Proces – streszczenie

Autorka streszczenia: Marta Grandke.
Autor Franz Kafka

„Proces” to powieść, której autorem jest Franz Kafka. Opowiada o losach Józefa K., człowieka, który pewnego dnia niespodziewanie dowiaduje się, że został o coś oskarżony i rozpoczyna się jego proces. Józef K. nigdy się nie dowiaduje, czym zawinił. Powieść została wydana pośmiertnie wbrew woli autora w roku 1925.

Spis treści

Proces – streszczenie krótkie

Józef K. w dniu urodzin budzi się i odkrywa, że w jego pokoju stoi dwóch nieznajomych ubranych na czarno. Informują go oni, że został aresztowany. Willem i Franciszek to strażnicy. Planują pilnować Józefa przed rozpoczęciem właściwego procesu. Namawiają go do słuchania ich oraz oddania rzeczy pod ich opiekę. K. nie potrafi uwierzyć, że sytuacja dzieje się naprawdę. Zakłada, że ktoś z jego znajomych przygotował mu wyjątkowo dziwny żart z okazji trzydziestych urodzin. Nie zrobił bowiem nic złego.

Gdy Józef żąda pokazania mu nakazu aresztowania, okazuje się, że strażnicy nie mają takiego dokumentu. Według nich sam fakt pełnienia funkcji sądowych zobowiązywał K. do posłuszeństwa. Bohater nie miał pojęcia, co mógł uczynić ani o jakie przestępstwo jest podejrzewany. Nie rozumiał również, jak podobna sytuacja mogła wydarzyć się w państwie opartym na prawie. Strażnicy skierowali go następnie do pokoju panny Bürstner, która też wynajmuje pokój w pensjonacie pani Grubach. Tam spotkał grupę mężczyzn, którzy również nie byli w stanie wyjaśnić mu powodów oskarżenia. Wśród obecnych znajdowali się pracownicy banku, gdzie zatrudniony był także K. Niestety nie otrzymuje żadnych konkretnych odpowiedzi. Zostaje jedynie zapewniony, że zawiadomienie o przesłuchaniu nadejdzie później, a tymczasem powinien wrócić do pracy.

Po powrocie do domu Józef próbuje porozmawiać z panną Bürstner, jednak nie zastaje jej na miejscu. Kobieta wraca dopiero późnym wieczorem. K. przeprasza ją za to, że jej pokój został wykorzystany przez komisję śledczą. Następnie prosi ją o pomoc podczas procesu, gdyż pragnie wykorzystać jej doświadczenie stenotypistki. Kobieta zgadza się.

Po pewnym czasie Józef dostaje w banku wezwanie na przesłuchanie wyznaczone na najbliższą niedzielę. Z tego powodu musi zrezygnować z wycieczki łodzią, na którą zaprosił go dyrektor banku. W zawiadomieniu nie wskazano godziny spotkania, dlatego K. dochodzi do wniosku, że najlepiej będzie pojawić się rano, około dziewiątej. Dotarcie do odpowiedniego miejsca zajmuje mu sporo czasu. Dopiero na piątym piętrze jednego z budynków trafia na swoją salę przesłuchań. Drzwi otwiera młoda praczka. Wśród zgromadzonych tam ludzi ubranych na czarno wyróżnia się sędzia, który od razu karci K. za jego spóźnienie, choć mimo to dopuszcza go do przesłuchania. Pyta Józefa, czy jest malarzem. K. przeczy, po czym krytykuje cały proces, uznając go za absurdalne nieporozumienie. Twierdzi, że za wszystkim stoi organizacja szerząca korupcję wśród urzędników. Jego przemowę przerywa mężczyzna ciągnący praczkę w kąt sali. Józef próbuje jej pomóc, lecz tłum uniemożliwia mu przejście, a drogę do wyjścia zastawia sam sędzia. Ostatecznie K. opuszcza budynek.

Józef długo nie dostaje wiadomości o kolejnym przesłuchaniu. Z tego powodu decyduje się na własną rękę wrócić do gmachu sądu. Na miejscu spotyka jedynie praczkę, która tłumaczy mu, że tego dnia sąd nie działa. Dowiaduje się również, że kobieta wraz z mężem wynajmuje swoje mieszkanie pod posiedzenia sądu, a dodatkowo musi znosić zaloty zarówno sędziego, jak i studenta Bertolda. Kiedy Józef zagląda do ksiąg sądowych, orientuje się, że zamiast dokumentów leżą tam książki pornograficzne. Kobieta proponuje mu pomoc w prowadzeniu sprawy, lecz K. się na to nie zgadza.

Wkrótce nadchodzi student Bertold, który przyszedł po praczkę. Wezwał ją bowiem sędzia. Józef rusza za nimi, jednak jego uwagę przyciąga tabliczka informująca o wejściu do kancelarii sądowych. W środku dostrzega innych oskarżonych. Spotyka tam także woźnego, męża praczki, który skarży się na zdradę żony. Atmosfera pomieszczenia sprawia, że K. robi się słabo. Dopiero wyjście na świeże powietrze przynosi mu ulgę.

Józef coraz bardziej odczuwa potrzebę rozmowy z panną Bürstner. Kilkukrotnie próbuje się z nią skontaktować, jednak mu się to nie udaje. W końcu dostrzega, że do jej mieszkania wprowadza się panna Montag. Kobieta przekazuje mu, że stenotypistka nie chce się z nim spotykać. Rozmowę przerywa pojawienie się kapitana Lanza. Mimo wszystko K. decyduje się odwiedzić pannę Bürstner osobiście, lecz jej mieszkanie okazuje się puste.

