Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Sołtys Jan Malik zjawił się rano przed sklepem i powiedział, że w nocy umarła mu żona. Minę miał przy tym, jakby nie jego ukochana Andzia życie zakończyła, ale ktoś zupełnie obcy. Gdy, po chwili wyszedł z butelką piwa i uśmiechając się wypytywał o zdrowie, poklepywał po plecach, wszyscy zrozumieli, że Malik zwariował. Zapanowało nieznośne milczenie. Słychać było skrzypienie roweru, na którym Gienek Piecyk ciągnął do zlewni bańki z mlekiem. W końcu sołtys, zorientował się, że wszyscy się na niego patrzą.
-Co?
-Andzia umarła, a ty piwo przed sklepem pijesz? – zapytał Wiesiek Pańczak.
-A gdzie mam pić? W sklepie nie wolno. Wisi karteczka, czy nie wisi?
Pańczak odwrócił się do pozostałych i szepnął.
-Jak Boga kocham zwariował.
Rozeszli się zaraz, żeby we wsi rozgłosić nowiny, że Andzia umarła i że Janek zwariował. Jadwiga Sychowa, jak dowiedziała się od męża, że Andzia umarła rozpłakała się. Chodziły razem do szkoły, świadkowała na jej ślubie, były najlepszymi przyjaciółkami. Nie chciało jej się wierzyć, że Janek stoi przed sklepem i jak gdyby nigdy nic pije piwo.
-Jak to przed sklepem? Co ty gadasz? Piwo pije?
-No. A jak Pańczak się go pyta, to mu mówi, że w sklepie nie wolno.
Sychowa z daleka zobaczyła Malika. Pił drugie piwo. Podeszła.
-Jasiu...
-Co tam Jadzia, słońce grzeje, będziecie grabić pod lasem?
-Jasiu...
-No co tam, mów wreszcie...
-Mówią, że Andzia umarła.
-Umarła.
-Jak to się stało?
-Kto to może wiedzieć. Człowiek nie wie jak na świat przychodzi i nie wie jak odchodzi. Bóg w niebie jeden wie, kiedy na ziemię dziecko posłać a kiedy kostuchę.
-A ty tak...piwo pijesz? Nie płaczesz za Jadzią? Czterdzieści lat razem, dzień w dzień, w pole razem, do kościoła razem. Dzieci wychowaliście a teraz nawet nie zapłaczesz?
-Jadzia...
Janek nachylił się i rozglądając się na boki szepnął.
-Tylko nie mów nikomu. Ona wróci.
-Co wróci? Gdzie?
-Andzia. Wiem to. Nie wiem kiedy, ale wróci.

Janek pogrzebem się nie zajął, mówił, że czasu nie ma, że siana tyle nakoszone, że deszcze idą. Od czasu, do czasu, w wielkiej tajemnicy szeptał, że ona wróci. Pochowali Andzię dobrzy ludzie. Przyjechały z miast Malików dzieci, ze swoimi dziećmi. Popłakali nad matką, nad ojcem się pożalili, że przyszło mu na starość zostać samemu, zmówili pacierze, wieńce ułożyli i odjechali. Malik nawet stypy nie urządził, bo jak mówił – Na cóż świętować pogrzeb, jak zaraz, tylko patrzeć a wróci ten, co go chcieli na wieki pod sosnowymi deskami zamknąć. Kiwali ludzie głowami, żeby Malika nie drażnić, żeby jego obłędu nie powiększać. Litowały się kobiety – Musiał być za nią bardzo – mówiły – aż rozum postradał. Musiał ją strasznie kochać. Mężczyźni tylko machali rękami, czasu nie było na gadanie, lipiec już się zaczął a łąki jeszcze nie były oprzątnięte.

