, ruchy lejtnancie. Moskwa czeka. Gdzieś na granicy polany zaświeciło się coś złotego. Owalne jak moneta lecz bezsprzecznie żywe. Oko czarnego kocura. Patrzył cały czas. Trzeba będzie też go zastrzelić razem z jego panem. Tak by mieć spokojne sumienie. Wyciągnąłem pistolet. Moja dłoń, dotąd tak karna i posłuszna systemowi, drżała w sposób haniebny. Nie z powodu mrozu. Czułem, jakby tysiące niewidzialnych mrówek chrzęściło pod moją skórą, paraliżując każdy nerw. Spojrzałem na Żerebcowa. Zgarbiony, spokojny, z tym samym błogim uśmiechem małego chłopca, czekał na uderzenie ołowiu. Podniosłem broń. Wycelowałem w potylicę studenta. Świat wokół zamarł. Czas przestał biec do przodu, a pętla fatum zacisnęła się na mojej krtani. Pociągnąłem za spust. Huk rozdarł ciszę tajgi, a ciało poety runęło bezwładnie w przygotowany rów. Strażnicy rzucili się do mogiły jak wściekłe psy. Kuli ciało raz za razem, aż do momentu omdlenia ramion. A potem nastał poranek. Mgła przedświtu, gęsta i szara jak dym z podłych papierosów, osiadła nisko nad polaną. Nad polaną na której nie pozostawiono tylko ciała literata w płytkim grobie. Śnieg wokół był pełny czarnego brudu lub sadzy. Drzewa miały okopcone pnie. Wszędzie wokół unosił się także, drażniący smród siarki. Studebaker i Zis nadal stały frontem do siebie. Nie było wokół nikogo. Ani na polanie ani w lesie, ani na pakach czy w szoferkach. Lejtnant i strażnicy nie wrócili z akcji do obozu. Oficer czekał na ludzi i raport. Nie było gratulacji, obietnicy awansu. Nie było niczego. Poza ciszą. Martwą i złowrogą. Wysłano więc kolejny oddział na miejsce. W końcu robota mogła być wykonana wzorowo. Żerebcow nie żył a oni w drodze powrotnej, mieli wypadek albo zgubili drogę w śnieżnej zamieci. Drugi oddział strażników przybył na miejsce egzekucji z opóźnieniem, klucząc Studebakerem pośród zwalonych pni. Gdy żołnierze wysiedli z wozu, nienaturalna cisza lasu sparaliżowała ich kroki. Nad otwartą, czarną mogiłą stały dwie postaci. Paweł Fiodorowicz Żerebcow, nienagannie młody, z czujnym i bystrym wzrokiem petersburskiego filozofa, trzymał na rękach wielkiego, czarnego kocura. Na jego brudnym palcie nie było śladu krwi, a czas wydawał się omijać jego oblicze szerokim, lękliwym łukiem. Obaj z kotem trwali w milczącej zadumie, spoglądając w dół, do wnętrza ziemnego grobu. Tam, na dnie lodowatego rowu, pośród grud zmarzliny, spoczywało ciało lejtnanta. Jego oczy były szeroko otwarte, wybałuszone w ostatecznym, pośmiertnym zdziwieniu, a na ustach zastygał krwawy spazm paranoi. Martwy kat leżał dokładnie tam, gdzie kilka godzin wcześniej miał spocząć poeta. Żołnierze zamarli na linii drzew, niezdolni do oddania choćby jednego strzału z pepesz. Wtedy, pośród arktycznego milczenia Syberii, czarny kocur uniósł poszarpane lewe ucho, spojrzał na Żerebcowa i przemówił ludzkim, chropowatym głosem, który wibrował jak pomruk nienasyconego pieca. Fatalnie… fatalnie tak mój drogi przyjacielu, stracić zupełnie głowę dla godnej pożałowania sprawy. A Żerebcow tylko cicho mu przytaknął, po czym obaj odwrócili się plecami do armii straceńców i odeszli wolnym, dystyngowanym krokiem w gęstniejącą mgłę tajgi. Nikt za nimi nie pobiegł ani nie strzelał. Zjawa była wolna. I było tylko kwestią czasu, gdy znów ją schwytają gdzieś w ciemni rozpadającej się komunałki. Z maszynopisem w jednej dłoni A z kartą wiersza w drugiej.