Pewnego dnia, wychodząc do pracy, Józef słyszy hałas dochodzący z rupieciarni. W środku widzi strażników, którzy pojawili się u niego podczas aresztowania. Oczekują oni na wykonanie chłosty jako kary za próbę kradzieży ubrań K. Józef próbował interweniować, nie chcąc, by jego zgłoszenie stało się przyczyną ich cierpienia. Nie udaje mu się jednak nic wskórać. Siepacz żywi przekonanie, że niewykonanie kary narazi go na donos ze strony K. Pierwszy karę otrzymuje Franciszek, który zostaje pobity aż do utraty przytomności. Józef nie daje rady dłużej tego oglądać i opuszcza pomieszczenie. Postanawia wrócić do sprawy podczas kolejnego posiedzenia, uznając, że Willem i Franciszek płacą za błędy wyżej postawionych urzędników.

Wkrótce Józefa odwiedza jego wuj Karol, który dowiedział się o procesie od swojej córki. Uznając, że sytuacja może zaszkodzić reputacji całej rodziny, postanawia pomóc siostrzeńcowi. Zabiera go do swojego znajomego Hulda, czyli adwokata zajmującego się obroną ubogich. Prawnik jest ciężko chory i większość czasu spędza w łóżku pod opieką pielęgniarki Leni. W spotkaniu uczestniczy również dyrektor kancelarii sądowych. K. nie przywiązuje jednak większej wagi do tej rozmowy, ponieważ całą sytuację uważa za pozbawioną sensu. Wykorzystuje więc okazję, by opuścić pokój. Leni oferuje mu swoją pomoc w procesie i wręcza klucze do mieszkania.

Sprawa Józefa wciąż nie zostaje rozwiązana. Huld uważa się za specjalistę od takich procesów, Józef jednak coraz mniej wierzy w jego umiejętności. Decyduje się sam napisać wniosek, jednak nie jest w stanie tego zrobić. Wciąż nie dowiedział się, czego dotyczy akt oskarżenia. Cała sytuacja coraz bardziej odbija się na jego pracy zawodowej. Korzysta na tym wicedyrektor, który stopniowo przejmuje obowiązki Józefa. Jeden z klientów przejętych przez wicedyrektora wraca jednak do K., próbując mu coś doradzić odnośnie śledztwa. To malarz sądowy Titorelle mówi mu o tym. Klient wręcza Józefowi list polecający i wskazuje miejsce pobytu artysty.

Titorelle okazuje się chętny do pomocy, ale pokazuje K. trzy możliwe rozwiązania jego sytuacji: prawdziwe uniewinnienie, pozorne uwolnienie oraz przewlekanie procesu. Pierwsza możliwość oznacza całkowite oczyszczenie z zarzutów, co według malarza zdarzało się niezwykle rzadko. Druga polega na zdobyciu podpisów sędziów pod dokumentem potwierdzającym niewinność oskarżonego, jednak mogło to doprowadzić do ponownego procesu w przyszłości. Ostatnie rozwiązanie opiera się na ciągłym przeciąganiu postępowania, aby wyrok nigdy nie zapadł. Po rozmowie Józef odkrywa pomieszczenie, które służy jako kancelaria sądowa. Malarz tłumaczy, że znajdzie taką salę w praktycznie wszystkich budynkach. Postanawia odebrać Huldowi pełnomocnictwo. Drzwi mieszkania adwokata otwiera mu kupiec Block, od lat będący klientem Hulda. Jego własny proces trwa już pięć lat i całkowicie dominuje jego życie. Mężczyzna korzysta nawet z usług kilku adwokatów jednocześnie. Kiedy Józef informuje Hulda o zakończeniu współpracy, prawnik stara się przekonać go do zmiany decyzji. Pokazuje mu przy tym, jak lekceważy Blocka, a większą uwagę poświęca właśnie jemu. Ostatecznie jednak stwierdza, że większe szanse na uniewinnienie ma właśnie Block.

Józef coraz bardziej zaniedbuje swoje obowiązki zawodowe, przez co wicedyrektor zyskuje coraz większe wpływy i K. zostaje wreszcie zwykłym posłańcem. Pewnego dnia wicedyrektor poleca mu oprowadzić włoskiego klienta po zabytkach miasta. Spotkanie ma odbyć się w katedrze. Czekając na przybysza, Józef rozmawia z księdzem, który okazuje się kapelanem więziennym. Duchowny oznajmia mu, że jego sprawa rozwija się niekorzystnie i najprawdopodobniej zakończy się wyrokiem skazującym.

Następnie ksiądz przedstawia mu przypowieść o człowieku stojącym przed bramą prawa. Chłop pragnął wejść do środka, jednak strażnik zagrodził mu drogę. Nie tylko odmówił wpuszczenia go do środka, lecz także ostrzegł przed jeszcze groźniejszymi strażnikami znajdującymi się dalej. Mężczyzna zrezygnował więc z prób wejścia i całe życie spędził przed bramą. Dopiero przed śmiercią zapytał strażnika, dlaczego nikt inny nigdy tam nie przyszedł. W odpowiedzi usłyszał, że wejście było przeznaczone wyłącznie dla niego. Ksiądz chce w ten sposób zasugerować K., że człowiek nie jest w stanie uciec przed własnym losem. Józef nie zamierza jednak zaakceptować takiego wyjaśnienia.