Przez cały dzień wydawało się Malikowi, że ktoś za nim chodzi. Oglądał się raptownie, ale nikogo nie dostrzegł. Czuł na sobie czyjś wzrok, pomyślał, że czas powrotu Andzi jest bliski. Następnego dnia, gdy wyszedł na ranny obrządek zaraz ją zobaczył. Stała nieruchomo na środku podwórza, jakby na niego czekała. Inne kury latały jak wściekłe a ona stała. Podszedł na wyciągnięcie dłoni.
-Andzia?
Kura przekrzywiła łeb. Spojrzała prawym okiem, potem lewym. Wreszcie kiwnęła.
-Wiedziałem, że wrócisz. Coś mi cały czas w środku gadało: „Nie płacz Janek po Andzi. Łez szkoda. Niedługo wróci.”
Ludzie to się nawet dziwili, że po tobie nie rozpaczam. Myśleli żem zwariował, he, he, dobre. Ciekawe co teraz powiedzą? Ale ty Andzia pewnie głodna co? Chodź pojesz se co dobrego.

Zaniósł Janek kurę do domu, posadził na Andzinm miejscu, kiełbasy nakroił, pomidorów. Najadła się, nadziobała herbaty z czterema łyżeczkami cukru. Posprzątał Janek i poszedł przewracać siano a Andzi przykazał, żeby domu pilnowała, bo Cygany się po wsi kręcą.

-Andzia wróciła! – zawołał Janek do wracających z pola Sychów.
-Janek, co ty pleciesz? – Jadzia poprawiła na głowie chustkę i przyjrzała się sołtysowi.
-Pleciesz, pleciesz...nie dalej, jak dziesięć minut temu siedziała ze mną przy stole. Kiełbasę jadła.
-Kiełbasę?
-A jak jej herbaty nie posłodziłem tyle co trzeba, to pić nie chciała. Dopiero jak czwartą wsypałem, wypiła. Przyjdźcie wieczorem, po zwózce, ucieszy się.

Nie uwierzyli Sychy Jankowi, ale poszli, żeby mu ulżyć w samotności. Ubrani w niedzielne ubrania, szli myśląc jakby tu sąsiada pocieszyć. Malik stał przy płocie paląc papierosa.
-Czekam i czekam, już myślałem, że nie przyjdziecie.
-A bo to człowiek teraz taki zalatany, żeby to miał cztery ręce to może by z robotą podgonił, a tak robisz i robisz a końca nie widać.
-Przechodźcie do środka, Andzia czeka.
Postarał się Janek. Stół przykryty białym obrusem wyglądał jak weselny, aż uginał się od jedzenia, chleb pokrojony w maleńkie kromki, wódka nalana do kryształowej karafki. Przy stole stał wiklinowy kosz od kartofli wymoszczony sianem, w środku siedziała kura. Sychy nie wiedzieli co mają powiedzieć, przełykali ślinę, zastanawiając się co to wszystko ma znaczyć.
-To co może się napijemy, za powrót Andzi. Najlepszego.
Wypili i zakąsili. Jadzia umoczyła usta w alkoholu i zaczęła pochlipywać.
-Jasiu, może zawieziem cię do lekarza, jutro wolniejszy dzień...
-Do lekarza... chwalić Boga zdrów jestem.
Janek, powiedz mi, po co ty kurę do stołu sadzasz?
-To nie kura. Widziałaś jak patrzy? Jak Andzia. Jak ją z podwórza przyniosłem od raz pod swoje krzesło wlazła. A jak poczuła, że herbata trzema łyżeczkami posłodzona, to pić nie chciała.
-Janek, bój się Boga, co ty wygadujesz, z tej rozpaczy głupstwa wygadujesz.
-Głupstwa powiadasz. A zapytaj się Andzi co?
-Ale co?
-To ja się zapytam. Czy ty jesteś Andzia?
Kura ruszyła łbem.
-O widzicie, mówi, że tak, kiwnęła.
-Eee, jak do krowy gadać to też łeb przekrzywia – Sych chciał coś jeszcze powiedzieć, ale poczuł, że Jadzia pod stołem kopie go w kostkę. – Faktycznie jakoś tak się dziwnie, gapi, może to i Andzia. Zdrowie Andzi! A właśnie, czemu jej nie nalałeś, Jasiu, co z tobą?
-Sam nie wiem, Andzia w ludzkiej postaci wypić lubiła, ale teraz może jej zaszkodzi?
-Od kieliszka jeszcze nikt nie umarł, nalej Jasiu, będzie Andzia weselsza, jakaś taka osowiała siedzi.
Kiedy w kryształowej karafce ukazało się dno, kurza powierzchowność Andzi przestała razić. Było im wszystko jedno. Brali Andzię na ręce, całowali ją, głaskali. Poczerwieniały od wódki Sych przytrzymując się stoła zaczął wygłaszać toast.
-Kochani. Najdrożsi przyjaciele...żono moja, sąsiedzie, Jasiu, dzisiejszego dnia, przekonaliśmy się, że śmierć to bzdura, którą księża wymyślili, żeby nas zastraszyć. Śmierci nie ma. Kiedy ktoś umiera to nie znaczy, że umiera - znaczy to... – Sych zajrzał do pustego kieliszka jakby chciał w nim dostrzec jakąś myśl mądrą – że wszyscy którzy umarli, nie umarli, są z nami. Są w psach naszych, koniach i królikach. W świniach i ptakach. Każdy wedle swych uczynków. Jeśli ktoś świnią był za życia – świnią też po śmierci będzie. Jak Andzia za życia była cicha i pracowita, tak i teraz po śmierci, w powłoce kurzej taka pozostanie.

