Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Kto mnie czyta na bieżąco ten wie,

że miałem użyć jeszcze obywatela Żerebcowa w innym utworze niż

"Szare eminencje".

Więc proszę oto nowa proza poetycka z postacią niesamowitego poety.

 

Amerykański studebaker,

przedzierał się przez zaspy,

plątaninę krzaków 

i zwalonych

siarczystym mrozem drzew,

niczym wściekły i głodny niedźwiedź.

Potężny silnik ciężarówki

charczał, kaszlał

i wył wchodząc na najwyższe obroty.

Śledziłem każdy jej ruch, 

od kiedy tylko

wychynęła zza odległego 

zakrętu u stóp niewielkiego wzgórza.

Rozkazałem pilnować więźniów

w budynku posterunku

a sam wyszedłem na spotkanie tych, którzy mieli uwolnić mnie 

od tego problematycznego balastu 

który często pozbawiał mnie spokojnego snu

a jeszcze częściej wiary 

w racjonalne

pojmowanie rzeczywistości.

 

 

Byłem wyznaczony na stanowisko 

nadzorcy obozu pracy nr 233.

Łagru dla szczególnie

wrogich i niebezpiecznych

dla systemu 

więźniów politycznych.

Zakończona ledwie pół roku temu 

Wielka Wojna Ojczyźniana

nie zatrzymała nawet na chwilę maszyny śmierci, 

która zbierała swe okrutne żniwo

na tym zapomnianym

przez wszelką cywilizację 

i oczy świata

skrawku terenu

gdzieś na zachód od Irkucka.

Przybywali tu i ginęli

setkami, tysiącami.

Pociągi i ciężarówki 

były pełne żywych i umarłych.

Śmierć w trakcie drogi

lub zaraz po przybyciu,

równała się tu łasce i miłosierdziu.

Ci którzy opierali się śmierci,

nie mogli robić tego w nieskończoność.

Pięć lat katorgi,

było prawie pewnym wyrokiem śmierci.

Zdecydowana większość miała wyroki 

od piętnastu lat do dożywocia.

Umierali w obozach,

kopalniach, hutach, 

przy budowie dróg i tras kolejowych.

Umierali w tajdze.

Głód, tyfus, czerwonka,

kule strażników.

Te też były oznaką miłosierdzia.

Często nie kopano nawet mogił.

Zrzucano ciała w lasach

a zwierzyna i czas robiły

co do nich należało.

Wszędzie wokół chodzono po kościach 

jak po świeżo wybrukowanym 

moskiewskim prospekcie.

 

 

Nie ma to jednak znaczenia.

Śmierć miliona to tylko statystyka,

dla słabych, uczuciowych umysłów.

Walka musiała trwać.

Element reakcyjny i burżuazyjny 

należało wyplenić.

Tak samo jak inteligencję.

Sierp i młot miały ściąć i zgnieść 

epokę carskiej szabli

i poetyckiego pióra.

Byli jednak tacy niezłomni,

którzy nie trwożyli przed obozami,

kulami, chorobami, sierpem ani młotem

a nawet gniewem czerwonego cara.

Przeżywali lata więzienia czy łagru.

Odnotowywano niby ich śmierć.

A potem łapano ich gdzieś w kraju

po raz wtóry, trzeci… dziesiąty.

Osadzano, umierali i odradzali się 

w innym miejscu tylko po to 

by dać się z czasem schwytać 

i koło się zamykało.

Niektórzy modlili się do nich

jak do ikon.

 

 

Byli święci choć przeklęci.

Był wśród nich najsłynniejszy wyklęty.

I za kilka chwil 

będę mógł gościć go 

w progu swego obozu.

Aż trudno uwierzyć, 

że cały komitet centralny 

drży z przestrachu 

na samo wspomnienie jego imienia.

Mówi się, 

że pojawił się w kraju 

zaraz po rewolucji październikowej.

I przez te prawie trzydzieści lat.

Ciągle unika wyroków śmierci.

Lecz schwytać można go łatwo.

Nie ukrywa się zbyt dobrze.

Cały czas piszę i wydaje w podziemiu,

swoje wiersze i książki.

Mówi się, że piekło go zrodziło.

Piekło go posłało, chroni go

i odradza w kółko.

Taki on święty 

a pakt podobno przed laty 

zawiązał z Diabłem.

