Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Im wyżej serpentyną, 

bukowych i startych do cna,

pałacowych schodów głównego hallu,

tym refleksy światła dnia,

stawały się jakby

coraz bardziej strachliwe 

i zastanawiały się

czy brnąć po jasnej ścianie 

ogołoconej z portretów,

bibelotów i sztukaterii,

ku najwyższemu z pięter.

 

 

Gdybyś mój drogi Czytelniku,

przybył tu prowadzony 

pierwszą, jasną, wiosenną pełnią,

wtedy krocząc w górę schodów 

z lampą naftową w prawicy,

uczułbyś w porę prędką jak błysk,

że to nie ogień rozmywa mrok

a mrok osacza 

wątły ledwie zalążek płomienia.

 

 

Chcąc wejść jak najwyżej,

musiałbyś z każdym, 

potwornie długo rozważanym krokiem,

baczyć na to, że wchodzisz do świata 

gdzie nic co ludzkie i namacalne 

nie może Cię ocalić.

Zwłaszcza coś

tak zawodnego jak umysł.

Ten kto uważa się

za skostniałego

i zatwardziałego racjonalistę

o sercu z lodu i kamienia.

Też przegrałby w starciu

z grozą tego miejsca.

Czułby w całej apokaliptycznej agonii,

jak lód i kamień, kruszeje pod wpływem

jej głosu, śpiewu i śmiechu.

 

 

Ale cóż to jest 

by jedynie słyszeć, czuć, przeczuwać.

Trzeba ujrzeć by uwierzyć.

Postać jej jest zagadką dla ludzi.

Żywy trup.

Żywy duch.

W martwym od pokoleń domu.

Jak grobowcu zarośniętym 

bluszczem i powojem.

A ona tak piękna.

Tak rozkosznie młoda i pełna pasji.

Nieświadoma stąpania po linie 

pogranicza życia i śmierci.

 

 

Jej postać uwiodła wielu.

Stąpa powoli po swej włości.

Za dnia jak i w nocy.

A to odpoczywa na kocu 

w cieniu ogrodowej jabłoni.

To znów stoi

u odrzwi rozwartych na oścież,

rozglądając się ciekawie na boki,

jakby za kim kto

uszedł przed nią z domu

i nie wrócił więcej,

lub umówił się że przybędzie 

lecz wystawił jej uczucia na próbę.

 

 

Lecz najgorszym przypadkiem jest to,

by wracać samotnie obok pałacu,

wczesno kwietniową nocą, 

szczególnie tą gdy deszcz 

płynie lodowatymi strugami 

ze stalowych chmur,

lub gdy mokra, śnieżna zadymka

uderza w pierś zmęczoną

i przykleja się do

zmarzniętych ust i nosa.

Nie patrz wtedy

w okna najwyższego piętra,

choćby diabły miały

wyskoczyć z zaułka ulicy

i szarpać miały 

Twą głowę na karku ku budynkowi.

Ona zawsze patrzy z okna na ulicę

i błaga słodkim, pójdź ku mnie,

ogrzej się, rozgość,

zwierz się, zabaw, miłuj…

ostań na wieki ze mną.

 

 

Wielu opłakano gdy okazało się,

że znaleźli w pałacu swój grób.

Jednak kto zliczy tych 

co płakali przez

żywe, niewieście upiory.

Zdradzające, manipulujące, wykorzystujące.

Zimne i bezduszne jak trupy.

Byłem już o krok od grobowej deski.

Alkohol wypalił mi trzewia,

gruźlica płuca 

a niespełniona miłość

rozkrwawiła serce.

Szedłem więc

pijanym krokiem obok jej okien.

Traf chciał,

że było to czwartego dnia kwietnia 

akurat w dzień męki pańskiej.

Bary i speluny były moimi stacjami.

Zdradliwa narzeczona, 

Piłatem co umył ręce i wydał wyrok.

Upadałem więcej razy niż po trzykroć

w deszcz i kałuże.

Zbiczowany przez myśli

o zakończeniu życia.

 

 

I wtedy dostrzegłem 

jej urzekającą postać w oknie.

Rzekła jedynie, pójdź 

i drzwi uchyliły się natychmiast 

skrzypiąc nie naoliwionymi zawiasami.

Wszedłem przez ogród 

na schody i przez drzwi,

ku schodom bukowym głównego hallu,

serpentyną na piętro.

U ich podnóża na stoliczku,

stała zapalona naftowa lampa.

Chwyciłem ją w prawicę.

Ruszyłem.

Było mi wszystko jedno.

Chciałem tylko kochać.

Im wyżej tym lampa świeciła słabiej.

Gdy tylko pod stopą 

uczułem podłogę ostatniego piętra,

lampa zgasła

a z ciemności szerokiego korytarza 

wychynęła jej postać.

Mogła być równie dobrze

żywa bądź martwa.

Była z pewnością spełnieniem się snu.

Moim gotyckim,

wiktoriańskim romansem.

W sypialni okazała mi 

swe wdzięki i sztuki miłosne.

Była żywa duchem a martwa ciałem.

Zupełnym przeciwieństwem mnie.

I może dlatego była moją wiecznością.

Bo przeciwieństwa się przyciągają.

 

Opublikowano

@Simon Tracy

 

To jest gotycka ballada w najczystszej postaci - mroczna, zmysłowa i hipnotyczna.

Koniec jest przepięknie dwuznaczny - "Była żywa duchem a martwa ciałem.  Zupełnym przeciwieństwem mnie." - czyli on martwy duchem, żywy ciałem? I to połączenie jako wieczność przez wzajemne dopełnienie.