- 12 odpowiedzi
-
6
-
- proza poetycka
- horror
-
(i 7 więcej)
Oznaczone tagami:
-
Kto mnie czyta na bieżąco ten wie, że miałem użyć jeszcze obywatela Żerebcowa w innym utworze niż "Szare eminencje". Więc proszę oto nowa proza poetycka z postacią niesamowitego poety. Amerykański studebaker, przedzierał się przez zaspy, plątaninę krzaków i zwalonych siarczystym mrozem drzew, niczym wściekły i głodny niedźwiedź. Potężny silnik ciężarówki charczał, kaszlał i wył wchodząc na najwyższe obroty. Śledziłem każdy jej ruch, od kiedy tylko wychynęła zza odległego zakrętu u stóp niewielkiego wzgórza. Rozkazałem pilnować więźniów w budynku posterunku a sam wyszedłem na spotkanie tych, którzy mieli uwolnić mnie od tego problematycznego balastu który często pozbawiał mnie spokojnego snu a jeszcze częściej wiary w racjonalne pojmowanie rzeczywistości. Byłem wyznaczony na stanowisko nadzorcy obozu pracy nr 233. Łagru dla szczególnie wrogich i niebezpiecznych dla systemu więźniów politycznych. Zakończona ledwie pół roku temu Wielka Wojna Ojczyźniana nie zatrzymała nawet na chwilę maszyny śmierci, która zbierała swe okrutne żniwo na tym zapomnianym przez wszelką cywilizację i oczy świata skrawku terenu gdzieś na zachód od Irkucka. Przybywali tu i ginęli setkami, tysiącami. Pociągi i ciężarówki były pełne żywych i umarłych. Śmierć w trakcie drogi lub zaraz po przybyciu, równała się tu łasce i miłosierdziu. Ci którzy opierali się śmierci, nie mogli robić tego w nieskończoność. Pięć lat katorgi, było prawie pewnym wyrokiem śmierci. Zdecydowana większość miała wyroki od piętnastu lat do dożywocia. Umierali w obozach, kopalniach, hutach, przy budowie dróg i tras kolejowych. Umierali w tajdze. Głód, tyfus, czerwonka, kule strażników. Te też były oznaką miłosierdzia. Często nie kopano nawet mogił. Zrzucano ciała w lasach a zwierzyna i czas robiły co do nich należało. Wszędzie wokół chodzono po kościach jak po świeżo wybrukowanym moskiewskim prospekcie. Nie ma to jednak znaczenia. Śmierć miliona to tylko statystyka, dla słabych, uczuciowych umysłów. Walka musiała trwać. Element reakcyjny i burżuazyjny należało wyplenić. Tak samo jak inteligencję. Sierp i młot miały ściąć i zgnieść epokę carskiej szabli i poetyckiego pióra. Byli jednak tacy niezłomni, którzy nie trwożyli przed obozami, kulami, chorobami, sierpem ani młotem a nawet gniewem czerwonego cara. Przeżywali lata więzienia czy łagru. Odnotowywano niby ich śmierć. A potem łapano ich gdzieś w kraju po raz wtóry, trzeci… dziesiąty. Osadzano, umierali i odradzali się w innym miejscu tylko po to by dać się z czasem schwytać i koło się zamykało. Niektórzy modlili się do nich jak do ikon. Byli święci choć przeklęci. Był wśród nich najsłynniejszy wyklęty. I za kilka chwil będę mógł gościć go w progu swego obozu. Aż trudno uwierzyć, że cały komitet centralny drży z przestrachu na samo wspomnienie jego imienia. Mówi się, że pojawił się w kraju zaraz po rewolucji październikowej. I przez te prawie trzydzieści lat. Ciągle unika wyroków śmierci. Lecz schwytać można go łatwo. Nie ukrywa się zbyt dobrze. Cały czas piszę i wydaje w podziemiu, swoje wiersze i książki. Mówi się, że piekło go zrodziło. Piekło go posłało, chroni go i odradza w kółko. Taki on święty a pakt podobno przed laty zawiązał z Diabłem. Piekło wydaje jego dzieła. Siedział wyroki i na Kriestach i na Kołymie. Za Murmańskiem i na Łubiance. Nie bał się kaźni tortur mu zgotowanych, oprócz jednej tylko. Chrestu całować nie chciał i na Boga się nie klął. A w celi osadzony po nocach prawił