W przeddzień trzydziestych pierwszych urodzin do mieszkania K. przychodzi dwóch mężczyzn. Zabierają go z domu i prowadzą poza miasto, do opuszczonego kamieniołomu. W pewnym momencie Józef zaczyna rozumieć, kim są jego towarzysze, ale nie stara się bronić ani uciekać, zwłaszcza że po drodze widzi pannę Bürstner i nie chce stracić godności w jej oczach. Gdy docierają do kamieniołomu, oprawcy rozbierają K., a następnie jeden z nich trzyma go za szyję, podczas gdy drugi zadaje mu cios nożem prosto w serce.

Proces – streszczenie szczegółowe

Rozdział I. Aresztowanie

Józef K. w dniu trzydziestych urodzin obudził się w swoim mieszkaniu, a zamiast jego kucharki, Anny, stał tam zupełnie mu nieznany człowiek. Obcy miał na sobie czarne ubranie, nawet się nie przedstawił, za to poinformował go, że Józef został aresztowany. Mężczyzna był zdumiony i zdenerwowany, wstał z łóżka i uciekł do pokoju obok, ale tam też czekał na niego odziany na czarno nieznany człowiek. Mężczyźni ci udzielili Józefowi porady, by oddał na przechowanie swoje rzeczy, a to ze względu na toczące się postępowanie. Józef jednak nie od razu był gotów, by podporządkować się nakazom obcych mu ludzi. Nie posłuchał zatem ich rady. Były to jego trzydzieste urodziny, zatem zaczął podejrzewać, że z tego powodu ktoś z jego znajomych próbuje zrobić mu dziwaczny dowcip. Józef przekonał sam siebie, że bierze udział w niezrozumiałej grze, a potem ze spokojem wrócił do pokoju, aby zabrać dokumenty. Została tam jednak już tylko jego metryka urodzenia, inne papiery zniknęły. W mieszkaniu Willem i Franciszek, strażnicy Józefa, rozgościli się już za to na dobre.

Mężczyźni jedli w spokoju śniadanie i nie zwracali specjalnie uwagi na żądanie Józefa, by przedstawili mu nakaz aresztowania. Nie mieli nawet takiego dokumentu przy sobie. Przypomnieli jednak oskarżonemu, że powinien ich we wszystkim słuchać, ponieważ występują oni jako reprezentanci i funkcjonariusze władzy. Willem i Franciszek pracowali jedynie jako funkcjonariusze sądowi, ale w tamtej chwili prawo stało po ich stronie. Zgodnie z obowiązkami musieli zatem kontrolować aresztowanego aż do chwili, w której jego wina miała zostać udowodniona. Józef powoli rozumiał już, że sprawa jest poważniejsza, niż sądził w pierwszej chwili po przebudzeniu. Nie potrafił jednak pojąć, co takiego złego właściwie zrobił i za co go aresztowano. Zaczął przypominać sobie swoje ostatnie czyny i rozpatrywać własne przekonania, doszedł jednak do wniosku, że nie postępował niewłaściwie, a na pewno nie w sposób, który mógłby doprowadzić do jego aresztowania. Nie rozumiał zatem, jak znalazł się w tej sytuacji. Uważał swoją ojczyznę za państwo prawa i nie przypuszczał, że w tym kraju coś takiego może spotkać obywatela.

Strażnicy polecili Józefowi udać się do pokoju panny Bürstner, by tam rozwiał dręczące go wątpliwości. Kobieta ta zamieszkiwała w pensjonacie, który z kolei od lat prowadziła pani Grubach. Józef poszedł zatem pod wskazane mu miejsce. Tam zastał czterech mężczyzn zajętych wspólnym oglądaniem zdjęć, w tym nadzorcę. On także jednak nie był w stanie wyjaśnić Józefowi, o co tak naprawdę go oskarżono.

Józef postanowił skontaktować się ze swoim przyjacielem, ale to także mu się nie udało. Zabolało go to, tym bardziej że Hasterer nie był zwyczajnym przyjacielem, ale także prokuratorem, K. zatem liczył, że znajomy pomoże mu wydostać się z całej tej sytuacji. Trzej pozostali mężczyźni okazali się pracownikami tego samego banku, w którym zatrudniony był Józef. On sam zaś był starszym prokurentem. Józefa zdumiał fakt, że nie tylko pozwolono mu iść do pracy, ale wręcz zachęcano go do tego, a cała sytuacja miała nie przeszkadzać mu w realizowaniu obowiązków zawodowych. Józef otrzymał jeszcze informację, że termin przesłuchania zostanie mu przekazany w późniejszym czasie.

