3 grudnia, San Francisco
Dzięki tej podróży nie straciłem dnia ani go też nie zyskałem. Na amerykańską ziemię zeszliśmy o siódmej rano, chociaż nie był to nawet dokładnie ląd, a jakieś pływające przystanie. Widać było tam statki ze wszystkich państw, które przybywały tu, by handlować rozmaitymi towarami, jednak na oglądanie ich nie było czasu ani ochoty. Ameryka sprawiła jednak wiele radości memu drogiemu Passepartout. Skoczył tak gwałtownie ze szczęścia, że drewno nie wytrzymało i załamało się pod nim — prawie wylądował w wodzie.
Pierwszym moim czynem było sprawdzenie, o której odchodzi pociąg do Nowego Jorku. Okazało się, że dopiero o szóstej wieczorem, zyskaliśmy zatem cały dzień na zwiedzanie miasta. Zamówiłem dorożkę i pojechaliśmy do hotelu „International”. W hotelu przywitał nas darmowy bufet, z którego chętnie skorzystaliśmy, dopłaciliśmy jedynie za alkohol. Było to bardzo amerykańskie — przynajmniej według Obieżyświata.
Następnie, już po śniadaniu, skierowaliśmy się do konsulatu angielskiego, by podbić paszporty pieczątkami. Obieżyświat chciał się zaopatrzyć w broń na wypadek, gdyby Indianie zaatakowali nasz pociąg. Wydawało mi się to przesadnie ostrożne, ale zostawiłem mu swobodę w tej decyzji.
Potem, dziwnym przypadkiem, znowu natknąłem się na Fixa. Wydawał się równie zdziwiony jak ja tym spotkaniem. Nie zdążyliśmy jednak porozmawiać zbyt długo, gdyż nadeszła jakaś demonstracja. Fix uznał to za mityng, czyli wiec wyborczy, i stwierdził, że lepiej będzie się odsunąć od zbiegowiska. Fix gdybał na temat powodu tego mityngu, a zamieszanie wciąż przybierało na sile. Potrącali nas obcy ludzie, a w pewnym momencie zamachnął się na mnie olbrzymi, rudowłosy Jankes. Fix mnie osłonił i biedak dorobił się guza.
Zdenerwowany wdałem się w krótką sprzeczkę z nieuprzejmym Jankesem, który bardzo mnie zirytował. Notuję na wszelki wypadek jego nazwisko: pułkownik Stamp Proctor. Oby więcej nie stanął mi na drodze!
Za kwadrans szósta przybyliśmy na dworzec i weszliśmy do wagonu. Różnił się on od tego, co znamy w Europie.
4 grudnia, pociąg, gdzieś w Stanach Zjednoczonych
Jechaliśmy punktualnie, a o ósmej konduktor zapowiedział, że nadeszła pora snu. Wagon natychmiast zmienił się w sypialnię. O siódmej rano minęliśmy Cisco, a o dziewiątej wjechaliśmy do stanu Nevada. Był krótki postój na posiłek, a potem wróciliśmy do jazdy i podziwiania widoków za oknem. Jechaliśmy bez zakłóceń, aż nagle, około trzeciej, stanęliśmy. Nie mogę do tej pory zrozumieć, jak to się stało, że stado bizonów doprowadziło do zatrzymania całego pociągu! Niewyobrażalne! Cóż to za kraj. Zwierzęta uwięziły nas na aż trzy cenne godziny, kiedy mogliśmy jechać dalej zgodnie z planem. Około wpół do dziesiątej wjechaliśmy dopiero do stanu Utah, do kraju mormonów. Mam nadzieję, że kolejny dzień nie przyniesie żadnych niespodzianek.
Aktualizacja: 2025-11-03 15:28:45.
Staramy się by nasze opracowania były wolne od błędów, te jednak się zdarzają. Jeśli widzisz błąd w tekście, zgłoś go nam wraz z linkiem lub wyślij maila: [email protected]. Bardzo dziękujemy.