Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Znajdź zawartość

Wyświetlanie wyników dla tagów 'groza' .

  • Wyszukaj za pomocą tagów

    Wpisz tagi, oddzielając je przecinkami.
  • Wyszukaj przy użyciu nazwy użytkownika

Typ zawartości


Forum

  • Wiersze debiutanckie
    • Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
    • Warsztat - gdy utwór nie całkiem gotowy
  • Wiersze debiutanckie - inne
    • Fraszki i miniatury poetyckie
    • Haiku
    • Limeryki
    • Palindromy
    • Satyra
    • Poezja śpiewana
    • Zabawy
  • Proza
    • Proza - opowiadania i nie tylko
    • Warsztat dla prozy
  • Konkursy
    • Konkursy literackie
  • Fora dyskusyjne
    • Hydepark
    • Forum dyskusyjne - ogólne
    • Forum dyskusyjne o portalu
  • Różne

Szukaj wyników w...

Znajdź wyniki, które zawierają...


Data utworzenia

  • Od tej daty

    Do tej daty


Ostatnia aktualizacja

  • Od tej daty

    Do tej daty


Filtruj po ilości...

Dołączył

  • Od tej daty

    Do tej daty


Grupa podstawowa


  1. Kto mnie czyta na bieżąco ten wie, że miałem użyć jeszcze obywatela Żerebcowa w innym utworze niż "Szare eminencje". Więc proszę oto nowa proza poetycka z postacią niesamowitego poety. Amerykański studebaker, przedzierał się przez zaspy, plątaninę krzaków i zwalonych siarczystym mrozem drzew, niczym wściekły i głodny niedźwiedź. Potężny silnik ciężarówki charczał, kaszlał i wył wchodząc na najwyższe obroty. Śledziłem każdy jej ruch, od kiedy tylko wychynęła zza odległego zakrętu u stóp niewielkiego wzgórza. Rozkazałem pilnować więźniów w budynku posterunku a sam wyszedłem na spotkanie tych, którzy mieli uwolnić mnie od tego problematycznego balastu który często pozbawiał mnie spokojnego snu a jeszcze częściej wiary w racjonalne pojmowanie rzeczywistości. Byłem wyznaczony na stanowisko nadzorcy obozu pracy nr 233. Łagru dla szczególnie wrogich i niebezpiecznych dla systemu więźniów politycznych. Zakończona ledwie pół roku temu Wielka Wojna Ojczyźniana nie zatrzymała nawet na chwilę maszyny śmierci, która zbierała swe okrutne żniwo na tym zapomnianym przez wszelką cywilizację i oczy świata skrawku terenu gdzieś na zachód od Irkucka. Przybywali tu i ginęli setkami, tysiącami. Pociągi i ciężarówki były pełne żywych i umarłych. Śmierć w trakcie drogi lub zaraz po przybyciu, równała się tu łasce i miłosierdziu. Ci którzy opierali się śmierci, nie mogli robić tego w nieskończoność. Pięć lat katorgi, było prawie pewnym wyrokiem śmierci. Zdecydowana większość miała wyroki od piętnastu lat do dożywocia. Umierali w obozach, kopalniach, hutach, przy budowie dróg i tras kolejowych. Umierali w tajdze. Głód, tyfus, czerwonka, kule strażników. Te też były oznaką miłosierdzia. Często nie kopano nawet mogił. Zrzucano ciała w lasach a zwierzyna i czas robiły co do nich należało. Wszędzie wokół chodzono po kościach jak po świeżo wybrukowanym moskiewskim prospekcie. Nie ma to jednak znaczenia. Śmierć miliona to tylko statystyka, dla słabych, uczuciowych umysłów. Walka musiała trwać. Element reakcyjny i burżuazyjny należało wyplenić. Tak samo jak inteligencję. Sierp i młot miały ściąć i zgnieść epokę carskiej szabli i poetyckiego pióra. Byli jednak tacy niezłomni, którzy nie trwożyli przed obozami, kulami, chorobami, sierpem ani młotem a nawet gniewem czerwonego cara. Przeżywali lata więzienia czy łagru. Odnotowywano niby ich śmierć. A potem łapano ich gdzieś w kraju po raz wtóry, trzeci… dziesiąty. Osadzano, umierali i odradzali się w innym miejscu tylko po to by dać się z czasem schwytać i koło się zamykało. Niektórzy modlili się do nich jak do ikon. Byli święci choć przeklęci. Był wśród nich najsłynniejszy wyklęty. I za kilka chwil będę mógł gościć go w progu swego obozu. Aż trudno uwierzyć, że cały komitet centralny drży z przestrachu na samo wspomnienie jego imienia. Mówi się, że pojawił się w kraju zaraz po rewolucji październikowej. I przez te prawie trzydzieści lat. Ciągle unika wyroków śmierci. Lecz schwytać można go łatwo. Nie ukrywa się zbyt dobrze. Cały czas piszę i wydaje w podziemiu, swoje wiersze i książki. Mówi się, że piekło go zrodziło. Piekło go posłało, chroni go i odradza w kółko. Taki on święty a pakt podobno przed laty zawiązał z Diabłem. Piekło wydaje jego dzieła. Siedział wyroki i na Kriestach i na Kołymie. Za Murmańskiem i na Łubiance. Nie bał się kaźni tortur mu zgotowanych, oprócz jednej tylko. Chrestu całować nie chciał i na Boga się nie klął. A w celi osadzony po nocach prawił rozmowy z cieniami. I z kocurem, grubym i czarnym go często w celi widywano. Nieraz go chcieli zatłuc strażnicy albo zastrzelić, lecz kocisko było mądrzejsze niż człowiek. Unikało wszystkich pułapek. I odwiedzało więźnia wszędzie, gdziekolwiek nie trafił. Byli świadkowie niepodważalni, którzy asystowali przy egzekucjach pisarza. Strzelano w niego, truto, bito na śmierć, wieszano a nawet rąbano na części. Zawsze po czasie wracał. A nazywał się Paweł Fiodorowicz Żerebcow. Ciężarówka dowlokła się do bramy obozu. Kierowca zgasił silnik. Z szoferki wysiadł oficer enkawudzista, z przewieszoną przez prawy bark pepeszą. Nie rzekł nawet słowa na przywitanie, miast tego wręczył jakieś papiery jednemu z moich strażników a ten od razu przekazał je do mnie. Wszystko się zgadzało. Chcę go zobaczyć. Nie biorę kota w worku. Enkawudzista zaśmiał się sucho przez nos. Na pace jest i kot. Sprawdźcie sobie jeśli chcecie. Kierowca bębnił niespokojnie palcami o kierownicę. Podświadomie wyczułem w nim strach. Zasiał we mnie chwilę niepewności. A jeśli Żerebcowa tam nie ma? Ulotnił się w trakcie podróży. Rozpłynął pośrodku niczego, gdzieś w lesie. Obchodziłem ciężarówkę ostrożnie. Sam chciałbym teraz sięgnąć po broń. Nawet jeśli kulę nie imają się jego ciała. Spod zaciągniętego na sztywno brezentu paki, wionęło ciepłą wilgocią, moczem, kałem i słodką nutą krwi. Na samym przodzie za szoferką, siedział jeden jedyny więzień. Nie był skuty. Nie wyglądał na mocno zaniedbanego czy chorego. To nie był żywy trup ani szkielet. Zjawa przybyła z Łubianki czy Kołymy. Był to po prostu człowiek. Więzień na zewnątrz lecz nie wewnątrz samego siebie. Nie wszystko wydawało się jednak być w jak najlepszym porządku. Wedle akt, Żerebcow powinien dobijać do pięćdziesięciu sześciu lat. A ja patrzyłem na oblicze studenta rosyjskiej filologii uniwersytetu w Petersburgu. Odjąłbym mu co najmniej trzy dekady. Był co prawda brudny, pobity, zawszony ale co dla niego najważniejsze, nie był złamany. Jego wzrok nie był wzrokiem więźnia. Nie był pogodzonym ze śmiercią, przestraszonym mężczyzną. On był tylko smutno patrzącym w onuce poetą któremu kolejny wyrok śmierci przerywał passę tworzenia swoich dzieł. Spojrzał na mnie tylko przez ułamek sekundy, widać nie był ciekaw gdzie trafił. Był to wzrok bystry i czujny. Prawda, przygnębiający ale nie pusty. Kriesty. Kołyma. Murmańsk. Trzy potwierdzone egzekucje. Dwie próby ucieczki. Sześć transportów więziennych zakończonych śmiercią konwoju. A mimo to siedział tutaj. Żywy. Jakby czas po prostu nie chciał go dotknąć. Między jego nogami coś się poruszyło. Był to ogromny, czarny kot. Uniósł ogon i wtulił się nastroszoną sierścią w łydkę Żerebcowa. Łasił się powoli, wręcz prowokująco. Wiedział, że skupiłem na nim całą uwagę. Miał piękne, lśniące futro, poszarpane lekko,lewe ucho i prawie ludzki, zimny uśmiech. Dołączył do tego hipnotycznie, głęboki wzrok. Patrzył nie na mnie a w głąb mnie. Przerażał bardziej niż sam Żerebcow. Pomyślałem, że ten kocur to jakiś jego krajan z samej czeluści piekła. Żerebcow siedział bez ruchu. Zgarbiony lekko. Tak jak gdyby czytał książkę w sali leningradzkiej biblioteki. Nie zamierzał chyba mówić ani słowa. Wy jesteście Paweł Fiodorowicz Żerebcow? Po tych latach odsiadki, łagrów, obław i egzekucji. Wyglądał po prostu jak człowiek. Nie nowy rodzaj człowieka. Zbudowany ze stali, obywatel sowiecki. Żerebcow był z innej epoki, innego czasu. Spokojny, miły, wyjęty z kart dawnej literatury. Inteligent milcząco przytaknął. A kot wskoczył mu ochoczo na kolana.
  2. Utwór inspirowany "Modelem Pickmana" H.P.Lovecrafta, "Portretem Owalnym" E.A.Poe oraz prozą poetycką w duchu gotyckiego romantyzmu i dekadencji. Po ostatnich moich naprawdę słabych tekstach, staram się nim powrócić do równowagi i poziomu artystycznego do jakiego siebie i Was przyzwyczaiłem. Najdłuższy mój tekst od bardzo dawna. Od razu przed tym przestrzegam. "Portret Owalny" cz.1 Kariera miejskiego urzędnika nie pociągała mnie ani trochę, więc szybko z niej zrezygnowałem, uwalniając się tym samym od dyktatorskiej postawy i protekcji mojego kochanego ojca w którego wydziale miejskim miałem okazję zdobywać doświadczenie, lecz częściej stawałem się niesłusznie obarczaną winą za wszelkie niepowodzenia marionetką niż pełnoprawnym rajcą. Zrezygnowałem w grudniu, pobierając jeszcze ostatnią należną pensję i przeznaczając ją na bilet kolejowy do pobliskiego miasteczka i pierwszy czynsz na nowym dość dobrze usytuowanym i wyposażonym mieszkaniu. Nie chciałem spędzać świąt w rodzinnym domu. Zresztą i ojciec nie dał poznać po sobie by miał jeszcze ochotę mnie kiedykolwiek oglądać. Nie zapytał o nic. Z czego będę żył? Gdzie będę mieszkał? Z kim będę spędzał czas? Szczerze to sam nie znałem odpowiedzi. Utrzymanie mieszkania kosztowało sporo. Nie miałem w miasteczku innych krewnych ani znajomych. Nie miałem żadnego przydatnego fachu w ręku. Zresztą osobista duma nie pozwoliłaby mi zniżyć się do poziomu brudnego robotnika czy górnika. Pech a może jednak szczęśliwy traf chciał, że trafiłem pod dach, który krył ludzi w większości mojego pokroju i pochodzenia jak również opierających swoje przemijające rwąco życie na przyjemnościach związanych z zasobnością rodzinnych kont. Kamienicę naszą nazywano dżunglą. Pełna była kolorowych ptaków tutejszego życia elit kulturalnych. Byli i odszczepieni siłą od konserwatywnego salonu banici poetyccy. Byli malarze tak genialnie operujący okiem wyobraźni i przestrzeni, że ich płótna zdawały się żywymi oknami, portalami pokazującymi świat nie dostatni i widzialny dla większości, lecz ten mroczny i splugawiony wyziewami trujących plag nocnego życia. Prostytucją, porachunkami gangów, pijaństwem, opiumową gorączką, studenckim, hedonistycznym rozpasaniem, oraz eskalacją i gloryfikacją przemocy i zepsucia. Byli też sensualni do granic sennych marzeń rzeźbiarze. Zakochujący się romantycznie w ideale wykutych mięśni i talii. Kamiennych lecz spragnionych czułości ust, jak i mlecznych, pełnych piersi, błagających o zbliżenie mokrego od rozkosznej tęsknoty języka swych twórców. Wszyscy żyliśmy tam nie tu. Trwaliśmy w narkotycznej mgle umysłu. Pijackim śnie o pochwale sztuki. Jawa była koszmarem z którego budził nas dźwięk delikatnych dzwoneczków weny. Muzy pieściły nas tak długo, aż zatapialiśmy się na długie godziny lub całe dni, w szorstkiej fakturze papieru lub nieskazitelnie dziewiczej bieli płótna. Lecz trwało to tylko chwilę. Zbyt krótko byśmy mogli zapomnieć o zgrzytach struktury codzienności. O nauce, pracy czy rachunkach, tych uregulowanych bądź nie. Stos tych drugich z czasem zaczął piętrzyć się na sekretarzyku w moim gabinecie. Widmo nędzy, stanęło przed oczyma trzymając w kościstych dłoniach weksle i wezwania do zapłaty. Dług gonił dług a pożyczka poganiała kolejną, Mówią, że tonący w bezdni morskiego wiru nawet brzytwy podanej się schwyci. I podał mi takową przypadek zupełny. Ogłoszenie w dzienniku porannym o treści jakże dla mnie ciekawej. Pewien malarz o jak stało w ogłoszeniu, nienagannej kulturze i ugruntowanej pozycji, szukał modeli do swoich prac a w szczególności portretów. Wypłaty gwarantował po każdej ukończonej sesji a ich wysokość przedstawił jako wysoce satysfakcjonującą. Zaznaczył przeto że nie interesuje go płeć piękna a młodzi mężczyźni w sile witalnej, najlepiej studenci lub uczniowie liceów. Podane były dane do kontaktu listowego. Mile połechtany w czarnej godzinie próby, postanowiłem napisać do niego, składając swe gorące zainteresowanie ofertą jak i możliwością pracy z prawdziwym artystą. Pokrótce opisałem siebie i swój wygląd zewnętrzny. Na końcu łącząc wyrazy szacunku i uznania z prośbą o jak najrychlejszą odpowiedź. I ta przyszła już tydzień później o dziwo dostarczona przez chłopca na posyłki w samym środku nocy. W krótkim liściku zapisanym pięknym, równym pismem, malarz zapraszał mnie wieczorem dnia najbliższego na spotkanie i zarazem pierwszą sesję, na pobliski cmentarz u zbiegu ulic Traverse i Elm. Miejsce wydało mi się nie tyle podejrzane co bezmiar dziwne i abstrakcyjne, lecz proszono mnie w liściku o natychmiastowe potwierdzenie przybycia. Napisałem więc kilka słów zapewnienia o moim pojawieniu się o godzinie ósmej wieczorem pod bramą nekropolii. Włożyłem liścik wraz z pięciopensówką na powrót w dłoń chłopca a ten pobiegł jak wicher w opustoszałe i ciche ulice miasteczka. Przez cały dzień padał rzęsisty deszcz, który po zachodzie słońca przemienił się w duże i mokre płatki, lepkiego śniegu. Leżał wszędzie. Na parkowych alejach, wybrukowanych ulicach, w nieczynnej, miejskiej fontannie u stóp ratusza a także pokrył zimnym płaszczem grobowce nekropolii. Zjawiłem się punktualnie jak na dżentelmena przystało. Na spotkanie pierwej nie wychynął mi nikt. Brama cmentarna była zamknięta na dwie solidne, mosiężne kłódki. Ciężko byłoby ją ruszyć z miejsca a przeskok przez nią powodował ryzyko upadku z dość wysoka lub nabicie członków ciała na ostre okucia, sterczące jak kły z paszczy bramy. Postanowiłem spokojnie zaczekać. Mrok rozjaśniony poświatą świeżego śniegu, nie zasłaniał w pełni elementów miejscowego krajobrazu. Przede mną rozciągał się piękny acz zapomniany lekko cmentarz. Aleje nie były brukowane. Krzywe i wyboiste prowadziły do wiecznych domów zmarłych. Większość nagrobków opierało się jeszcze potędze bezdusznego czasu. Wyglądały spod ziemi ciekawie, niczym główki ghouli. Od większych grobowców, wionęło dojmującą ciszą, pustką i tym specyficznym, namacalnym odruchem grozy, lepkim i zimnym przepływem nieprzyjemnego prądu po grzbiecie. Broniły one skutecznie spokoju swych mieszkańców. Żałobne anioły z marmuru marzły na swych pokaźnych cokołach. Ślepym wzrokiem wiodły smutno po zapuszczonym terenie. Czasami zaskrzypiał stary, dębowy krzyż. To znów wyczulony przez ciszę, głuchej przestrzeni wokół słuch, wyłapał gdzieś w głębi cmentarza, krótki jęk, stęknięcie czy wycie i skomlenie. To wiatr płacze w koronach wiązów. A może bezdomni pijacy dogorywają gdzieś w upodlonym upojeniu, wpadając nieuważnie do otwartych powtórnie starych mogił. Obejmują ich ciała, kości i resztki zbutwiałych trumien. Zasypuje ich rozkopana wcześniej ziemia, odmawiając im rozgrzeszenia win lecz zapewniając wieczny odpoczynek. Wzdrygnąłem się ze strachu. Z zamyślenia wyrwało mnie nagłe połaskotanie z okolicach łydek. To tylko rudo-biały kot trzymający zamęczonego szczura w pyszczku, chciał najpewniej pochwalić się swą zdobyczą. Serce waliło mi jak oszalałe a kot niezrażony swym zachowaniem, skoczył gdzieś do podpiwniczenia wieży ciśnień, która jak góra wyrastała za moimi plecami. Ledwie ochłonąłem a posłyszałem szybkie kroki, tym razem z pewnością ludzkie. Gdzieś ze środka cmentarnego muru nagle wychynęła ludzka, dziecięca postać. Był to chłopiec który przyniósł mi wiadomość od malarza. Był lekko zdyszany, czerwony na buzi ale szczęśliwy widząc mnie w umówionym miejscu. Zdjął kaszkiet, ukłonił się i skruszonym głosem powiedział. Przepraszam pana z całego serca za spóźnienie to wszystko przez tą pogodę. Cmentarz jest wyjątkowo niebezpiecznym miejscem przy takim śnieżnym maskowaniu. Jeden nieuważny krok i można złamać nogę lub skręcić kark wpadając komuś do grobu z zupełnie niezapowiedzianą wizytą. Ale my na szczęście się umawialiśmy. Musi pan wybaczyć również panu Wildowi. Nie pokazuje się osobiście. Nie opuszcza już cmentarza i swej pracowni. Poważnie zachorował kilka lat temu. Choroba wykluczyła go zupełnie ze współżycia społecznego… no może jednak nie zupełnie. Sprzedaje przecież obrazy do galerii sztuki, kontaktuje się listownie z innymi wielkimi malarzami i artystami. Poszukuję też coraz to nowych modeli do swych dzieł i dlatego pan tutaj przybył. Zapraszam za mną. Pan Wild oczekuję w centrum nekropolii. Mur jest dziurawy w tym miejscu. Wystarczy że delikatnie się pan pochyli i przejdzie bez problemu. Znam tutaj każdą szczelinę, dziurę i ścieżkę. Będę omijał najgorsze z nich. A gdy to nie wystarczy. Będę ostrzegał zawczasu. Cóż innego przyszło mi czynić. Pochyliłem się przy rzeczonej dziurzę i wszedłem za chłopcem na teren cmentarza. Od razu poczułem, jakbym cofnął się w czasie o cały wiek lub nawet dwa. Wszędzie panowała dostojna cisza. Wiatr ucichł w konarach a wszelkie chrobotania, szelesty i pomruki, zamarły zgaszone tchnieniem nocnego mrozu. Kobierzec dawno nie podcinanych traw, przybitych teraz ciężarem śniegu do podłoża był śliski i zdradliwy. Nocne harce pobudzonej wyobraźni, nadawały pomnikom czy ławkom, kształty i przeznaczenia zbyt fantazyjne z oddali, by nie być zdziwionym ich codziennej, powszedniej roli, będąc bezpośrednio w ich zasięgu. Chłopiec nie prowadził mnie utartym szlakiem alejek. Kluczył pobocznymi sektorami, najwcześniej pochowanych tu nieszczęśników. Widziałem spękane i starte płyty nagrobne, ozłocone, zaśniedziałymi literami. Zapadłe pomniki. Stare o wyblakłych, przytępionych rysach i anonimowych twarzach. Opierające się grawitacji. Skrzywione i zgarbione od skruszałych dawno elementów i rogów. Były i mogiły zdać by się mogło bezdenne. O barwie niebytu. W kolorze śmierci. O odcieniu wiecznej żałoby. Wyobraźnia plotła mi figle, bo wydawało mi się nieraz, że z takowych mogił wychynęły, pokryte liszajem i zgnilizną palce dłoni. To znów błysnęło lękliwie rubinową barwą, oko lub dwoje oczu. Ledwie kilka metrów od nas, przewrócił się mosiężny krzyż. Wpadł w szczelinę pomiędzy dwa zapomniane od lat groby. Dam głowę, że zaraz potem usłyszałem w tym miejscu krótki, szczekliwy śmiech a po nim odgłos ciągnięcia czegoś ciężkiego w głąb mroku nekropolii. Przechodziliśmy obok dawnej cmentarnej kaplicy. Była kamienno, ceglaną wydmuszką. Spłonęła w czasach gdy byłem malutkim dzieckiem. Próbowano ją odbudować i gdy pracę miały się już ku końcowi, piekielny los zesłał burzę, której piorun dopełnił dzieła zniszczenia. Teraz mówi się, że jedynie diabły mieszkają na jej spalonych węgłach. Za kaplicą, osaczony przez grożące zawaleniem grobowce, stał malutki domek a raczej dawna szopa mieszkalna tutejszego grabarza. Absolutnym absurdem i wstrząsem było to, że dawniej w czasach użyteczności budynku, miał on swój osobisty ogródek i maleńki zalążek sadu. Dziś plonem ziemi cmentarnej były jedynie wysuszone chaszcze, wyrośnięte gęsto chwasty i mlecze oraz trujące więzy bluszczu. Budynek miał jedno niewielkie okienko. Porysowane i zaklejone brudem. Lecz to w nim dostrzec można było wreszcie, jedyny niezaprzeczalny ślad życia. Ogień lampy lub świecy, tańczący wesoło w głębi pomieszczenia. Chłopiec podprowadził mnie bliżej budynku. Musi pan wiedzieć jeszcze o jednej rzeczy. Pan Wild nie mówi. Choroba zabrała mu nawet tą cząstkę niezaprzeczalnego człowieczeństwa. Ale zapewniam, że z jego umysłem jest wszystko w jak najlepszym porządku. Komunikuję się prostymi gestami lub listami takimi jaki otrzymał pan poprzedniej nocy. Pan Wild oczekuję. Proszę wejść bez strachu. Ja muszę się niestety pożegnać. Do widzenia panu. Zgiął narożnik kaszkietu w pożegnaniu i odszedł szybko