Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Sołtys Jan Malik zjawił się rano przed sklepem i powiedział, że w nocy umarła mu żona. Minę miał przy tym, jakby nie jego ukochana Andzia życie zakończyła, ale ktoś zupełnie obcy. Gdy, po chwili wyszedł z butelką piwa i uśmiechając się wypytywał o zdrowie, poklepywał po plecach, wszyscy zrozumieli, że Malik zwariował. Zapanowało nieznośne milczenie. Słychać było skrzypienie roweru, na którym Gienek Piecyk ciągnął do zlewni bańki z mlekiem. W końcu sołtys, zorientował się, że wszyscy się na niego patrzą.
-Co?
-Andzia umarła, a ty piwo przed sklepem pijesz? – zapytał Wiesiek Pańczak.
-A gdzie mam pić? W sklepie nie wolno. Wisi karteczka, czy nie wisi?
Pańczak odwrócił się do pozostałych i szepnął.
-Jak Boga kocham zwariował.
Rozeszli się zaraz, żeby we wsi rozgłosić nowiny, że Andzia umarła i że Janek zwariował. Jadwiga Sychowa, jak dowiedziała się od męża, że Andzia umarła rozpłakała się. Chodziły razem do szkoły, świadkowała na jej ślubie, były najlepszymi przyjaciółkami. Nie chciało jej się wierzyć, że Janek stoi przed sklepem i jak gdyby nigdy nic pije piwo.
-Jak to przed sklepem? Co ty gadasz? Piwo pije?
-No. A jak Pańczak się go pyta, to mu mówi, że w sklepie nie wolno.
Sychowa z daleka zobaczyła Malika. Pił drugie piwo. Podeszła.
-Jasiu...
-Co tam Jadzia, słońce grzeje, będziecie grabić pod lasem?
-Jasiu...
-No co tam, mów wreszcie...
-Mówią, że Andzia umarła.
-Umarła.
-Jak to się stało?
-Kto to może wiedzieć. Człowiek nie wie jak na świat przychodzi i nie wie jak odchodzi. Bóg w niebie jeden wie, kiedy na ziemię dziecko posłać a kiedy kostuchę.
-A ty tak...piwo pijesz? Nie płaczesz za Jadzią? Czterdzieści lat razem, dzień w dzień, w pole razem, do kościoła razem. Dzieci wychowaliście a teraz nawet nie zapłaczesz?
-Jadzia...
Janek nachylił się i rozglądając się na boki szepnął.
-Tylko nie mów nikomu. Ona wróci.
-Co wróci? Gdzie?
-Andzia. Wiem to. Nie wiem kiedy, ale wróci.

Janek pogrzebem się nie zajął, mówił, że czasu nie ma, że siana tyle nakoszone, że deszcze idą. Od czasu, do czasu, w wielkiej tajemnicy szeptał, że ona wróci. Pochowali Andzię dobrzy ludzie. Przyjechały z miast Malików dzieci, ze swoimi dziećmi. Popłakali nad matką, nad ojcem się pożalili, że przyszło mu na starość zostać samemu, zmówili pacierze, wieńce ułożyli i odjechali. Malik nawet stypy nie urządził, bo jak mówił – Na cóż świętować pogrzeb, jak zaraz, tylko patrzeć a wróci ten, co go chcieli na wieki pod sosnowymi deskami zamknąć. Kiwali ludzie głowami, żeby Malika nie drażnić, żeby jego obłędu nie powiększać. Litowały się kobiety – Musiał być za nią bardzo – mówiły – aż rozum postradał. Musiał ją strasznie kochać. Mężczyźni tylko machali rękami, czasu nie było na gadanie, lipiec już się zaczął a łąki jeszcze nie były oprzątnięte.

