Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Znajdź zawartość

Wyświetlanie wyników dla tagów 'miłość' .

  • Wyszukaj za pomocą tagów

    Wpisz tagi, oddzielając je przecinkami.
  • Wyszukaj przy użyciu nazwy użytkownika

Typ zawartości


Forum

  • Wiersze debiutanckie
    • Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
    • Warsztat - gdy utwór nie całkiem gotowy
  • Wiersze debiutanckie - inne
    • Fraszki i miniatury poetyckie
    • Haiku
    • Limeryki
    • Palindromy
    • Satyra
    • Poezja śpiewana
    • Zabawy
  • Proza
    • Proza - opowiadania i nie tylko
    • Warsztat dla prozy
  • Konkursy
    • Konkursy literackie
  • Fora dyskusyjne
    • Hydepark
    • Forum dyskusyjne - ogólne
    • Forum dyskusyjne o portalu
  • Różne

Szukaj wyników w...

Znajdź wyniki, które zawierają...


Data utworzenia

  • Od tej daty

    Do tej daty


Ostatnia aktualizacja

  • Od tej daty

    Do tej daty


Filtruj po ilości...

Dołączył

  • Od tej daty

    Do tej daty


Grupa podstawowa


  1. Chyba przywykłam do twojej ucieczki. Zawsze gdy robi się ciepło, znikasz. Gdy godzę się z zimnem,wracasz. Dlaczego nikt nie potrafi przy mnie zostać? Czy jestem potworem? To pewnie wina tego krzywego nosa i odrostu na włosach. Albo natłoku słów, gdy czuję się bezpieczna. Zawsze mówiłeś że przy mnie będziesz. Więc dlaczego tak łatwo przyszło ci odejście? Słowa zawsze były twoją mocną stroną. Niestety moją słabą było wierzenie w to.
  2. Zawsze, wszędzie tylko ty. Widzę Cię, w promieniach słońca. Widzę,w parku zakwitniętych wiśni. Słyszę Cię,w szumnie płaczących za oknem wierzb. Słyszę, w falach rozbijanych ostrym brzegiem. Czuję Cię,w zapachu starego zapisanego pamiętnika. Czuję w porannej kawie. Każdym zmysłem. Zawsze, ale to już nie ty.
  3. I taka kolej żywota dziś jesteśmy wśród swoich jutro „swoi” obcymi się stają Ona dziś najpiękniejsza na ziemi jutro na nią rzucony zły urok On przyjacielem najlepszym dziś jutro największym wrogiem zostaje A zapach letnich kwiatów i traw przypomina o jej rozpuszczonych włosach A letniej nocy o rozmowach Przypadkowe spojrzenie powinno łagodzić obyczaje i zbliżać nas do siebie – ono bez powrotu oddala I szans już nie ma na ciało do ciała duszę do duszy w złotej godzinie dnia…
  4. (...) Pod nos im On już niesie odpłatnicy tacę... Na niej cuchnie chleb zatruty i miedziane druty, A dorzut za wawrzyn to cierńnia korona, A że im zakuje stopy - śruby i dębowe buty... Takie nuty... (...) - JADZIA, PIERWORODNA MOJA. - Nie chroniła mnie twa zbroja! - WYBACZ TO, CO DRZEWIEJ, SZCZERZE, OD DZIŚ SŁANIAM CIĘ PUKLERZEM. Z WROGIEM TWOIM MAM PRZYMIERZE, GDZIE GO WYŁAMIĘ I ZWIESZĘ. - W to akurat - ha! - nie wierzę! Wybacz, jak ty: „Wybacz szczerze”! (...) - Tyś coś winny temu Światu, gdzie brat pluje w kaszę bratu, a ja nie chcę przy nich blatu, sama plując w mordę szmatu. - KTO CIĘ SKRZYWDZI DOZNA GWAŁTU. - Wolę kwiatu niż zło światu! - KWIATÓW NIE MAM, NIOSĘ KATÓW. - Bukiet głów ciętych od karków? - HOPPO SSA! SSA SSA SSA! - Ha ha ha! Hejże ha! - NIEBO CI PORUSZĘ, BY RUNĘŁO, OCEANY WZBURZĘ, BY ZALAŁO. - Lepiej mi żniw wypędź, by syciło, i zgrzewkę koli wzburz, by poiło. - DAM CI CUDA W TECHNOLOGIACH JAK JEST W ANGELOSZATANOLOGIACH. - Wstyd... bo mykam w dziurnych spodniach na wychudłych kościobiodrach. Lepiej ciosaj w kostkę kamień i zaprzestań swych omamień! Daj mi też oparcia ramień i jałówę mą w raj zamień! :) - UKOCHAŁEM CIĘ DZIECINĄ, :) BĘDĘ KOCHAŁ STAROWINĄ. NASZ DOM JEST TWOJĄ KRAINĄ, TU GŁÓD ZEMARŁ, ZDECHŁO ZIMNO. CHCIAŁBYM UMIEĆ TOBIE PŁAKAĆ. - A ja na miotełce latać, krasnodrzewy z sodą spalać i... - ODLECISZ, ŻAL UPADAĆ. (...) - WSZYSTKO CI NA JEDEN ZNAK, BOM POPRZYSIĄGŁ TOBIE PAKT. - Ograniczeń brak tu? - BRAK. - To nie koka-krak... dziś... mak! (...) CDN
