Na wokluz, wody i dom gocki pod Białymstokiem

Autorem wiersza jest Franciszek Karpiński

Nad brzegiem góry siedzi dom samotny;
Co dawne Goty piękniejszego miały,
Jak przed lat tysiąc budował wiek zwrotny
Okna, drzwi, ściany i skład domu cały
Wszystko to ręka widoma zebrała,
Nowej robocie starą duszę wlała.

Spomiędzy arkad, na których gmach wsparty,
Najżywsza woda z wielu miejsc wybiega,
I tam, gdzie padół czekał ją otwarty,
Jakoby w jedno jezioro się zbiega.
Tam ryba między milczącymi brzegi
Ma wśród wód cichych spokojne noclegi.

Dalej tamami zatrzymane wody
Z pośrodka głazów z szumem lecą z góry;
Poniżej strumień i drzew wieczne chłody,
Z których wierzchołkiem chociaż walczą chmury;
Pień ich ogromny i grunt ich zielony
Spokojnie patrzą na wicher szalony.

Tam rozmyślanie swe godziny miewa,
Tam i ja miejscem przychodzę ściągniony,
Tam ze mną chodzi nadzieja troskliwa,
Posępny smutek, żal nieutulony.
Nad tym strumieniem najmilej mi siadać,
Ilekroć chciałem z sercem moim gadać.

Stamtąd poglądam, jak te wody siadły,
Co w spokojności swych brzegów pilnują,
Potem się jednym zakątem wykradły
I gwałtem z swoich łożysk ustępują.
Potem z szelestem po zielonej błoni
Wdzięcznym strumieniem woda wodę goni.

Mój to jest obraz!... Zapędzony w lata,
Spokojne mi się podobają wczasy,
Lubię ustronia, gdzie mniej widzę świata,
Lubię tę cichość, którą mają lasy;
A mimo tego częstokroć jak młody
I śpiewam pieśni, i biegam w zawody.

Stamtąd poglądam na ten ołtarz święty,
Ołtarz Dobroci świeżo wystawiony,
Gdziem i ja względem próżnym nie ujęty,
Śpiewając splatał wieniec zasłużony;
Gdzie wraz z drugimi cnocie kwiaty dałem,
Bo nie chce złota; ja go też nie miałem.

Tam czasem myślę, jak bez mojej winy
Często mię język złośliwy szkalował
I choć do gniewu nie dałem przyczyny,
Przecież zły człowiek źle mię oszacował.
Środkiem gałęzi, którymi wiatr chwieje,
Uzieram nieba i ból mój wolniejc.

Tam przypominam, jak pełna obłudy
Miłość, przed którą-m kolano naginał!
Jak marniem tracił westchnienia i trudy!
l właśnie wtenczas, kiedym ją przeklinał,
Wtenczas gdym myślił, że stoję na ziemi,
Brzeg się usunął i płynę z drugiemi.

Jak wiele razy, którą ja szanuję,
Przyjaźń swą dla mnie odmieniała postać?
Chociaż tak wiernie ustaw jej pilnuję,
Przy gorzkim tylko żalu przyszło zostać;
Że na dar serca mojego nie dbano,
Wzięto go dzisiaj, jutro zapomniano!

Tak smutne myśli kiedy mię trapiły,
Eliza z domu swojego wyźrzała;
Oczy jej ciemność lasu objaśniły,
Śpiewa ptaszyna, łąka się rozśmiała,
Weselsza ryba igrała po wodach
I jam zapomniał o moich przygodach.


Czytaj dalej: Pieśń wieczorna