Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Jest mi bardzo miło ogłosić nowy konkurs na www.poezja.org, Tym razem będą trzy nagrody (za co należą się serdeczne podziękowania Oxyvii)

1. Miasto - zbiór wierszy i opowiadań Oxyvii, Joanny Iwanickiej i Barbary Szafrańskiej,
2. Odbicia - almanach wierszy i opowiadań grupy literackiej Terra Poetica,
3. Słowiańska woda pamięci - antologia z XXIV Ogólnopolskich Literackich Spotkań Pokoleń w Kruszwicy.

Tematem przewodnim będzie "miasto". Styl tym razem dowolny, regulamin jasny i przejrzysty jak ostatnio - wklejamy po jednym wierszu, do końca październiku, jury oceni je i poda wyniki do 10 listopada.

Skład jury:
Michał Kiliński
Grzegorz Gniady
Pijaczyna OK

z pomocą:
Kaliope X

Ruszamy!!!

Opublikowano
Miejskie


z obserwacji miejskich

miasto przypomina
wielkie imadło
na wrażliwość

interesy kwitną
jak zaskoczone
jabłka na
gołych jesiennych
gałęziach jabłoni

druga twarz zieleni
ciemnieje
pod szarówką nieba

latarnia aniołem na ćmy
i głupia nocna lampka
jest mi bardziej światłem
od bazgrania

pan Dymarczyk
maluje pejzaż miasta

siedzi na gałęzi
wierzby pod teatrem

życie nie teatr
panie Bonifacy
życie nie...

pan wie
pana pobili

tak wyginęli
genius loci
tego miasta

jak zaskoczone jabłka w sadzie
na jabłoni
Opublikowano

Pociąg

Słońce paliło oczy
mleczną nieba rozetą.
Pejzaż ciosany, cicho odchodził
w zaspane białe echo.

I ty rzeźbiarzu
(niepodobny obłokom)
stałeś patrząc na place
falujące w płomieniach wysoko.

Przystanki drzew zamarzały
odarte z puchu
Mrówka na iglicy konała
podobna powiece zbyt krótkiej
I szary szum porastał dzwony
zamiast gołębi, które uśpione
Czekały daremnie jutra...
chociaż nocy...

Wosk ci w ceglanych palcach spłonął

Jesteś jak ten plac
tylko serce masz spuchłe
glinę w żelazny sennik wklejoną
i rozpryśniętą w pędy twarz...

Opublikowano
Dotlenianie w Hirschberg

Ktoś potargał wszystkie klony
ludzkim krokiem bezimiennym,
most nad Bobrem pomarszczony
- cały w barwach rdzy - jesienny.

Domy, wozy, trotuary,
grube ryby i żebracy.
Jakie miasta są zamiary,
skoro obcy obcym tacy?

Tynkiem muru zawinięci,
zapędzeni w minę Muncha.
Tutaj wszyscy wszystkim święci
- ale jakby w marność ducha.

Jak wyznaczyć pewne kroki
nocnym chodem - tak niewiernym,
gdy wśród ulic mętne zwłoki
pełzną z melin do tawerny?

Żeby wygrać swe igrzysko
trzeba upaść bardzo nisko...
Żeby ludzie ludziom bliżej
- trzeba upaść jeszcze niżej.

Jak swe rany tu zabliźnić?
Jak, co, komu to tłumaczyć,
gdy bez naszych własnych bliźnich
- żadne miasto nic nie znaczy...
Opublikowano

Bawimy się dalej? może nie rymowany, ale trwialno- niewiadomojaki, wieć może się wstrzele w jakąś kategorię:

Kiedyś cała ta Ziemia
zarośnie jak trawą
domami

(. . .Bangalore. . . )

wiosek nie będzie
pozżerają je miasta

(. . .Bangalore. . .)

ogromne metropolie
na ludzkich zgliszczach

(. . .Bangalore. . .)

pewnie znajdzie się mądry ktoś
z nową jednostką
zrobi nam przyjemność
zrachuje ten koszmar

(. . .Bangalore. . .)

jest jednak nadzieja
że ludzie zapomną
jak krzesi się ogień
wtedy upadnie
nawet Bangalore

Opublikowano
Portret z rzeką

puste mosty jak klamry
spinają dwie części miasta
choć brzegi nie chcą połączenia

rzeka wije się jak zaskroniec
złapany w potrzask

dzisiejszy beton i szkło
walczą z wczorajszą cegłą
i spleśniałą dachówką
rdza aut wtapia się w brąz
leżących liści

lewa strona miasta świeci czystością
tysiącem neonów
woda połyka kolorowe światło

przeciwległa część jak czarna mgławica
leży w ciemności

nocą nad całym rozciąga się
fosforyzujące niebo
w dzień ta sama zmęczona jasność
po obu stronach
mieszkają nieszczęśliwi ludzie