rozmowy z cieniami. I z kocurem, grubym i czarnym go często w celi widywano. Nieraz go chcieli zatłuc strażnicy albo zastrzelić, lecz kocisko było mądrzejsze niż człowiek. Unikało wszystkich pułapek. I odwiedzało więźnia wszędzie, gdziekolwiek nie trafił. Byli świadkowie niepodważalni, którzy asystowali przy egzekucjach pisarza. Strzelano w niego, truto, bito na śmierć, wieszano a nawet rąbano na części. Zawsze po czasie wracał. A nazywał się Paweł Fiodorowicz Żerebcow. Ciężarówka dowlokła się do bramy obozu. Kierowca zgasił silnik. Z szoferki wysiadł oficer enkawudzista, z przewieszoną przez prawy bark pepeszą. Nie rzekł nawet słowa na przywitanie, miast tego wręczył jakieś papiery jednemu z moich strażników a ten od razu przekazał je do mnie. Wszystko się zgadzało. Chcę go zobaczyć. Nie biorę kota w worku. Enkawudzista zaśmiał się sucho przez nos. Na pace jest i kot. Sprawdźcie sobie jeśli chcecie. Kierowca bębnił niespokojnie palcami o kierownicę. Podświadomie wyczułem w nim strach. Zasiał we mnie chwilę niepewności. A jeśli Żerebcowa tam nie ma? Ulotnił się w trakcie podróży. Rozpłynął pośrodku niczego, gdzieś w lesie. Obchodziłem ciężarówkę ostrożnie. Sam chciałbym teraz sięgnąć po broń. Nawet jeśli kulę nie imają się jego ciała. Spod zaciągniętego na sztywno brezentu paki, wionęło ciepłą wilgocią, moczem, kałem i słodką nutą krwi. Na samym przodzie za szoferką, siedział jeden jedyny więzień. Nie był skuty. Nie wyglądał na mocno zaniedbanego czy chorego. To nie był żywy trup ani szkielet. Zjawa przybyła z Łubianki czy Kołymy. Był to po prostu człowiek. Więzień na zewnątrz lecz nie wewnątrz samego siebie. Nie wszystko wydawało się jednak być w jak najlepszym porządku. Wedle akt, Żerebcow powinien dobijać do pięćdziesięciu sześciu lat. A ja patrzyłem na oblicze studenta rosyjskiej filologii uniwersytetu w Petersburgu. Odjąłbym mu co najmniej trzy dekady. Był co prawda brudny, pobity, zawszony ale co dla niego najważniejsze, nie był złamany. Jego wzrok nie był wzrokiem więźnia. Nie był pogodzonym ze śmiercią, przestraszonym mężczyzną. On był tylko smutno patrzącym w onuce poetą któremu kolejny wyrok śmierci przerywał passę tworzenia swoich dzieł. Spojrzał na mnie tylko przez ułamek sekundy, widać nie był ciekaw gdzie trafił. Był to wzrok bystry i czujny. Prawda, przygnębiający ale nie pusty. Kriesty. Kołyma. Murmańsk. Trzy potwierdzone egzekucje. Dwie próby ucieczki. Sześć transportów więziennych zakończonych śmiercią konwoju. A mimo to siedział tutaj. Żywy. Jakby czas po prostu nie chciał go dotknąć. Między jego nogami coś się poruszyło. Był to ogromny, czarny kot. Uniósł ogon i wtulił się nastroszoną sierścią w łydkę Żerebcowa. Łasił się powoli, wręcz prowokująco. Wiedział, że skupiłem na nim całą uwagę. Miał piękne, lśniące futro, poszarpane lekko,lewe ucho i prawie ludzki, zimny uśmiech. Dołączył do tego hipnotycznie, głęboki wzrok. Patrzył nie na mnie a w głąb mnie. Przerażał bardziej niż sam Żerebcow. Pomyślałem, że ten kocur to jakiś jego krajan z samej czeluści piekła. Żerebcow siedział bez ruchu. Zgarbiony lekko. Tak jak gdyby czytał książkę w sali leningradzkiej biblioteki. Nie zamierzał chyba mówić ani słowa. Wy jesteście Paweł Fiodorowicz Żerebcow? Po tych latach odsiadki, łagrów, obław i egzekucji. Wyglądał po prostu jak człowiek. Nie nowy rodzaj człowieka. Zbudowany ze stali, obywatel sowiecki. Żerebcow był z innej epoki, innego czasu. Spokojny, miły, wyjęty z kart dawnej literatury. Inteligent milcząco przytaknął. A kot wskoczył mu ochoczo na kolana.