Piekło wydaje jego dzieła.

 

 

Siedział wyroki

i na Kriestach i na Kołymie.

Za Murmańskiem i na Łubiance.

Nie bał się

kaźni tortur mu zgotowanych,

oprócz jednej tylko.

Chrestu całować nie chciał 

i na Boga się nie klął.

A w celi osadzony po nocach 

prawił rozmowy z cieniami.

I z kocurem, grubym i czarnym 

go często w celi widywano.

Nieraz go chcieli

zatłuc strażnicy 

albo zastrzelić, 

lecz kocisko

było mądrzejsze niż człowiek.

Unikało wszystkich pułapek.

I odwiedzało więźnia wszędzie, 

gdziekolwiek nie trafił.

Byli świadkowie niepodważalni,

którzy asystowali

przy egzekucjach pisarza.

Strzelano w niego, truto, bito na śmierć,

wieszano a nawet rąbano na części.

Zawsze po czasie wracał.

A nazywał się

Paweł Fiodorowicz Żerebcow.

 

Ciężarówka dowlokła się

do bramy obozu.

Kierowca zgasił silnik.

Z szoferki wysiadł oficer enkawudzista,

z przewieszoną przez

prawy bark pepeszą.

Nie rzekł nawet słowa na przywitanie,

miast tego wręczył jakieś papiery 

jednemu z moich strażników

a ten od razu przekazał je do mnie.

Wszystko się zgadzało.

Chcę go zobaczyć. 

Nie biorę kota w worku.

Enkawudzista zaśmiał się 

sucho przez nos.

Na pace jest i kot.

Sprawdźcie sobie jeśli chcecie.

Kierowca bębnił niespokojnie 

palcami o kierownicę.

Podświadomie wyczułem w nim strach.

Zasiał we mnie chwilę niepewności.

A jeśli Żerebcowa tam nie ma?

Ulotnił się w trakcie podróży.

Rozpłynął pośrodku niczego,

gdzieś w lesie.

 

 

Obchodziłem ciężarówkę ostrożnie.

Sam chciałbym teraz sięgnąć po broń.

Nawet jeśli kulę nie imają się jego ciała.

Spod zaciągniętego na sztywno 

brezentu paki,

wionęło ciepłą wilgocią, 

moczem, kałem i słodką nutą krwi.

Na samym przodzie za szoferką, 

siedział jeden jedyny więzień.

Nie był skuty.

Nie wyglądał 

na mocno zaniedbanego czy chorego.

To nie był żywy trup ani szkielet.

Zjawa przybyła z Łubianki czy Kołymy.

Był to po prostu człowiek.

Więzień na zewnątrz 

lecz nie wewnątrz samego siebie.

Nie wszystko wydawało się jednak

być w jak najlepszym porządku.

Wedle akt, Żerebcow powinien dobijać 

do pięćdziesięciu sześciu lat.

A ja patrzyłem na oblicze 

studenta rosyjskiej filologii 

uniwersytetu w Petersburgu.

Odjąłbym mu co najmniej trzy dekady.

Był co prawda

brudny, pobity, zawszony 

ale co dla niego najważniejsze,

nie był złamany.

Jego wzrok nie był wzrokiem więźnia.

Nie był pogodzonym ze śmiercią, przestraszonym mężczyzną.

On był tylko

smutno patrzącym w onuce poetą

któremu kolejny wyrok śmierci przerywał passę tworzenia

swoich dzieł.

 

 

Spojrzał na mnie

tylko przez ułamek sekundy,

widać nie był ciekaw gdzie trafił.

Był to wzrok bystry i czujny.

Prawda, przygnębiający ale nie pusty.

Kriesty.

Kołyma.

Murmańsk.

Trzy potwierdzone egzekucje.

Dwie próby ucieczki.

Sześć transportów więziennych zakończonych śmiercią konwoju.

A mimo to siedział tutaj.

Żywy.

Jakby czas po prostu

nie chciał go dotknąć.

 

 

Między jego nogami coś się poruszyło.

Był to ogromny, czarny kot.

Uniósł ogon i wtulił się 

nastroszoną sierścią

w łydkę Żerebcowa.

Łasił się powoli, 

wręcz prowokująco.

Wiedział, że

skupiłem na nim całą uwagę.

Miał piękne, lśniące futro, 

poszarpane lekko,lewe ucho 

i prawie ludzki, zimny uśmiech.