Przez cały dzień wydawało się Malikowi, że ktoś za nim chodzi. Oglądał się raptownie, ale nikogo nie dostrzegł. Czuł na sobie czyjś wzrok, pomyślał, że czas powrotu Andzi jest bliski. Następnego dnia, gdy wyszedł na ranny obrządek zaraz ją zobaczył. Stała nieruchomo na środku podwórza, jakby na niego czekała. Inne kury latały jak wściekłe a ona stała. Podszedł na wyciągnięcie dłoni.
-Andzia?
Kura przekrzywiła łeb. Spojrzała prawym okiem, potem lewym. Wreszcie kiwnęła.
-Wiedziałem, że wrócisz. Coś mi cały czas w środku gadało: „Nie płacz Janek po Andzi. Łez szkoda. Niedługo wróci.”
Ludzie to się nawet dziwili, że po tobie nie rozpaczam. Myśleli żem zwariował, he, he, dobre. Ciekawe co teraz powiedzą? Ale ty Andzia pewnie głodna co? Chodź pojesz se co dobrego.

Zaniósł Janek kurę do domu, posadził na Andzinm miejscu, kiełbasy nakroił, pomidorów. Najadła się, nadziobała herbaty z czterema łyżeczkami cukru. Posprzątał Janek i poszedł przewracać siano a Andzi przykazał, żeby domu pilnowała, bo Cygany się po wsi kręcą.

-Andzia wróciła! – zawołał Janek do wracających z pola Sychów.
-Janek, co ty pleciesz? – Jadzia poprawiła na głowie chustkę i przyjrzała się sołtysowi.
-Pleciesz, pleciesz...nie dalej, jak dziesięć minut temu siedziała ze mną przy stole. Kiełbasę jadła.
-Kiełbasę?
-A jak jej herbaty nie posłodziłem tyle co trzeba, to pić nie chciała. Dopiero jak czwartą wsypałem, wypiła. Przyjdźcie wieczorem, po zwózce, ucieszy się.

Nie uwierzyli Sychy Jankowi, ale poszli, żeby mu ulżyć w samotności. Ubrani w niedzielne ubrania, szli myśląc jakby tu sąsiada pocieszyć. Malik stał przy płocie paląc papierosa.
-Czekam i czekam, już myślałem, że nie przyjdziecie.
-A bo to człowiek teraz taki zalatany, żeby to miał cztery ręce to może by z robotą podgonił, a tak robisz i robisz a końca nie widać.
-Przechodźcie do środka, Andzia czeka.
Postarał się Janek. Stół przykryty białym obrusem wyglądał jak weselny, aż uginał się od jedzenia, chleb pokrojony w maleńkie kromki, wódka nalana do kryształowej karafki. Przy stole stał wiklinowy kosz od kartofli wymoszczony sianem, w środku siedziała kura. Sychy nie wiedzieli co mają powiedzieć, przełykali ślinę, zastanawiając się co to wszystko ma znaczyć.
-To co może się napijemy, za powrót Andzi. Najlepszego.
Wypili i zakąsili. Jadzia umoczyła usta w alkoholu i zaczęła pochlipywać.
-Jasiu, może zawieziem cię do lekarza, jutro wolniejszy dzień...
-Do lekarza... chwalić Boga zdrów jestem.
Janek, powiedz mi, po co ty kurę do stołu sadzasz?
-To nie kura. Widziałaś jak patrzy? Jak Andzia. Jak ją z podwórza przyniosłem od raz pod swoje krzesło wlazła. A jak poczuła, że herbata trzema łyżeczkami posłodzona, to pić nie chciała.
-Janek, bój się Boga, co ty wygadujesz, z tej rozpaczy głupstwa wygadujesz.
-Głupstwa powiadasz. A zapytaj się Andzi co?
-Ale co?
-To ja się zapytam. Czy ty jesteś Andzia?
Kura ruszyła łbem.
-O widzicie, mówi, że tak, kiwnęła.
-Eee, jak do krowy gadać to też łeb przekrzywia – Sych chciał coś jeszcze powiedzieć, ale poczuł, że Jadzia pod stołem kopie go w kostkę. – Faktycznie jakoś tak się dziwnie, gapi, może to i Andzia. Zdrowie Andzi! A właśnie, czemu jej nie nalałeś, Jasiu, co z tobą?
-Sam nie wiem, Andzia w ludzkiej postaci wypić lubiła, ale teraz może jej zaszkodzi?
-Od kieliszka jeszcze nikt nie umarł, nalej Jasiu, będzie Andzia weselsza, jakaś taka osowiała siedzi.
Kiedy w kryształowej karafce ukazało się dno, kurza powierzchowność Andzi przestała razić. Było im wszystko jedno. Brali Andzię na ręce, całowali ją, głaskali. Poczerwieniały od wódki Sych przytrzymując się stoła zaczął wygłaszać toast.
-Kochani. Najdrożsi przyjaciele...żono moja, sąsiedzie, Jasiu, dzisiejszego dnia, przekonaliśmy się, że śmierć to bzdura, którą księża wymyślili, żeby nas zastraszyć. Śmierci nie ma. Kiedy ktoś umiera to nie znaczy, że umiera - znaczy to... – Sych zajrzał do pustego kieliszka jakby chciał w nim dostrzec jakąś myśl mądrą – że wszyscy którzy umarli, nie umarli, są z nami. Są w psach naszych, koniach i królikach. W świniach i ptakach. Każdy wedle swych uczynków. Jeśli ktoś świnią był za życia – świnią też po śmierci będzie. Jak Andzia za życia była cicha i pracowita, tak i teraz po śmierci, w powłoce kurzej taka pozostanie.