W niedzielę Malik zabrał Andzię do kościoła. Żegnali się ludzie widząc jak sołtys z kurą do ławki siada, jak do niej zagaduje, jak jej znak pokoju przekazuje i święconą wodą skrapia. Dzieci śmiały się na cały głos, tak, że ksiądz musiał je uciszać. Przy wyjściu omijali go jak na trąd chorego, ale Malikowi to nie przeszkadzało. Głaskał Andzię po grzebieniu i mówił do niej.
-To bydlaki, śmieją się, niech się śmieją, Bóg im to wszystko wynagrodzi. On wszystko widzi.

W niedzielne popołudnie odbyło się w świetlicy zebranie. Coraz częściej słychać było głosy, że Malika z urzędu sołtysa zdjąć.
-Nie może tak być, że wariat rządzi a mądry go musi słuchać – krzyczeli jeden przez drugiego – wstyd wsi przynosi.
-Malika trzeba zamknąć u czubków, sam widziałem jak kurę dzisiaj do kościoła przyniósł, święconą wodą ją kropił, całą mszę do niej gadał.
-Może lepiej z nim najsampierw pogadać, zapytać co i jak – odezwał się stary Piecyk.
-Pytać? – zadrwił Pańczak – głupka pytać czy jest głupi? He, he – to ci dopiero!
Z ostatniej ławki podniósł się Sych, uciszył wszystkich i powiedział.
-Zdaję mi się, że tu nie ludzie siedzą, ale świnie. Żyjecie jak świnie, mówicie jak świnie i powiadam wam, po śmierci w świnie pójdziecie. Żaden wariat z Malika, byłem u niego, to wiem. Ta kura, jak mówicie, co ją do kościoła przyniósł, to nie żadna kura.
-Pewnie kogut? – zażartował ktoś.
Cała sala ryknęła śmiechem. Sych zaczął krzyczeć.
-To Andzia. Sam widziałem, przy stole siedziała, jak się jej Janek zapytał czy Andzia, łbem kiwała. Mojej możecie zapytać, a zresztą co ja wam będę truł, trzeba Malika zawołać, jak go na urząd wybieraliście to był, teraz chcecie go zdejmować, to też być powinien.
W tym momencie na salę wszedł Malik. Odwrócili się wszyscy i nikt nie śmiał powiedzieć słowa.
-Słyszałem – Malik rozejrzał się po sali groźnym wzrokiem – że o mnie się tu mówi. Myślę sobie, wejdę, posłucham, co wieś o mnie radzi. No co z wami, czego tak gęby rozdziawili, może wy mnie pierwszy raz zobaczyli, co? Nie o urząd mi chodzi, nie o to sołtysowanie gówno warte, przyszedłem do was, żebyście prawdę poznali, żebyście i wy uwierzyli. Tedy mówię wam, ja, Malik Jan, syn Bogusława, sołtys przez was wybrany, że śmierci nie ma. Oto dowód.
Sołtys uniósł kurę, a ta jakby przeczuwając powagę chwili machnęła skrzydłami, niczym orzeł, którego praojciec Lech na dębie ujrzał.