-
Otworzyłem obitą i zdartą szufladę, dębowego, zabytkowego biurka. Narobiła hałasu jak zawsze, gdy potrzebowałem jej nieocenionej pomocy w ukryciu kolejnej mojej ofiary. To jest, maszynopisu zaczętego ledwie rozdziału książki, która kuła nie tylko moje, przekrwione i wypełnione obawą oczy autora. Ale szczególnie zainteresowałaby tych z góry. Recenzentów, wydawców, edytorów a w szczególności cenzorów. Oni najchętniej cisnęliby ją w ogień a mnie do celi na Kriestach a potem kula do nogi lub do głowy. Droga na Kołymę lub do ziemnej dziupli grobu. Poeta-śpiewak wśród ludu. Pomazaniec boży między szarakami. Król Lir, siedzący jednak na tronie ze szpilek i gwoździ, zamiast na kremlowskim tronie czerwonego terroru. Mimo środka, krótkiego styczniowego dnia, w pokoju panował półmrok. Wszędzie tylko szare kontury mebli, czarne zagłębienia i zaułki, ciemne dusze postaci na ścianach, które słuchają każdego osobnego oddechu i raportują o nim dalej. Dzień i noc. Drzwi były liche, miękkie, prześwitujące. Nie spełniały się w roli zachowania intymności. Zamek nie był w pozycji zamkniętej. Każdy mógł sobie wejść i przeszukać pokój, moje ciało i duszę. Nie miałem nic do ukrycia. To maszyna wypluwała z siebie litery i całe zdania. To szuflada kolaborowała z zachodem. Ich zesłać do łagrów a poetę zostawić w spokoju. I tak zdechnie. Bo jaką może mieć inną rolę w teatrze czerwonych kukiełek? Sięgnąłem po butelkę samogonu, czekającą cierpliwie na swą kolej. Pociągnąłem zdrowy łyk. Duży i łapczywie. Jak dziecko, przywarte do piersi matki. Wreszcie odetchnąłem. Nie z powodu mocy alkoholu a ulgi. Pomoże uciec mi w sen. Nie spokojny i głęboki oraz nie ten kolorowy. Czarno biała projekcja umysłu. Wszystko rozmyte w szarości. Ludzie, drzewa, budynki, place… i serca ludu. Wszyscy wokół solidarnie, umyli ręce. Przemyli swe twarze. I zrozumieli, że jednak można tu żyć. Bez głębi potrzeb. Bez uczuć wyższych. Bez cudownie ocalonych wybawicieli. Ich jedynym prawem była niewola. Złożyłem zbyt mocne okulary i wsadziłem je do kieszeni. Znów straciłem dzień. A może wygrałem kolejny. Wszystko tutaj jest nieoczywiste i stoi na głowie. Nic nie wydaje się zbyt groteskowe. Zbyt fantastyczne. Zbyt niedorzeczne. A jednak świat potrafi płatać dziwne figle. Ktoś zapukał do otwartych drzwi. A więc to już czas. Przyszli i tutaj. Po mnie i mój maszynopis. Cudownie. Otwarte, rzuciłem zbyt srogo i odważniej niż zamierzałem. Drzwi ustąpiły lekko. Klamka zapadła się pod ciężarem czyjejś dłoni. Na granicy progu, stały dwie postaci. Mężczyzna około pięćdziesiątki oraz jego towarzysz… bezsprzecznie był to duży, dorodny, czarny