W niedzielę Malik zabrał Andzię do kościoła. Żegnali się ludzie widząc jak sołtys z kurą do ławki siada, jak do niej zagaduje, jak jej znak pokoju przekazuje i święconą wodą skrapia. Dzieci śmiały się na cały głos, tak, że ksiądz musiał je uciszać. Przy wyjściu omijali go jak na trąd chorego, ale Malikowi to nie przeszkadzało. Głaskał Andzię po grzebieniu i mówił do niej.
-To bydlaki, śmieją się, niech się śmieją, Bóg im to wszystko wynagrodzi. On wszystko widzi.

W niedzielne popołudnie odbyło się w świetlicy zebranie. Coraz częściej słychać było głosy, że Malika z urzędu sołtysa zdjąć.
-Nie może tak być, że wariat rządzi a mądry go musi słuchać – krzyczeli jeden przez drugiego – wstyd wsi przynosi.
-Malika trzeba zamknąć u czubków, sam widziałem jak kurę dzisiaj do kościoła przyniósł, święconą wodą ją kropił, całą mszę do niej gadał.
-Może lepiej z nim najsampierw pogadać, zapytać co i jak – odezwał się stary Piecyk.
-Pytać? – zadrwił Pańczak – głupka pytać czy jest głupi? He, he – to ci dopiero!
Z ostatniej ławki podniósł się Sych, uciszył wszystkich i powiedział.
-Zdaję mi się, że tu nie ludzie siedzą, ale świnie. Żyjecie jak świnie, mówicie jak świnie i powiadam wam, po śmierci w świnie pójdziecie. Żaden wariat z Malika, byłem u niego, to wiem. Ta kura, jak mówicie, co ją do kościoła przyniósł, to nie żadna kura.
-Pewnie kogut? – zażartował ktoś.
Cała sala ryknęła śmiechem. Sych zaczął krzyczeć.
-To Andzia. Sam widziałem, przy stole siedziała, jak się jej Janek zapytał czy Andzia, łbem kiwała. Mojej możecie zapytać, a zresztą co ja wam będę truł, trzeba Malika zawołać, jak go na urząd wybieraliście to był, teraz chcecie go zdejmować, to też być powinien.
W tym momencie na salę wszedł Malik. Odwrócili się wszyscy i nikt nie śmiał powiedzieć słowa.
-Słyszałem – Malik rozejrzał się po sali groźnym wzrokiem – że o mnie się tu mówi. Myślę sobie, wejdę, posłucham, co wieś o mnie radzi. No co z wami, czego tak gęby rozdziawili, może wy mnie pierwszy raz zobaczyli, co? Nie o urząd mi chodzi, nie o to sołtysowanie gówno warte, przyszedłem do was, żebyście prawdę poznali, żebyście i wy uwierzyli. Tedy mówię wam, ja, Malik Jan, syn Bogusława, sołtys przez was wybrany, że śmierci nie ma. Oto dowód.
Sołtys uniósł kurę, a ta jakby przeczuwając powagę chwili machnęła skrzydłami, niczym orzeł, którego praojciec Lech na dębie ujrzał.

