Pod toporem

I.

Las drży od siekier głuchego łoskotu,
Drży rozbudzony z marzeń czarodziejskich;
Chmurami ptastwo zrywa się do lotu,
Szumiąc, jak dusze w okręgach dantejskich;
Czasem się sosna wali z hukiem grzmotu,
Czasem, zmieszane z nutą pieśni wiejskich,
Słychać skowronków modlitwy w błękicie,
Szwargot przekupniów i psa smutne wycie.

Las się na ziemi kładzie trupów wałem,
I coraz większą czyni słońcu bramę;
A jak zwycięzca z wejrzeniem zuchwałem,
Wlokąc za sobą złotą płaszcza lamę,
Pyszny, bo szczęścia upojony szałem,
Idzie, gdzie trupy witają go same, —
Tak jasność dzienna wdarła się, i płynie
Po przerzedzonej toporem gęstwinie.

O biedne drzewa! Już wam o wieczorze
Nie będzie śpiewał słowik, ani rano!
Kędyś w handlarskim, ponurym kantorze
Wyrok zagłady na was podpisano;
I zaczem kupiec wyśle was za morze,
By dać swej kiesie pełność pożądaną,

Wprzód, na wilgotnej rozłożone darni
Musicie butwieć, jak kości w grabarni!

I nikt przyszłości waszej nie odgadnie,
Bo każdą rzeczą los kapryśnie ciska;
Jedne z was człowiek przyozdobi ładnie
I będzie trumna z nich albo kołyska;
Innym smutniejsze przeznaczenie padnie:
Pożrą je głodne płomienie ogniska;
A z innych — dziwne jutra tajemnice!
Może krzyż, zrobią, może szubienicę..

Smutny jest widok cmentarnych zagonów,
Kiedy nad niemi płynie księżyc złoty,
Smutna jest wstęga błękitna wagonów,
Gdy nam zabiera najdroższe istoty,
Smutna ławeczka mała, w cieniu klonów,
Co pomni zmarłej kochanki pieszczoty,
Ale smutniejszym od nich i przeklętym
Jest obraz pustki po lesie wyciętym.

Pnie, jak nagrobki, sterczą w tej pustyni,
Ponurej ciszy żaden głos nie miesza,
Mysz i jaszczurka goście tu jedyni;
I tylko wiosną tłumna ptaków rzesza
nad tym cmentarzem wielkie gwary czyni
Szukając gniazd swych — i dalej pośpiesza,
Pragnąc odpocząć po podróżnym trudzie,
Gdzie większe bory — i gdzie lepsi ludzie!

II.

O mądre kupcy! o przebiegli Szmule!
Czy wy wierzycie w ludzi i drzew bóle?
Czy wy wierzycie, że drewniane belki
Pod toporami płacz podnoszą wielki?
Czy wy wierzycie w majestat biedaków,
Sosen miłoście i modlitwy ptaków?

A jednak, gdyby opadła pomroka
Z waszego serca i z waszego oka,
To-byście wiele cudów oglądali.

Gdy noc swe lampy królewskie zapali
I las pokryje pulą czarnej szaty,
Ktoś w nim szatańskie odprawia sabaty...
Słychać tam jęki i łkania stłumione,
Wśród gąszczy ognie błyskają czerwone;
Czasem zadźwięknie smutno róg myśliwski,
Czasem z gęstwiny wyjrzą charcie pyski,
Albo kolczate obrożami szyje;
Czasem ktoś wilczą gardzielą zawyje,
Lub wskróś gęstwiny, łamiąca się w echu,
Przeleci gama szyderczego śmiechu...

Chwilami widać wśród cichej polanki
Leśnych boginek nieruchome wianki,
Podobne mrozem skamienionej fali;
Wzrok ich spuszczony, jak próchno się pali,

Twarzy jasnością nie weseląc żadną;
Wiedza, że wkrótce pod toporem padną
Ich szmaragdowe domy i ołtarze,
Więc, kiedy nocne odprawiają straże,
Niby girlanda błędnych ogni złota —
Ani im w myśli taneczna ochota.
Chwilami widać starca, co na sośnie
Siedząc, spogląda dokoła żałośnie,
Jakby na groby patrzył, nie na drzewa...
Włosów, od trawy zieleńszych, ulewa
Na pierś mu spada rozrosłą, rycerską;
Do łona fletnię przyciska pasterską,
Ale nie budząc jej dźwięcznego ducha,
W smutnem milczeniu leśnych szmerów słucha,
I gdy wiatr z jękiem zaszumi gęstwiną,
Łez srebrne grochy po licach mu płyną..

Czytaj dalej: Deszczyk - Wiktor Gomulicki