tą samą drogą, którą mnie prowadził. Zostałem sam na sam z nieznanym. Pośrodku zapuszczonego cmentarza. W centrum jego trupio-gnilnej estetyki. Miałem spotkać wielkiego acz schorowanego a kto wie, może i obłąkanego artystę. Jego dom, jeśli można by podnieść do takiej infrastrukturalnej formy ten rozpadający się na oczach przybytek. Przerażał i nęcił jednako. Przypominał mi trochę dziecięce wizualizację, baśniowych opowieści o domach wiedźm, którymi mama straszyła mnie przed snem. A może po prostu nie ma się czego bać. Pora jest nieodpowiednia. Miejsce ekscentryczne i introwertyczne do głębi. Ale przecież za drzwiami, może kryć się najnormalniejszy dom artysty. Pracownia, pełna sztalug, rolek płótna, zapachu farby i naturalnych barwników. Pełna gotowych prac, wiszących na ścianach i odstawionych na trójnogach. Gotowych do wyjścia w świat. Do prywatnych kolekcji i galerii. Przyjaciół artysty i krytyków sztuki. Wild jest portrecistą. Maluję najpewniej tylko na zamówienie. Portret jest odbiciem modelu. Nie ma tu miejsca na własny sznyt i fantazję, trzeba oddać jedynie jak najgłębszy realizm. Każdy szczegół, zmarszczkę, bliznę. Skupiony w jednym punkcie wzrok. Powagę biologicznej doskonałości istoty ludzkiej. Nie wolno bawić się formą, barwą, stylem czy nadinterpretacją. Dodawać od siebie i ujmować. Nie ma miejsca na lekki nawet uśmiech, ale i na sadystyczny tragizm czy makabrę. Stukając do drzwi miałem nadzieję i miałem nadzieję, że nie zostanie mi ona brutalnie odebrana. Nie spodziewając się odpowiedzi gospodarza po tym czego się dowiedziałem, wszedłem pewnie do środka. Pierwsze co poczułem to uderzające i dziwnie otulające kojącym całunem ciepło. W izbie brakowało tlenu. Panował parny zaduch o woni silnie słodkiej i mdlącej. Podświadomie wciągnąłem przez usta haust powietrza i dłuższą chwilę nie miałem ochoty wypuszczać go ze swego wnętrza. W powietrzu unosił się również zapach starego, wilgotnego drewna i lakieru. Drobinki kurzu, wzbite nagłym ruchem drzwi, osiadały teraz na powrót na znajome elementy pomieszczenia. Szopa miała oczywiście tylko jedną niewielką izbę. Świece ustawione niedaleko okna dawały jednak wystarczającą ilość światła by nie mówić o mrocznej atmosferze domu. W centrum izby stał długi heblowany stół z dwoma zydlami u krótszych boków. Ściany były krzywe i odarte. Na nich jak się wcześniej domyślałem, wisiały prace Wilda. Te portrety były nie tyle przerażające i wstrząsające co idealnie zlewały się z otoczeniem nie domu jednak a samej nekropolii. Wild portretował nie tylko żywych ale i umarłych. I trzeba mu to przyznać na jego płótnach wracali do sił i życia. Byli tam trędowaci i Ci co zmarli na szkarlatynę lub ospę. Były ofiary wypadków, pożarów i utonięć. Byli wisielcy i Ci którzy postanowili zrobić sobie w głowie otwór od kuli rewolweru. Ofiary pobić i porachunków. Tylko mężczyźni w sile wieku. Wszyscy martwo wpatrzeni w przestrzeń. W Wilda, który dał im drugie życie. Pomyślałem, że nie jest to galeria śmierci a bluźnierczego odrodzenia. A potem uderzyło mnie jeszcze coś. Skąd Wild brał te trupie rekwizyty do swoich prac? Czy przypadkiem tak duża liczba pustych mogił nie jest udziałem jego fascynacji? Czy cmentarz nie zapewniał mu, nieograniczonego wręcz przypływu weny? Wykopywał ciała i wskrzeszał je dzięki obrazom. Chciałbym nazwać go szaleńcem, lecz pewnie wolałby żeby określać go geniuszem, którym mimo wszystko był. Wild stał obok stołu, zwrócony do mnie prawym profilem. Nie odwrócił się ku mnie zupełnie, nawet na myśl o tym, że mógłbym teraz ujrzeć jego twarz przeszedł mnie dreszcz. Był delikatnie niższy ode mnie, szczupły i ograniczony ruchowo, zapewne przez postępującą chorobę. Jedynie tyle byłem w stanie stwierdzić ponieważ Wild przywdział jakiś dziwny fason jednoczęściowego płaszcza, który przypominał z początku zakonny habit. Czarny kaptur zarzucony był głęboko. Na tyle by zupełnie ukryć twarz a spotęgować uczucie panicznego lęku. Nie byłem w stanie przywitać się z nim w sposób zupełnie naturalny. Po prostu zamarłem na linii progu. Pomyślałem, że chyba każdy kto tutaj wchodzi staje się niemy. Wild poruszył prawą ręką i wskazał palcem na pozostawioną na stole kartkę. Zrozumiałem. Sięgnąłem po nią i przeczytałem krótką notatkę. Cieszę się, że możemy się spotkać Panie Scholl i mam nadzieję że dotarł Pan do mnie bez żadnych niepotrzebnych opóźnień ani problemów. Ma Pan z pewnością całą masę pytań, lecz jeśli zgodzi się Pan, chciałbym jak najszybciej skorzystać z naszej umowy i rozpocząć pracę. Najlepiej maluję mi się nocą i nie chcę marnować nawet sekundy z i Pana cennej doby. Jeśli się Pan zgadza, proszę przejść na przygotowane dla Pana krzesło naprzeciw gotowego płótna a ja pokieruję gestami, jak powinien się Pan ustawić i pozować. Oczywiście moja gościnność i zasobność domu jest do pańskiej wyłącznej dyspozycji. Jeśli tylko poczuję Pan znużenie sesją, proszę mówić a zrobimy przerwę. Mam nadzieję, że mimo pory i dość obskurnego otoczenia będzie się Pan czuł swobodnie.. aha tak zapomniałbym… sesja jest płatna z góry. Pieniądze przygotowałem obok tej notatki. Jeśli ta kwota nie wystarczy, proszę powiedzieć a ureguluję brakującą część po sesji nad ranem. Jeszcze raz serdecznie Pana witam. Oddany Victor Wild. I faktycznie obok notatki spoczywała biała, zalakowana koperta. Otworzyłem ją na oczach Wilda i zerknąłem do wewnątrz. Spoczywała tam mała fortuna. Przynajmniej jak na moje potrzeby i spłatę wszystkich zobowiązań. Nie zastanawiając się już dłużej, przeszedłem w głąb izby i usiadłem na trochę zbyt sztywnym krześle. Podświadomie wyczułem uśmiech Wilda pod osłoną kaptura. Za takie pieniądze jednak, mógłbym spędzić tu z nim resztę swego życia.
  3. – Hej, słyszysz to? W korytarzu – mówi nerwowym szeptem. – Tak… To musiało wrócić… – Musimy się stąd wydostać, tylko trzeba znaleźć cichy sposób… Wspomniany rytmiczny stukot wydaje być się szybszy i głośniejszy — Musi być zniecierpliwione… – Wiem! Rzucę butelką, ono zainteresuje się nią, a my wybiegniemy z domu – niepewnie stwierdza. – Nie wydaje mi się, że damy tak radę… To jest o wiele silniejsze od nas… A wiesz, co się stanie, jak nas złapie, prawda? – Masz racje, z pewnością będzie chciało to zrobić… Jakiś inny pomysł? – Myślę, że musimy wyjść przez okno. Jest to najbezpieczniejsza rzecz, jaką możemy zrobić. – Tak, to jest to. Dobrze, że pod nim jest dach. Będzie mniejsza szansa, że spadniemy… Lekko skradają się do parapetu i uchylają szybę. Stukot gasi się. Teraz słychać tylko tykanie zegara. W korytarzu rozbrzmiewa ledwo zauważalny głos: „Już czas” Wyłącza się tam światło. – Cholera! Trzeba uciekać! – Dziewczyna wyskakuje przez okno na kafelkowy daszek. – Poczekaj na mnie! – Próbuje wdrapać na podokiennik, jednak nie potrafi. Rozlega się dźwięk otwieranych drzwi. Przez kilka sekund jest cicho — jakby każdy oczekiwał, aż to nadejdzie. Nagle histeryczny krzyk chłopca, który łączy się z płaczem przyćmiewa wszystko. Nasila się i nasila i… Zmienia się w śmiech. Jego śmiech. Dziewczę zeskakuje i biegnie, ratując życie.
  4. Pająki uschły zaplątane w swe własne, pokryte kurzem sieci. Orły i jastrzębie poszły spać głodne w swych dorodnych, pięknych gniazdach. Psy gończe zagnano na powrót do ogrodzonych ostrą, metalową siatką kojców. Ich kły nie zaznały krwi ofiary. Ich umysł nie upił się w szale agonii jego truchła. Dlatego nadal miały w sobie diabelski amok. Rzucały się na siebie, drąc fałdy skóry i połacie futra. Srebrne kule nadal tkwiły załadowane w magazynkach. Pokryte zaśniedziałym nalotem. Milczące jak skrytobójcze morderstwo. Myśliwi wrócili do domów z niczym ponad uczucie gorzkiej porażki, głębokiej rozpaczy i poczucia bycia wystrychniętym na dudka przez drapieżnika, którego nawet nie widzieli na oczy. Żył nadal. Szlak prowadził po ofiarach jego morderstw. Kluczył, błądził, mataczył, kłamał… znikał. Lecz przecież istniał. Był legendą lecz cielesną i krwistą. W nocnym maglu bezkresnej kniei, błysnęło jego czerwone ślepie. W toni niewzruszonej śladem ptactwa ni ryby, odbiły się jak w zwierciadle rysy jego pyska. Tropy wbite twardo w leśny mech i piach, jak stygmaty raniły boskie gaje. Coś zgrzytnęło u płota. Coś mignęło za szybą okiennicy alkowy. Zastukało cicho w drzwi. Zaśmiało się wraz z wiatrem w polu. Chowając się za stojącą na baczność armią, zamokniętych, mgielnych chochołów. Każdy krzyż można obrócić. Gromnicę zagasić. Pogrążyć Was w postępującym powoli jak trucizna szaleństwie. Tyle razy powtarzacie. Nie bójcie się zmarłych. Bójcie się tych co żyją i stąpają po padole. A jeśli to ciała spokojnie gniją a dusze powstają z mogił? A może byłem pochowany już za życia? Drżyjcie niespokojnie przez czujny półsen. Wasze oczy i tak nie ujrzą. Umysły nie pojmą. A ja podejdę do obejść, by zostawić odcięte głowy ofiar na chat progach.
  5. Na przestrzeni wszystkich tych wieków, łączy was tylko ta jedna rzecz. Nazwisko? Posiadłość? Herb? Nieskończona samotność i objawy destrukcyjnego szaleństwa. Ktoś, kiedyś dawno, przeklął cały ród. Dziwny to ród w którym brak małżeństw, potomstwa czy więzów krwi. Brak drzewa i sagi rodzinnej. Skąd wzięło się tak zepsute nasienie? Kto był praojcem stworzenia tej genetycznej degeneracji? Matroną była senna muza. Zwid umysłu, ogarniętego bólem istnienia. Jej ciało było zbezczeszczone przez bluźniercze potrzeby zmysłów. Była blada, gnilna, pobita i gwałcona. Żyła choć jej członki i oczy były martwe. Serce wyrwano jej okrutnie i zastąpiono klątwą bestii. Niegdyś jeszcze potrafiła płakać nad swym losem. Łudząc się tym co kłamliwie materializował jej świat. Pokazywał jej kwiaty na łąkach wiosennych, ogrody i sady pełne krasnego owocu, ludzi beztroskich i wolnych. Serdecznych przyjaciół. Zjednoczone rodziny. Sprawiedliwych ojców i kochające matki. Taki był świat za szkłem. Granicy bytu. Ona miała tylko zaświaty. Pełne pyłu, kurzu, czarnych kikutów drzew. Rzeki spienione krwią. Zamiast kwiatów, trupy wzdęte od rozkładu, kwitły słodką wonią śmierci. Wędrowała przez puste, skruszałe wioski. Miasteczka rozpalone ogniem nie ognisk domowych a pożogą moru. Miasta o olbrzymich murach i wieżach. Czarne jak noc. Zwiewne jak mara. Tam mieszkały demony, które czasami prosiła o pomoc w starciu z ludźmi z powierzchni. Krążyły legendy, że tam za murami twierdzy, za pustynią nieposkromionego wichru, za płaskowyżem zimnego żalu, za oceanem łez niewinnie przelanych. W strażnicy wykutej z pierworodnego ognia nienawiści. Mieszka ON! Demon, którego nie dotykają myślą Bogowie. O którym nie mówią kroniki i sagi. Ten który przybył tu przed powstaniem czasu i materii. Kurhan jego usypany z wyschniętych czaszek niedoszłych herosów, którzy przed eonami rzucili mu niebacznie wyzwanie. Spoczywa w grobowcu zakopanym aż do trzewi ziemi. Płytę nagrobną zdobią, srebrne słońce i złoty księżyc. Nad kurhanem roztoczyła wieczny cień, samotna góra. Martwa i milcząca bazaltową pustką. Śpiewa mu pieśń o zagładzie cywilizacji. Muza wie dobrze. Czuję to w sobie. On to wszystko stworzył. Wraz z nią. Ona go do tego zmusza. By pisał poezję z bezdni swego grobu.
  6. Odbiliśmy od nabrzeża. Sternik skierował prom silnie na sterburtę, pozwalając by śruby złapały energię nurtu. Delta rzeki była jak zawsze spokojna. Zakole portu pamiętało jeszcze czasy francuskich eskard i niewolniczych barek. Wszędzie tylko grząski muł, czarne cuchnące błoto i brunatne, nieprzejrzyste fale. Taka była powierzchnia. Klucz do prawdziwego koszmaru. A było nim dno. Pełne tanich oparów bimbru, duchów secesyjnych posiadłości, upiorów dawnych zarządców plantacji, czarnych potomków kultystów voodoo i hoodoo. Zioła, kości i krew na poświęconych kartach tarota. Dym czarnych świec, okadzający nagie, spocone ciała. Młode wiedźmy z dredami na głowie, szepczące w ciemnych zaułkach strychów zaklęcia ochronne, ze starych, nadpalonych woluminów. Przywołani z niebytu zaoranych przed laty cmentarzysk. Lgną ochoczo słowa dusz, na języki kapłanek. Namorzynowy las był głuchy. Ginęło w nim światło i dźwięk. Ludzie także. I to nie w paszczach ukrytych w toni aligatorów. Był to swoisty labirynt natury. Nie tej dobrej i ułożonej. A dzikiej i sadystycznie szalonej. Wysepki wyrastały z bagien. Liche, kruche i niestabilne. Oczy drapieżników śledziły każdy krok. Czasami jedynie rzeka wydała cichy plusk, szuwary zaszeleściły szargane nie wiatrem a grozą. Drzewa pękały z trzaskiem osuwając się do wodnego grobu. Ptaki milczały. Nie ze strachu a z klątwy ciszy. Gdzieniegdzie dostrzec można było zalążek ognia czy dymu. Ogniska miejscowych metysów. Czerwonych diabłów tych włości. Mieszkali daleko w lasach lub na samotnych odizolowanych wysepkach. Po nocach niosły się odgłosy bębnów. Modlitw i błagań do prastarych bóstw. Kultów wyklętych przed wiekami. Skakali dziko przez ogień, wychwalając imiona zapomniane o których ludzkość nie powinna mieć już wiedzy. Płynąłem do domu. Wracałem z ciemności do światła. Prom wszedł na kurs. Mijał rybackie łodzie i kutry. Stare motorówki i łodzie wiosłowe. Barki załadowane węglem. Promy i statki pasażerskie a nawet mniejsze okręty marynarki i straży przybrzeżnej. Na Long Brigde wjechała z donośnym gwizdem lokomotywa ze składem. Mijała te wszystkie domy, gospodarstwa, farmy i cmentarze. Pełne historii, bólu, łez i rdzy. Ten skład nazywają imieniem tego miasta. Jego synem i dumą. Na gwizd lokomotywy odpowiedziały syreny morskich jednostek. Byliśmy wolni. Czując jednak cały czas, ołowianą kulę z łańcuchem przy nodze.
  7. Pamięci wspaniałego pisarza Dana Simmonsa za jego "Pieśń bogini Kali" i inne wybitne pozycję. Jechałem tutaj najpierw przepełnionym do granic absurdu pociągiem. Sprzed budynku dworca zabrał mnie umówiony wcześniej kierowca. Jechaliśmy wiele kilometrów na północ. Zatrzymaliśmy się pod wskazanym adresem. Kolejny mężczyzna po okazaniu mu pieczęci jaką dostałem jeszcze przed tym gdy znalazłem się w pociągu, wyprowadził mały crossowy motor z prowizorycznej szopy i kazał mi wsiąść. Wyjechaliśmy z miasta i pod wieczór stanęliśmy pośrodku jednej z pomniejszych wsi. Mężczyzna zniknął w pobliskim domu a mi kazał czekać i nigdzie nie odchodzić. Czekałem dobrą godzinę aż nastała noc. Wreszcie drzwi otworzyły się i stanął w nich mój kompan. Zaprosił mnie gestem do siebie. Chwycił za głowę i wyszeptał na ucho. Pieniądze nic nie dały. Nie pomogą nam. Za bardzo się boją. Mieli załatwić przewodnika i słonia do transportu. Jednak spanikowali i nic ich nie przekona do zmiany decyzji. Musimy iść sami pieszo. Czy ktoś Cię widział? Żartujesz? Chyba cała wioska się zleciała. Wszyscy mieszkańcy mnie widzieli. Rozmawiałeś z kimś? Nie. Wymieniłem tylko kilka grzeczności. Widzieli Cię wszyscy, ale jeśli coś się stanie i służby zaczną węszyć to każdy zapomni o tym by kiedykolwiek widział tu białego europejczyka. A więc nie pokładaj nadziei w ich uśmiechach. Nie będzie ratunku ani odwrotu. Wyruszamy natychmiast. Oni już wiedzą i oczekują. Więc ruszyliśmy w drogę. Noc nie dawała ukojenia. Było duszno i gorąco. Lekki wietrzyk nie dawał ukojenia a pył wymieszany z potem pokrywał odsłonięte części ciała i niemiłosiernie powodował uczucie świądu. Księżycowy rogal dopiero wstawał nad horyzontem. Wzrok zawodził zmęczone oczy. Wyostrzył mi się za to słuch i węch. Smród był nieznośnie mdły. Oleisty i zawieszony w każdej cząstce skażonego powietrza. Sterty śmieci zastępowały trawniki i skwery. Dosłowne wieże ery konsumpcjonizmu, wznosiły się, wsparte o ściany domów. Głodne psy i koty. Walczyły zażarcie o każdą reklamówkę resztek, każdy worek odpadów. Szczury piszczały wśród tych stert. Były w amoku podniecenia. Były królami, którzy rządzili tu ostrymi pazurami i zębami. Miało się wrażenie, że przestrzeń ciągle się porusza. I w istocie tak było. Muchy, larwy, szczury, karaluchy, myszy, bezdomni starcy a także małpy i bydło. Wszyscy byli świętym ekosystemem. Religią i porządkiem starszymi niż moja cywilizacja zachodu. To było mrowisko dusz. Slums złożony z pojedynczych trybików systemu kast i zależności. Każdy był tutaj po coś i spełniał swą rolę, choć ja nie widziałem nic poza wykraczającą za ludzkie zrozumienie nędzę i upadek człowieczeństwa. Miliard istnień żyjących w matni nieskończonego koszmaru. Ciekawe ilu z nich zagląda do świątyni? O co proszą boginię? Czy są na tyle zdesperowani by składać jej ofiary? Czy ona słucha i spełnia prośby? Teraz wolałbym już nie znać odpowiedzi. Za późno. Trzeba ruszać. Ominąłem ostrożnie truchło krowy, odarte ze zgniłych resztek mięsa prawie do gołych kości. Było ucztą dla larw. Nawet po śmierci było namaszczone świętością. Absolutnie nikt nie odważyłby się usunąć go z drogi. Przewodnik ponaglił mnie i skręciliśmy za szereg ostatnich chałup, zanurzając się w las. Włączyliśmy słabe czołówki w ich bladym świetle próbowaliśmy kluczyć i wyrzynać dziką ścieżkę maczetami. Las cały czas rozmawiał nie tyle z nami co z całą otaczającą materią. Dźwięki te nie były straszne a raczej hipnotyczne. Duchy nie opuszczały nas na krok. Ci którzy nas oczekiwali, potrafili władać dowolnymi ciałami ludzi i zwierząt a nawet wchodzić w drzewa, krzewy i wiatr. Ich oczy były wszędzie wokół, ukryte za wiarą w rozum a nie świat magii i rytuałów. Szliśmy nie rozmawiając. Byłem tu przecież pierwszy raz w życiu a moje nogi jakby idealnie znały każdy cal drogi. Znów pomyślałem o ich obcej ingerencji. Byli kłębkiem a ja jedynie lichym kawałkiem sznurka. Pozwalałem bezbronnie by nawijano mnie szybciej i szybciej ku prawdzie. Po jakiś dwudziestu minutach las przerzedził się na tyle byśmy nie szli gęsiego a stanęli obok siebie ramię w ramię. Wydawało mi się, że przed nami czerniał zarys jakiegoś budynku a raczej świątyni. I nie myliłem się. Wyszliśmy centralnie na jej front. Nie zapomnę jej widoku już nigdy. Miała wysokość około czterech pięter a szeroka była na jakieś osiemdziesiąt metrów. Kamień do jej budowy pamiętał z pewnością i Buddę i Krysznę. Była majestatyczna i mitycznie, olśniewająco piękna. Od razu można było poznać, że była poświęcona kobiecie. Najstraszniejszej demonicy. Bóstwu nocy i śmierci. Szaleństwa i krwi. Obłędu i zemsty. Cudownej bogini Kali. Tej która tańczy w gniewnym uniesieniu na ciele Śiwy. Tej która jest wielką matką czasu. Pas jej z czaszek i odciętych dłoni a dziewięć par rąk dzierżą ofiarne ram dao. Błagając o ofiarę z życia. Tej, której z pola ustępują Wisznu, Kryszna a nawet Ganga. Jej krzyk oznacza wyrok. A spojrzenie śmierć. I patrzyła na nas z dziesiątków posągów. Objął mnie nieludzko silny lęk. Nie tyle o życie co o duszę. Byłem tylko marionetką w jej szponach. Byłem tak mocno przerażony, że nawet nie dostrzegłem dwóch postaci stojących u podnóża schodów na szczyt świątynny. Żaden z nich nie rzekł nic przez cały ten czas lecz wreszcie ten niższy i ubrany jedynie w przepaskę na biodra zbliżył się do mnie dzierżąc w dłoni małą jutową sakiewkę. Nie podał mi ręki, nie pozdrowił mnie. Był kapłanem Kali. Gardził ludźmi mojego pokroju. Tymi, którzy błagają o jej wstawiennictwo. O jej matczyną opiekę. Uciekają w kult by rozwiązać doczesność. Wyciągnął dłoń i podał mi sakiewkę. Zaczął mówić a mój przewodnik tłumaczył. Oto obiecane prochy wroga, wymieszane z jadem kobry i trucizną znaną jedynie nam. O świcie wejdź na dach świątynny. Tam czeka Wielka Matka Kali. Zjedz na jej oczach prochy. Uleć do jej miasta. Miasta Umarłych. Tam czeka stos. Spłoń bez strachu. Wtedy Kali weźmie Twe prochy i wsypie je do Gangi. Wskrzesi Cię i wrócisz do ciała pozostawionego tutaj. Obudzisz się z transu. A dusza Twego wroga nie znajdzie nigdy wyjścia z Twego wnętrza. A jego kości i czaszka upiększą naszyjnik bogini. Wziąłem od niego sakiewkę i rozpocząłem żmudną wędrówkę na szczyt świątyni.