  5. napisać wiersz, który wszystko zmieni tego chłopaka na nowo w progu postawi drzwi swojej dziewczyny ukradkiem skradzionego przed jej mamą i tatą buziaka na ustach wróci dotknienie napisać wiersz, który rozumu doleje kiedy serce słuchać nie potrafi młodymi uczyni chwile przeszłe wciąż wspomnieniem palące czas najpiękniejszy miniony napisać wiersz dla ukochanych chwil które nie chcą powrócić które nie chcą się powtórzyć które sprawiają, że warto żyć mimo, że nie ma już po co.
  6. Jezioro piękne głębokie domek na osób osiem świętujemy koniec matury Na ognisku płonie chleb czerwienieją kiełbasy piwo z wódeczką zimną mieszamy Pogawędki wieczorne o miłościach minionych spełnionych rozmawiamy do czwartej nad ranem Wtedy ją widzę gwiazda na niebie przypomina mi Ciebie Przez drzew gałęzie wiatr zimny przechodzi Twe słowa Koniec z nami zapomnij z losem się pojednaj Odchodzisz z papierosa gorzkim posmakiem.
  7. Wybierają chamów wulgarnych prostaków a tych, którzy myślą inaczej bez słowa żegnają Odchodzę Z dnia na dzień znikam Wczoraj w Twych oczach widziałam niebo zanim poznałam me alter ego On chodzi w dresach wieczorami wódę doi do dna piję z nim do zezwierzęcenia On mnie rozumie uzależnień mi nie wmawia On nie patrzy na słowa imponuje mi jego prostota Jego rozumiem on nie ubiera słów w zbędne metafory on tworzy rap zamiast w poezji energię marnować Z resztą zawsze Ci mówiłam - bądź twardy wiersze są oznaką wrażliwości słabości Więc na mój rozum mężczyzna nie jesteś jesteś tchórzem miękkim antyfacetem Wolę się oddać oblechom zamiast znów słuchać o gwiazdach moich oczach nosie i ustach Wolę brać wszystko, co mam pod ręką pamiętaj – mogę mieć każdego nudą mieć partnera jednego Ja pragnę innych próbować! Jak możesz mi moralności wyparcie zarzucać mówić o mnie – nienormalna żyjesz w innym świecie – przecież każdy młody smakuje życia! Powinieneś jak ja, życie garściami brać a Ty wciąż czekasz na tę jedyną z którą na ślubnym staniesz kobiercu…
  8. Stokroć razy, Odrywam kolejne małe płatki, Stokroć powtarzając frazy, Kocha, nie kocha do mojej stokrotki. Płatek za płatkiem, Zakrywając chodnik cały Tak jak wiór za wiórkiem, Gdy struga w drewnie nasze inicjały. Los bawi, że tak albo nie, Ja w głębi wiem, że tak, Bo mimo że świat nie doskonały, Ostatni płatek mówi mi: Kocha mnie cały.
  9. Codziennie pisałam do Ciebie listy. O tym,czego nie jestem w stanie Ci powiedzieć. Chciałam dać Ci je jeśli nam się uda. Chciałam dać Ci je jeśli będę szła w Twoim kierunku do ołtarza. Pisałam i pisałam. Wypełniłam nimi szufladę. Jedną. Potem jeszcze jedną. Aż mi ich zabrakło. Zabrakło też Ciebie. Listów nie przeczytałeś. Nie zdążyłam powiedzieć. Ale idąc do ołtarza, już nie w Twoim kierunku, Będę o nich pamiętać.
  10. Między nami coś jest on nie daje mi zasnąć leżę gapiąc się w okno zaraz zrobi się jasno. Razem ze wschodem słońca wstaje moja nadzieja biec chcę w jego ramiona pragnieniem onieśmielam. Patrzy ukradkiem, czuję pieścić pragnie, dotykać odurzona zapachem tylko nim chcę oddychać. Napełnia mnie wonnością kładzie w lesie stokrotek ciepłem przenika ciało czaruje kwietnym złotem. Leżę na łące, marzę kroplą rosy znów poi czas ucieka na oślep dla nas świat milczy, stoi. I jest to niedorzeczne kochać do zmysłów straty on wchodzi w ducha głębiej tworzy wiosny komnaty. Płoszę natrętne, sztywne narzucane zwyczaje kocham się z wzajemnością z moim najdroższym majem !
