Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

 

Jechałem powoli, niespiesznie.

Jednostajnym stępem.

Nie widziałem powodu do pośpiechu

ani jakiejś gwałtownej, 

nieskoordynowanej reakcji na telegram,

który dostarczono mi

przed dwoma dniami.

Jego krótka acz treściwa nota głosiła.

Ojczym umiera, zjaw się najprędzej 

jak to możliwe w dworku.

Podpisano, moja biedna matka.

 

 

Nie, nie była biedna ani kochana.

Tym bardziej opiekuńcza czy troskliwa.

Była zimna i obojętna.

Jak wszyscy, 

którzy nadal pozostawali lokatorami,

naszej rodzinnej posiadłości.

A mój ojczym.

Po prostu był.

Żył i to jedyne co mogłem

o nim powiedzieć.

 

 

Na szczęście i jego czas

dobiegał końca.

Ja miałem go pod dostatkiem.

Dlatego nie śpieszyłem się ani trochę.

Czyżby chciał się

pojednać na łożu śmierci?

Było już na to za późno.

Wiele lat za późno.

Zresztą jeśli czegoś

mnie w życiu nauczył,

to tego by

nie okazywać słabości, litości 

ani nie zważać na sumienie i ból.

Nie spodziewał się chyba, 

że uczeń przerośnie mistrza.

Ja nie błagał bym go o przyjazd.

Szybciej spodziewałbym się 

papieża przy łóżku 

niż kogokolwiek z mojej rodziny.

Splunąłem za siebie

na myśl o tej zbieraninie.

Obym tylko nie zdążył na czas.

 

 

Moja gniada klacz pokonała 

jeden z ostatnich zakrętów 

na drodze do dworku.

Kamienistym poboczem 

szła w jego stronę postać,

ubrana od stóp do głów w czerń

a na jej głowie spoczywał elegancki kapelusz o szerokim zadartym rondzie.

 

 

Był to pastor, którego dobrze znałem 

i pamiętałem jeszcze

z młodzieńczych lat.

Z pewnością szedł do dworu,

by rozgrzeszyć

i namaścić umierającego.

Dziwne bo nie przypominam sobie

by ojciec uznawał

jakieś inne sakramenty 

niż chlanie taniej whisky 

i uleganie przemocy wobec bliskich.

 

 

Dokąd to

ścieżki Pana prowadzą pastorze?

Czyżby do 

przeklętej posiadłości Lindemannów?

Toż to droga dla rogatych diabłów

o umorusanych w smole racicach 

a nie świątobliwych stóp mężów 

kalwińskiego kościoła.

Zrównałem się z nim 

i wtedy poznał z kim ma przyjemność.

 

 

Paniczu! I wy tutaj!? 

Więc nie wezwano mnie na próżno,

skoro matka Wasza

sięga i po takie środki 

jak powrót syna.

Więc naprawdę umiera.

I może nie powinienem tego mówić

ale boża ręka sprawiedliwości 

sięga zawsze daleko,

może nie rychło

lecz zawsze skutecznie.

Już dawno powinno się to stać.

Niektórzy zajmują nam i Bogu 

zbyt wiele dni i czasu.

Lecz widać chce 

pojednania z Wami i Bogiem,

skorośmy się spotkali na tej drodze.

Nie widziałem Was przeszło dwadzieścia lat,

byłeś pacholęciem a teraz widać 

wielkim, miejskim panem.

Zaglądacie tam choć czasem 

do domu bożego?

 

 

Gdyby pastorze

zamienić rolę kościołów 

na domy publiczne

i hazardowe mordownię,

to by mnie wyniesiono 

nie na kardynała występku

a ogarnięty grzechem najcięższym,

tron papieski 

a miasto obwołano by

stolicą nie apostolską 

a nową biblijną Sodomą.

Nie ma tam miejsca na świętość,

chyba że świętość zemsty.

 

 

Bluźnisz Paniczu zupełnie jak ojczym.

A byłeś małym, pięknym aniołkiem 

i nadzieją na odrodzenie rodu.