kocur, stojący niczym człowiek na tylnych łapach. Mężczyzna ubrany był w płaszcz podbity futrem, grube walonki i czapę z gronostaja. W ręku dzierżył srebrną, elegancką laseczkę zakończoną głową węża. O dziwo kot nie był jedynie w swym naturalnym futrze. Narzucił na nie całkiem szykowny, z pewnością drogi i dobry gatunkowo smoking. W butonierce spoczywała, żywa, czerwona róża. Nie miał na łapkach butów, lecz na łebku spoczywał mu, skórzany, wąski cylinder, przepasany białą, jedwabną wstęgą. Dopełnieniem stroju był biały długi szal oraz tożsama lecz krótsza laska, tak jak w przypadku mężczyzny. Pierwej patrząc na nich pomyślałem o trupie cyrkowej lub jakimś niesmacznym żarcie biura politycznego towarzystwa literatów. Mężczyzna miał wzrok ostry i nie lubiący sprzeciwu ani walki. Objął nim najpierw pokój a potem mnie. Wstałem jak uczniak do odpowiedzi, bo i spodziewałem się od niego pytań. Wy obywatelu jesteście Paweł Fiodorowicz Żerebcow? Tak, odpowiedziałem pewnie jak na apelu. Chciałem dodać jeszcze a wy, ale jakoś język ugrzązł mi na zębach. Mężczyzna i kot weszli śmiało jak do siebie. Wystawili prawicę na przywitanie a ja uścisnąłem je, może trochę zbyt mocno. - Nazywają mnie Mistrzem, obywatelu Żerebcow a to mój przyjaciel … ekhmm … - kot chrząknął tak jak gdyby chciał dać znać Mistrzowi by ten się nie zagalopował i nie powiedział zbyt wiele na wstępie - No tak… ma imię lecz nie lubi się nim dzielić. Jest bardzo znane, jak i on sam. Lecz nad wyraz stronnicze i nie wiedzieć czemu pejoratywne w odbiorze przez ludzi. Kot uśmiechnął się tajemniczo lecz miał przez chwilę dziwnie zły błysk w oku. - Rozumiem, że jest pan oficerem i Mistrz to jedynie przykrywka. To oczywiste. A kolega kot. Kamuflaż doskonały. Zapewne mój kat a może zbawca. Ale obiecuję iść dobrowolnie, nie róbmy niepotrzebnej hucpy. Aha… przeszukanie jest zbyteczne. Maszynopis jest w szufladzie biurka. Drżyjcie, palcie, depczcie. Wszystko jedno. Kula i tak czeka. Mistrz udał się do wskazanej szuflady i wyjął bezsprzeczny dowód zbrodni, ale i powód do kary. - Ten maszynopis macie na myśli obywatelu Żerebcow? My w tej sprawie właśnie. Nie sądziliśmy, że pójdzie jak z płatka. Zamiast jednak kuli w skroń czy potylicę mamy dla Was coś lepszego i nie mam na myśli carskich wczasów na Kołymie. Kot przejął maszynopis, poślinił łapkę i przekartkował całość strona po stronie. - Wspaniała robota Żerebcow. Macie talent i nie boicie się wsadzać kija w mrowisko lub szybciej w ul pełen wściekłych os. Za to jest wyrok śmierci. - podsunął mi książkę pod nos - Ale ja mam dla Was umowę. Wy podpiszecie a mój szef to wyda. Mało