Opublikowano

los rzucił mnie w miasto
bloki ulice parki
choć duże czasem
wejdzie się w Ciasną
zapuści w zakamarki

przejścia rozpozna nieznane
skróty dziwnie tajemne
którymi złodziej ucieka
a czasem gra się w szukane

inna jest w mieście wiosna
mniej świeża niż ta na polach
mniej syta i mniej pachnąca
jak zupa odgrzana od wczoraj

lato też bardziej gorące
spłynie lodem po rękach
zdyszane się rozkołysze
w kobiet barwnych sukienkach

niejedna miłość tu się zagubi
niejedna miłość odnajdzie
bo jakoś tłumniej tu ciaśniej
i tęskniej bywa też bardziej

Opublikowano

Moje

stary park w centrum miasta jak zawsze gościnny
dęby pamiętające wojny zawieruchy
ukłonami zapraszają nas szeleściwie
ławeczki szepczą :usiądź dodamy otuchy

rzeka wciąż szemrząc podpowiada : unieś głowę
wysoka skarpa średniowieczny mur obronny
za nim fara strzelista zachwyca budowlą
artyści trudzą się malując cegły dzwony

rynek wokół uliczki wąskie jak paseczki
przechodnie ocierają się o siebie i wpadają
uśmiechają beztrosko bez żalu zaczepki
co w gości przybyli starówkę podziwiają

osiedla te wysokie i niskie przykuwają
ciekawskich oczy architekturą bo piękna
zielenią topi się dokoła już od maja
zalotnych świateł błyski stopu na zakrętach

gdy zmierzcha włącza się sodowe słońce ulic
tak mocą w noc lśni niczym w bajce moje miasto
już nie zamienię go na inne nigdy za nic
a strudzeni ludzie ludziom ślą mile dobranoc

(panorama)

Opublikowano

Miasto...

Miasto moje
wciąż się zmienia
Patron Miasta
zmienił cokół
stanął dumnie
przy Ratuszu
z skwerku się
wyłonił mroku

Odnowiony
odświeżony
opłukany
letnim deszczem
w blasku ulic
rozświetlonych
wierzy że to
sen jest jeszcze

A na skwerku
gdzie na spacer
wielu mieszczan
chętnie chodzi
wszyscy widzą
wszyscy wiedzą

wreszcie się
fontanna rodzi

Planowana
wyczekana
wodnym szalem
skwer ozdobi
tchnie wilgocią
w gardło smoga
i gorące dni ochłodzi

- 2007 -

Opublikowano

Ten co rozmawia z drzewem nie potrzebuje wcale psychiatry!
Niestety, sporo ludzi uważa inaczej (powiedział kiedyś znany ktoś)
I właśnie to mnie martwi, że nie mam za bardzo z kim pogadać, idąc przez miasto:(

Na zawsze w sercu Kielecczyzna
Mą sadybą, ojczystym domem
Tu każdy zabytek jak numizmat
Z dumą reprezentuje ikonę

Buta miasta, wizytówka
To zieleni ogromne zasoby
Oraz Kadzielnia i Karczówka
Nasze rezerwaty przyrody

Ach Kieleckie jakie cudne!
Ciężko Markowi nie przyznać racji
I choć drogi mamy nierówne
Nikt tu nie myśli o emigracji

Jednakże jest coś, co mnie złości
Co mnie w nocy, ze snu wyrywa
To urbaniści i ich skłonności
By lokować, tu swoje aktywa

Betoniarka niczym buldożer
Chce nam zmajstrować Amerykę
Paszoł won! Przyrody cenzorze!
Bo nam spartolisz estetykę!

Niewzruszona, cement wylewa
Niwecząc pasma bujnej zieleni
A ja lamentuję, ubolewam
Bo nie mogę tego przerwać, zmienić

Pamiętam liście na deptaku
Kiedy jesień ogarniała miasto
Dzisiaj cierpię z powodu ich braku
Bo już nie jest tak drzewiasto

Przynajmniej cieszy się ikea
Będzie mieć materiał na meble
A takie śliczne stały drzewa
Jeden przy drugim, równolegle..

Urbanizacja matką rozwoju!
Rzekł w TV jakiś mądrala
Posłuchaj mnie rządowy gnoju!
Miasto - to nie miejsce dla drwala!

Opublikowano

Miasto

Iść, zwiedzać, wspominać -
tyle pięknych chwil które
były, będą, są.

Nawet ponura kawiarenka -
ta gdzie pierwsze spotkanie
tak owocne.

Nawet szary dworzec -
brudny dworzec
opowiada historię.

Nawet szare drzewo -
co dużo widziało
tak mało mówi.

Kąt, dom, kamień, rzeka -
i inne dogmaty miasta
szepczą nieustanie
historię sprzed lat...