A zostałem aniołem

brudu, żądzy i śmierci.

Zgodnie z klątwą rodziny.

Czasem łatwo zbadać wyroki boskie.

Bywaj Pastorze,

widzimy się we dworze.

 

 

Uderzyłem klacz ostrogą 

i poszła ochoczo galopem 

ku widniejącej bryle domu

na horyzoncie.

Konia wstrzymałem jednak 

kilkaset metrów dalej.

Nie miałem powodu do pośpiechu.

A może już jest po wszystkim.

Moim marzeniem było

widzieć go jako trupa,

niż jako

dogorywające szczątki człowieka,

którym nigdy nie potrafił być.

Postrzelono go.

Dano mu szansę na przeżycie.

A powinni zastrzelić go jak psa.

Wyegzekwować wyrok.

Mogą dać mi rewolwer do ręki 

nad jego łożem śmierci 

a ja skrócę jego męki.

Dokończę to co zepsuł ktoś inny.

Ogarnęła mnie radość rozpierająca 

całe wnętrze i duszę.

Śmiałem się pod nosem,

tak szczerze jak jeszcze nigdy w życiu.

 

Gdy tylko zjawiłem się 

opodal zrujnowanego ganku.

Drzwi frontowe rozwarły się 

i ujrzałem postać

ubranej w żałobę matki.

Nie płakała, nie radowała się.

Nie zbliżyła się do mnie ani nie odpowiedziała na krótkie przywitanie.

Była jakby w szoku 

i z nieukrywaną złością rzuciła.

Spóźniłeś się.

Umarł ledwie przed godziną.

Chciałam dać mu szansę 

by mógł Cię zobaczyć i może przebaczył byś mu w godzinie odejścia.

A więc piekło go wreszcie pochłonęło.

Nie wiem matko, 

czy to nie wyście strzelali do niego,

myślę że tak było.

I chwała Ci za to matko,

bo tyranię obala się zawsze krwią i siłą.

Niech będzie przeklęty na wieki.

Jak jego syn.

Bywaj matko.

Obróciłem klacz na zadzie 

i wróciłem skąd przyszedłem.

 

Na drodze znów minąłem pastora.

Szedł niestrudzenie,

pogrążony w myślach.

Zobaczył mnie z daleka.

A więc Paniczu, trudzę się na darmo.

Zmarł zanim dotarliśmy.

Diabły odebrały jego spowiedź pastorze

i zawlekły go do najniższego kręgu.

Chciałem by podczepili mi 

do konia jego ciało, 

troczyłbym je po duktach 

aż odeszłoby od kości 

a potem zerwałbym je gdzieś w lesie 

ku uciesze wilków i niedźwiedzi.

Lepsze to niż pogrzeb.

Po co skalać czystą ziemię kimś takim.

Nie zasłużył na spokój grobu.

Bywaj Pastorze!

Pastor obejrzał się za jeźdzcem.

Zsunął kapelusz na piersi 

i powoli wykonał znak krzyża.

Chroniąc swą duszę

przed takimi demonami.

 

 

 

 

Opublikowano

@Simon Tracy

 

Świetnie dawkujesz napięcie i to właśnie ten spokój jest w tekście najbardziej mrożący. Dialogi z pastorem to prawdziwa perełka.  Buduje portret człowieka, który dawno przekroczył jakąś granicę i ani myśli wracać. Na grafice to pewnie zwłoki ojczyma z jego wyobraźni. 

 

Tekst super! 