tego, nie wyda Was Żerebcow. Będziecie wolni, będziecie mistrzem jak ten tutaj - wskazał na Mistrza z uznaniem i szacunkiem - Podpiszę choćby i wyrok własnej śmierci. Nie boję się niczego. Kot wyjął zza klapy smokingu staromodny pergamin z dwiema pieczęciami u spodu. - Oto kontrakt. Jest trwały… wieczny i jego postanowienia nie podlegają żadnym późniejszym zmianom ani modyfikacjom. Wy mistrzem a mój szef panem i władcą waszej … ekhmm Tym razem Mistrz uciszył Kota. Ten zrozumiał rychło swój błąd i dokończył - Twórczości i talentu … bo przecież nie duszy - uśmiechnął się pod długim wąsem. - To co podpisujecie obywatelu Żerebcow? Wziąłem pióro ze stołu i już chciałem nachylić się do złożenia podpisu, gdy Kot chwycił mnie za przegub. - Jeśli można to wolimy podpis krwawym atramentem. To nie boli. - Mistrz wyszedł przede mnie. Trzymał w ręku lekko zakrzywiony nóż. Naciął nim skórę na moim serdecznym palcu i przyłożył go do pergaminu. Krew się zagotowała i zostawiła trwałe odbicie linii papilarnych. Kot podpisał piórem obok znaku. Podpis brzmiał, Behemot. Diabeł czy nie Diabeł było mi wszystko jedno. - Teraz czekajcie na decyzję Towarzystwa Literatów. Dobrego dnia. Zwinęli cyrograf, zabrali maszynopis. Ukłonili się serdecznie i zniknęli za progiem. A ja wiedziałem, że Diabeł nie tkwi w szczegółach, nie w sztuce a w duszy każdego z nas.
- 4 odpowiedzi
-
7
-
- proza poetycka
- sztuka
-
(i 6 więcej)
Oznaczone tagami:
-
Wpadłeś jak wicher piekielny przez gorejącą ogniem zemsty granicę. Władyko i Carze. Pomiłuj nas i odpuść nam winy. Przez swoją mądrość, koronę i krzyż. Pobłogosław z tronu niebios nasze grzechy. I tchnij nas ku złemu. Ześlij ogień i marność na winowajców naszych. Niechaj Moskwa spłynie krwią. A na place zawita łbów ścinka. Niech sie dzieje wola Twoja, tak tu jak i w niebiosach. Ty z tronu świętej Rusi, skinieniem tylko cały naród skrwawisz. Pod pręgierzem Twego jestestwa i woli Twojej, sławić będziemy Twe imię. Ku kaźniom nowym zaczyna się branka. Poprzez, święte imie Twoje. Pocieszycielu nasz. Zgładzimy krwawo, każdego zdrajcę i ignoranta. Ty błogosławisz nam, chołopiszkom swoim. Gdzie władza Twoja, tam lud błogosławiony i w złocistych łanach wzrasta zboże. Lud Twój umiłowany, domaga się krwi. Wyprowadź więźniów na mury. Ich trwoga cicha i martwa. Jak ich skóra, biczami do kości ścięta. Hospodarze, Ciebie anioły koronowały w Uspieńskim Soborze. Cóż nam zostało od śmierci z Twej ręki lepszego. Czy zginą setki czy miliony. Dla tak boskiej istoty, jakie to ma znaczenie. Matko Rosjo, zegnij kark i módl się. Za nasze życie i za nasza śmierć. Z ręki Cara, Hospodara naszego.