Opublikowano

brzęczy i chrzęści rozgrzana życiem machina
tonem plugastwa rozpędzonych bezimiennych
od brzasku do brzasku me miasto nie zasypia
turkocząc na kołach świat marzeń nie spełnionych

zmieniają krajobraz społeczną nową falą
robotnik - pijak - matka z dzieckiem - niznany gach
kanciaste figury to płoną to znów gasną
jak wieczne czuwanie zniczy na ich cmentarzach

gęsty zapach smogu osiada na powiekach
poranną kawą cucimy własny rozsądek
ja na monocyklu słów przyspieszam - uciekasz?
mała zębatka - dziecko - pisk opon... to koniec!

Opublikowano

Melancholia ulicy

Ulice miasteczka które pamiętam
miały aurę z płótna de Chirica
domy ubrane w pióropusz dymu
witały cieniem zbłąkanych przechodniów
przydrożne drzewa kusiły owocem
kot na ganku grzejąc futro
szeptał sjestową mantrę

Ulice miasteczka jak szlaki pielgrzymek
zbiegały się u stóp kościoła
gdzie dzwon mierzył regularnie trans
między pianiem budzika a nieszporami
(tylko dziewczynki biegnącej za kółkiem
nie można było spotkać)

Opublikowano

Wolin 2006


Miasto.Miasteczko.Pustynny krajobraz.
Jak wielbłąd przemyka widmo zagłady.
Zlikwidowano wszystkie zakłady.

Poranek.Zwyczajny.Taki jak wiele.
Martwą ulicą przetacza się nuda.
Żadnego Boga w kościele.

Drzewa zastygły,nie trąca ich wiatr.
Zegar idzie na ósmą.
Zbankrutował czas.

Powietrze duszne.Bez ptasiego śpiewu.
Jabol trzy pięćdziesiąt.
Nabywca-zaśpiewa.

Chodnikiem płynie osada sprzątaczek.
Wiosłują słowami.Ostrożnie.
Wypłata gówniana,inaczej nie można.

Na targu warzywa i owoce.
Jarmark tego co możliwe.
Ale po co.

Iwona.Jedyna w mieście oaza.
Niedostępna jak zaświaty.
Nie przeszkadza.

Wszyscy już wiemy.Nic tu się nie zdarzy.
Burmistrz to olewa.
Jest szeryfem bez skazy.

Głos muezina z kościelnej wieży.
Czy wierzyć w Pana Boga ?
Czy Pan Bóg - w nas wierzy ?


Opublikowano

"Bezmiastowy"

Ma je ten pan, ma je tamta niewiasta,
ma żul, makler, ma literatury znawca.
Moje życie co dzień goryczą zarasta,
bo ja nie mam swojego miasta.

Kartony, bilety, pożegnania i parapetówki.
A ja chcę mieć gdzie kupować ulubione parówki!
Swój dom, adres, park, cokolwiek,
ja, mam tylko ciężar swoich powiek.

Wciąż nowe uliczki, sklepy, urzędy i bzdety,
obce sąsiadki, języki, żarty i nawyki.
Dość!
Obojętne mi,
może być u Wikingów, u wuja Sama,
tam gdzie zielono, gdzie wielka tama,
u św. Patryka lub w grodzie Piasta.
No gdzie?
Ile mogę żyć bez swojego miasta?

Boże, czy Tobie się to kiedyś znuży?
Gdzie kres mojej podróży?
Ile mam jeszcze szukać, latać i płakać?
Moje życie zaczyna łzami przemakać!
Gdzie przyjaciele?
Czemu zmienia się ciągle tak wiele?
Czemu nie znają mnie w tym kościele?
Błagam! To przecież tak niewiele!

Chciałbym tak zwyczajnie, normalnie,
spokojnie i konwencjonalnie.
Wyjeżdżając,
móc jak ten pan, jak tamta niewiasta,
zostawić serce pod adresem mojego miasta.

Opublikowano

Nocmia

jestem ciekawa, jak mnie zapamiętasz,
gdy będę przeszła w ulice i skwery.
stanę się częścią osobnego miasta,
czy przejdę w nuty z łabędziej opery,

czy miniatury brązowych krasnali,
a we współczesnym skrzepnę horyzontem,
lub pod pręgierzem, jak bezbożne panny,
gdy prawi szydzą, dumni samosądem,

aż utknę w windzie, co nigdy nie wiozła
na siódme niebo zgłodniałych kochanków,
tuż przy fontannie - kropla w rynku, rosa,
osiądę chłodem na siódmym przystanku.

czy tylko w światłach, w drodze do nankiera
wtopię się w przepaść czarno-białej zebry?
wśród miejskiej, szklanej, dusznej menażerii
będę na głównym przy kasie MIESIĘCZNY.

10. 10. 2012.