  8. Jechałem powoli, niespiesznie. Jednostajnym stępem. Nie widziałem powodu do pośpiechu ani jakiejś gwałtownej, nieskoordynowanej reakcji na telegram, który dostarczono mi przed dwoma dniami. Jego krótka acz treściwa nota głosiła. Ojczym umiera, zjaw się najprędzej jak to możliwe w dworku. Podpisano, moja biedna matka. Nie, nie była biedna ani kochana. Tym bardziej opiekuńcza czy troskliwa. Była zimna i obojętna. Jak wszyscy, którzy nadal pozostawali lokatorami, naszej rodzinnej posiadłości. A mój ojczym. Po prostu był. Żył i to jedyne co mogłem o nim powiedzieć. Na szczęście i jego czas dobiegał końca. Ja miałem go pod dostatkiem. Dlatego nie śpieszyłem się ani trochę. Czyżby chciał się pojednać na łożu śmierci? Było już na to za późno. Wiele lat za późno. Zresztą jeśli czegoś mnie w życiu nauczył, to tego by nie okazywać słabości, litości ani nie zważać na sumienie i ból. Nie spodziewał się chyba, że uczeń przerośnie mistrza. Ja nie błagał bym go o przyjazd. Szybciej spodziewałbym się papieża przy łóżku niż kogokolwiek z mojej rodziny. Splunąłem za siebie na myśl o tej zbieraninie. Obym tylko nie zdążył na czas. Moja gniada klacz pokonała jeden z ostatnich zakrętów na drodze do dworku. Kamienistym poboczem szła w jego stronę postać, ubrana od stóp do głów w czerń a na jej głowie spoczywał elegancki kapelusz o szerokim zadartym rondzie. Był to pastor, którego dobrze znałem i pamiętałem jeszcze z młodzieńczych lat. Z pewnością szedł do dworu, by rozgrzeszyć i namaścić umierającego. Dziwne bo nie przypominam sobie by ojciec uznawał jakieś inne sakramenty niż chlanie taniej whisky i uleganie przemocy wobec bliskich. Dokąd to ścieżki Pana prowadzą pastorze? Czyżby do przeklętej posiadłości Lindemannów? Toż to droga dla rogatych diabłów o umorusanych w smole racicach a nie świątobliwych stóp mężów kalwińskiego kościoła. Zrównałem się z nim i wtedy poznał z kim ma przyjemność. Paniczu! I wy tutaj!? Więc nie wezwano mnie na próżno, skoro matka Wasza sięga i po takie środki jak powrót syna. Więc naprawdę umiera. I może nie powinienem tego mówić ale boża ręka sprawiedliwości sięga zawsze daleko, może nie rychło lecz zawsze skutecznie. Już dawno powinno się to stać. Niektórzy zajmują nam i Bogu zbyt wiele dni i czasu. Lecz widać chce pojednania z Wami i Bogiem, skorośmy się spotkali na tej drodze. Nie widziałem Was przeszło dwadzieścia lat, byłeś pacholęciem a teraz widać wielkim, miejskim panem. Zaglądacie tam choć czasem do domu bożego? Gdyby pastorze zamienić rolę kościołów na domy publiczne i hazardowe mordownię, to by mnie wyniesiono nie na kardynała występku a ogarnięty grzechem najcięższym, tron papieski a miasto obwołano by stolicą nie apostolską a nową biblijną Sodomą. Nie ma tam miejsca na świętość, chyba że świętość zemsty. Bluźnisz Paniczu zupełnie jak ojczym. A byłeś małym, pięknym aniołkiem i nadzieją na odrodzenie rodu. A zostałem aniołem brudu, żądzy i śmierci. Zgodnie z klątwą rodziny. Czasem łatwo zbadać wyroki boskie. Bywaj Pastorze, widzimy się we dworze. Uderzyłem klacz ostrogą i poszła ochoczo galopem ku widniejącej bryle domu na horyzoncie. Konia wstrzymałem jednak kilkaset metrów dalej. Nie miałem powodu do pośpiechu. A może już jest po wszystkim. Moim marzeniem było widzieć go jako trupa, niż jako dogorywające szczątki człowieka, którym nigdy nie potrafił być. Postrzelono go. Dano mu szansę na przeżycie. A powinni zastrzelić go jak psa. Wyegzekwować wyrok. Mogą dać mi rewolwer do ręki nad jego łożem śmierci a ja skrócę jego męki. Dokończę to co zepsuł ktoś inny. Ogarnęła mnie radość rozpierająca całe wnętrze i duszę. Śmiałem się pod nosem, tak szczerze jak jeszcze nigdy w życiu. Gdy tylko zjawiłem się opodal zrujnowanego ganku. Drzwi frontowe rozwarły się i ujrzałem postać ubranej w żałobę matki. Nie płakała, nie radowała się. Nie zbliżyła się do mnie ani nie odpowiedziała na krótkie przywitanie. Była jakby w szoku i z nieukrywaną złością rzuciła. Spóźniłeś się. Umarł ledwie przed godziną. Chciałam dać mu szansę by mógł Cię zobaczyć i może przebaczył byś mu w godzinie odejścia. A więc piekło go wreszcie pochłonęło. Nie wiem matko, czy to nie wyście strzelali do niego, myślę że tak było. I chwała Ci za to matko, bo tyranię obala się zawsze krwią i siłą. Niech będzie przeklęty na wieki. Jak jego syn. Bywaj matko. Obróciłem klacz na zadzie i wróciłem skąd przyszedłem. Na drodze znów minąłem pastora. Szedł niestrudzenie, pogrążony w myślach. Zobaczył mnie z daleka. A więc Paniczu, trudzę się na darmo. Zmarł zanim dotarliśmy. Diabły odebrały jego spowiedź pastorze i zawlekły go do najniższego kręgu. Chciałem by podczepili mi do konia jego ciało, troczyłbym je po duktach aż odeszłoby od kości a potem zerwałbym je gdzieś w lesie ku uciesze wilków i niedźwiedzi. Lepsze to niż pogrzeb. Po co skalać czystą ziemię kimś takim. Nie zasłużył na spokój grobu. Bywaj Pastorze! Pastor obejrzał się za jeźdzcem. Zsunął kapelusz na piersi i powoli wykonał znak krzyża. Chroniąc swą duszę przed takimi demonami.
  9. Jak wielkie było moje zdziwienie, kiedy przekroczyłem próg świątyni, do której jako dziecko zaglądałem co niedziela i święta a teraz odwiedzałem ją, jedynie przy okazji pogrzebów i jednego ślubu. I teraz właśnie miał to być czas przeznaczony na mszę pogrzebową. Przed kościołem nie stał jednak zaparkowany karawan ani nie było w jego pobliżu żadnych grabarzy. Żałobników również. Nie było łez, wspomnień i kwiatów. Już od kruchty, poczułem, nie drażniący swąd cmentarnego kadzidła i zapach tlących się parafinowych świec a świeży i ciepły przeciąg. Za ciężkimi, dębowymi drzwiami prowadzącymi do głównej nawy, powitała mnie zupełna pustka i osamotnienie. Ani jedna postać nie siedziała lub stała w ławkach ciągnących się w dwóch długich rzędach aż do stóp ołtarza. Pod nim nie ujrzałem również katafalku ani trumny i to już zadało mi ostateczny cios, uświadamiając mnie w tym, że zwyczajnie pomyliłem jeśli nie dzień to godzinę pogrzebu. Pomylić dzień byłoby wykluczonym. Czwartek. Dziewiętnasty sierpnia. Godzina jedenasta. Tak było bezsprzecznie zapisane w nekrologu. Godzina jedenasta. Pociągnąłem za dewizkę i uchwyciłem wystający z kieszeni czarnej kamizelki zegarek. Wskazywał dziesięć minut na jedenastą. A więc niecały kwadrans do uroczystości. Dzieje się tu coś absolutnie dziwnego. Warto byłoby zapytać u źródła, czyli księdza lub choć kościelnego czy ministranta. Ich jednak też próżno było szukać wzrokiem. Szedłem powoli wzdłuż ściany zachodniego skrzydła. Co jakiś czas zerkałem w stronę ołtarza i przeciwległego skrzydła świątyni. Byłem w niej sam. Zaglądałem do konfesjonałów, licząc na to, że w ich mroku odnajdę jakiegoś pogrążonego w zadumie rozważań lub modlitwy księdza, który wyjaśni mi to wszystko. Konfesjonały były puste. Patrząc na te drewniane, pokutne klatki, uświadomiłem sobie, że ostatni raz klęczałem w takiej przed dwudziestoma pięcioma laty. Były proboszcz, który mnie wtedy spowiadał, był teraz starym, niedołężnym emerytem z prawie setką lat na karku. A ja z chłopca bogobojnego i ułożonego, wyrosłem na pozbawionego uczuć, empatii i sumienia. Zimnego psychopatę. Widać i tacy są potrzebni na tym świecie by wypełniać wolę Pana. Miałem zamiar udać się do kancelarii na zachrystii. Tam też byłem już kiedyś. Jakieś dziesięć lat wstecz. By przynieść druk apostazji. Pytano mnie wtedy o powód. Wróciłem do wiary prawdziwych przodków. Wolę prawdziwy, rodzimy kult słońca niż syjonistyczną sektę narodzoną gdzieś na izraelskiej pustyni. Podpisali bez słowa i wahania. Postawiłem stopę na pierwszym marmurowym schodku prowadzącym do drzwi na zachrystię, gdy te rozwarły się szeroko i zanim jeszcze próg przekroczyła jakakolwiek osoba, dało się słyszeć przeciągły i niesamowicie głośny płacz niemowlęcia. Widać płakało już długo. Chrypło i spazmatycznie łapało zbawczy oddech. Przez drzwi wszedł ksiądz w o dziwo czarnej szacie, jakiej jeszcze nigdy w kościele nie widziałem. U jego boku jak mały, wierny pies kroczył ministrant ubrany tożsamo w czarną komżę, haftowaną w jakieś dziwne litery i wzory, których znaczenia nie znałem. Za nimi wyszli do nawy rodzice dziecka. Ojciec, brunet o dość ciemnej karnacji, niski i chuderlawy, trzymał w dłoniach zawiniątko z dzieckiem. Małżonka jego była aniołem i to nie tym z nieba a z piekła męskiego pożądania. Wyższa nawet ode mnie. Jej błyszczące, niebieskawymi refleksami, krucze włosy, ciągnęły się za linie, kuszących, pełnych bioder. Oczy z turmalinową głębią wbite były daleko w przestrzeń przed sobą, jak gdyby oglądały piękno oddalonych o millenia galaktyk. Suknia była prosta i sięgająca ziemi. Tren ciągnął się za nią jak mój wzrok. Blade, odsłonięte plecy z mocno zaznaczonym pod skórą kręgosłupem a pod nimi zapięcie sukni. Zamek schodzący w dół, prowadzący na zatracenie zmysły. Był bramą do niewysłowionych rozkoszy jej ciała. Jeden raz tylko odwróciła wzrok by spojrzeć właśnie na mnie. Blado się uśmiechnęła. Przez potok łez. Bo właśnie przedziwne było to, że podobnie do dziecka, ona też zalewała się łzami. Była załamana i dojmująco smutna. Załamana ale i złamana. Pogodzona z losem. Widać trafiłem na chrzest a czułem się tak jakbym oglądał pogrzeb. Za nimi weszła ostatnia postać. Kobieta wyglądająca jak siostra matki dziecka Równie wysoka, piękna ale zimna. Jak głaz. Dało się to wyczuć natychmiast. Znałem ten grymas. Znałem ten wzrok. Bezlitosny i pogardliwy. Ja używałem go na codzień i ona widać też. Omiotaliśmy się nim nawzajem, jak dwa nadrzędne drapieżniki. Zabrakło jedynie warkotu i szczerzenia kłów. Demon zawsze wyczuję drugiego demona. Wcześniej umknęło mi to, że co prawda przed ołtarzem nie było wyczekiwanej przeze mnie trumny, lecz zamiast niej stała tam kamienna, obszerna, owalna chrzcielnica. A więc faktycznie trafiłem na chrzest. Dziwny chrzest. Postaci zebrały się wokół chrzcielnicy. Woda w niej z pewnością nie była święconą. Była lepka, gęsta i zupełnie nieprzejrzysta. Czarna jak polarna noc. Ksiądz nachylił się do ucha matki i zadał widać jakieś krótkie pytanie. Ta pokiwała głową i… wskazała na mnie. Wszyscy wbili wzrok w moją nieruchomą postać na schodku. Wreszcie ksiądz przerwał niezręczną ciszę. Czyli pan jest chrzestnym? Proszę podejść bliżej. Zaczynamy. Jego słowa były chyba ponurym żartem. Ja chrzestnym!? Wykluczone proszę księdza. Ponad dziesięć lat temu składałem apostazję, zresztą wcześniej i tak nie miałem bierzmowania. To nieistotne teraz drogi Panie. Dziecko musi mieć ojca chrzestnego. Ziemskiego opiekuna swych praw. Błogosławię Pana do tej roli. Proszę podejść. Ja przyszedłem tu na pogrzeb! Kiedy odbędzie się pogrzeb zaplanowany tu na godzinę jedenastą? Chcę wiedzieć tylko tyle i już mnie tu nie ma. Ksiądz nie dał się zbić z tropu. Ta świątynia nie prowadzi mszy pogrzebowych, tylko chrzty i komunie święte. Został Pan wybrany na ojca chrzestnego, chyba Pan teraz nie odmówi dziecku? Jak to nie prowadzicie pogrzebów?! Od kiedy?! Byłem tu wielokrotnie na pogrzebach, na ślubie też, ledwie w zeszłe lato. Teraz powołujemy jedynie nowych wiernych, chrzcząc ich i nadając im imię. Niech Pan nie robi scen w domu Bożym i stanie w swej roli dla dobra tej dzieciny. Chyba ksiądz mnie nie zrozumiał. Nie jestem katolikiem ani nawet chrześcijaninem. Przyszedłem na pogrzeb bo tak trzeba, ale nie mogę brać udziału w żadnym chrzcie ani w liturgii. Z szacunku do Was wiernych jak i swoich przekonań i wiary. Jestem rodzimowiercą. Wierzę w duchy, demony i magię. Tą najczarniejszą również. Praktykuję ją na codzień. Modlę się do swojej patronki. Przenajświętszej Śmierci. Nie o łaski dla mnie a o zemstę, sprawiedliwość i śmierć dla moich wrogów. Więc przepraszam ale będzie ze mnie kiepski chrzestny. Idealny. To jedno słowo rozcięło ciszę jak nóż. A padło z ust chrzestnej matki. Dalej patrzyła na mnie drapieżnie i dziko. Jest Pan idealny dla mnie jako Pana chrzestnej partnerki i dla rodziców małej. Proszę się zgodzić. Wyciągnęła ku mnie dłoń w zapraszającym geście. Oszalałem widać, lecz dałem za wygraną. Przeszedłem w ich stronę i złapałem jej dłoń. O dziwo była ciepła a wręcz lekko spocona i gorąca. Ale gdy ścisnąłem ją troszkę mocniej, nie wyczułem pulsu tam gdzie zwyczajnie powinien odbijać się echem serca w żyłach. Spojrzałem na nią z bliska. Teraz już uśmiechała się szczerze ale nadal zimno. Z profilu przypominała kapłanki Świętej Śmierci a może sama nią była. Jeśli nawet tak było, to już nie bałem się. Bezbronnemu nie grozi kara. Ksiądz spojrzał na mnie i zwrócił się tymi słowami. Na chrzcie świętym nadano Ci imię skały na której miałeś zbudować kościół. Ty zbudowałeś go a potem doszczętnie zrujnowałeś a na końcu spaliłeś. Przyjąłeś demona do swego serca i nadałeś mu imię tego, który pomagał dźwigać krzyż na Golgotę. Bo on pomaga Ci dźwigać ciężar żywota. Wyniosłeś go ponad wszelkie stworzenie i uczucie byś już nigdy nie wrócił do postawy człowieka. Wezwałeś święte oblicze Śmierci do swego życia aby oddawać jej hołd i uciec pod Jej protekcję. Ona chroni Cię od wrogów i zadaje im krwawą sprawiedliwość. Stałeś się ambasadorem Jej praw. Piewcą Jej chwały. Jej wilczym omenem, który wykonuje Jej nieomylne wyroki. Godnym jesteś kapłanem by nadać imię temu dziecku. A wtedy mechanicznie wręcz wyrzekłem A więc niech przyjmie imiona. Angelisa Angela Luna Sol de Muerte. Dzwonnica rozgorzała potęgą spiżowych dzwonów. Ksiądz zanurzył dziewczynkę we krwi. Już nie płakała. Miała zimne, czarne oczy śmierci. Wyrośnie na piękna kapłankę. Ministrant trzymał w dłoniach złoty pucharek z komunią w środku. Były to szczątki ciała wrogów umoczone we krwi. Rozdał je pośród zebranych. Każdy dopełnił ofiary. Wiążąc zaklęte w nich dusze Na wieki w potępieniu.
  10. Z miasta, tutaj jest kawał drogi. A mimo to nie mogę odpędzić się od gości. Ciągną tu czasami całe karawany, jakby miały tu być okazałe świątynie, cudowne źródełka albo nieomylne wyrocznie. a jestem tylko ja. Stary, lekko zbzikowany i podatny na plotki dawny król tych ziem. Da Pan wiarę, abdykowałem przecież całe millenia wstecz a są nadal Ci w mieście co biją mi pokłony służalcze a rada miejska mimo zniesienia monarchii nadal płaci mi zupełnie zbyteczną emeryturę. Więc na przekór im postanowiłem się delikatnie odświeżyć. Teraz mój portret nad kominkiem wygląda jak podobizna mojego dziada lub pradziada. Pan się przyjrzy. Wypiękniałem nie ma co. Faktycznie odmłodził się znacznie. Zniknął jego siwy zarost, zmarszczki i pełne, wydatne policzki. Był teraz cudownej urody, młodym blondynem o zawadiackich, niebieskich oczach. Ubyło mu tuszy a przybyło pokaźnej muskulatury. Jedynie humor pozostał bez zmian. Miał teraz około dwudziestu lat. Miał bo mógł. W krainie snu możemy nawet zmieniać swój wygląd i wszystko co z nim związane. Dziwna to zaiste kraina i gdyby nie umiejętność nieskończonej wyobraźni, to łatwo popaść tu w paranoiczne szaleństwo. Bo jak racjonalnie miałbym opisać to, że siedzę właśnie w wiejskiej posiadłości, dawnego dworzanina Wilhelma Orańskiego, on jest dwa razy młodszy ode mnie, choć na ziemski czas, zmarł dwieście lat przed mymi narodzinami. A odwiedzamy się tu co jakiś czas, gdy tylko marzenia senne skierują mnie w okolicę miasta Braima, lub gdy muszę poprosić o radę dużo mądrzejszego i bardziej doświadczonego mistrza snów. Tak było i teraz. Żeglowałem po tafli jeziora aż dwanaście dni, by tutaj dotrzeć. Bardzo dużo czasu spędzam ostatnio na południu. Górnicy goszczą mnie chętnie a nawet odstąpili mi jeden z domów w centrum Lecudarib bym mógł w spokoju śnić bez obaw o ciągłą wędrówkę. Moje sny są ostatnio krótkie i płytkie. Koszmarne duchy życia w teraźniejszej jawie, oblegają moje wyniszczone chorobą komórki. Moja wędrówka choć nadal rozciągnięta w czasie krainy snu, jest rwana i obleczona ciągłym cieniem nagłego zbudzenia się. Czasami zlany potem i ledwie rozbudzony, łkam w miękkość poduszek. Boję się, że stracę sen a zyskam tylko potworną rzeczywistość ludzi ograniczonych. Słuchał mnie uważnie a potem stwierdził. Mistrzowie snu nie tracą jego właściwości, ale to prawda z czasem trzeba się opowiedzieć po jednej ze stron. Piękna snu lub koszmaru jawy. Niejednokrotnie słyszę jak wiele zmieniło się na Ziemi, ile minęło lat? Dwieście ziemskich. Tu były to miliardy eonów i er. Tutaj czas nie ma władzy nad absolutem umysłu i jego kreacji. Na Ziemi czas zabija wszystko. Bałem się nieistnienia. Motywu zgasłej świecy życia. Dlatego w trakcie jednej z podróży, osiadłem tu na stałe. Opowiadając się na wieki ku życiu we śnie. Ziemia jest moją matką, lecz sen jest wiecznym rajem. Nie żałuję i nie żałowałem wyboru nigdy. Wędruję Pan od bardzo dawna Panie Tracy, jest Pan w przededniu swego wyboru. Stąd ten stan niepewności. Ostatnio śnił mi się Pan w ziemski sposób, można powiedzieć, że ten sen nasunął mi koncept by prosić o radę… Zaśmiał się i rzekł Jak to jest być pogrążonym we śnie? To wspaniałe istnienie. Bez trosk, zmartwień, chorób i śmierci. Nie ma tu smutku, cierpienia i łez. Szczerze to nawet nie wspominam o dawnym ziemskim życiu. Zapomniałem o nim i ludziach, których tam zostawiłem. Teraz mam kontakt jedynie z mistrzami snu i mieszkańcami krainy. Mistrzowie to mój jedyny, pozostały kontakt z Ziemią. Wasze opowieści są bardziej niesamowite niż to co widuję tutaj. A nie ma większych dziwów niż te z krainy snu. Kto raz ujrzy alabastrowe wieże i marmurowo szmaragdowe schody nabrzeża w Celephais, ten zapomina o wszystkim. Przecież sam Pan wie o tym. Nie może Pan zostać tu na stałe. Ciało się buntuję przeciw umysłowi. Widać jest w świecie realnym coś co Pana trzyma na smyczy rozsądku. Mam rację? Jest taki ktoś… ona … jej… chciałbym… Z nią zostać? Dokończył za mnie. Pokiwałem głową. Ona nie śni moich snów. Nie rozumie wierszy jakie tworzę. No i jest szczęśliwa z kimś innym. Nie mogę sobie tego wybaczyć. Jak i tego, że mógłbym mimo wszystko ją porzucić. Zna Pan zasady Panie Tracy. My przechodzimy przez Las Głębokiego Snu, kiedy tylko mamy na to ochotę. Podróżujemy bez granic materii i czasu. Inni nigdy tacy nie będą. Pana wybranka nigdy tu nie trafi. Choćby bardzo się starała. Istnienie tutaj niesie za sobą cenę, odrzucenia powłoki człowieczeństwa. To narcystyczny hedonizm. Liczy się tylko moja wygoda i szczęście. Nic nie może zakłócać pogody w raju a już z pewnością nie niespełniona miłość. Musi Pan pożegnać definitywnie, albo mnie albo ją. Bycie w wiecznym rozdarciu między światami zawsze prowadzi do klęski a nawet obłędu. Powodzenia w podjęciu decyzji. Cmentarz ghouli na granicy świata snu. Gnił pod powierzchnią mogił i grobowców, ale i na morowej, skażonej trupimi wyziewami powierzchni. Wspiąłem się po drabinie na jego poziom i wbiłem czujny wzrok w absolutny mrok wokół. Tutaj nigdy nie panowała cisza tak znana z ziemskich nekropolii. Było to królestwo ghouli. Skakały i ganiały się w zapadliskach grobów i otwartych odrzwiach grobowców. Śmiały się szyderczo i piskliwie, śpiewały, wyły do gwiazd, wznosiły modły z Necronomiconu u ogniskowych ołtarzy. Ucztowały na rozkładających się zezwłokach. Uprowadzonych z nekropolii na powierzchni świata widzialnego. Mlaskały, czkały, oblizywały kości, wysysały szpik. Łamały czaszki, rozrywały mostki, wyrywały kręgosłupy. Robiły makabryczne płaszcze ze skór. Piły krew i grały w dosłowne kości. Spierając się, obrażając a nierzadko bijąc i wszczynając burdy. Było to z pewnością najmroczniejsze miejsce w całej krainie snu konkurujące jedynie z Leng i Kadath w zimnej, samotnej postaci. Lecz ja miałem tutaj samych przyjaciół nie wrogów. Podszedłem do pierwszego z nich. Był zajęty porcjowaniem ciała jakiejś młodej dziewczyny. Wyrwał jej kończyny i wykręcił głowę niczym piłkę. A teraz odcinał poszczególne organy, prymitywnym, kamiennym ostrzem. Pozdrowił mnie jednak serdecznie gdy się zbliżyłem i zaoferował poczęstunek w postaci solidnie zgniłej, zielonkawej wątroby. Grzecznie odmówiłem dając mu znak by się nie krępował i zajadał sobie bez przeszkód. Wsunął ochoczo całość do ust i oblizał palce z gęstego krwawego śluzu. Gdzie jest Pickman? Jest z Wami? Nie mogąc mówić przez zapełnione usta pokiwał tylko głową i wskazał mi grobowiec oddalony od reszty i wyglądający na najstarszy ze wszystkich w okolicy. Podziękowałem mu, jednak bez uściśnięcia dłoni. Przedzierałem się przez prawdziwe błoto z krwi i kości, po chwili cuchnąłem nie gorzej od ghula. Zapukałem grzecznie w drzwi grobowca czekając na odpowiedź. Wejdź przyjacielu. Ty jedyny zachowujesz tu nienaganne maniery. Miło że wpadłeś. Zastałem Pickmana przy pracy. To jest przy sztaludze i płótnie. Obraz przedstawiał czystą makabrę którą mogę skreślić jedynie pokrótce. W centrum obrazu namalował Pickman istotę, którą od razu poznałem choć patrzenie na nią wymagało nadludzkiego wysiłku i samozaparcia by nie oszaleć z trwogi. Shub-Niggurath, Matka Tysiąca Plugawych Młodych, trzymała setki ciał ghuli i ludzi w swych mackach i karmiła nimi swe koźlęta a także akolitów Cthulhu. Był to realistyczny do głębi, malarski zapis wezwania na bluźnierczej mszy w okolicach wzgórz Dunwich. Był to nie obraz a akt czystego bluźnierstwa. I za to kochałem Pickmana. Jeśli coś powodowało we mnie lęk. To jego stracona dusza i jego dzieła. Uściskał mnie serdecznie i zapytał z czym przychodzę. Wyjąłem małe zawiniątko z kieszeni płaszcza. Było to jej zdjęcie. Jedyne jakie miałem ze sobą w krainie snu. Zakop proszę zdjęcie mojej ukochanej na tym cmentarzu. Co ginie w krainie snu, nigdy już nie może się tu odrodzić. Chcę by ta miłość umarła. Zamierzam zostać na stałe. Pickman zapomniał już jak to jest kochać, być kłębkiem nerwów a nawet człowiekiem. Ale wtedy objął mnie jak brat. Zapominasz drogi druhu do kogo przybyłeś. Zapomniałeś, że Pickman tworzy dzieła, których postaci wręcz wychodzą z ram. U mnie każdy detal ma w sobie życie. Nie zabiję jej a przeciwnie dam życie. Namaluję ją dla Ciebie. Tak starannie jak nigdy. By mogła żyć tu z Tobą. Na dobre i złe. W krainie wiecznego snu