Józef był już spóźniony do pracy, zatem uznał, że weźmie taksówkę, by szybciej dotrzeć do banku. Zaprosił do niej też trzech mężczyzn z mieszkania, którzy pojechali z nim. Potem wrócił do domu i uznał, że musi jeszcze porozmawiać z panną Bürstner, ale nie udało mu się jej zastać, za to spotkał panią Grubach, właścicielkę pensjonatu. Kobieta była zdania, że aresztowanie Józefa jest zwykłą pomyłką, zatem nie powinien się on tym przejmować. Nieobecność panny Bürstner znacznie bardziej ją interesowała. Uważała bowiem, że takie częste zniknięcia przynoszą złą sławę jej pensjonatowi, a tego pani Grubach chciała uniknąć za wszelką cenę. W końcu jednak stenotypistka wróciła do domu, było wtedy przed godziną dwunastą. Józef czekał na nią, zatem Bürstner zaprosiła go na rozmowę. K. najpierw przeprosił ją za to, że jego aresztowanie sprowadziło do jej pokoju komisję śledczą, jednak od razu poprosił ją, żeby mu pomogła. Wymyślił, że jako doświadczona osoba zostanie jego doradczynią w czasie procesu. Panna Bürstner wyraziła na to zgodę, ale nie miała pojęcia, za co K. mógł zostać aresztowany. Józef potem wrócił do swojego mieszkania całkiem zadowolony, liczył bowiem, że przy wsparciu kobiety przywróci porządek w swoim życiu i załatwi sprawę niespodziewanego aresztowania.

Rozdział II. Pierwsze przesłuchanie

Józef K. był właśnie w pracy, kiedy zadzwoniono do niego z informacją, że przesłuchanie odbędzie się w najbliższą niedzielę. Usłyszał, że ma przyjechać do budynku sądu, który znajdował się na przedmieściu, co nie pasowało K. z wielu różnych powodów. Musiał przede wszystkim odmówić zastępcy dyrektora, który zaprosił go na przejażdżkę łodzią. Józef chciał wziąć udział w tej atrakcji, ale musiał podporządkować się organom władzy i panującym zasadom. Nie udzielono K. jednak bardziej szczegółowych informacji, przykładowo godziny, o której miało rozpocząć się przesłuchanie. Postanowił zatem, że zjawi się w sądzie przed dziewiątą, bo to wydało mu się odpowiednią godziną. Dotarł zatem na ulicę Juliusza, przy której stał budynek sądu, i zaczął szukać odpowiedniej sali. Najpierw przeszedł przez bramę na dziedziniec, na którym stały ciężarówki należące do różnych firm. Rozpoznawał je dzięki pracy i przeprowadzaniu transakcji finansowych, zwróciły zatem jego uwagę. Mężczyzna uznał, że wejdzie do pierwszej z czterech klatek schodowych. Nagle przypomniał sobie słowa Willema o tym, że wina sama ma przyciągać sąd. Poczuł z tego powodu niepokój. Józef czuł się w sądzie bardzo niekomfortowo, uznał zatem, że uda, iż poszukuje stolarza. Zamierzał wszystkim mówić, że szuka pewnego Lanza, co miało mu zapewnić spokojny dostęp do różnych pomieszczeń. Było to nazwisko kapitana i siostrzeńca pani Grubach, ale oczywiście nikt z pytanych nie znał takiego człowieka. Dzięki temu K. poruszał się jednak swobodnie po kolejnych piętrach budynku. Wreszcie na piątym piętrze znalazł salę przesłuchań. Otworzyła mu młoda praczka, a potem zabrano go do pokoju, w którym zasiadali urzędnicy odziani w czarne surduty. K. to zaskoczyło, zebranie przypominało bowiem bardziej partyjne spotkanie niż przesłuchanie sądowe. Wszyscy urzędnicy wyglądali do siebie niezwykle podobnie, ale jeden mężczyzna wyróżniał się. Był to urzędnik z wyraźną nadwagą, który zasiadał na podium. K. wszedł do pomieszczenia, a ten natychmiast go skarcił za spóźnienie. Józef nawet nie próbował się tłumaczyć, zorientował się bowiem błyskawicznie, że zebrani są do niego źle nastawieni. Uznał zatem, że lepiej milczeć. Sędzia powiedział, że przesłuchanie odbędzie się w drodze wyjątku, ale następnym razem nie będzie tak wyrozumiały.

Potem sędzia chciał się dowiedzieć, czy Józef K. jest malarzem. Józef odparł, że nie, a potem próbował wytłumaczyć wszystkim, że śledztwo wobec niego jest pomyłką i błędem. Wywód tak podekscytował Józefa, że zaczął on nawet walić pięścią w stół, aż wreszcie wyraził przypuszczenie, że ktoś jest odpowiedzialny za tę pomyłkę, i uznał, że to zapewne organizacja utrzymująca państwową biurokrację. K. coraz śmielej wygłaszał swoje opinie, przypuszczał, że ta sama organizacja, która doprowadziła do jego przesłuchania, wydawała też nakazy aresztowania niewinnych osób. Ci zaś nie potrafili się bronić przed silną machiną państwowości. Józef uznał, że to też organizacja odpowiedzialna za to, że wśród urzędników nieustannie rosła korupcja. K. zapewne dalej by brnął w swoich wywodach, ale jego przemowę nagle przerwał krzyk. Krzyczała praczka, którą jakiś mężczyzna zawlókł w kąt sali, w której miało miejsce przesłuchanie Józefa. Mężczyzna odruchowo ruszył kobiecie na pomoc, ale inni natychmiast zastąpili mu drogę. Mężczyźni w czarnych surdutach zasłonili kąt, a na ich strojach dało się dostrzec rozmaite odznaczenia państwowe. K. z tego powodu uznał, że byli oni bez wątpienia szpiegami, a to wzmocniło jego teorię na temat spisku, w który go wciągnięto wbrew jego woli.