Opublikowano

MIASTA CZAR

Wielkie miasto ludzi wielu
Dużo świateł mało tlenu
Mnóstwo ludzi dookoła
Już od tego boli głowa
Żagle tablic i bilbordów
Rozpraszają tych przechodniów
Ci odważni w wiecznym pędzie
Gonią za tym co nadejdzie
Pan z walizką buta wiąże
Pani z wózkiem zaszła w ciąże
Chłopiec biegnąc po kebaba
Chcąc ominąć panią, uderza w pana
TY stoisz gdzieś próbując zniknąć
Chcesz wyjechać gdzieś na stałe
I marzenia spełnić małe
Bezsens w bezsens jest ubrany
Ty nie widzisz złotej bramy
W tymże mieście tak ponurym
W melancholii marnej bzdury
Mówisz miasto srogie miasto złe
A to miasto wiele chcę
Podarować Ci malunki
I uśmiechów pełne trunki
I nie zrażaj się do niego
Ono wznosi tylko w niebo
Tańczyć Cię nauczy w parze
Ja go skarcić nie odważe
Nagle czujesz że coś w brzuchu
Ciągle lata dręczy kłuję
I tak mówisz już w bezruchu
Że te miasto Cię czaruję
Opublikowano

Moje miasto

Zmrok przetoczył się ulicą
tak leniwie, ociężale,
przywitał się z wieczornicą,
przy ratuszu siadł ospale.

Jak mgła schodzi dzień oparem,
gaśnie taki umęczony,
księżyc wisi nad bulwarem,
i mrugają już neony.

Moje miasto sennie ziewa,
cichną domy, kamienice,
dookoła noc dojrzewa,
pustoszeją już ulice.

Jeszcze tylko przy Klasztornej
amfiteatr kończy właśnie,
satyryczny cykl wieczorny
i niebawem on też zaśnie.

Na ratuszu zegar bije
w nocnej ciszy północ głosi
do księżyca pies znów wyje
jakby z żalem o coś prosił.

Moje miasto już się budzi,
wschodzi słonka promyk złoty
na ulicy widać ludzi
już się spieszą do roboty.