-Kura, jak kura, zwykła nioska – skwitował ktoś z boku.
-Jajka chociaż niesie? – zapytał inny.
Malik poczerwieniał. Wydął usta, jakby chciał splunąć.
-Przynieście parę garści żółtego piachu i na stół wysypcie.
Przynieśli. Wysypali piach na stół przykryty zieloną narzutą. Malik postawił kurę na stole i poczekał, aż ucichnie wrzask.
-Jak ci na imię?
Kura pokręciła łbem i zaczęła grzebać w piachu. Po chwili po sali rozległ się jęk zdumienia, pchali się na złamanie karku, byle bliżej do stołu. Oczom ich ukazał się trochę niezgrabny, ale wyraźny napis na pisaku: „ANDZIA”.
-Błogosławieni, ci którzy nie widzieli a uwierzyli – powiedział Malik, głosem trzęsącym się z emocji.
-Łe – żachnął się Wiesiek Pańczak – mój Azor nie takie rzeczy potrafi. Ludzie, to przecie zwykła sztuczka.
-Sztuczka? To pytaj się sam niewierny Tomaszu, o co chcesz?
-Dobra, co by tu...powiedz mi kuro jak ma na imię moja stara?
Kura przekrzywiła łeb, przyjrzała się Pańczakowi i napisała. „BASIA”.
-Kurwa, co jest grane? – Pańczak złapał się za głowę – O co tu chodzi, ludzie, cuda, cuda się dzieją.

Nikt już więcej z sołtysa Malika się nie śmiał. Kłaniano mu się jak dawniej i jak dawniej pozdrawiano żonę, mówiąc do niej sołtysowo. Wiele się w ich życiu nie zmieniło. Więcej tylko miał Janek roboty, sam musiał posprzątać, ugotować, sam w polu porobić, ale kochali się jak dawniej i jak dawniej byli nierozłączni. Do kościoła chodzili co niedziela, kazania słuchali, tylko jak o śmierci i ciał zmartwychwstaniu ksiądz mówił Malik uśmiechał się dobrotliwie i mruczał pod nosem.
-A co mi tam, niech se gada. Pleban wie swoje a my swoje, nie Andzia?

Opublikowano

wzruszające wiesz? nie wiem, czy taki był zamysł, ale urzekające jest to opowiadanie, rewelacyjnie operujesz językiem, trzymasz się wybranej formy, bardzo to wszystko dopracowane i miłe dla oka, z przyjemnością przeczytałam :)

Serdecznie pozdrawiam
Natalia

Opublikowano

Opanowanie tworzywa cacy - nic nie zgrzyta, a płynie, że hej. Obaczyłżem, że może partnera będę miał do wygłupów. Proponuję tak składne utwory od razu do zaawansowanych wrzucać. Co tu do poprawki ma niby być? I tak równowaga treści i formy... gratulacje.

  • 1 miesiąc temu...
  • 3 tygodnie później...
Opublikowano

wspaniale rozłożone napięcie, to przecież najważniejsze, dostrzegam także próby kreowania charakteru postaci, w tak krótkiej formie nie jest to rzecz prosta- wspaniale się czyta, tylko szkoda, że takie rzeczy nas nie spotykają... a może?

  • 4 tygodnie później...
Opublikowano

Fantastyczne! Ja niżej podpisana stwierdzam uroczyście, że moje teksty, których tu na szczęście nie zamieściłam (chyba jakaś Opatrzność czuwała nade mną) są do bani. Muszę napisać list do moich Przyjaciół i przeprosić ich, że musieli czytać takie badziewie, w skutek czego doznali trwałego uszczerbku na zdrowiu.
Wielkie brawa Mistrzu. Pozdrawiam ;)

  • 2 tygodnie później...
Opublikowano

Jest takie słowo, subtelniejsze i słabsze niby od "rewelacyjne", gorsze rzekomo niż "świetne" i mniej wymowne, podobno, niźli "super". Dla mnie jednakże przez tą właśnie swą subtelność bardziej jest znaczące i wartościowe od tamtych, na wiatr jakże często rzucanych.