Józef postanowił wyjść z sali, ale wtedy drogę zagrodził mu już sam sędzia, który zwrócił mu też uwagę na to, że takie zachowanie pozbawia go licznych korzyści, jakie płyną z udziału w przesłuchaniu. Chciał w ten sposób wpłynąć na nastawienie Józefa, ale ten tylko zaśmiał się w twarz mężczyzny i opuścił salę, czym wszystkich zaskoczył.

Rozdział III. W pustej sali posiedzeń

Kolejny tydzień minął Józefowi K. na oczekiwaniu na informację dotyczącą kolejnego przesłuchania, jednak nic takiego się nie działo. Z tego powodu zrezygnowany Józef w niedzielę sam z siebie postanowił iść do sądu. Tym razem od razu wiedział, gdzie iść, ale na miejscu czekała na niego tylko praczka. Udzieliła mu informacji, że sąd tego dnia nie pracuje, ale dodatkowo opowiedziała mu też trochę o sobie. W ten sposób K. dowiedział się, że mąż praczki był woźnym w sądzie, a na dodatek wynajmowali oni swoje mieszkanie sądowi na czas posiedzeń. Kobieta wyznała Józefowi, że musi radzić sobie z zalotami sędziego, interesował się nią także student Bertold. Zdawała sobie jednak sprawę z tego, że protest czy bunt skutkowałby utratą przez nich oboje pracy, a nie mogli sobie na to pozwolić. Józef dowiedział się jeszcze, że sędzia przynosił praczce rozmaite prezenty, które niby dostaje jako nagrodę za sprzątanie jego pokoju. Student zaś miał obiecywać, że w przyszłości pomoże jej zdobyć wyższe stanowisko. Praczka pokazała też Józefowi różne księgi sądowe, które znacznie różniły się od tego, czego można się było spodziewać. Były to bowiem tak naprawdę niezwykle szczegółowe książki pornograficzne o takich tytułach jak „Plagi, które musiała znosić Małgosia od swego męża Jasia”. Kobieta zaproponowała Józefowi, że pomoże mu w trakcie jego procesu, gdyż dobrze zna sędziego, co może okazać się przydatne. K. jednak nie zgodził się na to, ale poprosił tylko o przekazanie sędziemu, że nie ma zamiaru nikomu wręczać łapówek i sam obroni się w procesie.

Nagle do pokoju wkroczył Bertold, który przyszedł do praczki i zawołał ją jednym kiwnięciem palca. Zrobił to, ponieważ kobieta została wezwana przez sędziego. Józef czuł, że kobieta coraz bardziej mu się podoba, zatem postanowił, że zostanie konkurencją dla sędziego oraz studenta. K. zastanawiał się nad tym, a wtedy student niespodziewanie zaczął wyprowadzać kobietę na korytarz. Józef poszedł za nimi, ale szybko zauważył kartkę z napisem, że to wejście do kancelarii sądowych, zatem zapomniał o praczce i wszedł do środka. Tam zaś byli znowu ludzie ubrani wyłącznie na czarno, nie byli to jednak urzędnicy, tylko osoby, które oczekiwały swojego rozstrzygnięcia w różnych sprawach. K. zrozumiał, że tak jak on są to oskarżeni. Wśród nich, ku zdziwieniu K., znajdował się także mąż praczki. Zwrócił się on do Józefa z prośbą o pomoc. Doszedł bowiem do wniosku, że nie potrafi zapobiec zdradzie małżeńskiej, ale nie potrafił się pogodzić z faktem jej zaistnienia. K. bardzo źle się czuł w kancelarii i pragnął z niej wyjść możliwie jak najszybciej. Poczuł się jednak słabo w drodze do wyjścia. Jedna z kobiet pracujących w kancelarii pomogła mu jednak i wyjaśniła też, że to normalne u osób, które po raz pierwszy trafiają do tego miejsca. Powodowało to jakoby zanieczyszczone powietrze, a K. nie mógł już nawet ustać na własnych nogach. Pewien elegancki pan miał mu pomóc w wyjściu, jednak okazało się w praktyce, że Józefa trzeba wynieść. Kiedy tylko K. wydostał się z pomieszczenia, od razu poczuł się lepiej i już samodzielnie wyszedł z budynku sądu, by wrócić do siebie.

Rozdział IV. Przyjaciółka panny Bürstner

Panna Bürstner była osobą, z którą Józef pragnął porozmawiać. Szukał z nią kontaktu, wysyłał listy do jej mieszkania i miejsca pracy, ale kobieta nie reagowała na to. Nie pojawiła się od niej żadna odpowiedź, zatem Józef doszedł do wniosku, że stenotypistka specjalnie go ignoruje. Nie chciał się jednak poddać, a w niedzielę udało mu się odkryć, że do pokoju panny Bürstner wprowadziła się też nauczycielka francuskiego, panna Montag, która również wynajęła lokal od pani Grubach. Podczas śniadania mężczyzna zapytał gospodynię o to, czemu nastąpiła zmiana. Gospodyni nie wyjaśniła mu tego jednak w zadowalający sposób, ale wydawało się, że podoba jej się taki obrót spraw. Dodatkowo uznała, że skoro K. z nią rozmawia, to nie jest na nią obrażony. Mężczyzna jednak zwrócił uwagę na zastanawiające odgłosy, jakie rozlegały się w trakcie przeprowadzki panny Montag.