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • jak różne kraje i obyczaje odmienne jak brak porównania istnieją zamki, istnieją grody i nikt nie chce całej Ziemii ... Ziemia jest wielką jabłonią wystarczy owocu wystarczy cienia
    • @andrew   To "w codzienności ciebie nie ma" - bo właśnie ta nieobecność obok obecności jest najtrudniejsza do opisania i najtrudniejsza do zniesienia. Wiersz bardzo prawdziwy.
    • Utwór inspirowany "Modelem Pickmana" H.P.Lovecrafta, "Portretem Owalnym" E.A.Poe oraz prozą poetycką w duchu gotyckiego romantyzmu i dekadencji. Po ostatnich moich naprawdę słabych tekstach, staram się nim powrócić do równowagi i poziomu artystycznego do jakiego siebie i Was przyzwyczaiłem. Najdłuższy mój tekst od bardzo dawna. Od razu przed tym przestrzegam.   "Portret Owalny" cz.1   Kariera miejskiego urzędnika  nie pociągała mnie ani trochę, więc szybko z niej zrezygnowałem, uwalniając się tym samym  od dyktatorskiej postawy i protekcji  mojego kochanego ojca  w którego wydziale miejskim  miałem okazję zdobywać doświadczenie, lecz częściej stawałem się  niesłusznie obarczaną winą  za wszelkie niepowodzenia marionetką  niż pełnoprawnym rajcą. Zrezygnowałem w grudniu, pobierając jeszcze ostatnią należną pensję i przeznaczając ją na bilet kolejowy  do pobliskiego miasteczka i pierwszy czynsz na nowym dość dobrze usytuowanym i wyposażonym mieszkaniu. Nie chciałem spędzać świąt  w rodzinnym domu. Zresztą i ojciec  nie dał poznać po sobie  by miał jeszcze ochotę  mnie kiedykolwiek oglądać. Nie zapytał o nic. Z czego będę żył? Gdzie będę mieszkał? Z kim będę spędzał czas? Szczerze to sam nie znałem odpowiedzi. Utrzymanie mieszkania kosztowało sporo. Nie miałem w miasteczku  innych krewnych ani znajomych. Nie miałem żadnego  przydatnego fachu w ręku. Zresztą osobista duma  nie pozwoliłaby mi zniżyć się do poziomu  brudnego robotnika czy górnika. Pech a może jednak szczęśliwy traf chciał, że trafiłem pod dach,  który krył ludzi  w większości mojego pokroju i pochodzenia jak również opierających  swoje przemijające rwąco życie  na przyjemnościach związanych  z zasobnością rodzinnych kont. Kamienicę naszą nazywano dżunglą. Pełna była kolorowych ptaków  tutejszego życia elit kulturalnych. Byli i odszczepieni siłą  od konserwatywnego salonu  banici poetyccy. Byli malarze tak genialnie operujący okiem wyobraźni i przestrzeni, że ich płótna zdawały się żywymi oknami, portalami pokazującymi świat  nie dostatni i widzialny dla większości, lecz ten mroczny i splugawiony wyziewami trujących plag nocnego życia. Prostytucją, porachunkami gangów, pijaństwem, opiumową gorączką, studenckim, hedonistycznym rozpasaniem, oraz eskalacją i gloryfikacją  przemocy i zepsucia. Byli też sensualni  do granic sennych marzeń rzeźbiarze. Zakochujący się romantycznie  w ideale wykutych mięśni i talii. Kamiennych lecz spragnionych czułości ust, jak i mlecznych, pełnych piersi, błagających o zbliżenie mokrego  od rozkosznej tęsknoty języka swych twórców. Wszyscy żyliśmy tam nie tu. Trwaliśmy w narkotycznej mgle umysłu. Pijackim śnie o pochwale sztuki. Jawa była koszmarem z którego budził nas dźwięk delikatnych dzwoneczków weny. Muzy pieściły nas tak długo, aż zatapialiśmy się  na długie godziny lub całe dni, w szorstkiej fakturze papieru lub nieskazitelnie dziewiczej bieli płótna. Lecz trwało to tylko chwilę. Zbyt krótko byśmy mogli zapomnieć  o zgrzytach struktury codzienności. O nauce, pracy czy rachunkach, tych uregulowanych bądź nie. Stos tych drugich  z czasem zaczął piętrzyć się  na sekretarzyku w moim gabinecie. Widmo nędzy,  stanęło przed oczyma  trzymając w kościstych dłoniach  weksle i wezwania do zapłaty. Dług gonił dług a pożyczka poganiała kolejną, Mówią, że tonący w bezdni morskiego wiru nawet brzytwy podanej się schwyci. I podał mi takową przypadek zupełny. Ogłoszenie w dzienniku porannym o treści jakże dla mnie ciekawej. Pewien malarz o jak stało w ogłoszeniu, nienagannej kulturze i ugruntowanej pozycji, szukał modeli do swoich prac a w szczególności portretów. Wypłaty gwarantował  po każdej ukończonej sesji   a ich wysokość przedstawił jako  wysoce satysfakcjonującą. Zaznaczył przeto  że nie interesuje go płeć piękna  a młodzi mężczyźni w sile witalnej, najlepiej studenci lub uczniowie liceów. Podane były dane do kontaktu listowego. Mile połechtany w czarnej godzinie próby, postanowiłem napisać do niego, składając swe gorące zainteresowanie ofertą jak i możliwością pracy z prawdziwym artystą. Pokrótce opisałem siebie  i swój wygląd zewnętrzny. Na końcu łącząc wyrazy szacunku