  11. Jego świat rozsypywał się właśnie w posadach. Był funkcją, dla której idealnie nakreślono współrzędne. W jego idealnym, utopijnym świecie, ten dzień miał nigdy nie nastąpić. Choć przecież od początku miał wręcz pewność ku temu, że niektórym zjawiskom nie sposób zapobiec, są one następstwem odwiecznej bytności spraw które wymykają się ludzkiemu pojmowaniu i zdają się niczym ponad dojmujące uczucie klątwy jako klęski życia. Ten dzień miał nigdy nie nastąpić, bo klątwa jawiła się przecież jako farsa. Bajeczka dla czarnomagicznych kultystów, którzy bawili się w rytuały czy bluźniercze zakony. Była pół martwym mitem, dla ograniczonych umysłów dzikich ludów wysp południowych. Oni naprawdę uwierzyli. W moc tiary. W to, że z jej pomocą wskrzeszą demona. Dlatego nigdy się nie poddali. A muzeum przestało dbać o bezpieczeństwo świata i swoje. Co prawda po tym jak przeczytał te wszystkie manuskrypty i pergaminy. Poznał ze starych wycinków gazet i pamiętników zeznania policjantów i kultystów z Innsmouth. Historię Diabelskiej Rafy. Historię rodu Quarrych. Dzieci Normana i ich potomków. Wszyscy zeszli pod wodę. A Norman? Przecież kilkanaście lat temu sprowadził strażnika do tiary. Oczywiście był to głównie chwyt marketingowy, lecz gdzieś z tyłu głowy pamiętał o zapisach testamentu. Później po kilku latach zatrudnił tego strażnika i dał mu wytyczne by szczególnie mocno pilnował bezpieczeństwa w sali morskiej. Widział jak zmienia się najpierw jego psychika a potem fizjonomia. Strażnik bał się tej sali i tiary. Wody i przeznaczenia rodu, którego był potomkiem. Jego oczy, włosy a szczególnie dłoń. W ostatnich tygodniach, moc tiary przemieniała go na dobre. Ale on jako jego szef nadal udawał, bo ten dzień miał nigdy nie nastąpić. Po telefonie, ubrał na siebie cokolwiek, w postaci wymiętej i przepoconej koszuli, oraz spodni. Pominął nawet marynarkę i wybiegł z domu nie zamykając za sobą drzwi. Ruszył biegiem opustoszałymi uliczkami, skwerami i pobocznymi zielonymi skrótami. Po kilkunastu minutach gmach muzeum miał dokładnie przed sobą. Był ciemny, cichy i niewzruszony żadnymi postaciami wokół jak i wewnątrz budynku. Szybko odnalazł okna sali morskiej na pierwszym piętrze. Zaklął. Zapomniał o wiecznie zasłoniętych kotarach. Pokonał szerokie stopnie schodów prawie myląc kroki. i wreszcie opadł całym ciężarem na zimne szkło wejściowych drzwi. Za biurkiem nie było nikogo. Lecz leżały na nim. Komórka, latarka i klucze. A także dwa kubki po kawie. Witryna z grzybkiem alarmu, była nienaruszona. Szafka z kluczami od sal, była zamknięta. Czujki wyłączyły oświetlenie sufitu. To znaczy, że nie było w hallu nikogo od co najmniej dziesięciu minut. Mógł wprowadzić kod ręcznie i wejść bez przeszkód ale wolał zawołać strażnika. Walił pięścią z całych sił i wrzeszczał jego imię. Odpowiedziała mu cisza. Głęboką jak grób. Drżącymi palcami wpisał szybko kod. Magnetyczny zamek od razu zapiszczał i zwolnił zapadki. Pchnął lewe skrzydło tak mocno aż odbiło się złoconą rączką od ściany, wyszczerbiając ją odpryskami farby. Zawołał jeszcze raz. Wszedł do hallu. Światło rozbłysło od razu na całej długości schodów i wejścia na piętro. Wszystko było w porządku. Żadnych śladów walki, krwi, wody … ani śladu po strażnikach. To było absolutnie chore a wręcz schizofreniczno niedorzeczne ale wiedział kto był po drugiej stronie słuchawki telefonu, który go zbudził. To był Norman Quarry. Wstał wreszcie z grobu by zapoznać się z potomkiem i namaścić go na następcę. Oby tylko obydwaj trzymali się z dala od tiary, wtedy jeszcze może uda się uciszyć klątwę na kolejne kilka miesięcy albo lat. Uratować niewinnego, lecz i tak skazanego na zagładę człowieka. Wziął pęk kluczy z biurka i ruszył na piętro ku sali morskiej. Był w połowie schodów gdy wreszcie usłyszał jakiś dźwięk, bodaj pierwszy od czasu gdy przekroczył próg. Nie była to jednak ludzka mowa, rozmowa, wentylacja ani nawet odgłos szarpaniny czy bójki. To były fale. Morskie i spokojnie bijące o brzeg. I coś na wzór gulgoczącej, powarkiwanej pieśni. Przed salą morską posadzka była cała mokra. Słone kałuże drżały niespokojnie zupełnie jak gdyby ktoś delikatnie dmuchał na ich powierzchnię. Dźwięki dochodziły zza drzwi. Wsunął klucz i przekręcił. Ściana uwolnionej wody, zalała go momentalnie aż po pas. Zaskoczony, próbował bezskutecznie uskoczyć. Stał jednak twardo na nogach. Woda miała swoje źródło w tiarze, która spoczywała nadal w gablocie w centrum sali. Jej front był jednak wybity. Alarm milczał. Wiązki laserów odbijały się w wodzie, tworząc czerwone, rozmyte ślady. Pieśń nie ustawała. Podszedł powolnym krokiem do tiary. Kamień w niej osadzony, zabłyszczał złowrogo, porzucając swą dotychczasową, matową strukturę. Nigdy nie miał jej w rękach i teraz również nie zamierzał jej dotykać. Zapomniał o strażniku. I dopiero teraz skierował wzrok na lewy róg sali. Tutaj też nie wszystko było po staremu. Gablota z sarkofagiem była co prawda nienaruszona i zamknięta, lecz jak wyjaśnić to, że sam sarkofag był również zasunięty na cztery spusty. Czyżby Quarry wychodząc z grobu, zamknął go za sobą? Przecież to niedorzeczne. A może strażnik widząc co się dzieje w sali. Otworzył gablotę i uwięził mumię na dobre. Istniała jeszcze jedna możliwość. Rozbił front kilkoma solidnymi kopnięciami. Alarm milczał. Dotknął pokrywy trumny. Była mokra i lodowato zimna. Odsunęła się jednak z łatwością. W środku był on. Ciało szare, spękane i przeraźliwie suche. Pachnące wonnymi olejkami, ubrane w różową togę. W zabandażowanych, okaleczonych rybim kalectwem dłoniach ściskał kamienny pastorał kapłana kultu. Oczodoły skierowane wprost na gablotę z tiarą. Zamiast ludzkich nóg. Ohydny rybi ogon, z długą i ostro zakończoną płetwą. Mumia nadal spała. Strażnik wywiązywał się ze swego przeklętego obowiązku. Lecz jednak nie tylko zamknięty sarkofag budził w nim niepokój. Spojrzał pod nogi. Na granicy zgromadzonej wody, dostrzegł mosiężną, przykręconą tabliczkę eksponatu. Norman Quarry 1740-1775 Syn kapitana Valentina Quarry Darczyńca i główny twórca sali morskiej. “Strażnik kultu Dagona”. Wszystko się zgadzało, co do słowa… a jednak… Gulgoczące warczenie dobiegło zza jego pleców. Obrócił się nieprzytomny wręcz z przerażenia. Mumia stała obok gabloty z tiarą. I miała ją na swojej idealnie owalnej, łysej i spękanej głowie. Była również odziana w togę kapłana. Zresztą była identyczną kopią tej mumii z sarkofagu. A może ta z sarkofagu była kopią. Kustosz już wiedział jak było naprawdę. Mumia rzuciła się w wodę, zamachała żywo rybim ogonem i podpłynęła szybko jak strzała do gabloty z sarkofagiem. Wynurzyła obok jego nóg i weszła w ciało zastygłe w trumnie. Pieśń ustała a woda uspokoiła się po czym znikła. Zostawiając jedynie ślady soli morskiej na ścianach i podłodze. Kustosz opadł na kolana. Nie rozumiał. Choć wszystko już było jasne. Spojrzał jeszcze raz w ciche i spokojne oblicze mumii. Ta nadal patrzyła na gablotę w centrum, podążył wzrokiem za nią… tiara znów wróciła na miejsce. Tak samo idealna i piękna. Pożądana i przeklęta. Po wieczność. Wstał i w amoku zerwał ją z aksamitnej poduszki. Była ciężka jak głaz. Jak żywot tych wszystkich potomków Quarrego. Już czas najwyższy. Włożył ją na głowę. I nagle w jego wnętrzu powstała nieodparta chęć wskoczenia do wody. Widział oczyma wyobraźni wyspę podwodną z ukrytą kryptą Przedwiecznych. Tam spał Cthulhu. Widział wszystkich przemienionych kultystów. Widział Valentina, Normana a nawet ostatniego strażnika. Płynął z nimi ku R'lyeh. Ciesząc się ze wskrzeszenia Dagona. Pana głębin. Wyszedł przed gmach i ruszył ku jedynej w okolicy rzece. Czas zejść pod wodę i oddać tiarę w ręce prawowitych właścicieli. Opowiadanie poświęcam Lenore Grey, żywiąc nadzieję że może kiedyś zbiorę cały ich tomik by można go wydać. Dziękuję wszystkim za czytanie i przychylne komentarze. Teraz czas brać się za własną wersję "Coś na progu" lub "Reanimatora Herberta Westa". Chyba, że wolicie ujrzeć jakieś całkowicie autorskie pomysły a nie styl fan fiction.
  12. Dzwonił zawzięcie raz za razem. Wybierał numer kustosza, za każdym razem odpowiadała mu cisza. Nie było sygnału. Nie poddawał się jednak. Wierzył jeszcze w cudowne ocalenie nie przez zrządzenie losu a przez racjonalność namacalnego człowieka. Kustosz wydawał się idealnym wyborem. Może i twardo stąpał po ziemi opierając się na potędze akademickiego umysłu, lecz z drugiej strony znał historię rodu Quarrych na pamięć niczym pacierz. Znał treść testamentu. Wiedział do czego zdolna jest tiara. Choć nigdy by się do tego nikomu nie przyznał to czytał z zainteresowaniem, stronice ksiąg i pergaminy o których wspominał Quarry w testamencie. Spisano w nich wszelkie potworne modlitwy i opisy rytuałów. Były tam i kroniki pochodzące z najdawniejszych eonów kosmosu gdy Ziemia i nasza galaktyka nie istniały jeszcze nawet w zamyśle chaosu i Przedwiecznych. Były ryciny i podobizny rybich kapłanów. Pieczęcie Zakonu Dagona i jego najwierniejszych przybocznych. Była tam pieczęć Quarrych. Cyrograf kapitana. Była również i rycina z tiarą. Najpotężniejszym artefaktem zakonu. Kamień w nią zaklęty był bramą w zaświaty. Był okiem samego Dagona. Tiara miała podobno swoje wierne kopie na świecie bo przecież na przestrzeni tak wielu lat podziwiało ją naprawdę wielu zdolnych naukowców i artystów. Wielu domorosłych kultystów i udawanych arcykapłanów, próbowało za ich pomocą zyskiwać poklask i szacunek u zacofanej i ciemnej gawiedzi tak w Europie jak i Stanach. Do najgłośniejszej ze spraw doszło w roku tysiąc osiemset czterdziestym szóstym w małym, przybrzeżnym miasteczku o nazwie Innsmouth w Nowej Anglii. Rozbito tam sektę tak zwanych dagonistów. Nie bez problemu i uszczerbku dla samego miasta i reszty jego mieszkańców. Prawdziwi kultyści a w szczególności mieszkańcy wysp południowych nigdy nie spoczęli by odzyskać tiarę z rąk muzeum. Mieli zamiar wskrzesić klątwę i obudzić Dagona z czeluści R'lyeh. Zakończyć nasz czas na ziemi. Na przeszkodzie zawsze stawało to, że nie mogli przekupić kolejnych kustoszy. Próby kradzieży były duszone w zarodku. Łapówki nie przybliżały ich do celu a muzeum zmęczone tematem klątwy, dokoptowało postać jej strażnika. Normana Quarry. Po kolejnej bezowocnej próbie dodzwonienia się, rzucił bezużyteczne urządzenie na posadzkę. Mrok wokół niego zgęstniał i nie była to wcale wina przygaszonych lamp. A obecności istoty do cna wyklętej. Machinalnie sprawdził widok z kamer w sali morskiej. Nie było tam nic co mogłoby być niepokojące. Żadnego ruchu, cieni, śladów czy znaków… jedynie dwie puste gabloty w tej świątyni przeklętego skarbu. Tym razem sięgnął po tiarę. Więc przyjdzie także po niego. Gdzieś z górnej kondygnacji, spłynął ku niemu osobliwy i zupełnie nie pasujący do otoczenia dźwięk. Był to odgłos spokojnych, morskich fal uderzających o kamieniste, ostre nabrzeże. Wynurzał się cicho i zupełnie nienachalnie. Klątwa płynęła jak krew, jak czas. Leniwą strugą. Posłyszał dokładnie chrapliwy, ledwie zarysowany przez słuch gulgot. Tak jakby ktoś chciał mówić pod powierzchnią tej wody. Tak jakby tonął w odmętach grozy nieuchronnej bo wiecznej. Człapał, śliskim, pokracznym, mokrym chodem. Zbliżał się. Do granicy mroku. Strażnik poddał się. Czuł już inaczej. Każdy spazmatyczny oddech, rozpędzony puls bijący mdłym posmakiem krwi, w jego ściśniętej krtani. Myśli były rozpalone gonitwą bez celu. Wiedział, że ucieczka nie ma sensu. Był tutaj do końca nie przypadkiem. Był ostatnim elementem układanki, lecz czy na pewno ona ma swój kres. Miał przecież córkę. Spojrzał na swoją pokracznie zdeformowaną dłoń w kształcie rybiej płetwy. Taki się urodził. Błona między krótkimi palcami, była teraz czerwona i bolesna. Za kilka miesięcy zacząłby tracić włosy, potem jego skóra stałaby się tłusta i mokra. Oczy wodniste i wyłupiaste a powieki przestałyby mrugać. Na koniec okulałby. Jego stopy zmieniłyby się w małe płetwy. lub nogi zrosły w potężny rybi ogon. Wózek inwalidzki byłby jedyną nadzieją na choćby szczątki ludzkiej normalności. A potem to co spotkało wszystkich jego przodków oprócz jednego. Oficjalny zgon i pogrzeb w trumnie. A tak naprawdę zejście pod wodę i zamieszkanie na podwodnej wyspie Przedwiecznych. Jego daleki przodek wychynął z mroku. Stanął nad schodami prowadzącymi do głównego hallu i patrzył pustymi oczodołami na potomka rodu. Nowego strażnika klątwy. Ubrany był w różową togę, ciągnącą się splątanym ogonem za jego postacią. A na głowie miał tiarę Dagona. Nie mogąc pokonać stopni. Spłynął w dół z niesamowitą gracją jak rybi demon w trakcie sztormu z pokładu fregaty jego ojca. Zatrzymał się tuż obok niego. Nie poruszył się już ani nie rzekł ni słowa. Uczuł, że wbrew sobie i zmysłom, podnosi ręce ku postaci demona. Nie chciał go dotknąć ani uderzyć. Jego dłonie w ogóle nie spoczęły na wysuszonym ciele mumii. Sięgnęły wyżej ku tiarze. Zdjął ją z głowy Normana. Była bardzo ciężka a z tak bliska jeszcze piękniejsza i bardziej pożądana. A klejnot mimo tego, że nie odbijał w swej postaci niczego poza pustką, tym razem ukazał mu uśmiechnięty smoczy łeb bóstwa. Uniósł tiarę jeszcze raz nie po to by wróciła do demonicznej mumii a po to by ukoronować swoje własne skronie. Ekran porzuconego telefonu wzbudził się samoistnie a system wybrał numer kustosza. Tym razem sygnał połączenia wydzwięczał w słuchawce...
  13. Nie spalił domu. Mało tego nie zamierzał nawet niczego już dotykać ani czytać a tym bardziej zabierać ze sobą. Niech to miejsce i ten dom po prostu gnije w czerni nocy. W widmie prastarego kultu Przedwiecznych istot, które przywołał jego trawiony obłędem lub bluźnierczą wiedzą ojciec. Spieszył się jak mógł. Na szczęście nie zabrał ze sobą stosu walizek i podróżnych pakunków a jedynie podręczny neseser i skórzaną torbę o posrebrzanym zatrzasku w stylu toreb lekarskich. Ilekroć oddalał się od framug okiennych na dłużej niż kilka minut to wracał zaraz szaleńczo na przełaj przez zagracony pokój do zajętych przez oddech letargicznej mgły szyb. Wyglądał bacznie lecz z ukrycia, na ciche podwórze. Stał na nim pozostawiony przez ludzi komendanta radiowóz. Wiedział, że nie przyda im się już na tamtym świecie. Mimo to szybko zrezygnował z zuchwałej lecz całkowicie w zaistniałej sytuacji logicznej kradzieży auta. Po pierwsze dlatego, że ktoś mógł go zobaczyć jak jedzie autem policyjnym w stronę miasteczka i stacji kolejowej nie mając munduru ani insygni. Szybko skojarzono by uprowadzenie lub kradzież. A nie chciał by ścigały go siły z tego i innego wymiaru w ten sam zajadły sposób. Po drugie nie miał kluczyków a nie potrafił odpalić auta bez nich. Wreszcie nie wiadomo w jakim stanie było auto. Bak mógł być pusty. Noyes mógł celowo uszkodzić samochód gdy nikt nie patrzył. A ostatnie czego sobie życzył to wypaść z drogi na jednej z zalesionych serpentyn i zlecieć w przepaść grzebiąc wraz ze swą śmiercią tajemnicę istot z Yuggoth. Właśnie, pamiętnik i zapiski. Zabrać je ze sobą i próbować zapobiec odrodzeniu się kultu. A może przekazać je osobom, które jak dawniej jego uczony ojciec, będą w stanie zatrzymać tą spiralę chaotycznej grozy. Przecież to absurd. Szukanie ratunku w wiedzy i rozsądku. W najlepszym wypadku zignorują go lub wyśmieją. W najgorszym, zgotują los opętanego wariata. Ale czy nie byłoby to lepszym rozwiązaniem niż ukłon przed ołtarzem Rady. Dziesięć lat obłędu a potem los niewolniczego robaka. I podróż w przestrzeń kosmiczną. Gdzie nie ma słońca ani księżyca. Nie ma dni ani nocy. Jest tylko ON w jądrze pierworodnej grozy. Pierwszy cień wszechświata. Jego imię przybyło kiedyś do świadomości w głębokim śnie o początku czasu. Jego skrzydła są nieatomicznym niebytem polarnej pustki. Słowa są jadem żałoby. A postać, pieczęcią końca istnienia. Nyarlathotep! Władca czasu i dni. Ten, któremu ślubują nawet myśli Przedwiecznych. Na wspomnienie którego drżą serca, dusze, góry i niebo wszelkich krain jawy i snu od Celephais do Leng aż po pochmurne, ponure Kadath skryte przed ludzkim wzrokiem i snem, ostałe na wieki w zimnej postaci. Złapał się z całej siły za włosy i szarpał. Zamykał kurczowo oczy i jęczał z bezsilnej agonii umysłu. Nie przywołuj ich! Nie daj się opętać! Miał dość. Musiał zniknąć na dziesięć długich lat. Nie zamierzał zgłaszać niczego policji. Jak bowiem opisać to, co nie mieści się w żadnym raporcie? Jak wytłumaczyć pamiętnik pisany ręką ojca a jednak nie należący już do człowieka? Jak przedstawić coś, skoro nawet cudowne ryciny i malowidła Przedwiecznych nie były w stanie odnaleźć określeń dla tak druzgocącego zmysły plugastwa. Jak mówić o Yuggoth, skoro dla uczonych i ich teleskopów, jego położenie na niebie jest próżnią. Poza Neptunem jest tylko pas kamieni i asteroid. Nie ma tam dziewiątej planety. Nie ma ich i ich plugawego potomstwa. Inwokację i modlitwy, dowiodły by prawdziwości jego słów, Lecz nie zmusi choćby i za cenę ocalenia świata, swoich ust do odczytania tych