-Kura, jak kura, zwykła nioska – skwitował ktoś z boku.
-Jajka chociaż niesie? – zapytał inny.
Malik poczerwieniał. Wydął usta, jakby chciał splunąć.
-Przynieście parę garści żółtego piachu i na stół wysypcie.
Przynieśli. Wysypali piach na stół przykryty zieloną narzutą. Malik postawił kurę na stole i poczekał, aż ucichnie wrzask.
-Jak ci na imię?
Kura pokręciła łbem i zaczęła grzebać w piachu. Po chwili po sali rozległ się jęk zdumienia, pchali się na złamanie karku, byle bliżej do stołu. Oczom ich ukazał się trochę niezgrabny, ale wyraźny napis na pisaku: „ANDZIA”.
-Błogosławieni, ci którzy nie widzieli a uwierzyli – powiedział Malik, głosem trzęsącym się z emocji.
-Łe – żachnął się Wiesiek Pańczak – mój Azor nie takie rzeczy potrafi. Ludzie, to przecie zwykła sztuczka.
-Sztuczka? To pytaj się sam niewierny Tomaszu, o co chcesz?
-Dobra, co by tu...powiedz mi kuro jak ma na imię moja stara?
Kura przekrzywiła łeb, przyjrzała się Pańczakowi i napisała. „BASIA”.
-Kurwa, co jest grane? – Pańczak złapał się za głowę – O co tu chodzi, ludzie, cuda, cuda się dzieją.

Nikt już więcej z sołtysa Malika się nie śmiał. Kłaniano mu się jak dawniej i jak dawniej pozdrawiano żonę, mówiąc do niej sołtysowo. Wiele się w ich życiu nie zmieniło. Więcej tylko miał Janek roboty, sam musiał posprzątać, ugotować, sam w polu porobić, ale kochali się jak dawniej i jak dawniej byli nierozłączni. Do kościoła chodzili co niedziela, kazania słuchali, tylko jak o śmierci i ciał zmartwychwstaniu ksiądz mówił Malik uśmiechał się dobrotliwie i mruczał pod nosem.
-A co mi tam, niech se gada. Pleban wie swoje a my swoje, nie Andzia?

Opublikowano

wzruszające wiesz? nie wiem, czy taki był zamysł, ale urzekające jest to opowiadanie, rewelacyjnie operujesz językiem, trzymasz się wybranej formy, bardzo to wszystko dopracowane i miłe dla oka, z przyjemnością przeczytałam :)

Serdecznie pozdrawiam
Natalia

Opublikowano

Opanowanie tworzywa cacy - nic nie zgrzyta, a płynie, że hej. Obaczyłżem, że może partnera będę miał do wygłupów. Proponuję tak składne utwory od razu do zaawansowanych wrzucać. Co tu do poprawki ma niby być? I tak równowaga treści i formy... gratulacje.

  • 1 miesiąc temu...
  • 3 tygodnie później...
Opublikowano

wspaniale rozłożone napięcie, to przecież najważniejsze, dostrzegam także próby kreowania charakteru postaci, w tak krótkiej formie nie jest to rzecz prosta- wspaniale się czyta, tylko szkoda, że takie rzeczy nas nie spotykają... a może?

  • 4 tygodnie później...
Opublikowano

Fantastyczne! Ja niżej podpisana stwierdzam uroczyście, że moje teksty, których tu na szczęście nie zamieściłam (chyba jakaś Opatrzność czuwała nade mną) są do bani. Muszę napisać list do moich Przyjaciół i przeprosić ich, że musieli czytać takie badziewie, w skutek czego doznali trwałego uszczerbku na zdrowiu.
Wielkie brawa Mistrzu. Pozdrawiam ;)

  • 2 tygodnie później...
Opublikowano

Jest takie słowo, subtelniejsze i słabsze niby od "rewelacyjne", gorsze rzekomo niż "świetne" i mniej wymowne, podobno, niźli "super". Dla mnie jednakże przez tą właśnie swą subtelność bardziej jest znaczące i wartościowe od tamtych, na wiatr jakże często rzucanych.