i uznania  z prośbą o jak najrychlejszą odpowiedź. I ta przyszła już tydzień później  o dziwo dostarczona przez  chłopca na posyłki  w samym środku nocy. W krótkim liściku  zapisanym pięknym, równym pismem, malarz zapraszał mnie  wieczorem dnia najbliższego  na spotkanie i zarazem pierwszą sesję, na pobliski cmentarz  u zbiegu ulic Traverse i Elm. Miejsce wydało mi się nie tyle podejrzane  co bezmiar dziwne i abstrakcyjne, lecz proszono mnie w liściku o natychmiastowe potwierdzenie przybycia. Napisałem więc kilka słów zapewnienia  o moim pojawieniu się  o godzinie ósmej wieczorem  pod bramą nekropolii. Włożyłem liścik wraz z pięciopensówką  na powrót w dłoń chłopca  a ten pobiegł jak wicher  w opustoszałe i ciche ulice miasteczka. Przez cały dzień padał rzęsisty deszcz, który po zachodzie słońca przemienił się  w duże i mokre płatki, lepkiego śniegu. Leżał wszędzie. Na parkowych alejach,  wybrukowanych ulicach, w nieczynnej, miejskiej fontannie  u stóp ratusza a także pokrył zimnym płaszczem  grobowce nekropolii. Zjawiłem się punktualnie  jak na dżentelmena przystało. Na spotkanie pierwej nie wychynął mi nikt. Brama cmentarna była zamknięta  na dwie solidne, mosiężne kłódki. Ciężko byłoby ją ruszyć z miejsca  a przeskok przez nią  powodował ryzyko upadku  z dość wysoka lub nabicie członków ciała na ostre okucia, sterczące jak kły z paszczy bramy. Postanowiłem spokojnie zaczekać. Mrok rozjaśniony poświatą świeżego śniegu, nie zasłaniał w pełni  elementów miejscowego krajobrazu. Przede mną rozciągał się piękny  acz zapomniany lekko cmentarz. Aleje nie były brukowane. Krzywe i wyboiste  prowadziły do wiecznych domów zmarłych. Większość nagrobków opierało się jeszcze potędze bezdusznego czasu. Wyglądały spod ziemi ciekawie, niczym główki ghouli. Od większych grobowców, wionęło dojmującą ciszą, pustką  i tym specyficznym, namacalnym odruchem grozy, lepkim i zimnym przepływem  nieprzyjemnego prądu po grzbiecie. Broniły one skutecznie  spokoju swych mieszkańców. Żałobne anioły z marmuru  marzły na swych pokaźnych cokołach. Ślepym wzrokiem wiodły smutno  po zapuszczonym terenie. Czasami zaskrzypiał stary, dębowy krzyż. To znów wyczulony przez ciszę,  głuchej przestrzeni wokół słuch, wyłapał gdzieś w głębi cmentarza, krótki jęk, stęknięcie czy wycie i skomlenie. To wiatr płacze w koronach wiązów. A może bezdomni pijacy  dogorywają gdzieś w upodlonym upojeniu, wpadając nieuważnie  do otwartych powtórnie starych mogił. Obejmują ich ciała, kości i resztki zbutwiałych trumien. Zasypuje ich rozkopana wcześniej ziemia, odmawiając im rozgrzeszenia win  lecz zapewniając wieczny odpoczynek. Wzdrygnąłem się ze strachu. Z zamyślenia wyrwało mnie nagłe połaskotanie z okolicach łydek. To tylko rudo-biały kot trzymający zamęczonego szczura w pyszczku, chciał najpewniej  pochwalić się swą zdobyczą. Serce waliło mi jak oszalałe a kot niezrażony swym zachowaniem, skoczył gdzieś  do podpiwniczenia wieży ciśnień,  która jak góra wyrastała za moimi plecami. Ledwie ochłonąłem  a posłyszałem szybkie kroki, tym razem z pewnością ludzkie. Gdzieś ze środka cmentarnego muru  nagle wychynęła ludzka, dziecięca postać. Był to chłopiec  który przyniósł mi wiadomość od malarza. Był lekko zdyszany, czerwony na buzi ale szczęśliwy  widząc mnie w umówionym miejscu. Zdjął kaszkiet, ukłonił się  i skruszonym głosem powiedział. Przepraszam pana  z całego serca za spóźnienie  to wszystko przez tą pogodę. Cmentarz jest wyjątkowo  niebezpiecznym miejscem  przy takim śnieżnym maskowaniu. Jeden nieuważny krok i można złamać nogę lub skręcić kark wpadając komuś do grobu  z zupełnie niezapowiedzianą wizytą. Ale my na szczęście się umawialiśmy. Musi pan wybaczyć również panu Wildowi. Nie pokazuje się osobiście. Nie opuszcza już cmentarza i swej pracowni. Poważnie zachorował kilka lat temu. Choroba wykluczyła go zupełnie  ze współżycia społecznego… no może jednak nie zupełnie. Sprzedaje przecież obrazy do galerii sztuki, kontaktuje się listownie z innymi wielkimi malarzami i artystami. Poszukuję też coraz to nowych modeli  do swych dzieł i dlatego pan tutaj przybył. Zapraszam za mną. Pan Wild oczekuję w centrum nekropolii. Mur jest dziurawy w tym miejscu. Wystarczy że delikatnie się pan pochyli  i przejdzie bez problemu. Znam tutaj każdą szczelinę, dziurę i ścieżkę. Będę omijał najgorsze z nich. A gdy to nie wystarczy. Będę ostrzegał zawczasu.   