sylab. Szalony Arab uczynił to i spisał je w księdze przed wiekami. Przypłacił to jednak duszą, która do dziś pewnie, krąży między bramami i poza granicą Tiamat. Na stację dotarł o świcie. Była jedną z tych prowincjonalnych, zapomnianych przez rozkłady. Perony popękane, zegar stojący od lat na tej samej godzinie, powietrze ciężkie od pary i sadzy. Zamierzał kupić bilet na pierwszy pociąg, byle dalej, byle w przeciwnym kierunku niż wrzosowiska. Panie… Głos wyrwał go z zamyślenia. Jakiś młody Murzyn stał tuż przy kiosku z gazetami. Był ubrany schludnie, lecz staromodnie, jakby wyszedł z fotografii sprzed dekad. Miał oczy nienaturalnie spokojne, nie śledziły jego ruchów, raczej oczekiwały, aż on sam podejdzie bliżej. Zostawiono dla pana przesyłkę. Powiedział, podając niewielki pakunek owinięty w szary papier. Proszono, bym przekazał osobiście. Od kogo? Zapytał odruchowo. Mężczyzna uśmiechnął się lekko, z uprzejmością urzędnika, który zna odpowiedź, ale nie widzi powodu, by ją wypowiedzieć. Od rodziny. Zanim zdążył zapytać o cokolwiek więcej, rozległ się gwizd lokomotywy. Gdy odwrócił głowę, mężczyzny już nie było. jakby rozpuścił się w porannej mgle i parze unoszącej się znad torów. Wsiadł do pociągu. Drzwi zatrzasnęły się z głuchym metalicznym dźwiękiem, który zabrzmiał niczym pieczęć. Pakunek rozwinął dopiero, gdy skład ruszył. W środku znajdował się pamiętnik mniejszy od poprzedniego, oprawiony w ciemną skórę, zimną w dotyku. Kartki były wyklejone fotografiami. Nie przedstawiały Ziemi. Bazaltowe góry wznosiły się pod nienaturalnym kątem, jakby prawa perspektywy zostały tam odrzucone. Wąwozy ciągnęły się w nieskończoność, a cienie nie zgadzały się z położeniem światła. Niebo było martwe, jednolite, pozbawione barwy, której mógłby nadać nazwę. Na ostatniej fotografii rozpoznał ojca. Stał obok Noyesa. Obaj odziani byli w ciężkie, ceremonialne szaty, haftowane symbolami, które przypominały astronomiczne diagramy lecz prowadziły nie ku gwiazdom a w byt poza nimi. Za ich sylwetkami wznosiły się ciała istot, których nie sposób było opisać bez obrzydzenia i pogardy. Oni z Yuggoth. List wypadł spomiędzy kart. Pismo ojca było równe, spokojne, niemal szczęśliwe. Jestem bezpieczny... Jestem szczęśliwy... Yuggoth jest miejscem ładu, którego Ziemia nigdy nie zaznała. Rada była łaskawa. Wracam za dziesięć lat, co do dnia. Do tego czasu ktoś musi karmić portal na wrzosowiskach. Wiem, że rozumiesz. Nikt nie może opierać się woli Rady. Za dziesięć lat złożysz ofiarę i dołączysz do nas w kolejnej podróży na dziewiątą planetę układu. Pociąg sunął naprzód, jednostajnie, obojętnie. Za oknem krajobraz zmieniał się powoli. Wrzosowiska, pastwiska i senne wioski o dachach krytych gontem, ustępowały miejsca czarnym, kamiennym pustyniom z onyksu i bazaltu. Widział ludy tańczące nago i dziko wokół płonących ognisk. IA! IA! IA! NNGI BANNA BARRA IA! IARRUGISHGARRAGNARAB! Ich nieludzkie wycie odbijało się od zboczy mgielnych gór. Tory ciągnęły się dalej ku przeznaczeniu końca. Aż do samotnej góry pośród płaskowyżu żalu. W której mieszka wieczny Pan. Nienasycony chaos. Opowiadanie z dedykacją dla Lenore Grey i z nadzieją by świat Lovecrafta do którego ma zamiar wejść był dla niej niesamowitą przygodą i natchnieniem w pisarskiej pracy. Tak samo jak dla twórcy tej opowieści.
  14. Wrzask nie ustawał nawet na chwilę. Zlał się w jedną nieznośną kakofonię, razem z syreną alarmu. Prześladował go wszędzie. Na korytarzach, schodach, hallach. Dudnił metalicznym pogłosem w rurach i szybie windy. Miał wrażenie, że wszystkie uwięzione tu wbrew swej woli eksponaty wrzeszczały, wołały o ratunek ale i zemstę. Do świtu pozostało około sześciu godzin. Zegarek i telefon zostawił na biurku. Tak samo jak rozsądek, który i tak wreszcie by go zawiódł. Musiał mieć pewność, choć miał ją głęboko w pierwotnej tkance przetrwania, lecz pragnął namacalnego dowodu. I znalazł go przed otwartymi szeroko oczyma obłędu. Najwyższa z gablot usytuowana na lewo od tiary przy rogu ściany, była pusta. A to oznaczało tylko jedno. Śmiertelne kłopoty. Coś więcej niż widmo starej klątwy. To było przeznaczenie. Gdy dopadł wreszcie do swego biurka, krzyk zamarł w bezdennej gardzieli, pustych korytarzy. Nie pozostawił po sobie echa, śladu, wskazówki, niczego innego, ponad dojmującą grozę oczekiwania. Złapał za telefon, gotów wybrać numer alarmowy… ale co im powie, że jest szalony, obłąkany starymi wizjami, śmiertelnie przerażony i zmęczony? Sala morska miejskiego muzeum, stała się teatrem cieni i duchów dawnej klątwy Quarrego? Gdy nad miastem spokojnie zapada noc, to w eksponaty sali wchodzi przedwieczny demon i nęka jego, biednego, nic nie znaczącego strażnika z zaawansowanym lękiem społecznym i znamionami bardzo dotkliwej psychozy. Widać nie było ratunku wtedy, nie będzie go i dzisiaj. Przypomniał sobie słowa jednej z przewodniczek, która oprowadzała wycieczkę po sali morskiej… W roku tysiąc siedemset siedemdziesiątym piątym, pierworodny i jedyny potomek Valentina Quarry i jego dziwnej żony, zgłasza się do miejscowego historyka z prośbą by ten przejął w testamencie po nim cały majątek rodziny Quarrych a trzeba zdawać sobie sprawę, że w tamtym czasie była to astronomiczna fortuna. Syn kapitana, Norman opływał w luksusy. Bawił się w Londynie z najwyższych lotów śmietanką towarzyską, Był gościem książąt angielskich, niemieckich i stałym bywalcem na dworze królewskim. Mieszkał w starej jakobińskiej posiadłości oraz posiadał dwa zamki jako rezydencje letnie. Miał kilka fabryk włókienniczych, udziały w kopalniach i faktoriach za oceanem. Rewolucja amerykańska, nie wywarła na nim uszczuplenia dochodów co jeszcze bardziej ugruntowało jego pozycję sprawnego i przedsiębiorczego człowieka. Jedyną skazą wydawało się to, że jeszcze za życia, jego ojciec przymusił go do ożenku z podobnie jak jego matka, dziewczyną pochodzącą z tej samej wyspy mórz południowych. Była zupełnym przeciwieństwem Normana. Niska i dość tęga. Oczy miała wodnistej barwy i jakby ślepe lub pokryte dziwną formą błony, włosy długie lecz bardzo rzadkie i zawsze jakby wilgotne, sztywne w swej prostocie. Skóra jej szara i równie tłusta jak włosy. Nos płaski, bardzo krótki o spłaszczonych dziurkach. Miała z pewnością zdeformowane okrutnie stopy lub całe nogi, bo ledwo trzymała fason chodząc. Kulała i wlokła stopy po ziemi. Nie interesowała się niczym i niewiele wiedziała o cywilizowanym świecie. Jedynie w dziedzinie rodzinnych skarbów, była specjalistką i mogła o nich rozmawiać godzinami. Ubierała się ekstrawagancko i wulgarnie jak na swoje czasy. Zawsze z dodatkiem klejnotów, kolii, kolczyków czy pasów ze swoich rodzinnych stron. Na specjalne okazję zakładała na siebie coś na wzór togi o różowym zabarwieniu, dobierała do niej tiarę o fantazyjnym kształcie nie dającym się sklasyfikować, tiara w centralnym miejscu posiadała czarny, gładki klejnot o podobno złowrogiej mocy. Złośliwcy nazywali ją w tym stroju bluźnierczym kapłanem. lub papieżem zakonu Dagona. Norman miał z nią jednak aż czworo dzieci, trzech synów i córkę. Byli oni jednak skutecznie ukrywani przed światem za murami posiadłości. Złośliwi twierdzili, że to ze względu na mało urodne geny rodzicielki. Stary kapitan Quarry, zmarł w roku tysiąc siedemset sześćdziesiątym ósmym, na dziwną i szybko postępującą chorobę skóry. Musiała być genetyczna bo Norman też cierpiał na bardzo podobne objawy. Pod koniec życia nosił grube rękawice, wiązał bandażami całą twarz a potem zaczął utykać i dziwnie powłóczyć nogami zupełnie jak małżonka. Wreszcie zmuszony był do tego by usiąść na wózek inwalidzki. Znów złośliwcy mówili, że jedynie w wodzie ciało Normana opuszczają wszelkie ułomności i pływa doskonale i z gracją godną trytona albo marlina. Jednak pod koniec życia Norman unikał wszelkiego kontaktu z wodą. Nie wsiadał już na statki ani barki. Nie wyjeżdżał nad morze ani nie zbliżał się do rzek. Ukrócił wypady nad jeziora. Nie chadzał nawet po parkach, gdzie były sztuczne stawy i sadzawki. Nie mył się, oficjalnie z powodu owrzodzeń na skórze, nieoficjalnie był ogarnięty obłędem. Przyjmował płyny z trudem. Pił maleńkimi łyczkami i łykał z niesamowitym bólem w oczach. W testamencie zapisał by pochować go z dala od jakiejkolwiek rzeki a szczególnie morza. Ciało kazał zabalsamować i trzymać w sarkofagu pod stałym dozorem. Historyk bał się tego, że zginie z rąk rabusiów lub włamywaczy polujących na tak wielkie i cudowne skarby. Próbował przekazać skarb na powrót wdowie i dzieciom. Ta jednak zgodziła się by go zatrzymał bo zamierzała wrócić w rodzinne strony jednak bez dzieci, które porzuciła u krewnych Quarrych w pół roku po pogrzebie męża. Nikt już jej więcej nie widział. Lecz widać tiara, którą zostawił u historyka jej mąż była jej bardziej droga od dzieci bo wysyłała do niego poselstwa o odkupienie jej za wygórowane sumy. Jednak zawsze z tym samym skutkiem. Grzeczną acz stanowczą odmową. A to dlatego, że dopisek do testamentu Normana głosił. Panie Farringhton, może Pan sprzedać wszystko co dostał ode mnie ale przyjdzie dzień, że będą chcieli odzyskać tiarę. NIE MOŻE JEJ PAN SPRZEDAĆ, choćby i za cenę wiecznego, złotego raju. ONA PO NIĄ WRÓCI lub upomni się o nią. Tiara MUSI być bezpieczna u Pana. Po swojej śmierci MUSI Pan zapewnić jej bezpieczne miejsce. Chyba, że klątwa jest PRAWDĄ. Wtedy tiara zyska swego wiecznego strażnika. Farringhton umiera w roku tysiąc siedemset osiemdziesiątym drugim. Do ostatniego ziemskiego dnia odmawia wdowie po Quarrym zakupu tiary. W testamencie Farringhton zapisuję skarb na poczet urzędu miasta, który opiekuję się zbiorami po dziś dzień. I do dziś dnia odmawia mieszkańcom wysp południowych odkupu tiary, którą widzicie państwo w samym centrum sali. A w lewym rogu sali mają państwo prawdziwą ucztę dla oczu. Oto otwarty sarkofag z mumią Normana Quarry, którą muzeum odkupiło od prywatnego kolekcjonera kilkanaście lat temu. Norman Quarry powiedziałby zapewne, że skarb zyskał tym samym strażnika lecz na Boga z pewnością nigdy nie miał na myśli samego siebie. Kustosz muzeum miejskiego, został brutalnie zbudzony około pierwszej w nocy natarczywie dzwoniącym telefonem. Odebrał z ociąganiem, mimo tego że na ekranie wyświetliło mu się imię dyżurującego strażnika. Początkowo w słuchawce panowała cisza. Potem jakby fale morskie płynęły przez eter, potem seria zgrzytów, oddechów, zająkanie… cisza, fale i ten głos. Gulgoczący i nieziemski wręcz. Mający dodatkowo zaiste obcy akcent. Kustosz usłyszał tylko tyle. Przybądź obejrzeć nowego strażnika… telefon zamilkł. A kustosz zerwał się na równe nogi.
  15. Był całkowicie sparaliżowany strachem. Drżał okrutnie a dłonie miał całe wilgotne i skostniało zimne. Wiedział doskonale, że za żadne skarby nawet tak cudowne jak te, które kryła ta sala, nigdy już do niej nie wejdzie. Wystarczy, że gdy już był bądź co bądź względnie bezpieczny w swym domowym łóżku i zapadał w szalenie realistyczne sny, to widział w nim tą muzealną salę. Widział a nawet czuł moc tego co najwidoczniej uparło się ku temu by zniszczyć go i jego poukładane życie. Wyczuwał energię tak potężną i złowrogą, że nie mogła być ona nawet obłędem a opętaniem. Przedmiot ów wołał go, kusił a nawet błagał o to by go stąd zabrał. By przywrócił mu wolność. Oddać morzu i istotom z zakonu. Gdy majacząc w gorączce koszmaru, opierał się wszelkimi siłami, słyszał wtedy wyraźnie, gulgoczący, chlupoczący flegmą lub morską pianą śmiech. I głos który szedł przez rubieże nicości wszechpustki kosmosu bezpośrednio do jego uszu. Klątwy nie przerwie ludzka dłoń ani najkrwawsza ofiara. Modlitwy trafiają w próżnię, kapłani odeszli, zostawiając otwarte wrota. Potomkowie zdradzili ojca. Oszukali zakon i wzgardzili pomocą Przedwiecznego. Klątwa nie zgaśnie pod przykryciem oszklonym gablot. Alarmy i lasery nie zapobieżą temu, co i tak ma się stać. Smród mułu i zgniłych ryb mdlił go i rwał bezlitośnie obolałe trzewia. Miał przebłysk wizji, która zdawała mu się najczystszą jawą. Próbował przypomnieć sobie, czy to co teraz widzi, było kiedykolwiek przedmiotem rozmowy między nim a którymkolwiek pracownikiem muzeum, lub czy padło kiedykolwiek w prezentacji przed zwiedzającymi tą salę. Chciałby zaklinać rzeczywistość na wszelkie świętości ale wiedział dobrze, że o tym nie wiedział już nikt spośród żyjących. Pokład lekko chybotał się na fali przyboju. Żagle na przednim maszcie właśnie trymowano od linii wiatru by można było bezpiecznie je zwinąć. Nadbudówka tonęła w mroku tak samo jak dziób okrętu. Ciemność wszędzie wokół. Tylko kilku brudnych, pokracznych i przysadzistych marynarzy uwijało się przy pracy wachtowej. O dziwo byli cisi jak cysterscy zakonnicy a nie wilki morskie. A pracowali przy linach w pocie czoła i strzelających z przemęczenia kościach. Poleceń i rozkazów nie było. Nie pilnował ich ani bosman ani żaden oficer. Wachta była psia bo noc mimo dokowania w tropikach była o tej porze najchłodniejszym momentem doby. Z oddali na rufie, najpewniej w okolicach steru, napłynęły odgłosy czterech szklanek. Cała fregata zadrżała jak gdyby przebijali się przez szelf lodowy. Dębowe burty dudniły jak werble. Uchwycił się prędko głównej reji pod marslem. gotów ku temu by ujrzeć jak jednostka pęka na dwoje od tych wstrząsów. Obrócił się znów w stronę ledwie zarysowanej nadbudówki. Zdarty lakier pokładu, maskował kroki. Ciężkie i stawiane powoli. Jakby ktoś skradał się choć nieumiejętnie bo zdradzał go rodzaj głośnego obuwia oficerskiego. A na dodatek prawdziwie marynarski zapach. Solonego śledzia, rumu i mokrego, fatalnej jakości tytoniu, jaki mógł znaleźć się jedynie w fajce pirackiej lub mało szanowanego kapitana. Kapitan Quarry we własnej osobie zszedł z górnego pokładu na główny i kompletnie ignorując podwładnych, którzy o zgrozo, nie pozostali dłużni i zignorowali kapitana, oparł się o wytarty już solidnie wiatrem i solą reling na sterburcie śródokręcia. Nie tylko krok jego był pijany. Oczy również. Opuchnięte o szerokich źrenicach. Przymykały się na więcej niż zwykłą chwilę. Błądziły po nocnym morzu, za trawersem okrętu. Za jakim lichem wyglądał chyba i on sam do końca nie wiedział a może właśnie wiedział aż za dobrze. Licho w osobie trzech bardzo osobliwych istot wychynęło na powierzchnię wprost z głębiny. Nie sposób wręcz opisać ich aparycji w sposób nie kłócący się z ziemskim postrzeganiem żywych organizmów. Nie były to ani demony morskie, ani syreny ani nawet trytony. Zbyt odszczepieni ewolucyjnie by można określić ich ludźmi a z drugiej strony zbyt do nas podobni by określić ich mianem rybich istot. Nie mieli łusek acz mieli ogon i płetwy. oraz skrzela i miękką, galaretowatą masę błony między krótkimi palcami. Wyłupiaste ślepia którymi wywracali nawet i wgłąb czaszek. Otwory gębowe przypominały te pijawek. Bezzębne, otoczone czymś na kształt meduzowych parzydełek. Tlen z powietrza przechodził przez nie świszczącym wdechem a wydech powodował nagłe zwężenie otworów, Tak mocne, że przypominali morskie komary chcące wysysać krew również pod wodą z niewinnych ofiar. Lecz to był dopiero przedsionek dziwów i niedorzeczności. Każdy z nich był ubrany w liturgiczne długie szaty. Ci dwaj po bokach w togi koloru głębokiego fioletu, znacznie dłuższe niż ich ciała. Na wręcz idealnie owalnych czaszkach, trzymały się kaptury bardzo podobne do tych średniowiecznych nasuwanych pod hełm. Te jednak zamiast szlacheckich herbów, przedstawiały jakieś skomplikowane i chaotyczne wzory i rysunki. Szczególnie jeden powtarzał się nad wyraz często. Był to rysunek postaci o postawie humanoidalnej, jednak ciele i ogonie krokodyla a łbie smoka. Nad jego postacią widniała niewielka błękitno biała planeta a spoczywała ona w matni tysiąca macek ośmiornicznego potwora z milionem ślepi i szarawymi skrzydłami. Ten w środku ubrany był jeszcze bardziej bogato i dostojnie. Zamiast kaptura, przywdział wąską acz niesamowicie wysoką tiarę rozmiaru kilkuletniego, ludzkiego dziecka. Była ozłocona i obsypana klejnotami na całej długości. A w centralnej części umiejscowiono kamień o idealnie gładkim szlifie. Czarny diament lub inny kamień, który mógł pochodzić równie dobrze z innej planety. Na zaróżowioną togę, założył gruby łańcuch lub kolię o splotach tak fantazyjnych, że nie mogło być tutaj mowy o wpływie ziemskiej geometrii. W błoniastej, ułomnej dłoni ściskał coś podobnego do biskupiej laski. Nie drewnianej lecz kamiennej. Zdobił ją wizerunek tego hybrydowego bóstwa o głowie smoka. Identyczny zdobił przód okrętu Quarrego. Był to jego przyjacielski diabeł. Przedwieczny Dagon. A oni byli kapłanami zakonu jego imienia. A Quarry ich marnym sługą. Wpełźli po ledwie zanurzonej na płyciźnie burcie statku i stanęli choć z dużymi problemami z utrzymaniem równowagi przed kapitanem. Ten uśmiechnął się blado i czekał z rękoma założonymi na piersi. Aż wreszcie odezwał się do nich Jak długo zakon będzie o nas pamiętał? Co będzie ze skarbem choćby i po setkach lat nawet? Odpowiedział mu najwyższy kapłan zakonu, gulgoczącym, ropuchowatym skrzekiem. Aż nie wypełni się wola zakonu i ostatni z Twoich potomków nie zejdzie pod wodę ku miastom Przedwiecznych by ujrzeć chwałę pałaców R'lyeh i by oddać pokłon Dagonowi i Cthulhu. Tak długo będzie istniał skarb za Twoje oddanie kapitanie. Każdy z Twoich potomków będzie strzegł go niczym własnego życia. A gdy przyjdzie ten dzień i usłyszą oni we śnie szum fal. Zobaczą R'lyeh powstającą z martwego dna ku powierzchni. Odkryją otwartą czeluść pustego grobu, spotkają twarzą w twarz śniącego Cthulhu. Przebudzonego. Ku chwale zagłady. Ku nowej rachubie eonów. Objawi im prawdę i zwoła swą trzodę ku głębinom. Wtedy już skarb będzie bezużyteczny bo największym skarbem będzie chwała Cthulhu…. Skierował światło latarki w głąb sali. Akurat na centralnie ustawioną gablotę z osobliwą i najcenniejszą tiarą w całej kolekcji. Światło jakby paliło ją. Bo miał nieodparte wrażenie w tej jednej chwili, że cień tiary, który powstał na przeciwległej ścianie, kurczy się wręcz w konwulsjach aż wreszcie przybrał postać humanoidalnej hybrydy. Wrzask tej istoty, wzbudził kolejny alarm… to było ostatnie ostrzeżenie.