Dołączył do tego

hipnotycznie, głęboki wzrok.

Patrzył nie na mnie a w głąb mnie.

Przerażał bardziej niż sam Żerebcow.

Pomyślałem, że ten kocur 

to jakiś jego krajan

z samej czeluści piekła.

 

 

Żerebcow siedział bez ruchu.

Zgarbiony lekko.

Tak jak gdyby czytał książkę 

w sali leningradzkiej biblioteki.

Nie zamierzał chyba mówić ani słowa.

Wy jesteście

Paweł Fiodorowicz Żerebcow?

Po tych latach 

odsiadki, łagrów, obław i egzekucji.

Wyglądał po prostu jak człowiek.

Nie nowy rodzaj człowieka.

Zbudowany ze stali, obywatel sowiecki.

Żerebcow był z innej epoki,

innego czasu.

Spokojny, miły,

wyjęty z kart dawnej literatury.

Inteligent milcząco przytaknął.

A kot wskoczył mu ochoczo na kolana.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Opublikowano

@Simon Tracy

 

Świetna opowieść o starciu systemu totalitarnego z człowiekiem, którego ten system nie potrafi zniszczyć. :)

Bułhakowska atmosfera ,  idealne osadzenie historyczne i mocny obraz na koniec tej części. 

Przeczytałam z dużym zainteresowaniem i przyjemnością. 

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    • SŁOWA, W KTÓRE CIĘ KOCHAM JUŻ NIE

      reż. Serge Gainsbourg

      MINITEL: 6996
      (Hier Schiphol Port)

      Kocham cię tak
      O, jak w locie ptak!
      Ja ciebie też nie

      Och, miła ma...
      W fal odwieczny cień
      Idę i wchodzę wnet
      W lędźwie twe 

      Bo ja
      Kocham cię Kocham tak
      O tak, kocham cię!
      Ja też nie
      Och, miła ma...
      Ty to fala,  ja ziemi trud 
      By, wpłynąć na  brzeg
      Mych zeschłych ud

      Więc ja
      Na spotkanie biegnę ci
      Kocham Cię Kocham Cię
      Ja też nie

      Och, miła ma...
      W fal odwieczny cień
      Idę i wchodzę wnet
      W Twój lepki mrok 

      Wstrzymuję krok 
      Ty bijesz o mój szczyt
      Czubek miłości mej 
      Idę, by hołd złożyć ci
      Złożyć perły dżdżu 
      W dolinie Twych ust
      A Ty idziesz w mój ślad 
       - Kocham Cię Kocham Cię
      O tak, kocham na wznak!
      Ja też nie

      Miłośi ciał  zamknięty pas
      Lecz ląduję i tak 
      Gdzie twego  łona port
      Chcę orczyk ściągnąć, poziom zerr
      Lecz to Ty trzymasz ster 
      Nachodzi, ziemi fort...
      Nie! Terra... terr!
      Terrain ahead, pull up!
      Przyziemienia spaz..

      Je t'aime de pluie
      Moi non plus
      Je te kiffe 
      Même diff...

      RICHARD 1004
      (Tu i tu, i tam)

      Kochał  pałac tak
      (Boga palec mniej)
      Że porwał go żelazny ptak, 
      W las antycznych ciał...
      I w ostry historii cień
      Wbił dziób swój, w ziemi krew

      Więc wzbił się w dech małpiej mgły
      W pagonów, tóg werbli rytm 
      Stary wilk wciąż dzierżył ster, 
      Lecz w dziobie niósł Elbrusu cień

      O konia dam na sławy żer!
      My też nie
      Och, ziemio ma...
      To tylko zakłócenia fal, przecie wciąż kochasz mnie

      Chcę wpłynąć znów w Victorii dal
      Więc zlecę tu, gdzie tylko chcesz,
      By Vox Populi skrył mnie deszcz
      Osiodłam znów mit krwistych burz...
      Czy wyjdziesz na spotkanie  mi?
      Wciąż kocham tak Twój blado-krwawy róż,
      Dam kres swym dniom, by być miłym ci..