Cóż innego przyszło mi czynić. Pochyliłem się przy rzeczonej dziurzę  i wszedłem za chłopcem na teren cmentarza. Od razu poczułem, jakbym cofnął się w czasie o cały wiek lub nawet dwa. Wszędzie panowała dostojna cisza. Wiatr ucichł w konarach  a wszelkie chrobotania, szelesty i pomruki, zamarły zgaszone tchnieniem  nocnego mrozu. Kobierzec dawno nie podcinanych traw, przybitych teraz ciężarem śniegu do podłoża był śliski i zdradliwy. Nocne harce pobudzonej wyobraźni, nadawały pomnikom czy ławkom, kształty i przeznaczenia  zbyt fantazyjne z oddali, by nie być zdziwionym  ich codziennej, powszedniej roli, będąc bezpośrednio w ich zasięgu. Chłopiec nie prowadził mnie  utartym szlakiem alejek. Kluczył pobocznymi sektorami, najwcześniej pochowanych  tu nieszczęśników. Widziałem spękane i starte płyty nagrobne, ozłocone, zaśniedziałymi literami. Zapadłe pomniki. Stare o wyblakłych, przytępionych rysach  i anonimowych twarzach. Opierające się grawitacji. Skrzywione i zgarbione  od skruszałych dawno elementów i rogów. Były i mogiły zdać by się mogło bezdenne. O barwie niebytu. W kolorze śmierci. O odcieniu wiecznej żałoby. Wyobraźnia plotła mi figle, bo wydawało mi się nieraz, że z takowych mogił wychynęły, pokryte liszajem i zgnilizną palce dłoni. To znów błysnęło lękliwie rubinową barwą, oko lub dwoje oczu. Ledwie kilka metrów od nas, przewrócił się mosiężny krzyż. Wpadł w szczelinę pomiędzy dwa zapomniane od lat groby. Dam głowę, że zaraz potem usłyszałem  w tym miejscu krótki, szczekliwy śmiech  a po nim odgłos ciągnięcia czegoś ciężkiego w głąb mroku nekropolii. Przechodziliśmy obok  dawnej cmentarnej kaplicy. Była kamienno, ceglaną wydmuszką. Spłonęła w czasach  gdy byłem malutkim dzieckiem. Próbowano ją odbudować  i gdy pracę miały się już ku końcowi, piekielny los zesłał burzę, której piorun dopełnił dzieła zniszczenia. Teraz mówi się, że jedynie diabły mieszkają na jej spalonych węgłach. Za kaplicą, osaczony przez  grożące zawaleniem grobowce, stał malutki domek  a raczej dawna szopa mieszkalna  tutejszego grabarza. Absolutnym absurdem i wstrząsem było to, że dawniej w czasach użyteczności budynku, miał on swój osobisty ogródek  i maleńki zalążek sadu. Dziś plonem ziemi cmentarnej  były jedynie wysuszone chaszcze, wyrośnięte gęsto chwasty i mlecze oraz trujące więzy bluszczu. Budynek miał jedno niewielkie okienko. Porysowane i zaklejone brudem. Lecz to w nim dostrzec można było wreszcie, jedyny niezaprzeczalny ślad życia. Ogień lampy lub świecy, tańczący wesoło w głębi pomieszczenia. Chłopiec podprowadził mnie bliżej budynku. Musi pan wiedzieć jeszcze o jednej rzeczy. Pan Wild nie mówi. Choroba zabrała mu nawet tą cząstkę  niezaprzeczalnego człowieczeństwa. Ale zapewniam, że z jego umysłem jest wszystko w jak najlepszym porządku. Komunikuję się prostymi gestami lub listami  takimi jaki otrzymał pan poprzedniej nocy. Pan Wild oczekuję. Proszę wejść bez strachu. Ja muszę się niestety pożegnać. Do widzenia panu. Zgiął narożnik kaszkietu w pożegnaniu  i odszedł szybko tą samą drogą, którą mnie prowadził.     Zostałem sam na sam z nieznanym. Pośrodku zapuszczonego cmentarza. W centrum jego trupio-gnilnej estetyki. Miałem spotkać wielkiego acz schorowanego a kto wie, może i obłąkanego artystę. Jego dom, jeśli można by podnieść  do takiej infrastrukturalnej formy  ten rozpadający się na oczach przybytek. Przerażał i nęcił jednako. Przypominał mi trochę dziecięce wizualizację, baśniowych opowieści o domach wiedźm, którymi mama straszyła mnie przed snem. A może po prostu nie ma się czego bać. Pora jest nieodpowiednia. Miejsce ekscentryczne  i introwertyczne do głębi. Ale przecież za drzwiami, może kryć się  najnormalniejszy dom artysty. Pracownia, pełna sztalug, rolek płótna, zapachu farby i naturalnych barwników. Pełna gotowych prac, wiszących na ścianach  i odstawionych na trójnogach. Gotowych do wyjścia w świat. Do prywatnych kolekcji i galerii. Przyjaciół artysty i krytyków sztuki. Wild jest portrecistą. Maluję najpewniej tylko na zamówienie. Portret jest odbiciem modelu. Nie ma tu miejsca na własny sznyt i fantazję, trzeba oddać jedynie jak najgłębszy realizm. Każdy szczegół, zmarszczkę, bliznę. Skupiony w jednym punkcie wzrok. Powagę biologicznej doskonałości  istoty ludzkiej. Nie wolno bawić się formą, barwą, stylem  czy nadinterpretacją. Dodawać od siebie i ujmować. Nie ma miejsca na lekki nawet uśmiech, ale i na sadystyczny tragizm czy makabrę. Stukając do drzwi miałem nadzieję i miałem nadzieję, że nie zostanie mi ona brutalnie odebrana. Nie spodziewając się odpowiedzi gospodarza po tym czego się dowiedziałem, wszedłem pewnie do środka.     