  16. Był na nogach już całe dwie doby. Nie zmrużył nawet oka po poprzedniej nocnej zmianie. A dotąd myślał, że nic nie może zszargać mu nerwów tak skutecznie. Pracował jako strażnik już kilka lat. Nie była to praca z gatunku ekskluzywnych, dobrze płatnych czy przystępnych godzinowo. Ale miała ten jeden plus, który odrzucał głęboko w niebyt wszelkie inne i bardziej przyziemne niedogodności. Był tutaj sam na sam ze sobą. Mógł odpocząć od życia. Zalany falą depresyjnej melancholii, przemierzał sale i korytarze miejskiego muzeum. Kochał mrok i samotność, do tego stopnia, że gdy zmuszony był ku temu by zabierać na każdy nocny patrol długą, nieporęczną latarkę, która zalewała eksponaty i okna, ostrym ledowym światłem, przepraszał wtedy w duchu mieszkańców gablot. Nie czuł się jak złodziej a jak intruz i włamywacz, do świata do którego ludzie nie powinni mieć już wstępu ani wglądu. Czuł w kościach i napiętych mięśniach, pulsującą energię przestrzeni. Chłodne nawiewy klimatyzacji, sunęły wręcz wbrew prawom fizyki zaraz nad ziemią. Zimno i nagłe drętwienie, pętało mu kostki. Szedł powoli naprzód. Z sali do sali. Były wielkie niczym zamki i pałace tych, których skarby i kosztowności leżały teraz na kaszmirowych i jedwabnych poduszkach za pancernymi szybami omiotane dodatkowo, ledwie dostrzegalnymi wiązkami laserów. Jedynym odgłosem były jego kroki i przyspieszony znacznie oddech. Musiał dwukrotnie w ciągu nocy obejść cały kompleks muzeum. Wszystkie pokoje, sale, komnaty, potem wracał za biurko usytuowane zaraz obok wejściowych bramek. I walcząc z nadchodzącym snem, skupiał zaczerwienione oczy na podglądzie z dziesiątek kamer. Budynek miał już swoje najlepsze lata za sobą. Ciągle coś się psuło, skrzypiało, ciekło lub alarmy załączały się samoistnie przez zwarcia w instalacji. Czasami te pospolite odgłosy nocne, wydawane przez puste i ciche mury wybudzały go z chwilowych drzemek, a alarm stawiał go na równe nogi. Mimo tego, że miał doskonałą świadomość, wadliwości osprzętu to i tak zawsze biegł w dane miejsce jak najszybciej mógł. By mieć całkowitą pewność tego, że to jedynie fałszywy alarm. Jedna z sal, usytuowana na pierwszym piętrze zachodniego skrzydła, była tą jedną jedyną salą w której czuł coś więcej niż dojmujący smutek, depresję czy samotność. Bał się w duchu tego miejsca. Czuł obecność czegoś czego nie potrafił nazwać inaczej niż gęsty mrok. Nie chciano go tam z pewnością a z drugiej strony to tam właśnie alarmy rozbrzmiewały najczęściej. Tak było i poprzedniej nocy. Był to pierwszy alarm, który rozległ się ledwie chwilę po północy a zarazem ostatni na którego wezwanie odpowiedział. Nie najgorsze było jednak to co wywołało alarm a to co stało się wczesnym świtem gdy miał już na tyle śmiałości by spojrzeć okiem kamery na wnętrze sali. Upewniło go to jedynie w tym, że wszystko wróciło do akceptowalnej normy, choć nie miało ku temu żadnego racjonalnego prawa. By ożywać nocą a rankiem wracać na swoje miejsce i zastygać w martwocie materiału i szlachetnych kamieni. Dlatego miał ochotę porzucić dziś swój posterunek. Dlatego nie zmrużył oka. Zbliżała się północ a on był o krok od tej sali. I był przekonany o tym, że ta noc będzie bliźniacza do tej ostatniej. W tej sali i w tym eksponacie mieszkał demon. I on był tego bardziej niż pewny. Sala była niższa i bardziej owalna w kształcie od reszty pomieszczeń. Marmurowa posadzka o barwie pustynnego piasku lśniła w niej aż do przesady. Czarne zasłony w oknach były szczepione olbrzymimi spinaczami, tak by nie można było dostrzec spoza budynku, jaką tajemnicę skrywa sala. Wszelkich czujek i alarmów też było w niej znacznie więcej niż gdzie indziej. A na wstępnym szkoleniu strażników, każdy z nich dowiadywał się by zwracać na nią i jej skarby baczniejszą uwagę. Sam niewiele o niej wiedział i nawet nie dopytywał o szczegóły pracowników muzeum i przewodników wycieczek. A o dziwo jeśli już była przedmiotem rozmów to mówiono o niej chętnie i wcale nie półgębkiem a jawnie i głośno. Lecz częściej poruszano się w tematach plotek i legendy niż faktów historycznych. Może dlatego, że dorobek spoczywający w gablotach był nad wyraz osobliwy i nie pasujący jakby do żadnej znanej ludzkości epoki czy kultury. Wszystkie eksponaty pochodziły, choć to też jedynie domysły, z terytorium mórz południowych, a dostarczył je do miasta na pokładzie swej fregaty kapitan Valentin Quarrie w roku pańskim tysiąc siedemset trzydziestym czwartym. Quarrie pływał w te dzikie zupełnie rejony, przez wiele lat. Najpierw do spółki z Bensonem a potem po tajemniczej śmierci tego drugiego, samotnie pod protektoratem Kompanii Wschodnioindyjskiej aż wreszcie nawet samego dworu królewskiego. Miał łeb na karku I nos do najlepszych interesów. Zgadał się podobno z wodzem jednego z plemion. Obaj lubili przepych i bogactwo. Przemoc również. Kiedy Quarrie pytał wodza o to skąd mają tyle bogactw na wyspie, ten odpowiadał mu jedynie bajeczką o istotach z głębin co za ofiary z ludzi zostawiają im na brzegu oceanu te wszystkie świecidełka i złoto. I że jeśli kapitan skory ku temu to może przezimować na zatoce a wiosną zobaczy na własne oczy obrzędy ku czci istot. Przy okazji może zabrać część błyskotek do Europy w zamian za towary na statku. I Quarry został a jakże. I podobno skumał się z wodzem tak mocno do tego czasu, że dopuścili go nawet do rady. Nauczyli pieśni i inwokacji i ochrzcili jeśli tak można to nazwać w nowej wierze. Kto tam dziś już wie czy Quarry w cokolwiek oprócz potęgi złota wierzył ale wziął udział w obrzędzie. Legenda głosi, że złożył w ofierze Bensona z którym popadł w ostry konflikt, który miała rozstrzygnąć komisja admiralicji po powrocie do Anglii. I widział istoty, które wręczyły mu nagrodę. Złote monety i puchary, diademy, korony i tiary całe w szlachetnych kamieniach. Dziwnie jednak lekkie i o fantazyjnych kształtach, które były sprzeczne ze znaną geometrią. Pod szmaragdami i agatami, krył się czarny jak smoła metal o równej i czystej powłoce niczym lustro. Nie pochodził z ziemskich warstw ani skał. Przybył z gwiazd jak i oni. Lubili oni spółkować z ziemianami. Szczególnie z tym plemieniem. Podobno mieszali się z nimi a kobiety nosiły ich potomstwo. Quarry obiecał wrócić za rok lub dwa. Wyprosił datki na kolejną wyprawę u króla. Dając do skarbca te niesamowite kosztowności. A potem wracał jeszcze nieraz. Sam wreszcie przywiózł sobie stamtąd żonę. Hybrydę o rybich, wyłupiastych oczach i skrzelach. Oliwkowej, tłustej cerze i króciutkim haczykowatym nosie. Była szpetna i okrutnie tępa, lecz niezbędna. Quarry zwiedziony opisami wspaniałych, bogatych miast pod powierzchnią, zgodził się iść pod wodę gdy tylko spłodzi potomka ze świeżo upieczoną żonką. Zmienił nawet nazwę swojej krypy na Dagon. Gdy żeglarze pytali go co ona oznacza. Śmiał się w głos i odpowiadał, to Diabeł moi kochani. Mój nowy przyjaciel, który obsypuję mnie złotem. Wszyscy zgodnie orzekli. I jego zastraszona załoga,admiralicja, stare pijaki w tawernach a nawet jego brat. Quarry oszalał lub oddał duszę temu Dagonowi.
  17. Są takie dwie rzeki, których źródła nigdy nie wysychają i stają się natchnionym zalążkiem dla spragnionych oczu i ust. Ich nurt bywa monotonny, powolny i sennie wręcz cichy. To znów wody ich piętrzą się na podwodnych, obłych kamieniach. Szturmują spienioną falą poszarpane, podmyte brzegi, liżą szerokim wylewem, osnute mgielnym przymrozkiem łąki i zielone skarpy z rudawymi plackami zgniłej od wilgoci trawy, nad której żywotem pastwiło się jeszcze niedawno w letnim zenicie stojące słońce. Wiry z powierzchni powstałe w dna zagłębieniach, czyhają drapieżnie na ospałe owady i małe rybki. Zatopione gnieniegdzie czarne, połowicznie odarte z godności kory drzewa. Rozsnuwają swe obumarłe gałęzie niczym nachajskie bicze w brudnych, mulistych zakolach. Szumią widmowe liście, sonety o marności bytu. Kto się w to piekło korzeni zapuści, ten żegna się ze światem. A bramą do otchłani są pyski szeroko rozwarte, leniwych, łuskowatych morderców. Co w korzeniach tych uwili sobie, fabryki masowej zagłady. Z falą płynie cały ten brud. Unosi się on z gracją dostojną, Tak by go z daleka dostrzegano i komentowano. By go uznano za sens i piękno. Fale płyną przed siebie bezwolnie. By rozbić się o porzucone, rybackie, połatane łajby. By popełnić samobójstwo na odartych z farby kadłubach. Ich krew wsiąka w wyżartą rdzą stal, zarzuconych i zapomnianych w dno kotwic. Łodzie stukają o siebie. Jak kości, powieszonych szkieletów. Tulą się i ocierają o siebie, jak glisty i robactwo w czerni trumny. Chadzają wesoło po labiryntach, spękanego, rozlanego w sukno gnijącego ciała. Są takie rzeki, których nurty się pięknie łączą. Śmierć i miłość. Płyną zgodnie. Jak siostry bliźniaczki. O tożsamych nawet charakterach. Bo śmierć to miłość i ukojenie. Koniec cierpienia w życiu. Po nic. Jeno by cierpieć i oszaleć. A śmierć jest naszą przyjaciółką najdroższą. Boli ją widok cierpiącego człowieka. Więc go zbawia od żywota. I powołuję do wiecznego mroku, w bezdni spokojnej, zimnej pustki. A miłość to śmierć i szaleństwo. Obłęd, który ma nas za zadanie zniszczyć. Byśmy rozumieli dlaczego, ginąć nam przychodzi. Ze swej ręki, co nią los jednak nie my rozporządza jak ulicznicą brudną. A czasem śmierć przychodzi wieczorem, staję w progu domu w swym płaszczu nocnego dżdżu i mgielnej masce o szkarłatnych ślepiach i błaga byśmy tą miłość zabili. Dla dobra jej i siebie. Serc i umysłów. Bo przecież krwawić jest rzeczą ludzką. I gnić również. Dlatego leżysz teraz w lodowej trumnie z kry Kochanie. Schowana w cichych szuwarach. Tam gdzie śmierć wpada do miłości i miesza się z nią w tyglu szaleńczego upojenia. Powiedzą zapewne. Zamordował ją. Zabił okrutnie. A ja chciałem tylko byś prędzej gniła. Tak rozkosznie na mych oczach. Codzień bardziej romantyczna i piękna. Kusząca bladością trupią. Tak teraz kusisz mnie nimfo w pozie jednej zastygła. Dłonie złożę Ci nad łonem a włosy płomienne rozpuszczę wśród zatopionych liści i traw. Oczy, nabiegłe zastygłą krwią otworze. A usta ucałuję lodowe. Tak Cię spętam w tej chwili na płótnie malując. I pragnąć zgnić i rozłożyć się w larw stadko. Dla tej przeklętej miłości. https://youtu.be/lDpnjE1LUvE?si=FhQvQZpGKM9AwpMp
  18. Cylinder zastygł w bezruchu a tuba zamilkła. Tym razem nawet igła fonografu zdawała się nie mieć ochoty wracać na powierzchnię cylindra po raz setny tej przeklętej nocy. Obiecałem, że pomogę w poszukiwaniach, lecz po tym czego się tu dowiedziałem i po tym co usłyszałem i zobaczyłem, stwierdzam jasno, choć z dozą naprawdę przejmującej rozpaczy, że mój nieodżałowany ojciec, został pochłonięty w odmęty, bezdennej paszczy szaleństwa. Po czym uleciał w kompletny niebyt, bagiennych wrzosowisk północnej Szkocji. Przeszukano cały dom od piwnicy po strych. Wszystkie pozostałe obejścia i budynki. Studnie, staw a nawet rozkopano przydomowy ogródek ze wspaniałymi krzewami piwonii o które tak dbał. Bardziej niż o jedyne dziecko. Wszystko zaczęło się gdy byłem jeszcze dzieckiem. Ojciec był szanowanym profesorem archeologii na uniwersytecie oksfordzkim. Był najlepszy w swoim fachu i dzięki temu pozostawał w kontakcie z najtęższymi umysłami z całego świata. Pamiętam doskonale zimowy poranek, jakieś piętnaście lat wstecz. Zakładałem szkolny mundurek i z teczką w prawej dłoni zmierzałem ku drzwiom domu. Ojciec szedł za mną. Trzymał mnie delikatnie za ramię, tłumaczył mi że jeśli nie zakończy zaplanowanego wykładu na czas to odbierze mnie ze szkoły nasza sąsiadka panna Stevenson. A jeśli wszystko zakończy się zgodnie z planem to obiecuję zabrać mnie potem na łyżwy. Nic nie poszło zgodnie z planem. Otworzyłem drzwi i o mało co nie zderzyłem się w nich z ponurym, wysokim i dość postawnym jegomościem w szarym, długim, dwurzędowym płaszczu o prostym kroju. Jego fason nie był typowym dla wyspiarza a raczej obywatela zbuntowanej kolonii. Dziwny gość otarł mnie ledwie wzrokiem zza przyciemnianych, wąskich szkieł i zwrócił się do mojego ojca. Bardzo przepraszam za tak nagłe najście ale na uniwersytecie powiedziano mi, że jest Pan jeszcze w domu panie Fodden a sprawa z którą przychodzę nie cierpi już zwłoki ponad to co nadłożyłem starając się dostarczyć Panu interesujące dokumenty, zapis z fonografu oraz przedziwny szczątek metalu, który z pewnością pana zainteresuję. Wyjął z płaszcza niewielkie opakowane szarym papierem zawiniątko i wręczył je ojcu. Nazywam się Peter Noyes i jestem zastępcą profesora Clarka na uniwersytecie Miscatonic w Arkham. Myślę, że to Panu wiele wyjaśnia. Profesor liczy na Pana pomoc w tej sprawie. Jeśli tak w istocie będzie czekam na Pana w dniu jutrzejszym w południe na nabrzeżu numer dwa, celem odbycia podróży najpierw do Bostonu a potem do Arkham. Proszę pamiętać, że nie ma czasu do stracenia. Gwiazda czy też planeta, powoli pojawia się w naszych snach nieprawdaż? Nie czekając na odpowiedź, odwrócił się na pięcie i szybko znikł za zakrętem skrzyżowania. Ojciec nie tłumacząc niczego zaprowadził mnie do pani Stevenson i nakazał jej by zajęła się mną przez jakiś czas bo czeka go długi i pilny wyjazd do Bostonu. Zostałem u niej długie lata. A ojciec wrócił podobno kilka lat temu. Nikt nie wiedział skąd ani po co. Uważano go za zmarłego. Zaginął gdzieś w lasach Nowej Anglii razem z tym całym Noyesem i Clarkiem. Nadal gdzieś w szufladzie biurka mam jego nekrolog z jednej z gazet z Arkham. Żył ale przypłacił to szaleństwem. Nie widziałem go już nigdy później. A teraz zaginął po raz wtóry. Podobno planeta znów nawiedzała go w snach. Odebrałem telefon z policji i obiecałem przybyć na miejsce by jakkolwiek pomóc śledczym. Bo sami nie rozumieli w środek jak wielkiego szaleństwa przyszło im wpaść i brnąć dzięki zostawionym wszędzie przez ojca dokumentom i zapiskom. Już ich pierwsze pytanie zdawało się idiotycznie niedorzeczne. Czy mówi mi coś nazwa Yuggoth? To miasteczko, osada czy może jakaś kodowa nazwa jakiejś świątyni czy wykopalisk? Znaleźli pamiętnik ojca, gdzie ta nazwa pojawia się ciągle. Ten krótki wpis ołówkiem sprzed wielu tygodni. Wreszcie odezwali się do mnie Ci z Yuggoth. Będą czekać w oktawę święta ojca Yog-Sottotha przy ołtarzu na wzgórzach. Zabiorą mnie znowu… Brzmiało to jak żart. Lecz jedno było pewne. Mój ojciec nigdy nie był skory do żartów. W gabinecie ojca panował półmrok. Oficer śledczy siedział naprzeciw mnie w skórzanym fotelu. Widać było na jego twarzy mieszankę zmęczenia, rezygnacji i powątpiewania ale oczy mówiły zupełnie coś innego. Rozedrgany głos również. To był czysty strach. Cały czas zerkał niespokojnie na rączkę z igłą, jednak nie miał już ochoty a raczej śmiałości by ponownie odtworzyć nagranie. Wreszcie wstał. Zbyt gwałtownie i prędko by móc ukryć nerwowe ruchy nie przystosowanego do tak niecodziennej i tajemniczej wiedzy. Umysł policjanta opiera się na racjonalnym poglądzie, utrwaleniu w twardym dowodzie i bezsprzecznie niepodważalnej tezie. A on miał jedynie dziwne, nic nie wnoszące nagranie z wrzosowisk oraz na dokładkę masę chaotycznych, spisanych w stanie delirycznym dokumentów a także pamiętnik osoby najpewniej zupełnie obłąkanej. Musiał jednak udawać przed świadkiem, że nadal panuję tutaj nad wszystkim a sytuacja jest owszem trudna lecz jeszcze nie beznadziejna. Jedna poszlaka, trop, cokolwiek i będzie można ruszyć dalej a potem czym prędzej wynieść się stąd i zamknąć a najlepiej spalić tą przeklętą budę. Ojciec tego chłopaka był szalony. Lecz również kiedyś był szanowanym naukowcem. Wiedział, że facet żyję i wodzi ich za nos w swoim wyimaginowanym świecie istot z innego wymiaru. Spojrzał jeszcze raz na chłopaka. To nie było typowe przesłuchanie. Bo sprawa była nietypowa ale i chłopak zdawał się nie wiedzieć zupełnie nic. On już dawno stracił ojca i nie zamierzał widać nawet udawać, że może być inaczej. Nie miał żadnego interesu by im pomagać a tym bardziej utrudniać śledztwo. A więc jeszcze raz. Potwierdzasz, że głos z nagrania to głos Twojego ojca? Chłopak patrzył przez nieprzejrzysty mrok za oknem, był teraz gdzieś daleko, musiał cofać się w trudną przeszłość. Tak. To głos mojego ojca a ten drugi głos praktycznie na pewno należy do Noyesa. To już sami ustaliliśmy. Noyes zanim wyruszył z moimi ludźmi na poszukiwanie Twojego ojca, przyznał prawie od razu, że chodzili na wrzosowiska razem. A gdzie jest teraz? On byłby lepszym świadkiem niż ja. Zna mojego ojca dłużej. Nawet zmartwychwstali w tym samym czasie i miejscu. Nie wydaje się to Panu dziwne? Policjant pokiwał głową. Noyes też zaginął, razem z całym moim patrolem. Miał ich zaprowadzić w jedno z miejsc na wrzosowiskach. Tam to wszystko nagrywali. Tam mieszkają oni. Chłopak wybuchł krótkim, lękliwym śmiechem. Ci z tego Yuggoth? Myśli Pan, że mój ojciec i Noyes wpadli w Nowej Anglii przed laty na trop jakiejś ludowej sekty. A potem przybyli tu i zaczęli robić to samo już jako jej członkowie? Może po to są te wszystkie modlitwy, obrzędy i bluźniercze rysunki w pamiętniku. To kult. Mamy w pamiętnikach zapisy o dziewiątej planecie układu. Przecież obaj wiemy, że takowa nie istnieje. Wszystkie teleskopy jej szukają, lecz ona jest tylko marzeniem astronomów. Pojawia się w snach. Bo jest z krainy snu. Jest bajką i pożywką dla tych co mają światłe umysły lecz słabe nerwy. Jak Noyes czy mój ojciec. Pan spojrzy na ten zapis o tutaj. Złapał za zakładkę w pamiętniku i przewrócił strony. Wskazał palcem fragment i odczytał. Zaprowadzili mnie przed oblicze Rady. Ich Starszy opowiedział mi o zagrożeniu tak samo olbrzymim dla nich jak i dla nas. Całej humanoidalnej rasie grozi zagłada. I to ich wina. Połączyłem się z jego myślami. Ach! Co ujrzałem… dobry boże … skuty lodem kontynent a nad nim stróżujące aż do firmamentu czarne, błyszczące góry. Okryte mgłą szaleństwa. Za nimi płaskowyż żalu, na którym palą się wieczne ogniska dzikich plemion wyznawców. Wznoszą do nieba imię najwyższego chaosu. A on słucha, zamknięty w dostojnej sali pałacu na szczycie samotnej, bazaltowej góry. Gdzie jeden człowiek jeno dotarł w wędrówce przez sen. Góry strzegą też miasta. Jeśli można go tak określić, nie tracąc przy tym wiary w postrzeganie wymiarów przestrzennych, matematycznych i fizycznych. Ci, którzy mnie wezwali. Określają je jako Miasto Umarłych acz Śniących. Boże jedyny jeśliś jest to ratuj nas… to miasto jest na Ziemi… to biegun. A pod nim grobowce Starszych. W grotach snują się strażnicy. On przekazał mi kolejną myśl. I zobaczyłem to miasto w pięknej krasie dawnych prekambryjskich dni. Sale, biblioteki, zamki i pałace. Nie zmieniła się jedynie zimna postać góry, leżącej za Leng. Lecz pałac na jej szczycie tętnił życiem, śmiechem i zabawą. Tak hucznie ucztowali Ślepi Bezimienni. A kto im usługiwał. ONI! Byty z Yuggoth. Niewolnicy Cthulhu. Który śpi pod kontynentem… Zamknął z trzaskiem oprawiony w skórę pamiętnik. Jedno było pewne, żywy czy martwy. Jego ojciec jest stracony dla racjonalnego świata ludzi. Dla jego umysłu i serca również. Policjant skrzywił się jak gdyby kazano mu włożyć rękę w cuchnącą, galaretowatą maź, z jakiej składają się Ci z Yuggoth, przynajmniej wedle opisów z pamiętnika. I Twoim zdaniem to mam wpisać do oficjalnego raportu? Twojego ojca, tego dziwnego milczka Noyesa i trzech moich ludzi uprowadzili przedwieczni kosmici, wyglądający jak prehistoryczny budyń z cuchnącej grzybni i trzęsącej się galaretki? No pięknie. Obawiam się drogi chłopcze, że bliżej mi do wersji z sektą lub szalonymi mordercami. Na nagraniu słychać rozmowę Twojego ojca i Noyesa z kimś kto nie odpowiada na ich słowa bo chyba dźwięku fletu i jakiś piszczałek. O ile w ogóle są tam takowe instrumenty, nie można określić jako znany nam język. I jeszcze to metaliczne, głębokie buczenie. Jakby ktoś zamknął wściekły rój szerszeni pod aluminiową misą. To mogą być zakłócenia na cylindrze ale zaiste dziwne jest to, że szczególnie Noyes odpowiada zawsze wtedy gdy buczenie ustaje. Jakby rozumiał przekaz. I jeszcze ten ołtarz na wzgórzach. Znam każde wzgórze w okolicy i nie ma tu żadnych starych kaplic ani kościołów. Żadnych celtyckich świątyń. W epoce polowań na czarownice, mieliśmy w okolicy jednej z wiosek rodzinę posądzoną o czary i konszachty z diabłem. Podobno składali dzieci w ofierze na jednym ze wzgórz. Zanim jednak kapłani i gawiedź rozprawili się z nimi, przyszła na ich dom zagłada. Groza z samej czeluści piekieł. Kobieta przemieniła się w noc wiosennego przesilenia w potwora o tysiącu oczu i odnóży. Pożarła własny dom i odeszła w leśny jar, który do dziś uważa się za przeklęty. Jej syn zginął po tym jak jego ciało rozpadło się dosłownie na części. Podobno byli na to świadkowie bo stało się to na schodach biblioteki miejskiej. Zdążył jeszcze wypożyczyć jakieś czarnomagiczne dzieło a potem wyszedł przed gmach. Złapały go straszne spazmy. Na kolanach wrzeszczał imię ojca, lecz podobno nie tego który go spłodził tu na ziemi. A tego, którego przywołała niegdyś matka. Jego prawdziwy ojciec oszalał po tym wszystkim. Zmarł w szpitalu dla obłąkanych. Do ostatniego wydechu powtarzał podobno by zamknąć portal na wzgórzu bo groza powtórnie przyjdzie z gwiazd. Jak widzisz szaleńców nigdy nam tu nie brakowało. Wiem, że Cię to nie pociesza ale Twój ojciec nie jest wyjątkiem. Zostań tutaj chłopcze i poinformuj mnie niezwłocznie gdyby Twój ojciec, Noyes lub moi ludzie wrócili. Naprawiliśmy linie telegraficzną i telefon. A teraz polecam gorąco przespać się z tym wszystkim czego jesteśmy świadkami. Dobrej nocy życzę. Ukłonił się i wyszedł przez kuchenne drzwi. A ja nalałem sobie kolejną porcję whisky i naprowadziłem igłę na cylinder. Flety i piszczałki były zagłuszająco hipnotyczne. Metaliczne buczenie było pełne wyczekiwania a nawet wściekłego wręcz podniecenia. Drgania wywoływały ciarki na całym ciele a dusza karlała wręcz z niewysłowionego przerażenia. Nagle wszystko ustało a z bezdni ciszy wychynęły słowa Noyesa. Najwyższego kapłana. Nie zapomnę tych inwokacji do końca swych przeklętych dni. IA! IA! IA! NNGI BANNA BARRA IA! IARRUGISHGARRAGNARAB! Znów wściekłe buczenie i głos drugiego kapłana. Mojego ojca. Wzywam Cię Przodku Bogów! Wzywam Cię Stworze Ciemności, Czynami Ciemności! Wzywam Cię Stworze Nienawiści, Czynami Nienawiści! Wzywam Cię Stworze Pustkowi, Rytuałem Pustkowi! Wzywam Cię Stworze Bólu, Słowami Bólu! Wzywam Cię z Twego Domu Ciemności! Wzywam Cię z Twego miejsca spoczynku w trzewiach Ziemi! Dało się po tym słyszeć jakby odgłos ogniska i opętańczych skoków lub tańca. FYAAH! FYAAH! BOYYUK! URRAK! I znów szaleńczy ryk Noyesa. NIECH ZMARLI POWSTANĄ! NIECH ZMARLI POWSTANĄ I POCZUJĄ KADZIDŁO!... Nagranie kończyło się nagle tak jak gdyby fonograf został rozbity lub celowo wyłączony. Powziąłem decyzję. Muszę wyjechać Uciec! Rano. Oni już wiedzą. Oni wiedzą. Oni pragną. Dla nich nawet niewinna myśl o tym jest szeptem w ciemności, który ich zwoła. Nie chcę z nimi walczyć. Nie chcę im ulec. Ołtarz ukrył się przed światłem księżyca. Kiedy go zabraknie Oni tu wrócą. Ojciec też. I będzie błagał bym udał się na Yuggoth. Muszę zniszczyć wszystkie dowody. Spalić dom. Pozbyć się swojego zajętego obłędem umysłu…
