Płomień, com mniemał że go już stłumiły
Chłodniejsze tchnienia i lat rwista fala,
Znów srogą mękę w duszy mej rozpala.
Nie całkiem, widzę, zbył pożerczej siły,
I pod popiołem iskra gdzieś tlejąca
Znów klęski wznieca, które bodaj były
Coraz choć lżejsze! Toż od łez tysiąca
Które przez oczy serce z siebie strąca,
Tym ogniom co mię trawią nie od wczora
Do samej rdzeni zgasnąćby już pora!
Wiecież, o drodzy moi! czem się stawa
Że mi z własnemi skłócić się oczyma?
(Spóźnionych pociech oto korzyść łzawa!)
Tak jest — Amora sprawka to ojczyma —
On tak zdradziecko w swych mię siatkach trzyma.
Że gdy już uciec zbieram kroki rącze.
Znów mię widokiem Laury mej oplącze. —
tłum. Felicjan Faleński