      Och, miła ma...
      Na fali twej
      Ulecieć chcę nawet tam,
      Gdzie Aerofłot 
      Wstrzymuje lot

      Biję w wąwozu szczyt,
      Lodowej góry Twej 
      Idę, by hołd złożyć Im
      I łożyć perły  ciał 
      Na ołtarz tronu łez

      O miła ma, zetnę tysiąc brzóz
      By wpiąć je w dolinę Twych ust
      Jeśli Ty też nie trafisz w pas
      W mój kurs i szlak

      "Nie zostawiaj mnie
      Nie zostawiaj w tym tu
      Nie zostawiaj, chcę...
      Nie zostawiaj: Mu

      Obiecuję ci
      Wyssać perły krwi 
      Z ciebie l ziemi tej,
      Gdzie pada żelaza deszcz
      I z najkrwawszej z ziem
      Wycisnąć choć metr 
      Stopę... Stop tlen,
      Skryłem ciało swe
      W całun błót,w martwy liść

      Kocham Cię Kocham Cię
      O daj mi znak
      Kocham je
      Leżę tam, gdzie znak...
      My przez chwilę też tak

      Miłości ciał zamknięty pas
      Lecz ląduję i tak
      Jak te jedwabne drzwi
      Gdzie mój ostatni port
      Orczyk ściągam, poziom sto 
      Lecz ster trzyma On;
      "Pо правильной дороге.
      Na верном пути"
      Sixty , fifty, fort...
      Nie! Ziemia...ziem!
      Kur!!!
      Uniżenia dno (w dur)
      Wniebowzięcia dreszcz...
      Pравильнa дорогa.
      Na верно
       Pути..."

      Wiary dochowałem, ukończyłem lot
      Wzbiłem się w Majestatat Flot
      Wstrzymałem dech
      Wbiłem w wąwozu szczyt
      Zdradzony świt
      Góry Kości tej
      Kur piał (X3)

      Я люблю тебя, туман.
      И я.
      Я сошёл с ума,
      Я сошёл c телa
      Я, туман.

      YFD: 0-911
      (Sullied van)

      Kochał  tak przygody smak
      (I inshallah też)
      Że porwał go żelazny ptak
      W tumult szklanych wież  ...

      "Yes;  the book and orders were onboard,
      Quite quiet men, and riot squads 
      His cutting edge was not stored
      And  came quite handy down the road;
      Tak; księgę i przekaz na pokład wziął,
      Ludy niemyte, i ICE w gorącej krwi,
      I ostry wzrok, co niejeden róg ściął
      I był poręczny w zręcznym locie tym;

      His learning did not go as far
      As safely getting to the quai: 
      He only sought to know how to start;
      The rest, he'll discover on the fly"

      Nauka ma nie zaszła dalej, niż w ten las,
      Nie porywa go, jak znaleźć bezpieczny port
      Chciałem tylko wiedzieć, jak zerwać  czas:
      Nocy nie zrywałem, by wejść w ten lot

      I w szklany sufit  historii się wbić 
      I wyspy podbrzusze spowić w 2x piał Kur
      I Ziemię Zer  zatopić  we krwi 
      I paszczę przymknąć Ul. Mur

      By betonu konkret wspiął się w poezji mgłę 
      Epoletów belki wzniosły w rytm oddechu serc
      Morskiemu wilkowi odebrać ster,
      A rufę mu wszedł  morza Hudson cień

      Wlatuję w dolinę wąwozu wrażych wież
      Tej Sodomy muru, co niesie śmierć.
      Złożę je, jak ściany, gdzie Rzece w paradę wchodzi Brzeg
      Złożę perłę ciała, gdzie króluje Wieprz

      Daj skrzydlatego konia, by los  pożywił się!
      W zero ziemii, jedność z tym co jeden jest

      To tylko wzburzenie fal, jak w majowy dzień
      Uleciałem zburzyć płaczu mur 
      Rozciałem, gdzie On wezwał mnie  
      Żeby Vox Dei deszcz ognia spuścił z chmur

      Czy wyjdzie, by spotkać nas, gdzie seraju próg? Wciąż tak bardzo kocham Twą zieleń i biel,
      Oddam chętnie życie, jeśli tak chce Bóg…

      Panie zielonooki mój spełniłem Twój cel
      Lecz na mych kompanów wciąż czeka Air Virgin 95
      ...