  19. Każdego jednego roku, ten sam rozkaz z dowództwa. Głupi, niedorzeczny i zupełnie pozbawiony sensu. Celu również. Bo od zarania ta droga jest zamkniętym szlakiem. A dla miejscowych jest drogą do samego piekła. Nie wychynie na nią nikt z pobliskich wsi. Choćby ją wybrukować studolarówkami a żwir zamienić na bryłki złota. Konie płoszą się gdy tylko poczują jej dotyk pod kopytem. Samochody psują się lub zachłystują nagłym odcięciem paliwa. Nie ma śmiałka co przemierzył Lincoln Road na stopach. A jeśli nawet kto kiedy próbował, to jego szkielet pewno nadal bieleje pośród dzikiej kniei lub w nurcie potoku Manson. Droga oficjalnie figuruję na mapach i przewodnikach. Mało tego, byłaby świetną, miejscową atrakcją. Lecz nikt nie chce igrać z siłami, których w pełni nie potrafi wyjaśnić. Z żywą legendą o starych czasach. Dziś jest ten szczególny dzień w kalendarzu. Dwudziesty siódmy grudnia. A kto tego dnia utknie na Lincoln Road, szczególnie niedaleko mogiły i starego mostku na Manson. Ten jest stracony dla świata. Jest to tak niedorzeczna acz wryta w świadomość miejscowych legenda, że od przeszło dwudziestu lat, wojskowi z pobliskiej bazy trzymają wartę na całej jej długości w tym jednym dniu. Od kilku lat panuje spokój, choć różnie bywało. Wiele patroli przepadło bez wieści. Odnajdywano po nich broń, mundury, czasem zbłąkane i przerażone konie. Inni odnajdywali się po wielu tygodniach lub nawet miesiącach. Odarci nie tylko z ubioru ale i zmysłów. Lądowali w szpitalach dla obłąkanych. Bredzili w kółko o Lincoln Road. O mostku na Manson. O postaci, która pojawia się na jego spróchniałych deskach, dwudziestego siódmego grudnia. O masakrze z czasów secesji. O dziejach przeklętej kompanii konfederatów. Może to tylko głupia legenda. A może fakty w postaci zaginionych i pomylonych żołnierzy, są dostatecznym dowodem ku temu, że w te końcowe dni roku, patrolowanie Lincoln Road jest koniecznością. Dla spokoju duszy i sumienia żyjących. Był to ich ostatni nawrót, niedaleko rogatek Pinehead w stronę mostku. a dalej za nim Lincoln wpadała i kończyła się na międzystanowej ku Chesterfield. Tam klątwa i legenda już nie sięgały. Wieczór przechodził powoli we wczesną noc. Śnieg znaczył drogę szeroką, białą wstęgą. Nie było go wiele. W tym roku zima nie przyszła jeszcze w całej swej pełni. Światła ich ciężarówki wrzynały się jak noże, daleko w pustą przestrzeń. Las wydawał się wtedy jeszcze mroczniejszy i pełen złych przeczuć i istot, którym zupełnie nie w smak była obecność ludzi. W szoferce jechało ich dwóch a pięciu pod bronią jechało na pace pod płachtą z brezentu. Na figlarzy, głupców i rozbójników wystarczy, lecz czy takie środki będą skuteczne na przeciwdziałanie klątwie. Żaden z nich wolał tego nie sprawdzać. Pokonali ostrożnie, wyboisty łuk i wyjechali naprzeciw zjawisku, które całkowicie ich zaskoczyło. I nie, nie było to nic nadprzyrodzonego. Wręcz przeciwnie, były to rażące ich światła osobowego wozu zaparkowanego na poboczu. Obok otwartych drzwi od strony kierowcy, dostrzegli ludzką postać, gdy oświetlił ją błysk reflektorów, żołnierze rozpoznali w niej nie potwora a niewiastę o bardzo przerażonej lecz naznaczonej ulgą ratunku minie. Zatrzymali się praktycznie u jej stóp. Wysiedli dopiero po dłuższej chwili. Nie byli pewni w środek czego tak naprawdę trafili. Jadąc tym odcinkiem pół godziny wcześniej natrafili tylko na pustkę. Czy kobieta była tu zupełnym przypadkiem? A może słyszała o tym co dzieje się tutaj w tym dniu i szukała mocnych wrażeń. Jedno było pewne. Nie znali jej, więc nie mogła pochodzić z Pinehead. A do tego jej samochód był wyssany z paliwa do cna. Gdyby wjechała tutaj godzinę później, musiałaby wracać na własną rękę przez las i uważać na postać jeźdźca zza plecami. Mogła to być też podpucha albo pułapka. Nie mogli tego wykluczyć. Kapral wysiadł pierwszy i uderzył kilka razy otwartą dłonią w karoserię dając znak tym z tyłu by ich osłaniali. Nie minęła nawet minuta a już muszki pięciu garandów były wycelowane w przerażoną kobietę. Nie wyglądała jakby zamierzała walczyć a raczej uciekać gdzie pieprz rośnie. Nie przejmując się wycelowanymi w siebie karabinami, rzuciła się z płaczem ku kapralowi. Nieważne dokąd prowadzi ta przeklęta droga ale chcę jak najszybciej znaleźć się jak najdalej stąd. Zabierzcie mnie stąd błagam. Kapral dał jasny sygnał by opuścić broń. Wykonali rozkaz. Lecz nadal byli w niemałym szoku, że w tym dniu natrafili tu na żywą osobę. Niech Pani wsiada czym prędzej do szoferki, droga jest zamknięta … szczególnie dzisiejszej nocy… po drodze wszystko Pani nam opowie. Niestety na wstępie zaznaczę, że jesteśmy zmuszeni dokończyć wykonanie patrolu. Przejedzie z nami Pani jeszcze kilka kilometrów do drogi stanowej a potem zawrócimy do Pinehead gdzie zostanie Pani u nas w bazie. O samochód proszę się nie martwić. Odholujemy go jutro za dnia do Pinehead. Kobieta wpadła w histerię już po kilku pierwszych słowach kaprala. Wracać do drogi stanowej!? Przez ten stary most, który mijałam jadąc tu!? Więc proszę mnie zastrzelić tu i teraz, bo nie wrócę na ten most choćby i z uzbrojoną po zęby dywizją wojska. Zresztą na nic Wam te śmieszne karabiny. Tam mieszka coś, czego kule się nie imają. Zastrzelcie mnie albo zostawcie tutaj. Wolę czekać na śmierć tutaj, niż jechać prosto w jej objęcia. Jeśli wjedziecie na most, nie wrócicie już. Macie moje słowo. Byliśmy na nim tylko tego dnia co najmniej dziesięciokrotnie i jak widać żyjemy. Boi się Pani w nagłym szoku, własnego cienia. A cieni nie należy się bać. Cienie to cienie. A jeśli to cienie przeklętych dusz!? Widziałam ich jak teraz widzę Was. Kompanię pod bronią, lecz bez głów. Nie wrócę na most. Nie ma Pani wyjścia. Mam rozkaz odstawiać wszelkich cywili do bazy tak by nikt nie włóczył się po tej drodze. Nic dziwnego to przeklęta droga! Niebezpieczna i stara, ze skruszałym mostem, który grozi zawaleniem. Pilnujemy porządku a nie śledzimy duchy droga Pani. Dał znak dwóm podkomendnym a Ci bez zbędnych wyjaśnień i ceregieli, siłą wrzucili wręcz kobietę do szoferki. Poza wzrokiem kaprala ale jeden z nich wracając na pakę dyskretnie się przeżegnał i ucałował krzyżyk zawisły na szyi...
  20. Nigdy nie wróżono mi przyszłości. Nie sądzono, że będzie ze mnie człowiek światły, życzliwy i towarzyski. Nie wróżono mi z dobrych kart. Nie myślano o tym, że dojdę gdzieś. Będę kimś z właściwymi tytułami i rangą. A może po prostu bano się czytać koniunkcję gwiazd z dnia mojego narodzenia. Może szeptuchy i wiedźmy, dobrze wiedziały, skąd i po co przybyłem. Świat symbolizuję równowaga sił dobra i zła. Czasami jednak pojawia się na nim coś co burzy wszelki ład i porządek harmonii. Byt z wymiaru gehenny piekieł, którego cień jedynie, sunący między leśnymi konarami, płoszy opętane jarzmem grozy wilkołaki. Wyją dziko i jęczą. Chcą czym prędzej zejść z drogi istocie, którą śmierć sama, naznaczyła na swój katowski miecz. Ludzie czują dobrze jego wpływ na otoczenie. Sączą się słowa nic nie znaczących modlitw. Całują suchymi wargami, rany Zbawiciela, którego krzyż rzymski pozbawił władztwa. Palą się wyświęcone w egzorcyzmie grzechu klechów świece. U zamkniętych na głucho drewnianych okiennic. A omen wilczy, śmieje się przez krwawe kły. Spaceruje u rozdroży, woła zagubione dusze. Leszy wyszedł zza dębów prastarego siedliska. I ukląkł z uśmiechem ojcowskim nad swym wiernym dzieckiem. Z bagien i torfowych zapadlisk, powstały wodniki i upiory utopców. By oddać hołd i pokłon. Najstarszemu z demonów. On nigdy nie był człowiekiem. Nie ma w nim uczuć i współczucia. W jego oczach jest pustka i popiół. Z ran nie płynie krew. Nie je strawy człowieczej a tylko cierpienie i ból z dusz zgubionych wysysa. To jego pokarm, który daje mu moc. Lubi zjawiać się jak duch u stojących nad grobem. Nad ich łóżkiem czuwa. Kiedy wreszcie wstanie i ucałuję w usta ofiarę, to wiedz, że duszę jej wykradł i na wieczną żałość i ogień skazał. I czas wtedy trumnę heblować i krzyż strugać cmentarny, bo żywego nikt już, chorego nie zobaczy. Raz jeden na wiosenne roztopy, Cyganie rozbili swój tabor na opłotkach wsi. I młode cyganki spraszały by wróżyć niewiastom i kawalerom co komu pisane. Przypadkiem czy celowo, zjawił się i on przed obliczem najpiękniejszej z nich. Trwoga ją objęła i pot zrosił czoło a dłonie drgały jak w gorączce. Bo patrzył na nią anioł, którym była sama śmierć. Wystawił zimną jak lód dłoń w jej kierunku i rzucił tylko, co widzisz? Rzuciła wbrew sobie jedynie okiem na jego wyraźne jak nożem wyrysowane linie. I padła bez ducha obok wozu. Tydzień cały trwała na granicy śmierci. A w malignie, krzyczała takie rzeczy, że najgorsze deliryczne koszmary, byłyby dla niej większym błogosławieństwem. Wtem zjawił się po raz wtóry i wybłagał u jej ojca spotkanie. Był przy niej dzień i noc. Trzymał za dłoń. Karmił i poił. A ona zapadała się w najdalsze rubieże mroku. Słabła, marniała, bredziła aż wreszcie trzeciej nocy gdy wszystkich zmorzył głęboki sen. Wstał, nachylił się nad jej prawie już zastygłą w śmierci twarzą i złożył gorący pocałunek na jej zimnych ustach. Cygan zakochany w dziewczynie i pełniący miłosną straż u jej wozu widział jedynie wilka, uchodzącego przez okno w las. Gdy dopadł do jej ciała. Życie skończyło się również dla niego. Ruszył w las z liną konopną. Nie po to by spętać przeklętą bestię a po to by zawisnąć na najgrubszej gałęzi starego grabu. Wilk minął jego ciało i śmiał się przez kły. Nikt już więcej nie pojawił się nigdy we wsi. Przeklął ją cały świat. Dziś jest tylko ruiną ukrytą w powoli odradzającym się w jej trzewiach lesie. Wyrastające z niedawnych klepisk i palenisk drzewa i krzewy obejmują ją ramieniem śmierci. Całują, skruszałe ściany wysysając z nich dusze i życie. Ludziom wróżymy do dziś. I wszystko jest w porządku, dopóki na pytanie czy co widzisz, usłyszysz słaby i drżący głos. Śmierć Twoją widzę. A w kuli ustawionej na zasłanym satynowym obrusem stole ujrzysz postać wilczego omena, co szczerzy do Ciebie swe krwawe kły.
  21. Ogród emanował zapachem tysiąca odmian kwiatów, ziół i bylin. Dbałem o jego spokojny wzrost i kwitnienie, na tyle na ile mogła to robić męska, twarda dłoń. Starałem się nie zmieniać w nim zbyt wiele. Zatrudnieni do pomocy ogrodnicy, również mieli pełnić rolę raczej adoratorów, niż aranżerów. Ilekroć mogłem rozmawiać z którymkolwiek z nich to zawsze powtarzali oni pewną zależność której wpływu i ja doświadczałem w całej pełni. Mówili o ogrodzie jak o habitacie duszy, która była w nim zaklęta. Cudownym, magicznym ogrodzie postaci, zaklętej w jego szerokich alejach, ukwieconych rabatach czy przyciętych żywopłotach. Istota owa, jak twierdzili i zaklinali się przy tym, mówiła czasem do nich a czasami do ptaków przysiadłych w krzewach i koronach owocujących drzew. Jej słowa pluskały się w tafli ogrodowych fontann, wędrowały z delikatnym wiatrem po wypełnionych życiodajnymi sokami liściach, szeptały do równo przyciętych traw. Istota głaskała chropowate pnie, zginała rozkwitłe pąki kwiatów. A czasami zostawiała ślady bosych, kobiecych stóp na świeżo przekopanej ziemi. Powtarzała, że to jej raj. Miejsce, które stworzyła i z którego już nigdy nie odejdzie. Zapuściła tu korzenie z białych kości a to co niegdyś nazywała ciałem, użyźniło glebę ogrodu i dało mu prawdziwe serce. W pełni lata, gdy miałem w zwyczaju czytać w bujanym fotelu usytuowanym na środku ganku, nieraz dochodził mnie znajomy śpiew tej istoty. Wiedziałem, że jest zarazem blisko i daleko. Za zakrętem życia. Lecz i za zasłoną śmierci. Minęło tak wiele lat. Za każdym razem gdy tylko zbliżała się żałobna rocznica, miałem nadzieję, że tym razem dobry Bóg zlituje się nade mną i pozwoli mi odejść do jej świata. Lecz dawał mi tylko kolejne próby i zmartwienia doczesne. Kolejne zakręty. Tak wiele, że wyrysowały wreszcie koło. Błędne koło życia. Osnute oparem pragnienia śmierci a zarazem niemożności odejścia. Szedłem ustaloną ścieżką. Jedyną, która mogła mnie zaprowadzić do celu. Spośród tysiąca łęchcących zmysły zapachów, ja rozpoznawałem najlepiej ten jeden, niepowtarzalny. Przyjemny, głęboki i uwodzący, zapach fiołków. Były tak bardzo sobie tożsame. Ukochana matka i jedyna córka. Cel tej ścieżki był wiadomy i zdziwiłbym się gdybym nie zastał swej córki u jej końca. Zbawcza rześkość poranka gasła, pod silnymi i gorącymi promieniami letniego słońca. Muchy, ważki i pszczoły, harcowały w gonitwach i polowaniach. Pachniało jeszcze zroszoną w cieniu ziemią. Rosa perliła się łezkami wilgoci na co większych liściach i wodnych szuwarach. Ptaki wesoło pogwizdywały. W uwitych gniazdach, na sękatych gałęziach jesionów i topoli. Nagrzane powietrze poczynało delikatnie drgać. Jak i Ty miałaś w zwyczaju, gdy rozpalony obłędem pożądania badałem nieśmiało krągłości Twego ciała. Zapomniałem już jak to jest. Gdyby nie nasza córka, to zapomniałbym zupełnie o istnieniu kobiet na tym świecie. Chciano mnie swatać i w swaty do mnie przybywano a jakże. Dla pozycji i majątku ludzie potrafią znieść i zrobić wiele, nawet prosić takiego szaleńca jak ja o uwagę i rozsądek. Cóż mi jednak z rozsądku i majątku, kiedy jedyne bogactwo jakie w życiu miałem musiałem odprowadzić w kondukcie i pochować wbrew swej woli. Mogę dziękować Bogu, że kochałem jeden jedyny raz. Ileż to cierpienia kosztuję. Jeden raz a co gdybym jak inni, kochał po wielokroć? Potem podobno idzie się przyzwyczaić. Kochasz już nie osobę a siebie samego i wygodę. Ludzie są małostkowi. Twierdzili, zapomnisz i będziesz żyć dalej. Minęło tyle lat. Wszystkie jej zdjęcia, portrety i suknie są nadal na swoim miejscu. Pukiel jej czarnych włosów nadal spoczywa w zdobionej złotem szkatułce. Każdy mój wiersz jest hołdem. Żywą pamięcią. A żywym pomnikiem jest przecież też Emily. Jest najpiękniejszym prezentem danym mi przez nią. Mój czas także dobiega już końca. Może Emily o tym wie, bo coraz częściej odwiedza grób matki. Fiołkowa woń, prowadziła mnie w ślad za córką. I znalazłem ją dokładnie u stóp mogiły. Była wręcz jak sobowtór swej matki. Teraz gdy była już pełnoprawną kobietą a nie dziewczynką zdawała się mi czasem duchem, wspomnieniem. Zatrzymaną w przestrzeni czasu projekcją. Starałem się nie popadać w szaleństwo. Lecz gdy patrzyłem na Emily. W kuchni, parku czy na ulicy to nie potrafiłbym ich od siebie odróżnić. A skoro ja jako jej ojciec nie potrafiłem tego uczynić to cóż dopiero miały powiedzieć osoby, które znały mą żonę nieboszczkę i córkę. Jest to sytuacja zupełnie normalna i naturalna, że dziecko a szczególnie córka jest porównywana urodą do swej matki. Emily nie była wyjątkiem. Dostawała olbrzymią ilość komplementów. Za oliwkowo zielone oczęta. Za kruczoczarne, lśniące włosy. Za uśmiech tak słodki i zalotny w swej kobiecości, że aż onieśmielający potencjalnych kandydatów na męża. Moja żona była istną boginią, której zazdrościła mi cała śmietanka towarzyska nie tylko z Bostonu czy Philadelphii ale też Georgii czy Nowego Jorku. Była najpiękniejszym klejnotem, który udało mi się sprowadzić w czasach studenckich z kontynentu. Niderlandzką perłą. Bezcenną, świętą. Emily obróciła się słysząc moje kroki i szybko powstała. Przyniosłam mamie nowy wianek i bukiet. I zaiste na środku mogiły spoczywał świeży wianek utkany z wikliny, fiołków, koniczyny i stokrotek. A w dłoniach Emily ściskała bukiet białych róż. Krzew czerwonych róż oplatał kolczastymi kłączami nagrobek. Niczym korona wieńcząca skronie mojej ukochanej. Ostatnio często zaglądasz tutaj Emily, martwię się czy aby na pewno wszystko z Tobą w porządku? Ależ tato, nie możesz w kółko zaprzeczać oczywistym faktom. Chyba nie chcesz powiedzieć mi, że nie słyszysz jej głosu i nie czujesz jej obecności tak w domu jak i ogrodzie. Każdy wokół słyszy ją. Każdy wie, że to jej duch zamieszkał w ogrodzie. Nie ma nocy, bym po nagłym zbudzeniu się nie widziała kobiecego widma na brzegu stawu. Czasami huśta się na mojej starej huśtawce i śmieje się w głos. Innym razem woła mnie, lewitując u półotwartej okiennicy. To znów czeka na mnie, dosiadając swej widmowej klaczy, która odeszła bez mała dekadę temu. Czasami prosi bym zbudziła i Ciebie. Tęskni za Tobą ojcze. Ja za nią również moje dziecko, lecz nie mów mi tak strasznych i niepotrzebnych dla wątłego umysłu starca rzeczy jak historię o zjawach i duchach. Odeszła, lecz ja nie zapomniałem i nie zapomnę nigdy. Nie na darmo jej pokoje i sypialnia wyglądają tak jakby dopiero co z nich wyszła. A minęło dwadzieścia długich lat. Dwadzieścia lat ciągłej nocy dla mej duszy. Dwadzieścia lat niepowetowanej niczym straty i tęsknoty. Pożegnaj się z matką Emily i chodźmy do domu miej baczenie na to, że zbliża się dzień gdzie będziesz pielęgnować mogiłę w której i ja spocznę. Będziesz szła tą znajomą drogą przez ogród, niosąc w dłoni dwa bukiety. Po jednym dla kochającej matki i ojca. Ludzi którzy nikogo tak nie ukochali na świecie jak Ciebie. Pamiętaj o tym dziecko. Nie byłem osobą dającą wiarę w tak modny świat spirytyzmu, duchów i zjaw. Nie dałem przekonać się trwożnym opowieściom ogrodników ani służby, więc naturalnie nie uwierzyłem zapewnieniom własnego dziecka. Więc jak wielkie było moje zdziwienie, w samym środku najbliższej nocy. Zdać mi się mogło, że ległem na spoczynek dość wcześnie. Zachodni horyzont nie zdążył pogrążyć się w pełni mroku a ostatnie trele ptaków dochodziły znad koron