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Świetny, refleksyjny wiersz z twórczym polotem napisany...pozdrawiam z podobaniem*)
    • żar leje się z nieba ostre promienie niczym języki wściekłych psów liżą Annę po karku w rozchełstanej koszuli jakby zachęcała głaszcz ino pomału zniszczonymi dłońmi zagarnia naręcz wrotyczu żółte kulki drażnią napęczniałe piersi odurzona zapachem dziurawca i mięty przystaje powoli przeżuwa listeczki bylicy rozgniatając językiem delikatną strukturę gorąc może w cieniu starej ulęgałki znajdzie ukojenie
    • @karenka

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • "Bóg umarł" Friedrich Nietzsche    Tłum na tym placu  nie był niczym szczególnym. W końcu ludzie zbierali się tutaj od setek lat. By dzień święty święcić. By w południe  odpowiedzieć na boże wezwanie. Anioł pański zwiastował im zawsze  i błogosławił wszelką łaską i pomyślnością. Uciszał ich ból,  osuszał łzy. Budził pokłady miłości i miłosierdzia. Namawiał do przekazywania znaku pokoju między zwaśnionymi ludami.  Modlił się z nimi  a ich prośby ulatywały  do uszu samego Stwórcy.     Dziś jednak plac  był pokornie zastygły  w drętwocie dojmującego bólu i żalu. Twarze ludzi zdawały się  umartwionymi maskami, rozświetlonymi słabym światłem świec. Prawie każdy miał je w dłoniach. Niektórzy razem z różańcem czy krzyżem. Byli też tacy, głównie zakonnicy i zakonnice, którzy głucho czytali ustępy biblijne, pieśni i hymny. Licząc na cud, który nie nadchodził.     Czułem się we wnętrzu tłumu tak jakbym kroczył  ciemną doliną dusz potępionych. Każdy bał się tutaj zła i grzechu. Apatyczny lęk wyzierał z zapłakanych oczu. Dając przykład temu,  że wiara jest oznaką słabych. Rok kończył się za trzy dni. Zegar śmierci,  przestawi kolejną cyfrę  w kalendarzu doczesnym. Z czasem wszyscy tu obecni odejdą. Wszystkie ślady i wspomnienia  staną się jedynie zapomnianą rysą na linii niebytu.     Ledwie kilka dni temu  świętowali tu narodziny Boga. Ich nadzieję na zbawienie. Życie wieczne  w bliżej nieokreślonej przestrzeni. Wierzą, że mogą pokonać śmierć. Odrzucić ciała lecz nie dusze. Ale są na to zbyt słabi. Zbyt ograniczeni by porzucić  żądzę swych prymitywnych chuci.     Teraz modlą się by przetrwał, by odrodził się jak niegdyś, By pokonał znów śmierć. By nie umarł na wieki. Lecz co uczyniliście dla niego  gdy był w potrzebie? Wydaliście go za srebrniki. Osądziliście go,  uwalniając w to miejsce mordercę. Zaparliście się go nie po trzykroć a często na stałe. Umęczyliście go biczami swoich występków. Przybyliście do krzyża i patrzyliście na mękę. Wybaczył Wam choć powinien przekląć.     A teraz patrzycie z trwogą maluczkich  czy światło w apartamencie nadal się świeci. Bo wiecie, że gdy zgaśnie, Wy zgaśniecie wraz z nim. I zgasło wreszcie. Lecz koniec świata nie nastał nagle. Nie było błyskawic, burz, trzęsień ziemi czy erupcji wulkanów. Był tylko płacz i zgrzytanie zębów. I śmiech legionów piekła. Smok mógł odrodzić się na nowo. Baranek poległ pod butem swego ludu.     Na balkon wyszli delegaci i kardynałowie. By ogłosić sąd ostateczny. Zdanie nadające sens nowemu. Dziejom współczesnym. Triumfu małego człowieka  w starciu z absolutem. Kamerling objął wzrokiem zatrwożony tłum i jakby wbrew swemu sercu i ustom wyrzekł. Bóg umarł! Zaprawdę umarł! Pieczęć została złamana. Czas na apokalipsę jego ludu. Wiele dni później ten sam tłum na placu patrzył już nie w okno a komin. Czarny dym sączący się gęsto  zwiastował to co nowe. Wybór. Człowieka. Antychrysta.    
    • Świetny wiersz z twórczym polotem jak na poetę przystało, może to i mądre rady, ale kto nie ryzykuje ten nie pije szampana...pozdrawiam z uśmiechem*)
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...