-
Nie wiem jak i kiedy dotarłem do domu. Obudził mnie lekki, popołudniowy deszcz, cicho dzwoniący o brudne szyby. Pozostało mi tylko kilka wspomnień. Samotnego picia do współczujących oczu zielonych, młodej barmanki. Swoich grzechów nie zapije. Duszy też nie wykupię od diabłów za ostatnie kilka, pałętających się po kieszeniach płaszcza groszy. Dom uciech pamiętam. Dom mistrza i jego krągłych, krasnych czarownic. W rogu najdalszym sali, sami literaci i poeci. W gryzącym dymie biełomorców. W oparach ciężkich, gorzelnych. Był tam z nimi przy stole czarny, duży kot. W szranki na równi z nimi przepijał. Na wódkę i zakąskę z kawioru, tak samo jak na myszy tłuste łowny. Miał muchę różową, upiętą pod szyją i cylinder na główce zgrabny. Neseser, widać też jego, stał obok krzesła. Skórzany, szyty, szykowny. Wasz przyjaciel i krajan - mówił spokojnie bardzo męskim i głębokim głosem kot - Zginął. Nie dalej jak godzinę temu. Stracił głowę pod kołami tramwaju. Przykry widok. Byłem przy tym. - chwycił zgrabnie napełniony po brzegi kieliszek w prawą łapkę, wychylił szybko i do dna. Czknął tylko cicho. Puścił jeszcze filuternie oko do, palącej u wejścia do sali tanecznej, pięknej siostrzyczki Maszy. Wieczorem by zwalczyć objawy kaca, postanowiłem udać się na urokliwy spacer po prawie pustym prospekcie. Gdy wróciłem, właśnie zadzwonił telefon. Była to policja. Pytali czy znam może jako doktor i pracownik uniwersytecki, profesora przybyłego z Niemiec o nazwisku Woland. Bo jest pilnie przez służby poszukiwany. Odparłem zgodnie z prawdą, że nie znam nikogo o tym nazwisku. Lecz pamiętajcie panowie. Rzekłem im ponuro. Szatan nie jedno nosi imię. Potrafi mieć i w kocie pomocnika a w osobie literata - marnego kuzyna.
-
Wyszli; czy to ludzie są czy skorupy? Zbłąkana imitacja wolnej woli wylewa się gdzieś spod groty Norylska uśmierzona od bólu lękiem Syberii Nieczuła Bałtyjska mowa noc woła, najbliższa nam a dziką azją spod gwiazd, otulona w karimatę, pustką europejskich oczu mdłych krwawą duszą Tej samej linii świata, blask Hiszpanii i najstarszej ostęp mroku Europy, gdzie z wież minaretu, śmierć śpiewają Kijowa pustynne Derbentu stropy Wreszcie jastrzębie oczy głębi wschodu; ściągają się z wysp na polowanie dzieci Ratmanowa, łupiąc swą godność łupem niepoznanej im dotąd muszli [klozetowej] Tak jest gdy warchoł, niegodny Nerona Zapragnie swoje schody zdobić z głów i patrzeć na ogień z oddali Lejąc wodę swych ust na młyny wschodu
-
Welon rosyjskiej wojny
Dawid Rzeszutek opublikował(a) utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
Welon rosyjskiej wojny Juz burta cała żołnierzami ubrana Jak roje eskadry kwiatów i pieści Eskadra z kosmosu pieść wybrana Niezniszczalnego smoka ma kości Rosjo co polem pisarzy i muzyków Oblana mądrością Europy i wschodu Nie robisz nigdy przed wojną unikow Aż do zwycięskiego wojska pochodu Lecz czy świat zrozumie atomu bum Pocięte ordery i pieczęci wieczności Pijac apokaliptyczny lekarski tu rum Szukając boskiej tutaj znamienitości Jak zasnac w echu wybuchów bomb Gdy ulicami partyzanci unikiem idą Gdy ciała wnoszą do mroku katakumb Gdzie pogrzeb chrzczą zimna wodą Czy jeszcze Rosjo będzie normalnie Czy uznają twa twarz i wielkość wieku Czy przejść przez grzech niekaralnie Nie obejdzie się bez odrobienia czeku Winy z każdą mała bombą spadają Każda kropla krwi na wage granatu Zyc trzeba bo nam serca się lękają Wśród na drodze losu tylu katów Czy umrzeć zawczasu to w cenie Przywitać Boga i chórów zastepy Gdy archaniołowie to istne cienie Brakuje ich, jakby podarci w strzępy Rosyjo dzwonisz i naciskam spust Na klamce od wrót od cmentarza Duch oczekuje na papieski odpust Który to w tej rodzinie się zdarza. Już zabito dechami nocne me piece Już łóżka nakryto nagim dziś pożarem A historii i tak mojej już tutaj nie sklecę I stanie się na pamiątkę mnie darem Autor: Dawid Rzeszutek