Znakomite.

Ta nowela jest znakomita. Stylistycznie perfekcyjnie wyważona, język dobrany doskonale do treści, treść zaś - piękna. Jednym słowem. Piękna.

Jak to przeczytałem, a przeczytałem to jako pierwsze opowiadanie w tym serwisie, powiedziałem tylko "o kurczę" (nawiązując nieświadomie do tytułu :-P). Czuć od tego tekstu pisarstwo, i to czuć jak cholera. Dwudziestkę wystawiam bez zastanowienia. Winszuję i zazdroszczę talentu.

  • 3 miesiące temu...
  • 1 miesiąc temu...
  • 10 miesięcy temu...
  • 2 lata później...

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Piasek sfałdowany słońcem, a na nim palce smukłe. Pełznie po nich zielony wąż — z ziarnkiem granatu w pyszczku. Archipelagi czarnej skały wciąż                                                  blisko...
    • @FaLcorN dzięki, ja w żadnych nie gustuję obecnie, szara myszka, odpoczynku w święta. 
    • @violetta   Nie wiem czy na żywo mogę, bo jak sama pisałaś gustujesz w takich Kornelach, a ja nie chcę Cię prowokować, bo po co.   @KOBIETA   Tak, masz rację.   @violetta trochę mnie poniosło, przepraszam. Jeszcze raz: wesołych Świąt.
    • My, którzy tym miastem jesteśmy dręczeni, ciągniemy liny naszych sił. My wszyscy jesteśmy ledwo rozróżnialni, ale czy Moskwa jest rozróżnialna? ¹ I będę mówić, lub nie będę, ale w trzech pierścieniach ² mi się skostnieję. I kiedy uderzę głową w asfalt: to znaczy, że “umiem żyć”. Z zawrotami głowy, od mauzoleum do Nikolskiej³ odwieczne prawo naszego kraju mówi — musisz spróbować polskiej smarowidła ⁴ , wchodzą jak gość, i usiąść na zagraconym stołku, i rozmawiać o tym, o tamtym prostymi słowami — o niczym.   I długim słoncem schodząją, schodzam do wnętrza metra, w wagonie usiędam mi daleko, do nieznanej Obrażenki. I spij, póki sny nie przyjdą nigdy więcej, ogłądająć przez okno w pięćdziesiątym⁵ w jakiej odległości zdecydował się huśtać tramwaj z cichym tętnem. Trzy stacje kolejowe ⁶: Masakra! Znowu tutaj. Uzależnienie od czasu świetnie spełniło swoją rolę.   W tej stolicy, w tym centrum, w tym punkcie setki, jak mówi się w centrum druku, wycieki są coraz większe. Były pływy wszelkiego rodzaju – pływy na czole, muza z lirami, gdzie zasnęliśmy w wagonie pod tym, co słuchają pasażerowie ⁷.   Spójrzysz do kielicha – jest wypita. Tak, kielich namiętności jest wypity. Miłość i strach są teraz nic dla mnie. Prawda pozostaje tylko w ustach. Tylko czyj los to domino, szczęście którego jest sto na sto, jak się mówi, los [jak tylko spróbujesz go] oddzielić — zobaczysz pustkę. Zobaczysz, że wszystko jest rozróżnialne — pudełka nowych, zniszczonych budynków. Okazuje się, że świat jest taki sam we wszystkim z obszarów różnicowania odpadów. Zrozumiesz, że świat to kino w którym jesteśmy znanymi aktorami ⁸, a którego celem jest sacralizować montażystów.   Piszę swój wiersz, gdzie wystarczająco słow to liczba „wiele”, nie możesz ich odjąć, ale znajdziesz temat, którego nie znajdziesz, powiem… ale konieczny, gdy patrzysz przez wizjer nieznajomego. Tak przyszedł z pomysłów pod rymy wersów, które napisałem. Piszę dla was, dla honoru tech, kto za morzem.⁹   Jestem jak złamanie — gdzie bym się nie pchał — będę kontynuacją wiersza!   