Pierwsze co poczułem  to uderzające i dziwnie otulające  kojącym całunem ciepło. W izbie brakowało tlenu. Panował parny zaduch  o woni silnie słodkiej i mdlącej. Podświadomie wciągnąłem przez usta  haust powietrza i dłuższą chwilę  nie miałem ochoty  wypuszczać go ze swego wnętrza. W powietrzu unosił się również zapach starego, wilgotnego drewna i lakieru. Drobinki kurzu, wzbite nagłym ruchem drzwi, osiadały teraz na powrót na znajome elementy pomieszczenia. Szopa miała oczywiście  tylko jedną niewielką izbę. Świece ustawione niedaleko okna  dawały jednak wystarczającą ilość światła by nie mówić o mrocznej atmosferze domu. W centrum izby stał długi heblowany stół z dwoma zydlami u krótszych boków. Ściany były krzywe i odarte. Na nich jak się wcześniej domyślałem, wisiały prace Wilda. Te portrety były nie tyle  przerażające i wstrząsające  co idealnie zlewały się z otoczeniem  nie domu jednak a samej nekropolii. Wild portretował nie tylko żywych  ale i umarłych. I trzeba mu to przyznać na jego płótnach  wracali do sił i życia. Byli tam trędowaci i Ci co zmarli  na szkarlatynę lub ospę. Były ofiary wypadków, pożarów i utonięć. Byli wisielcy i Ci którzy postanowili  zrobić sobie w głowie otwór  od kuli rewolweru. Ofiary pobić i porachunków. Tylko mężczyźni w sile wieku. Wszyscy martwo wpatrzeni w przestrzeń. W Wilda, który dał im drugie życie. Pomyślałem, że nie jest to galeria śmierci  a bluźnierczego odrodzenia. A potem uderzyło mnie jeszcze coś. Skąd Wild brał te  trupie rekwizyty do swoich prac? Czy przypadkiem tak duża liczba pustych mogił nie jest udziałem jego fascynacji? Czy cmentarz nie zapewniał mu, nieograniczonego wręcz przypływu weny? Wykopywał ciała  i wskrzeszał je dzięki obrazom. Chciałbym nazwać go szaleńcem, lecz pewnie wolałby  żeby określać go geniuszem, którym mimo wszystko był.     Wild stał obok stołu,  zwrócony do mnie prawym profilem. Nie odwrócił się ku mnie zupełnie, nawet na myśl o tym, że mógłbym teraz ujrzeć jego twarz  przeszedł mnie dreszcz. Był delikatnie niższy ode mnie, szczupły i ograniczony ruchowo, zapewne przez postępującą chorobę. Jedynie tyle byłem w stanie stwierdzić ponieważ Wild przywdział  jakiś dziwny fason  jednoczęściowego płaszcza,  który przypominał z początku zakonny habit. Czarny kaptur zarzucony był głęboko. Na tyle by zupełnie ukryć twarz  a spotęgować uczucie panicznego lęku. Nie byłem w stanie przywitać się z nim  w sposób zupełnie naturalny. Po prostu zamarłem na linii progu. Pomyślałem, że chyba każdy kto tutaj wchodzi staje się niemy. Wild poruszył prawą ręką i wskazał palcem na pozostawioną na stole kartkę. Zrozumiałem. Sięgnąłem po nią  i przeczytałem krótką notatkę.   Cieszę się, że możemy się  spotkać Panie Scholl  i mam nadzieję że dotarł Pan do mnie  bez żadnych niepotrzebnych opóźnień  ani problemów. Ma Pan z pewnością całą masę pytań, lecz jeśli zgodzi się Pan, chciałbym jak najszybciej skorzystać  z naszej umowy i rozpocząć pracę. Najlepiej maluję mi się nocą  i nie chcę marnować nawet sekundy  z i Pana cennej doby. Jeśli się Pan zgadza,  proszę przejść na przygotowane  dla Pana krzesło  naprzeciw gotowego płótna  a ja pokieruję gestami, jak powinien się Pan ustawić i pozować. Oczywiście moja gościnność  i zasobność domu  jest do pańskiej wyłącznej dyspozycji. Jeśli tylko poczuję Pan znużenie sesją, proszę mówić a zrobimy przerwę. Mam nadzieję, że mimo pory  i dość obskurnego otoczenia  będzie się Pan czuł swobodnie.. aha tak zapomniałbym…  sesja jest płatna z góry. Pieniądze przygotowałem obok tej notatki. Jeśli ta kwota nie wystarczy, proszę powiedzieć a ureguluję  brakującą część po sesji nad ranem. Jeszcze raz serdecznie Pana witam. Oddany  Victor Wild.     I faktycznie obok notatki  spoczywała biała, zalakowana koperta. Otworzyłem ją na oczach Wilda  i zerknąłem do wewnątrz. Spoczywała tam mała fortuna. Przynajmniej jak na moje potrzeby  i spłatę wszystkich zobowiązań. Nie zastanawiając się już dłużej, przeszedłem w głąb izby  i usiadłem na trochę zbyt sztywnym krześle. Podświadomie wyczułem uśmiech Wilda  pod osłoną kaptura. Za takie pieniądze jednak, mógłbym spędzić tu z nim resztę swego życia.  
    • @Somnia   Niesamowicie gęsty, oniryczny klimat. Pięknie ujęta tęsknota za kimś, kto jest blisko, a jednocześnie pozostaje nieosiągalny. Zaintrygowało mnie to, jak oswojona jest tu ciemność. Zazwyczaj budzi lęk, a u Ciebie staje się schronieniem i przestrzenią do spotkania z samym sobą.
    • Raz pewien byk gdzieś w dolinie Baryczy zbijał bąki, a bąk w trawie się byczył. Byk na bąku siadł, do Baryczy wpadł, no i teraz już w Baryczy byk ryczy.  
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...