      Na ołtarzu tronu łez. Brzeg
      O, mój drogi, powalę tysiąc wież,
      Aby przywiązać je do doliny twoich ust,
      Na mojej ścieżce i za mną,

      „Nie zostawiaj mnie,
      Nie zostawiaj mnie tutaj,
      Nie zostawiaj mnie, chcę…
      Nie zostawiaj mnie,

      Obiecuję ci,
      Wyssać perły krwi,
      Z ciebie i z tej ziemi,
      Gdzie pada żelazny deszcz,

      I z najkrwawszych krain,
      Utrzymać choćby metr,
      Stopę… Zatrzymać tlen,
      Ukryłem moje ciało,

      W całunie z błota, w martwym liściu.
      Kocham cię, kocham cię
      Och, daj mi znak
      Kocham je


      CHAR 0:  ELEB 1997
      (Paparazzo a Pariggio)

      Tak bardzo kochała blichtr 
      (I Charlie'go dryg)
      Że wyniósł ją żelaza cykl 
      Ciężkiego niby Mig...

      Tak dobrze kreślili śmiech
      (Przecież to nie grzech)
      Że poniosło ich chyba trzech
      W pieca miech

      Tak mocno śpiewali śmierć
      Że śmierć wniosła eich skład Zejść 
      I w ich metalu śmieć 
      Doniosła -126

      Wynieśli się w rytm diesla mgły,
      W Staccato AK-33
      Solingen  ostateczny sztych
      Jak kiedyś ja i ty

      Czy w szykach togi od chez Dior
      Czy w czerni Crayon d'Or
      Czy w logo Revenge of Thor
      Peu importe: ils sont morts;

      Wpadł im z rąk życia ster,
      Kierownica w odcień camembert, 
      Podkład dla wrażliwych cer,
      Kredka  marki 0.0 

      Same diff, they have deferred bardzo kochała blichtr 
      (I Charlie'go dryg)
      Że wyniósł ją żelaza cykl 
      Ciężkiego niby Mig...

      Tak dobrze kreślili śmiech
      (Przecież to nie grzech)
      Że poniosło ich chyba trzech
      W pieca miech

      Tak mocno śpiewali śmierć
      Że śmierć wniosła eich skład Zejść 
      I w ich metalu śmieć 
      Doniosła -126

      Wynieśli się w rytm diesla mgły,
      W Staccato AK-33
      Solingen  ostateczny sztych
      Jak kiedyś ja i ty

      Czy w szykach togi od chez Dior
      Czy w czerni Crayon d'Or
      Czy w logo Revenge of Thor
      Peu importe: ils sont morts;

      Wpadł im z rąk życia ster,
      Kierownica w odcień camembert, 
      Podkład dla wrażliwych cer,
      Kredka  marki 0.0 

      Same diff, they have deferred
      Czy dosiedli Rossiniego niższych sfer
      Czy Rossinanta La Manche
      Czy Rossinskiego plansz 

      Liczy się, że są jak Edam ser
      Ziemia, tu planeta Metal Mars 
      Tu patria Allah en marche
      Tu księstwo  Mówisz i Masz

      Gdziekolwiek, trzy muchomory w barszcz
      Czy podburzone karykatury szkło
      Czy wzburzenie a la Monroe 
      Czy mur zburzony Behemotha czcią

      Non importa, sono senza brio...
      Czy krwawego bata klan 
      Czy czarno-biały ilustracji plan
      Czy arabski z drugiej ręki flan

      Egal, alle sind raus aus dem Lebens Autobahn  
      Ech, życie, kocham cię, kocham cię życie nad
      Och, wskaż mi szlak.
      Kładę się tam, gdzie jest znak…

      Ciała miłości zamknięte są
      Ale i tak ląduję, gdzie jest mój dom
      Jak te  bramy w jedwabny ton
      Gdzie mój ostateczny port?

      Wyciągam kabel pogłębiarki, poziom sto
      Ale to On trzyma ster, poker la pobiera cło
      „Na właściwej drodze. „Wierną Ścieżką swą”
      Sześćdziesiąt, pięćdziesiąt, od i do…

      Nie! Ląd… ląd! Kogut!!! Na dach
      Głębia pokory (durowych shal)
      Dreszcz Wniebowzięcia…i strach
      Ścieżka sprawiedliwości wiedzie w dal 

      Na wiernej ścieżce jak bezpański kot
      Dotrzymałem wiary, ukończyłem lot
      Wzniosłem się w majestacie flot


       

       

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...