Służąca przekazała informację, że panna Montag chce się spotkać z Józefem w jadalni. Tam bez żadnych ceregieli przekazała informację, że panna Bürstner nie życzy sobie kontaktu z Józefem, bo rozmowy z nią nic mu nie dadzą. Dodatkowo do jadalni wszedł kapitan Lanz, zatem rozmowa dobiegła końca. Mimo to Józef postanowił znów spróbować nawiązać kontakt z panną Bürstner, więc poszedł pod jej pokój i pukał do drzwi, ale nikt mu nie otworzył. Kiedy sam wszedł do środka, okazało się, że w pokoju jest pusto.

Rozdział V. Siepacz

K. wychodził do pracy i usłyszał dziwne dźwięki, które dobiegały z rupieciarni, poszedł zatem to sprawdzić. Odkrył, że w pomieszczeniu przebywa dwóch mężczyzn, dokładnie tych samych, którzy mieli go pilnować pierwszego dnia. Role się jednak odwróciły i teraz to oni czekali na wymierzenie im kary. Trzeci mężczyzna miał ich chłostać za to, że chcieli zabrać sobie odzież Józefa, a jemu zrobiło się z tego powodu przykro. Poinformował śledczego o sytuacji z ubraniami, ale nie w celu wymierzenia im takiej kary. O tym aspekcie nie myślał wcale, pragnął jedynie sprawiedliwości w postępowaniu. Józef nie zastanawiał się, tylko zaproponował, że to on podda się chłoście siepacza. Próbował także wręczyć mu pieniądze, by nie wymierzał on zadanej kary mężczyznom. Siepacza jednak nie dało się przekonać. Uważał, że jeśli się na to zgodzi, to Józef doniesie także na niego, a mężczyźni wydawali się przerażeni, próbowali zrzucać nawzajem na siebie winę. Siepacz zaczął chłostę od Franciszka i bił go tak długo, aż mężczyzna nie stracił przytomności.

Józef był pod ogromnym wrażeniem sytuacji, której stał się obserwatorem. Poszedł w stronę domu i sądził, że gdyby Franciszek tak nie krzyczał, udałoby mu się przekupić siepacza. Uznał bowiem, że z pewnością jest on człowiekiem, który dla pieniędzy jest w stanie zrobić naprawdę wiele. K. wreszcie uznał, że do walki z korupcją najlepiej wykorzystać przekupstwo. Uznał, że na następnym posiedzeniu dotyczącym jego sprawy zdecydowanie poruszy kwestię kary. Uważał, że to nie Franciszek i Willem zasługiwali na nią, a raczej urzędnicy, którzy sprowokowali farsę, jaką okazało się oskarżenie Józefa. Kolejnego dnia znowu zajrzał do rupieciarni, a w niej znowu miała miejsce dokładnie ta sama scena. Poprosił zatem woźnych, gdy wychodził, by dokładnie posprzątali to miejsce.

Rozdział VI. Leni

Wuj Karol, który był niegdyś jego opiekunem, odwiedził Józefa. K. miał szczególny stosunek do wuja i nazywał go „upiorem z prowincji”. Wuj Karol bywał w stolicy tylko wtedy, kiedy zmuszały go do tego różne sprawy wymagające załatwienia. Tym razem jednak zjawił się z powodu procesu, jaki toczył się w sprawie Józefa. Dowiedział się o nim od swojej córki, Erny. Przebywała ona wówczas w stolicy na pensji. Sytuacja Józefa mocno niepokoiła wuja, ale nie tylko ze względu na jego dobro, lecz także na to, że w proces mogła zostać zamieszana cała rodzina. Wuj Karol uznał, że to wystarczający powód, by pomóc Józefowi. Wziął go zatem do swojego kolegi ze szkoły, Hulda, który jako adwokat bronił ubogich. Jego mieszkanie było położone w tej samej dzielnicy co sąd. Adwokat dużo czasu spędzał w łóżku, ponieważ chorował na serce i źle się czuł. Pomagała mu pewna pielęgniarka o imieniu Leni. Nie chciała początkowo wpuścić Karola i Józefa do mieszkania. Wreszcie jednak sam adwokat nakazał jej, by przyjęła gości. Huld już wcześniej słyszał o procesie Józefa, zawsze chciał być bowiem na bieżąco ze sprawami kolegów. W pokoju w trakcie rozmowy przebywał także dyrektor kancelarii sądowych, który też się wypowiedział. Wszystko to jednak nudziło Józefa. Nagle rozległ się dźwięk tłuczonego szkła, zatem poszedł sprawdzić, co się stało. Okazało się, że pielęgniarka rzuciła talerzem w ścianę, by go wywabić z pokoju. Poszli do gabinetu adwokata, gdzie Leni zaproponowała swoją pomoc w procesie. Dała Józefowi też klucze do mieszkania, wyraźnie zachęcając go do wizyty. Po wyjściu z domu adwokata wuj miał do Józefa pretensje, że bardziej interesuje go spotkanie z Leni niż jego własny proces.

Rozdział VII. Adwokat. Fabrykant. Malarz

Przyszła zima, a sprawa Józefa wciąż nie posunęła się do przodu. Huld co prawda podejmował jakieś starania, ale K. nie zauważył znaczących efektów jego wysiłków. Adwokat był zdania, że K. zaszkodził sam sobie, ignorując ostentacyjnie dyrektora kancelarii. Miał jednak wciąż nadzieję na to, że sprawa zakończy się pozytywnie dla Józefa. K. natomiast w to nie wierzył, był zmęczony i sfrustrowany całym zamieszaniem.