Znakomite.

Ta nowela jest znakomita. Stylistycznie perfekcyjnie wyważona, język dobrany doskonale do treści, treść zaś - piękna. Jednym słowem. Piękna.

Jak to przeczytałem, a przeczytałem to jako pierwsze opowiadanie w tym serwisie, powiedziałem tylko "o kurczę" (nawiązując nieświadomie do tytułu :-P). Czuć od tego tekstu pisarstwo, i to czuć jak cholera. Dwudziestkę wystawiam bez zastanowienia. Winszuję i zazdroszczę talentu.

  • 3 miesiące temu...
  • 1 miesiąc temu...
  • 10 miesięcy temu...
  • 2 lata później...

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • @Bożena De-Tre Dzisiaj w nastroju na blusik, chociaż jazz też bardzo lubię. Chyba, że coś "zmierzłego" dla ucha sobie zapodam...Kurta Weilla może...

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

      Oglądaj, komentuj i krytykuj...zabronić Ci tego przywileju w stanie nie jestem (ale jak będziesz zbyt wredna to Cię odeślę wraz z dedykacją do jednego z moich, specjalnie stworzonych na taką właśnie okazje, dzieł absolutnych z serii "wiem lepiej" ....żebyś tylko mi się na poziom V nie załapała....straszna wulgara...uffff...) Doszedłem do wniosku, że do pracy nad dalszymi rozdziałami muszę się bardziej gruntownie przygotować. Tak więc zacznę od lektury Twoich książek...którą na początek? (tak, żeby się zachęcić, albo nie zniechęcić ) "Ludzie w biegu" czy "Na krańcach klawiatury"? Szczerze mówiąc tytuł pierwszej już mnie drażni...nie lubię pośpiechu, to raz... a dwa, do gatunku ludzkiego nabawiłem się swojego rodzaju alergii ...ale nie oceniamy książki po tytule...czy jakoś tak Zakładam, że jakieś "wystąpienia publiczne", związane chociażby z promowaniem wydanych przez Ciebie książek, już zaliczyłaś...o co Cię głównie ludzie/fani pytają? (muszę się zapytać, żeby nie dublować tematów w mojej biografii ... w sensie Twojej ) Tak to bywa, że na dnie doliny jest znacznie lepiej na samej górze...człowiek nie rzuca się w oczy,co pozwala na zachowanie własnego ja (w miarę możliwości rzecz jasna, trzeba jeszcze brać pod uwagę presje środowiska pozostałych "doliniarzy" ),  doskonale widać co się dzieje na szczycie , a i upadek mniej boli (przewalając się z doliny w dolinę jeszcze nikt chyba krzywdy sobie nie zrobił ). Dobrej nocy P.S. Bodetré i futbol.....???? ...armagedon się iści....
    • Nieruchomieją w apatycznej formie lirycznej i zastygają w obłokach niedomówień tracą powoli barwy tuląc szarość minionych snów na koniec milkną w dokolnej ciszy prosząc zegary o jeszcze jedną chwilę nasączoną szeptem niewypowiedzianych słów.   Autor fotografii: Mirela Lewandowska  

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • @Gosława piękna, zmysłowa liryka o charakterze intymnym, traktująca o głębokim przeżyciu cielesnym i emocjonalnym. Podoba mi się motyw czereśni- ten ich soczysty smak i cudny kolor nadają  ciekawej barwy wersom. Natomist ta zieleń jest dopełnieniem całości obrazu , który tak pięknie pieści wzrokiem...
    • @violetta