To nie jest prosta historia o uwodzicielce - to o dwóch niepełnych bytach, które razem tworzą coś całego. Tak to rozumiem. :) 

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

... bardzo intrygujący fragment. 

 

.... to.. zawsze... bardzo kuszące, pomimo mroku w treści.

Już nie cytuję więcej...

Ciekawe jest to, że gdy już.. prawie przy niej.. lampa naftowa gasnie.

... podobno.. przeciwieństwa, przyciągają się. Ciekawa opowieść... jak z bajki, ze snu...

Pozdrawiam.

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • ... i wszystko wytrzyma :)
    • - I goni, miel kopyta! - A typ oklei mi nogi?
    • Siedziałem w jego gabinecie jak uczniak przyłapany na zapleczu szkolnego boiska na paleniu papierosów.  Byłem zesztywniały i spięty.  Nogi i stopy miałem ściśle złączone. W łydkach czułem ból napięcia ścięgien. ręcę trzymałem blisko tułowia  a dłonie oparłem na drżących kolanach. Dłonie były lodowate a zarazem spocone. Nie drżały jednak. Były bladoniebieskie.  Jak u trupa,  wyciągniętego z chłodni prosektoryjnej. Usta podobnie. Były nieruchome. Bo nie miały ochoty na tą rozmowę. Oczy wbiłem w punkt na ścianie. Jakiś jego dyplom  z zamieszłych czasów postudenckich.     W tym byłem dobry. Budziłem się z uczuciem porażki. Tego, że nie udało się odejść w spokoju. W namiastce snu, który zastępował odpoczynek. A potem ze łzami  ledwo siadałem w nogach łóżka i wbijałem wzrok w ścianę bądź okno. Widziałem jedynie biel ściany  lub na zmianę błękit bądź szarość nieba. Moja świadomość pojmowała  tylko te trzy kolory. No i jeszcze czerń  jaką była choroba mojego umysłu.     Samotność jest szara, krew rubinowa, nawet śmierć w swej antycznej postaci  wydaje się mieć jaśniejszy odcień płaszcza. A mój umysł to rdzeń reaktora mroku. Już dawno uległ awarii. Jeszcze nie wybuchł ale jest uszkodzony na tyle, by wylewały się z niego całe tony nieprzejrzystej mazi. Trującej zdrowe komórki, napromieniowanej izotopami, które mnie rozpuszczają i trawią od środka. I nie da się tego zatrzymać, cofnąć. Usunąć skutków awarii. Można jedynie wyłączyć reaktor. Zabić rdzeń. Uciszyć na dobre życiową reakcję. Reakcję łańcuchową.     Bo jestem więźniem skutym łańcuchami. Palą mnie ich ogniwa. A składają się przecież ze wspomnień. Dni i lat straconych na wieki. Człowiek jest na tyle rozwiniętą istotą, że czuję kiedy zbliża się koniec. Mój nadchodził. Pytał mnie dziś o tak wiele spraw. A jakie to ma znaczenie? Pytał czy myślę o tym. Ja niczego innego nie pragnę. Czy chciałbym wyzdrowieć? Nie. Chcę tylko umrzeć. Chce się poddać na własnych zasadach. Złożyć broń i dać się rozstrzelać. Przegrałem i nic tego nie zmieni. Czuję się jak ostatni,  ukrywający się w dżungli partyzant. Mam świadomość klęski  ale ukrywam się nie po to  by oddalić od siebie tą myśl a po to by nie zdradzić samego siebie. Ale pierścień pościgu się zawęża. Pewnego dnia świat mnie znajdzie i zaprowadzi pod mur albo na szafot.     Dlatego staram się nie być sobą. Mam swoje światy i osobowości. Tak wiele urojonych fantazji, które zastępują mi rzeczywistość. Przekupiłem go dziś kolejnym kłamstwem, byle tylko nie wylądować w izolatce. On się gubi. W moich zeznaniach, wspomnieniach, symptomach i objawach. Czasami mówi,  że sam dostaję przy mnie psychozy. Śmieję się z tego, ale najchętniej bym go zabił, bo jakąś część mnie  uważa to za najlepsze wyjście. Lepsze od leków i terapii. Bo jeśli coś mi pomaga  to nienawiść do ludzi. I litry znieczulenia w alkoholu. Wtedy moje myśli są twórcze. Pijane z radości.     Jakie jest największe kłamstwo  jakie mógłbyś mi dziś powiedzieć, zapytał. Przysięgam, że nie mam przy sobie broni. Poczym sięgnąłem powoli  za pasek od spodni. Wyciągnąłem pistolet i zanim zdążył wezwać pomoc  lub wyrwać mi broń  strzeliłem sobie w skroń. Padając martwym na jego biurko. Dla mnie wojna dobiegła końca.        
    • trudno iść dalej gdy droga się kończy marzyć nie widząc uśmiechów   trudno być sobą gdy cień kłamie - nie dumać widząc  mogiły   trudno jest żyć  gdy za drzwiami  niewiadoma nie ma sensu   trudy są trudne ale to one uczą nas przyszłości  mimo że bolą
    • @MIROSŁAW C.   I teraz już pan rozumie, panie Mirosławie? Teraz znowu jest na ten temat głośno z powodu nazwania jakiejś tam bojówki uzbrojonej w widły, kosy, piły i siekiery - "Bohaterom OUN-UPA" - nie warto zakładać nowego wątku - zaczynać wszystko od nowa - od samego początku, to nic innego jak praktyka błędnego koła - śmiertelna rutyna. Wystarczy przywołać już istniejące wątki i dalej prowadzić dyskusję...   Łukasz Jasiński 
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...