Huld uważał, że jego pierwszy wniosek wszystko zmieni i chciał przekonać K., że jego przygotowanie doskonale popchnie sprawę do przodu. Wspominał też przy tym o swoim doświadczeniu i o tym, że jest specjalistą. Józef jednak nie potrafił w to uwierzyć, aż wreszcie na własną rękę napisał podanie i zajął się tą sprawą. Wiedział bowiem, że jest niewinny, co ułatwiło mu przystąpienie do działania. Nie znał jednak treści swojego aktu oskarżenia. Nie miał zatem pojęcia, przed czym ma się tak właściwie bronić w swoim podaniu. Sytuacja ta negatywnie odbijała się na Józefie, co stawało się też widoczne w pracy. Zdarzało mu się bowiem zaniedbywać obowiązki, co zauważył i wykorzystał wicedyrektor, dla którego K. był rywalem. Ten nie przejmował się tym, gdyż ważniejsza była sprawa sądowa.

Wicedyrektor interweniował, kiedy pewnego dnia K. nie był w stanie porozumieć się z klientem w celu sfinalizowania kontraktu. Klient jednak wrócił do Józefa i próbował mu doradzić w sprawie procesu, o którym dowiedział się od malarza sądowego, Titorellego, który sprzedawał obrazy. K. poprosił o list polecający do malarza i dostał go. Wicedyrektor zajął się jednak kolejnymi trzema klientami K., a także coraz lepiej czuł się w jego biurze. Józef wreszcie to dostrzegł i wystraszył się, gdyż oznaczało to, że traci pozycję w banku, na którą przez lata ciężko pracował. Nie wiedział jednak, jak ma poświęcać więcej czasu pracy, skoro proces pochłaniał go bez reszty. K. zaczął wreszcie szukać malarza sądowego, ten zaś mieszkał na strychu ubogiego domu. Józefa powitały tam kilkuletnie dziewczynki, które potem podsłuchiwały rozmowę malarza z gościem. K. pokazał rozmówcy list pozyskany od fabrykanta, a Titorelli opowiedział mu, że pracę portrecisty sądowego zdobył dlatego, że wcześniej zajmował ją jego ojciec. Józef czuł się tam źle, w pomieszczeniu panował bowiem zaduch. Malarz chciał pomóc Józefowi w procesie i przedstawił mu trzy możliwe sposoby uzyskania uwolnienia: ścieżką prawidłową, pozorną oraz przewleczoną. Malarz zaczął tłumaczyć Józefowi, jak naprawdę działa sąd, gdzie paradoksy goniły się nawzajem, a sędzia zazwyczaj nie uznawał żadnych argumentów, zaś wyrok zazwyczaj nie był znany nawet jemu. Niewinnie oskarżeni mieli nie potrzebować żadnej pomocy, ale byli oni uwalniani niezwykle rzadko. Gdy się to zdarzało, była to ścieżka prawidłowa. Pozorne uwolnienie oznaczało napisanie zaświadczenia przez malarza na temat niewinności K., pod którym podpisaliby się sędziowie. Jednak w przypadku sukcesu takiej operacji istniało ryzyko, że kiedyś Józef zostanie ponownie aresztowany. Przewleczenie oznaczało zatrzymanie procesu w jego początkowym stadium. Wtedy Józef i chroniąca go osoba musieliby cały czas pozostawać z sądem w kontakcie, ale dałoby to sytuację, w której proces by się nie kończył i nie posuwał do przodu, dzięki czemu cała sytuacja wisiałaby w zawieszeniu. Co prawda skazany nie zostałby uniewinniony, ale też nie doszłoby do jego skazania. K. jednak nie zdecydował się na żadną z przedstawionych mu propozycji. Zamiast tego wrócił do siebie. Malarz na odchodne wręczył mu jeszcze kilka obrazów, na których namalowano ten sam krajobraz. Wyprowadził Józefa z mieszkania drzwiami, które znajdowały się za jego łóżkiem, a K. w ten sposób trafił do kolejnej kancelarii sądowej, identycznej jak ta, w której go przesłuchiwano. Malarz wyjaśnił zaskoczonemu gościowi, że takie miejsca znajdują się właściwie w każdym domu. K. dorożką pojechał do banku.

Rozdział VIII. Kupiec Blockbaum. K. wypowiada adwokatowi

Józefa irytowało to, że nic się w jego sprawie nie zmienia, zatem doszedł do wniosku, że powinien odebrać adwokatowi pełnomocnictwo. Poszedł zatem do jego domu, gdzie drzwi otworzył nieznany mu mężczyzna, chudy i z długą brodą. Okazało się, że to kupiec Blockbaum. Mężczyzna od wielu już lat współpracował z Huldem. Wszyscy poszli razem do kuchni, gdzie Leni gotowała obiad. Przywitała się serdecznie z Józefem, a ten dowiedział się, że Huld i Blockbaum znają się już od dwudziestu lat. Huld bronił go w procesie, który ciągnął się już od pięciu lat. Kupiec wynajął jednak jeszcze innych adwokatów, by lepiej kontrolować przebieg procesu, skupił też na nim całą swoją uwagę, zatem spędzał u Hulda większość swojego czasu. Nie posuwało to jednak sprawy do przodu, odbywały się przesłuchania, ale nie wyznaczono terminu właściwej rozprawy.