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • Tekst powtórkowy?     Na cholerę tutaj przyszłam. Zimno, wietrznie, aż me piersi rozedrgane nieco. Dobrze chociaż, że las niczego sobie. Żeby jeszcze drzew nie było. Zasłaniają widok. No nic. Muszę wyciągnąć bułkę z wątrobianką. Uwielbiam. Tym bardziej, że zgłodniałam trochę. Coś mnie w to miejsce sprowadziło… ale co? Przeczucie lub jakieś inne pieprzone zjawisko, którego pojąć nie mogę.    Zgryzam. A niech to. Za raptownie przedziałek dupki nadusiłam i część nadzienia, gęsto szybuje na ściółkę leśną. Dziwna jakaś… materiałowa. Wiem, bo dłonią pomacałam. Muszę wytrzeć papierkiem, bo plama będzie. Dobrze, że nie wierzę w krasnoludki, bo jeszcze by łydki pogryzły, gdyby dostały szarą masą po kapeluszach. Durnowata ja. Najlepszy apetyt, poszedł się…    … a to co? Budka z piwem? Chyba nie, gdyż dziwna jakaś. I skąd nagle tu, po oczach daje. Ciekawe, czy pomoże? Słyszę, jakby za mgłą, że niby tak. Co tak? Może ćwierka ptak? Na dodatek najbliższe drzewa wokół, nabierają błękitnego koloru, a drzwi w owym czymś, samoczynnie otwarte na żółto. Czyżby chatka chciała, żebym tam wlazła. Takiego! Nigdy w życiu – nagle wrzeszczę na całe knieje, pokazując wejściu środkowy palec…    … tylko nie mój. Skąd to obrzydlistwo w dłoni. Inny jakiś. Jakby nie z tego świata. Nawet nie wiem, czy to faktycznie palec. Jedno jest raczej pewne… wskazuje kierunek, a ja nie mogę nie chcieć, wbrew sobie. Na dokładkę w drzwiach chatki, widzę moją matkę. Kiwa do mnie uśmiechnięta i zaprasza na ulubiony obiad. Tak jak kiedyś, gdy byłam małą dziewczynką. Oj nieładnie, brzydko wprost. Ktoś mi gra na emocjach. Chce zwabić, bym tam weszła. Znowu pokazuje, tym razem swój i co…    … i wchodzę, do wewnątrz, niczym bydlę na rzeź. Od razu lepiej – stwierdzam sarkastycznie – drzewa nie zasłaniają. A dlaczego – myślę jak umiem – bo ich nie ma. Oddycham z ulgą. Potrafię jako tako logicznie rozpatrywać w tej krainie, w której nagle zaistniałam.. Dobrze, że zapasowa bułka z wątrobianką jest ze mną w potrzebie. Symbol więzi z tamtym lasem, by nie zgłupieć zupełnie. Tak daleko, że już nie ma powrotu. Dopiero teraz popatruje wokół, co jest, a czego nie ma.    Niestety, mózg nieprzystosowany. Widzi wszystko po raz pierwszy w życiu, ale tak naprawdę, łącznie ze składowymi obiektów, czy czegoś tam. Nie potrafi przerobić na rozpoznawalne obrazy. Brakuje mu punktów odniesienia. Jestem jak ten niemowlak. Dostrzegam jakieś zamazane kształty. Widzę po ludzku, tylko żaden z tego pożytek, w tym obcym świecie.    Jedyne co rozpoznaje, to swoją twarz w lusterku – nie pamiętam żebym brała – dalsze ciało, bułkę i wspomnianą wątrobiankę. Dobre i to. Jak to… ciało? Kurdę, jestem naga, do ostatniego szczegółu. Na domiar złego, czuję wokół… obecności. Tylko tak mogę to określić. Najbardziej jedną. W ten sposób, że aż ciało moje, drży i wcale to nie jest, takie znowu nieprzyjemne. Zaczynam iść przed siebie…     … kolejna ciekawostka. Widzę, że idę pod górę… lecz nogi, mówią wyraźnie, że schodzę w dół. Muszę wstrzymywać kroki, by nie zjechać po tyłku. Taka sprzeczność, jest trochę męcząca dla mózgu. Nagle całkiem niespodziewanie, dostrzegam siebie, przy… przystojnym kształcie, w ludzkim pojęciu. Obiekty wokół nabierają jakiegoś sensu, lecz mam dziwne wrażenie, że nie zabawię tu dostatecznie długo, by rozpoznać do końca. Siedzenie, sprawia mi coraz większą trudność. Mam ścierpnięte ciało. Słyszę – odpręż się. To sama wiem. Jakie siedzenie? Gdzie? Przecież chodzę tu, lecz nagle przystaje. Normalnie mnie zatyka...       … i odtyka, gdyż ów przystojny kształt – o matko – urywa mi głowę. Zaczyna pieścić i jakby całować, tylko czym. Zamazany cholerny kształcie, pokaż wreszcie swoje oblicze. Nienawidzę cię. No nie, nie mogę powiedzieć, to całkiem przyjemne nawet. Aż mnie nawiedzają spazmy rozkoszy. Chociaż z drugiej strony, jak on śmie. Bez mojej zgody. Jaki on? Może ona? Pieprzone ufoludki. Co to w ogóle jest?     Czuję dokładnie, jego wyczyny z bliźniaczą głową. A jednak doznania więcej, niż boskie. Teraz wyrywa nogi z tułowia. Tej drugiej ja, oczywiście. Pieści me uda. Najpierw jedno, później drugie. No nie. Tylko nie to, co pomiędzy nimi, proszę. A jednak, wyszarpnął paskud jeden. Coś tam gmera, grzebie, wkłada. Cholernie przyjemnie. Odrywa moje piersi. Czule miętosi… i nagle koniec…       … raczej nie. Kolejna niespodzianka. Tamta druga ja, znika. Czuję teraz na całym ciele, delikatne stukanie. Co to znowu za cuda? I tak samo jak poprzednio, nagle mnie olśniewa. To mowa dotykowa. W zależności od tego, gdzie przypada ukłucie, znaczy inny… wyraz… lub literkę… myśląc po ludzku…     … bo tylko tak mogę myśleć, lecz zaczynam nieco rozumieć, co ów przystojny kształt chce przekazać. Czuję się cholernie… zakochana. A niech to, co za banał na obcej planecie chyba? Kształt… we mnie też zakochany. Zakochany? Co ja pieprzę za farmazony. Doprawdy, fajne tu się kochają, rozczłonkowując ciała, kochanej osoby. Chyba jednak zaczyna mi odwalać w tym pokręconej krainie. Nie mogę usiedzieć na miejscu, muszę pochodzić…    … i na cholerę tutaj przeszłam. Zimno, wietrznie, aż me piersi rozedrgane. Chyba na kogoś czekam. Tylko jak długo? No wreszcie. Idzie do mnie uśmiechnięty i już z daleka wrzeszczy, przepraszając za spóźnienie. Tłumaczy to tym, że dość długo trwało, zanim się upodobnił do męskiego, w każdym aspekcie, niekoniecznie na co dzień widocznym.       Jest coraz bliżej. Wreszcie przy mnie. Przytula mnie, a ja jego. W czasie pocałunku, mamroczę niewyraźnie, dziękując za wspaniały żart słowny, którym mnie obdarzył. Że niby… przerobiony na człowieka. Chichoczę w głos na cały las. On też. Jesteśmy tacy... nieziemsko szczęśliwi. Częstuję go połówką bułki z wątrobianką i po chwili, gnieciemy leśną ściółkę.      Po finalnym zakończeniu, zakładamy odzienia, chociaż nie czujemy się nadzy. Idziemy w kierunku obrzeża lasu. Jesteśmy na skraju. To początek rozłożystej łąki, nakrytej żywym całunem, z różnorodnych kwiatów. Z tyłu promienie słońca, prześwitują przez zielone gałęzie. Widzimy przed sobą nasze wydłużone cienie oraz fruwające na ziemi, ślady ptaków.   A jednak coś zakłóca wspólną sielankę. Zaczyna padać drobny grad. Migoczące drobinki, szybują w naszym kierunku. Czuję stukanie na sobie, w różnych przedziwnych miejscach, a on patrzy na mnie, jakby chciał coś powiedzieć.        
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...