drzew, żaby rozrechotały się wesoło, taplając się w lekko mulistej toni stawu. Wydawało mi się, że minęła prawie cała, krótka, letnia noc. Przebudziłem się nagle bez widocznej, zewnętrznej przyczyny sądząc że za chwilę zacznie świtać. Lecz gdy już trochę oprzytomniałem, uświadomiłem sobie, że wokół jest ciemno jak oko wykol. A zza okna dobiega jedynie srebrno niebieska lekko fosforyzująca poświata księżyca. Lecz nie był to czas pełnii a nowiu. A gwiazdy nigdy nie świecą tak jasno. Zza okna dobiegł mnie szept, który zmroził mnie do kości. To była ona i szeptała moje imię. Przekląłem w duchu brednie mej córki, i nadal nie do końca przekonany do tego co dane mi będzie ujrzeć, wstałem na drżących nogach i delikatnie podszedłem do okna. A niech mnie święci mają w opiece jeśli kłamię. To zaiste była ona. Ubrana w czarną, wiktoriańską suknię i siedzącą po damsku w siodle swej ukochanej klaczy. Zobaczyła mą postać w oknie, Miała na sobie rękawice do jazdy. Podniosła lewą rękę i dała mi sygnał dłonią bym zszedł do niej. Odjęło mi na szczęście rozum a nie nogi. Wychynąłem jak szybko mogłem z sypialni, potem z zamku, na ślepo wręcz wszedłem do cichej stajni. Dotarłem do boksu z moim kremowym ogierem i nie siodłając go nawet wskoczyłem na jego grzbiet, dając mu po bokach ruszyłem ku wyjściu i skierowałem konia nad brzeg stawu. Czekała w siodle i gdy już prawie byłem przy niej, skręciła konia na zadzie i ruszyła galopem ku znajomej ścieżce wgłąb ogrodu. Ruszyłem za nią. Aż do samego końca drogi. Do jej samotnej mogiły. Gdy wychynąłem zza ostatnich drzew, ona już czekała trzymając klacz za uzdę. Zsiadłem i doskoczyłem do niej w transie. Nie pozwoliłem jej na żaden ruch, słowo. Zasmakowałem w jej ciepłych ustach a ona ochoczo oddawała pocałunki. Spuszczone z uzd konie ruszyły na pobliską trawę a my legliśmy w miłosnym uścisku na usypanej mogile. Pragnąć siebie coraz mocniej i mocniej. Marzyłem tylko o tym by posiąść ją w tym ogrodzie, w mroku bezdennej, letniej nocy, na naszej wspólnej mogile. Nikt mnie więcej nie widział żywego. Emily zaalarmował sługa z samego rana gdy odkryto błąkającego się po ogrodzie konia. Stajenny zaklinał się, że zwierzę nie mogło wyjść samopas i ktoś musiał wyprowadzić konia a dostęp do niego miałem tylko ja i stajenny. Szybko zorientowano się, że w pośpiechu opuściłem sypialnię i zamek. Przeszukano pobliskie wzgórza, pola i lasy. Całe błonia zamku, podziemia i korytarze piwniczne. Wreszcie ogród i brzegi stawu. Gdy nic nie przyniosło efektu. Emily rozkazała służbie rozkopać mogiłę matki. Niechętnie i opornie lecz wykonano jej rozkaz. Nie zajęło to zbyt wiele czasu by odkryć straszną prawdę. Nikt nie potrafił sensownie wytłumaczyć tego co odkryto pod stertą ziemi. Na wieku zamkniętej trumny, spoczywał szkielet mej małżonki a w jego ramionach odkryto moje ciało. Martwe, zimne lecz z tak błogim uśmiechem i radością w oczach, że uznano to za objaw najczarniejszej magii. Pytanie jak znalazłem się pod ziemią a szkielet poza trumną. Kto zakopał mogiłę skoro nikogo ze mną nie było a przecież byłby to absurd, że trup zakopał się sam. Uznano, że ona spędziła mnie do grobu. Wezwała mnie do siebie. Bym już nigdy nie czuł się samotny i pozbawiony miłości. Do dołu wstawiono jeszcze jedną trumnę z mym ciałem i odprawiono pogrzeb. Mogiłę poświęcono i zasypano a Emily cała we łzach ułożyła na niej dwa bukiety białych, cmentarnych róż.
  22. Z Wami Panie rozmowa jak ze starym, siwym, dawidowym handlarzem. Ani człowiek po tej dyspucie mądrzejszy ani głupszy. Ani w pełni zadowolony, ani zdradziecko oszukany. Rzeknijcie na rany Chrystusa, ile z sakwy mi czerwońców ubędzie? Za Wasze wątpliwe wstawiennictwo i opiekę. Wy inflamis i przechrzta. Nie ariański a popi bydlak kresowy. Palownik od księcia Jaremy. Strach blady i kaźn na dusze kozacze. Choć Wy teraz odziani w karmazyny na dworze magnackim i nahajem chłopstwo jak ptactwo dzikie, po polach rozganiacie. To ja wiem, żeście nie zawsze tacy byli, pierwszej krwi błękitnej, szlachcic. A co ja prawie, jeno szlachcic… wojewodzic, Hetman koronny, książę elektor na warszawskich pałacach i sejmowych polach. Buty Wam i czarnego jak kopyta Mefistofila, humoru przaśnego, bicze bisurmańskie z głowy nie wybiły. Ale już skórę z pleców odjęły i zniżać głowę przed obliczem wezyra galernego, nauczyły. Gdybym nad grobem nie stał w chwili doczesnej i gardłowej sprawie się nie poświęcił to bym spluwał na Wasz herb i szablę Waszą i z grobu Was nie odradzał. Lecz tylko Wy, czerni grobu się nie boicie. Krzyże święte profanujecie, na klasztory kobiece zajazdy gotujecie, młódki dla zabawy raptem gnębicie i gwałt im bezbożny zadajecie. W imię sił nieczystych, którym duszę zaprzedaliście, Wy i cała Wasza sotnia. Pamiętam jak dziś, bo walczyłem tego, przeklętego dla ojczyzny, majowego dnia, roku pańskiego tysiąc sześćset czterdziestego ósmego na korsuńskim stepie. I niech mnie Bóg pokara jeślim skłamię teraz i piorun mnie jasny zabije, bo przeto dokładnie widziałem jak padacie z konia, trafiony tatarska strzałą i sfora do Was doskoczyła jak diabelska, wściekła fala. Cięły Was i kozackie karabele i osmańskie ordynki Tatarów. Widziałem, Panie Bracie jak trup z Was jeno ostał na ich drzewcach i ostrzach. Jak mi Bóg miły, umarliście a teraz żyjecie! Wy diabły stepowe, na pokutę wieczną skazane. Wy, nieumarli obrońcy, świętego stepu. Kruki i sokoły, Waszymi sługami i oczami. Diabliki, na rumakach z huraganu, Waszymi kompaniami. A śmierć Wam hetmanem i batiuszką. Carem i hosporadem. Klątwą Waszą po wieki. Nie chcecie przeto nic ode mnie. Ani złota ani srebra ani honorów i wstawiennictw. Chcecie jedynie bym ten pergamin przeklęty, własną krwią podpisał i przeklął swą duszę. Mi już nie dwory ni zamki, rezydencjami doczesnymi. A castrum doloris, ciche w świątynii. Dajcie sztylet. Sobie na pohybel, pieczęć krwistą pod umową stawiam. Kary koń już czekał u drzwi. Wspaniały silny i dumny fryz. Samej pani małodobrej, wierny ogier. Gość mój wsiadł na niego z miną straczeńczą Zabrał go prosto do piekielnych podziemi.
  23. Dziś przedstawiam Wam coś zupełnie nowego, co chodziło za mną już od jakiegoś czasu. Dziś horror i groza w zupełnie innym wydaniu niż zazwyczaj. Coś właściwego dla fanów konkretnego rodzaju horroru typu found footage oraz horroru psychologicznego. Wreszcie mogłem przełożyć swoje ukochanej horrory takie jak "Blair Witch Project" czy "REC" na papier i stworzyć własny projekt legendy o wiedźmie. Okładki w stylu starych kaset VHS powstały dzięki uprzejmości AI. Zapraszam Was do przeczytania. Wiedziałem, że jest w domu. Dlatego pomimo dwudziestu minut ślęczenia na progu i znęcania się nad dzwonkiem, postanowiłem stać tu do skutku. Aż otworzy drzwi i powie mi, że to koniec. Koniec z nami. Koniec z czarną magią. I koniec z głupim dochodzeniem i filmem opartym o fakty. A fakty były autentyczne i aż nazbyt namacalne. Wreszcie usłyszałem kroki na schodach a po chwili szczęk zamka. Stanęła przede mną z bardzo zmęczoną i zrezygnowaną miną. Nadal ciało jej drżało a w oczach chowały się szkliwe łzy. Pomarańczowo-brunatne ślady pod oczami, zdradzały bezsenność. A dłonie drżały jej tak mocno, że szybko ukryła je za plecami. Jej włosy były tłuste i rozczochrane a od ciała wionęło nadal tym ziemisto-leśnym aromatem. Chciała choć na krótko patrzeć mi w oczy, lecz widać nie była w stanie wytrzymać mojego wzroku. Przez ostatnie dni nasze oczy i oko kamery widziały zbyt wiele. A umysł miał poważny problem co brać za objaw rzeczywistości a co za majak snu. Mieliśmy tylko jedną noc na uporządkowanie wszystkiego wokół tej sprawy. I tylko jedną taśmę filmową, która była dowodem rzetelnym. W przeciwieństwie do naszych rozognionych nagłym szaleństwem umysłów. W nocy wróciłem po kamerę i przysięgam na Boga, że nic co doświadczyłem w tym miejscu przez ostatni tydzień, tym razem nie miało miejsca. Las był cichy, spokojny i jeśli nie licząc kilku lisów i sów, zupełnie pusty. Budynek w jego centrum był znów nadpaloną drewnianą konstrukcją o wybitych oknach i drzwiach. O zawalonych schodach i zapleśniałej w połowie zalanej piwnicy. Był ruiną. Nie płonęło w nim światło. Nie słychać było głosów i kroków. Za jego węgłem nie było żadnych odsłoniętych mogił ani krzyży. Był tylko dziki las. I mrok. No i rozładowana kamera umorusana w błocie i liściach. Upuściłem ją gdy uciekaliśmy z tego przeklętego miejsca. Ale zbyt wiele udało nam się ustalić przez te dni. Spędzonych sam na sam z rozległym borem. Sam na sam z ludzkimi ograniczeniami i kruchą psychiką. W zderzeniu z legendą, która nadal żyję i nawiedza ten las. Z widmem wiedźmy, którą zabito tutaj sto lat wcześniej. Z duszami jej młodych ofiar. Pięknych, miejscowych dziewcząt. Dwadzieścia zjaw tańczących pośród polan i zagajników. I jedna wiedźma zamieszkującą swój stary dom, pośrodku przeklętego lasu. Horror którego doświadczyliśmy na własnej skórze. Czego jeszcze chcesz? Chyba chciała to wykrzyczeć lecz widać nie miała już na to sił, wyrzuciła to zdanie na nierównym, bolesnym wydechu. Wystawiłem kamerę przed siebie. Musimy obejrzeć materiał. Wszystko się przecież nagrało. A kamera pomimo przeleżenia prawie całego dnia i nocy w błotnistej ściółce nadal działa bez zarzutu. Już to sprawdziłem Poszedłeś po nią do lasu i tego domu?! Zrobiłeś to w nocy?! Nigdy już mieliśmy tam nie wracać! Inaczej to nigdy się nie skończy… Wpuścisz mnie do środka? Nie… nie chcę o tym rozmawiać ani tego oglądać. Spal tą cholerną taśmę a kamerę rozbij i wyrzuć w górach. Na pewno przeszła klątwą na wylot. Proszę to nasza jedyna szansa. Nie tylko na sławę ale i na zachowanie zdrowego i przytomnego umysłu. Przecież wiem co tam było i Ty też. Musimy się upewnić. Ta sprawa może przynieść nam jedynie śmierć a nie sławę… ale dobrze wejdź. Przekonasz się jak działa klątwa wiedźmy. W jak głębokie sidła wpadliśmy. Ale masz rację, film to jedyny dowód. Zaprosiła mnie na górę do swojego pokoju. Wszedłem do znajomego pomieszczenia i od progu poczułem się tak jakbym znów walczył o życie w leśnej głuszy. Wszędzie walały się kartki z bloków i notatników. Był na nich tylko jeden symbol. Powtarzał się obsesyjnie w rogach stron, na marginesach, był na jej rękach, jakby najpierw ryła go w skórze, a dopiero potem przenosiła na papier. I te postaci kobiet. Bez twarzy lecz z oczyma o złotych źrenicach. Leżały w rogach pokoi. Brutalnie zamęczone. Sadystycznie zamordowane. Teraz same łaknące zemsty i krwi. Te szpony i błoniaste skrzydła. Ich szczekliwy śmiech dalej grał mi w uszach. Chichot czarnomagicznych widziadeł. Widziałem jak wzywała je z czeluści mogił. Jak karmiła je piersią i krwią. Jak chciała opętać nas byśmy zabili się w tej cuchnącej piwnicy. Pamiętam jak trzymałem nóż nad piersią Rose a ona błagała mnie o życie. Spojrzałem na nią teraz. Też błagała wzrokiem bym nie osądzał jej objawów obłędu i nie włączał filmu. Za późno. Obejrzyjmy. Usiedliśmy na jej łóżku i bezwiednie nasze dłonie się odnalazły. Wtuliła się we mnie a nagranie ruszyło. My w samochodzie jadący na miejsce. W doskonałych humorach i bojowo nastawieni. Wyśmiewający naiwnych i łatwowiernych miejscowych. Mina faceta na stacji benzynowej gdy dowiedział się o celu naszej wędrówki. Jego ucieczka do budynku i przekręcenie tabliczki w drzwiach na zamknięte. Cóż mieliśmy chociaż darmową benzynę. Wywiady z miejscowymi. A raczej ich gorączkowe modlitwy i błagania byśmy wracali natychmiast do domu i nie wspominali o klątwie. Później noc na miejscowym cmentarzu gdzie podobno zakopano prochy wiedźmy, nasza próba kontaktu za pomocą tabliczki a potem picie i upojne chwile dosłownie u stóp jej nagrobka. Wreszcie pierwsze wejście w las. Słońce, ptaki, cichy strumyk. Szeroka ścieżka prowadząca w głąb. I te zdrowe, rozłożyste drzewa o zielonym listowiu szemrzącym na wietrze. Nasze błahe rozmowy. Studiowanie map. Pierwsze próby rozpalania ognia. Obozowisko. Nasze pierwsze polowe gotowanie. Śmiech i nieustanne żarty. Słowem las. Zwykły las i biwak. Patrzyłem na ekran z rosnącym poczuciem obcości, jakbym oglądał cudze wspomnienie podszywające się pod moje. Nie było kłótni. Nie było paniki. Nie było nocy. Nie było znaków na drzewach, choć pamiętałem, jak dotykałem ich dłonią i czułem pod palcami świeże nacięcia. Nie było głosów niesionych przez wiatr. Nie było domu. Nie było postaci ani mogił. Na koniec scena gdzie siedzimy w aucie i Rose mówi do kamery, że legenda wiedźmy i słynnych morderstw jest miejscową bujdą i straszakiem na małe dzieci a las jest przyjazny i całkowicie bezpieczny. Problem w tym, że nie mieliśmy wtedy przy sobie kamery. Leżała u stóp domu. Porzucona byśmy mogli uciekać szybciej. Tak jak cała reszta dobytku. Mapy, śpiwory i plecaki. Je porzuciliśmy gdzieś po drodze. Może ktoś się na nie kiedyś natknie. Rose zatrzymywała nagranie, przewijała, puszczała od nowa. Jej twarz była nieruchoma, jakby ktoś zdjął z niej wszystkie emocje i zostawił tylko napięcie mięśni. W pewnym momencie zauważyłem, że oddycha zbyt płytko. To niemożliwe. Przecież byliśmy tam. Wtedy po raz pierwszy na mnie spojrzała. Nigdy tam nie byliśmy, odpowiedziała cicho. I nigdy więcej tam nie wrócimy. Wstała gwałtownie. Zgarnęła kartki ze stołu, przyciskając je do piersi, jakby ktoś mógł je odebrać. Nie mów o tym, dodała. Nikomu! Nigdy! Jeśli to wypowiesz, jeśli spróbujesz to nazwać… wróci! Nie wierzyłem że wróci. Wiedziałem, że nigdy nie umarło. Spojrzałem na kamerę i już podjąłem decyzję. Czas na ostateczny dowód. Z racji tego, że żaden z miejscowych funkcjonariuszy ani nawet detektywów nie wyraził chęci we wzięciu udziału w poszukiwaniach zaginionego, do akcji choć bardzo niechętnie powołano wojsko. Kamerę odnaleziono w czwartej dobie poszukiwań, około szóstej rano, jakieś trzysta pięćdziesiąt metrów na południowy zachód od strumienia Concord Była częściowo zalepiona błotem i liśćmi. i chyba zainteresował się nią niedźwiedź bo obudowa nosiła ślady gryzienia. Akumulator padł, więc i tak trzeba było przetransportować ją do biura głównego policji. Ku całkowitemu zaskoczeniu, policjanci odmówili sprawdzenia żywotności kamery i stanu zapisu taśmy. Odtworzenia nagrania dokonał zespół wojskowych techników pod przewodnictwem majora Devlina. Dalsza część z jego raportu przedstawionego do biura szeryfa w North Madison Nagranie zaczyna się nagle. Obraz jest przekrzywiony, jakby kamera została położona na ziemi albo upadła. Przez pierwsze kilkanaście sekund widać tylko fragment drewnianej podłogi i poruszające się po niej światło. Słychać oddech, przyspieszony, urywany. Potem czyjeś kroki. Jedna para. Nie więcej. Czas na liczniku nie zgadza się z porą dnia. Według zapisu jest środek popołudnia, choć kamera musiała zostać włączona po zmroku. W pewnym momencie w kadrze pojawia się cień. Nie da się określić, do kogo należy. Nie ma wyraźnych konturów. Przesuwa się po ścianie, zatrzymuje, jakby ktoś stał nieruchomo tuż poza polem widzenia. Słychać szept…. Nie mogę z całą pewnością stwierdzić, że to ludzki głos (raczej dojrzały i kobiecy). Przewinąłem nagranie kilka sekund do przodu. Obraz zmienia się. Kamera najwyraźniej została podniesiona. Przez chwilę widać wnętrze pomieszczenia małe, niskie, z paleniskiem pośrodku. Ściany są całe. Okna mają szyby. Dom nie wygląda na ruinę. W tle słychać cichy dźwięk, jakby ktoś poruszał się po izbie. Nie widać jednak żadnej osoby. Kamera drży, potem opada gwałtownie. Uderza o podłogę. Obraz znów się przechyla. W kadrze pojawiają się buty. Jedna para. Męskie. Głos mężczyzny jest ledwie słyszalny. Jestem, mówi. A potem dodaje coś w stylu skończmy to już. ( mocne zakłócenia obrazu i dźwięku) Trudno to rozróżnić. Po chwili słychać drugi głos. Wyraźniejszy. Spokojny. Kobiecy. (Ten sam co poprzednio, lecz nie ma pewności) Wypowiada jedno zdanie, bardzo blisko mikrofonu. To koniec. Zostań z nami w tym domu. Kamera leży nadal. Obraz ostro drga. Ktoś podnosi ją z podłogi W kadrze pojawia się postać bez twarzy i rysów. O żółtych jasnych ślepiach. Zielona dioda gaśnie. Nagranie kończy się dokładnie w tym momencie. Sprawdziliśmy wskazane miejsce następnego dnia. Nie znaleźliśmy żadnego budynku. Tylko zgniłe belki, zapadniętą piwnicę i ślady po dawnym pożarze. Miejsce wyglądało na niezamieszkałe od dziesięcioleci. Nie znaleźliśmy ciała. Kamerę zapakowano jako dowód rzeczowy i przekazano do archiwum. Oficjalnie uznano ją za uszkodzoną. Nieoficjalnie nikt nie zgodził się jej już włączyć. Raport ze śledztwa w North Madison w sprawie zaginięcia Mike'a Gainmana studenta trzeciego roku szkoły reżyserskiej i jego partnerki Rose Atichison w związku z rzekomym ujawnieniem się klątwy(sic!) wiedźmy z Madison 14 kwietnia 1999 roku. Biuro Śledcze Szeryfa Hrabstwa Granger Spisał mjr. Adam Devlin Oznaczono jako ściśle tajne.
  24. Demonie w śniegu i mrozie zastygły. Czemu Ty, zrujnowane pustostany nawiedzasz a boisz się tego z koszmarów mieszkania? Ty bez strachu, stąpałeś po krwi przeklętych upiorów w dziewiątym kręgu. Ty wszechświaty, tarłeś w dłoni na proch. Anioły, tysiącami strącałeś do nicości. A tego progu nie możesz przestąpić. Bo czujesz strach i zło większe od siebie wokół. Ty, który opętywałeś proroków i zbawców. Teraz sam boisz się tego namaszczenia. Zaklęciem otwierasz drzwi. I na śmierć pewną posyłasz diablików czambuł. To miejsce istnieje tylko dzięki Twoim wspomnieniom. Jest tak zimne i martwe. Jak pochowane wraz z Tobą ciała. Kochanka i jej piesek. Krzyki zalęgły się na dobre w ścianach. Zagłuszają nawet po dziś dzień, warkot pobliskiej fabryki i klaksony samochodów. Tutaj właśnie Cię zabito. Później długo więziono. To był samego Diabła spisek. Wolisz być bezdomnym bytem. Po wyjściu z grobowca na światło życia. Znicze na swej mogile pogasiłeś i kwiaty wyrwałeś z wianków. Ciało już dawno się rozpadło a duch z rozpaczy gnije. Jak owoce czy jarzyny. W sypialni znajdujesz prawdę. To po to tu przybyłeś. Na łóżku, leży dziecka trup. Na wpół zjedzone ma ciało. Lecz nie przez rozkład ani przez oddział Twych diablików.
  25. Wrogowie mnie otaczają. Brak mi brata do rozmów i cichych chwil zadumy, ciągnących się jak zaduszne, listopadowe godziny. Brak mi do szabli i szklanki, przysłowiowego Węgra. Mój przysiół, fortecą z lodu i kamienia. Granitowa wieża góruje wśród nisko osiadłych, stalowo połyskujących. Pierzastych, skłębionych bałwanów. Patrzę na ziemię niczyją, wyrosłą jak pleśń brunatna z równo ociosanych górskich zboczy. Tam śmierć dożyna nieszczęsnych rycerzy, co chcieli o łeb skrócić biblijnego Smoka. Uczepieni trokami z haków rzeźnickich do siodeł, pobladłych rozkładem ogierów. Wyklinają w agonii me zdradzieckie imię, krztusząc się krwią i gęstą śliną. A Śmierć odchodzi na przedzie w kulbace. Podkute kopyta końskie, zaczepiają w błotnistej mazi lepkiego śniegu o zapalniki porozrzucanych wszędzie min. Toną pozostawione zezwłoki w tym bagnie cuchnącej zgnilizną nicości. Nikt nie zliczy dusz pogasłych, na tym upadłym padole. Ich zbawienia ani modlitwa gorliwa ani krzyż osinowy nie wspiera. To pył ludzki, doczesny. Złożony z grzechów drobin. Mi tylko ciemność, rozległa po ścianach i węgłach służy. Mi jad wytruł uczucia. Skuteczniej niż wszystkie trucizny Amazonii. Zasypiam w korzeniach drzewa poznania dobra i zła. U mych strudzonych nóg, mówiący językami świata wąż się płoży. Na grubych, dolnych gałęziach powieszone ciała kobiety i mężczyzny. Bladzi i nadzy. Od pętli jednak w górę. Oczy mają wyjadłe przez mrok. Kruczoczarne. Na licach zaś opuchnięci, nabrzmiali, krwistoczerwoni.
×
×
  • Dodaj nową pozycję...