Rzuć mnie, gdzie chcesz, ale wyrwę sobie całe gardło. Ty, Boże, wysłuchasz – nie zaufałbym jak nóż na kamniu!   Jak się mówi, jesteśmy krusi od słowa, ale z mojej kruchości krzyczę “Vivat”! Z czystym sumieniem na łodzi wrócę do swojej ojczystej fregaty. (10)   Błyskanie inspiracji z piór, wosk się rozlał, tak jak księżyc, grudka tego momentu w wierszu zostaje ocalałej: jestem ocalałą! Będę kontynuować tę wieczną niewidzialność w złośliwości nocnych rymów, dla tego honoru jestem niesiona z latarni do latarni... Czas przykrywa zasłony, płynie, zastąpiony półsnem. Półksiężyc jest gładki, wiatr jest bryzą. Latarnia ze swoimi światłami do ucha szepcze o sobie, ale ja, mrugając oczami, nie rozumiem jej, i nie zrozumiem. Deszcz wychodzi nagi. Zegar wciąż idzie swoją drogą, umierając. Dwie strzały leżąc, pomyślą, że noc jest głucha. Ale bije "tik" i bije "tak", jedna w nocy wierzy, że była jedyną, która stworzyła świat, i tak zegarmistrz znów zrobil swoją pracę. styczeń-czerwiec 2022   ____________________   ¹ Moskwa to jest miastem pełne sprzeczności; nawet my mieszkańcy Moskwy, nazywamy je “miastem kontrastów”. Na przestrzeni kilometra, najwyżej dwóch, możemy znaleźć Teatr Wielki, Kościół Wasilija Błogosławionego, mauzoleum Lenina, Ogród Królewski Aleksandra, ale gdy tylko oddalamy się od centrum, krajobraz — od budynków do jakość życia — zmienia się. ² Trzy pierścienie: jak rzymski “Raccordo anulare”. Trzecia Obwodnica Moskwy, znana ze swoich korków, w których czasem można utknąć nawet na cztery godziny, dlatego właśnie tan ludzie “kostnieją”. ³ Mauzoleum: słynne mauzoleum Lenina, obok niego znajduje się droga Nikolska, która jest piękną pieszą drogą i łączy z ogromny Plac Czerwony (od strony Soboru Kazańskiego) z placem Łubiańskim. ⁴ Nigdzie nie można znaleźć “polskiego smarowidła”. Nawiasem mówiąc tak nazywa je maje krewna. Jest to pasta z pokrojonego jajka i majonezu. Podawana z chlebem lub rybą.   ⁵ Pięćdziesiąty: tramwaj, trasa przebiega którego przez dzielnicy, jak Lefortowo, Basmannyj itp. ⁶ Trzy stacje kolejowe: tak nazywa się plac Komsomolska w Moskwie, gdzie znajdują się trzy stacje kolejowe: Kazańskają, Jaroslawskają i Leningradskają. ⁷ Tłumaczenie wszystkich tych stów nie będzie miało żadnego sensu, ponieważ w oryginalnym językę (rosyjskiem) słowa są: “w stolize etoj, etom zentre,/i toczke zentnera massiva,/kak govoriat v odnom press-zentre/melczajut mestnosti razliwy”, lub “ko łbu prilivy…/muzy liry…/passażiry…” zostały znalezione razem wyłącznie dla gry słow.   ⁸ Odniesienie do słynnej frazy Williama Szekspira "cały świat jest teatrem, / w którym jesteśmy aktorami”. ⁹ tech, kto za morzem: sposób (moim brzydkim zdaniem) wskazywania rosyjskich imigrantów (po stronie tech, który natomiast przebywają na terytorium Rosji).   (10) “и с чистой совестью на шлюпке/вернусь на свой родной фрегат” są wierszi z poezji słynnego rosyjskiego poety Osipowa Mandelsztamowa.    
    • @Poezja to życie Różowe okulary w błąd wprowadzają fałszywy obraz dają .   Ona jest jedyna, jak każda dziewczyna  ... Pozdrawiam serdecznie Miłego popołudnia 
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...