Ta historia upewniła K. w jego zamiarze wypowiedzenia pełnomocnictwa, ale kiedy kupiec i Leni usłyszeli o tym, nie pozwolili mu wejść do adwokata. Udało mu się to, a potem powitał adwokata w nieprzyjemny sposób. Huld był tym zdziwiony i proponował, by K. jeszcze raz zastanowił się nad tą decyzją. Ten jednak czuł się zdecydowany, gdyż przedłużający się proces rujnował jego życie i odbierał zdolność normalnego funkcjonowania. Huld jednak nie zamierzał się poddać i próbował udowodnić Józefowi, że jest bardzo dobrze traktowany w porównaniu z innymi klientami. Zawołał Blockbauma i zaczął go ignorować, a ten próbował zwrócić jego uwagę, całując go po rękach, a wszystko to zirytowało Józefa. Zachowanie Blockbauma wydawało mu się niesmaczne. Huld z kolei wierzył, że sprawa kupca będzie miała szczęśliwe rozwiązanie, gdyż był on gorliwym oskarżonym, a to sędziowie lubili i doceniali.

Rozdział IX. W katedrze

Józefowi coraz gorzej szło w pracy i tracił swoją pozycję na korzyść odnoszącego sukcesy wicedyrektora. Tracił na jego rzecz swoje kolejne obowiązki. Kontrolował on jego biuro i wysyłał K. na miasto po różne sprawunki. Otrzymał raz zadanie, by włoskiemu klientowi pokazać kilka zabytków. Umówił zatem z nim spotkanie na dziesiątą w katedrze, a wcześniej przygotowywał się i powtarzał ważne sformułowania. Zamierzał działać mimo przeziębienia i złego samopoczucia, zatem poszedł na umówione miejsce. Tam czekał na klienta i przeglądał album z zabytkami, trzymał też latarkę kieszonkową, którą oświetlał obrazy w świątyni. Zwiedzał kościół powoli, aż dotarł do ambony, skąd przyglądał mu się kościelny sługa. K. szedł za nim główną nawą, a potem dotarł do bocznej ambony, gdzie spotkał księdza. Powstrzymał on K. przed wyjściem, okazał się kapelanem więziennym i chciał poinformować Józefa, że jego sprawa źle się toczy, bo sąd uważa, że jest winny.

Ksiądz zszedł z ambony i przedstawił K. przypowieść o chłopie, który przyszedł do bramy pałacu, w którym znajdowały się prawa. Chłop chciał to prawo zobaczyć na własne oczy, ale najpierw odźwierny nie chciał go przepuścić, a potem nastraszył go strażnikami, którzy strzegli następnych wejść i byli groźni. Chłop zatem siedział pod ścianą i czekał, a przed śmiercią zapytał strażnika, czemu nikt inny tu nie przyszedł. Okazało się, że ten konkretny strażnik wraz z wejściem byli przygotowani specjalnie dla niego. Ksiądz w ten sposób chciał pokazać K., że nie ucieknie przed własnym przeznaczeniem, a także to, że zrozumienie praw rządzących losem jest właściwie niemożliwe. Strażnik tylko wypełniał obowiązki, chłop sam wybrał czekanie pod bramą. K. nie do końca przekonała ta opowieść. Ksiądz przyznał jeszcze, że on też przynależy do sądu.

Rozdział X. Koniec

Kolejnego dnia Józef K. miał mieć trzydzieste pierwsze urodziny. Wieczorem jednak zjawili się u niego dwaj ubrani na czarno mężczyźni. Najpierw Józef sądził, że są aktorami, i pytał, z którego teatru przychodzą. Wyprowadzili oni go jednak z pensjonatu, a on nie stawiał oporu, ale potem uświadomił sobie, kim są, kiedy prowadzili go pod ręce. Mógł wyglądać na chorego, ale w ten sposób uniemożliwili mu ucieczkę. K. chciał walczyć, ale przeciwnicy byli silniejsi od niego. Minęli na ulicy pannę Bürstner, a on nie chciał się przed nią ośmieszać, zatem przestał się szamotać. Udawał, że to on nadaje kierunek swojej wędrówce. Nie zatrzymało go spojrzenie policjanta, a jego towarzysze nic nie mówili.

We trójkę dotarli do opuszczonego kamieniołomu za miastem. Ubrani na czarno mężczyźni zaczęli przygotowywać egzekucję. Rozebrali K., który zdawał sobie sprawę z tego, co go zaraz czeka, rozumiał, że to jego ostatnie momenty. Jednak był zadowolony z przyjętej przez siebie postawy. Oprawcy ustawili Józefa przed wielkim kamieniem, jedynie głowa wystawała mu ponad głaz. Jeden z mężczyzn sięgnął po rzeźnicki nóż, a wtedy ktoś otworzył okno w kamieniołomie i stanął w nim. K. zastanawiało, czy ten ktoś mu współczuje. Rozumiał, że nie wygra już z przeznaczeniem, ale umierał i nie wiedział, za co. Nie miał pojęcia, kto i o co go oskarżył, oskarżyciel nigdy się też nie ujawnił. Jeden mężczyzna chwycił K. za gardło, drugi wbił mu nóż w serce, a Józef pomyślał, że umiera jak pies.


Przeczytaj także: Józef K. – charakterystyka

Aktualizacja: 2026-05-12 21:23:55.

Staramy się by nasze opracowania były wolne od błędów, te jednak się zdarzają. Jeśli widzisz błąd w tekście, zgłoś go nam wraz z linkiem lub wyślij maila: [email protected]. Bardzo dziękujemy.