  11. To o nim ballady i pieśni po dziś dzień śpiewają To jego śpiew wciąż pamiętają i imię jego pierwsze nie moje… A ponoć miłością życia jego byłam? kruche są słowa w porywach czasu jak me życie które nim się zaczęło na dobre się skończyło
  12. To nasze czasy, czasy złamanych obietnic i pustych słów. Każdy udaje, że ma serce, a w środku tylko kurz po uczuciach. Miłość dziś trwa do pierwszej kłótni, do „poznałem kogoś innego”. Kiedyś się walczyło, teraz się usuwa wiadomość i idzie dalej. Ludzie całują się bez znaczenia, dotykają bez sensu, śpią ze sobą, bo nie chcą spać sami, a potem budzą się jeszcze bardziej samotni. Imprezy do rana, emocje z puszki, uczucia rozlane jak tanie wino. Świat pachnie perfumami, ale śmierdzi pustką. Każdy z kimś, a nikt z nikim na serio. Kręcą z dziesięcioma na raz, żeby choć na chwilę poczuć, że żyją. Ale to nie życie, to tylko ucieczka. Wszyscy grają twardych, a w środku gniją od tęsknoty. Lojalność umarła, a prawda jest jak relacja na instagramie znika po dobie. To jest nasz 21 wiek ładny z zewnątrz, zgniły w środku. Wiek, w którym miłość to gra, a serca są walutą, którą łatwo wymienić.
  13. To, co było kotem, jest teraz tylko kwestią futra i temperatury. Żadna z siedmiu dusz nie zgłasza pretensji do dalszego ciągu. Pazury, stworzone do wielkich polowań na muchy, odpoczywają od grawitacji. Ogon — ten precyzyjny przyrząd do wyrażania ironii — wybrał bezruch. To nie jest odejście w światło. Raczej ciche wycofanie się z obecności. Zostaje puste miejsce pod słońcem i to dziwne poczucie, że w ciszy brakuje właśnie tego jednego mruczenia.
  14. Na listku jesień kropelką pisze znużone słońce zamyka oczy mrocznie i mokro wiaterek wzdycha ponury nastrój słówka wypłoszył Przemknęła z gracją ostatnia myszka kotek ciekawie zerknął z poddasza przygoda przeszła mu koło noska z pogodą zamókł słomiany zapał A z drugiej strony tafli księżyca za szybą ciepłych przytulnych krain życie wygodną koleją losu toczy się gładko chłód mając za nic
  15. Uciekłem jak tchórz. Mężczyzna powinien brać odpowiedzialność za swoje czyny i życie. Powinien sterować poczynaniami na tyle skutecznie by omijać zdradliwe skały niepowodzeń i sztormy porażek. Bogactwo, wierność, stałość uczuć i leniwa codzienna stagnacja w ułożonym spokojnie życiu u boku pięknej żony i gromadki pociech. Brzmi romantycznie. Zbyt pięknie. Nie dla mnie bezpieczny, cichy dom. Nie dla mnie zakwitłe ogrody, różanej miłości. Nie potrafię żyć, życiem milionów. To ich marzenia. Ich sukces i normalność. Dla mnie normalność to chaos. Pustka wewnątrz a burza na zewnątrz jestestwa. Dla mnie życie to chwila, mgnienie, ciągły ruch. Ciągła walka z samym sobą. Depresyjnym balastem przeszłości. Czasami to ludzie a innym razem demony choroby, są moją kotwicą. A ja wyrywam się i wiercę niespokojnie. Staję wręcz dęba i duszę się w obroży niemocy. Wreszcie i tak przegrywam. Bezwolnie poddaje się ich woli. I cierpię w swym człowieczym wraku. Gdzieś pośrodku oceanu czarnych myśli. Na dennym, piaskowo-żwirowym dnie. Rozpadam się od rufy po dziób. Gniją we mnie pokłady zrozumienia. Żagle rwą się na strzępy, ulatując w niebyt żywiołu. I tylko beczki z prochem, czekają na zapalną iskrę. Odpal lont skręcony naprędce. I zawlecz go do prochowni. Chociaż raz okaż miłosierdzie a nie zimną obojętność. Dlatego właśnie ciągle miałem uśmiech na twarzy. Zapewniałem Cię, że kocham ponad wszystko. Spędzałem czas tylko przy Tobie. Chłonąłem każdy dotyk, słowo, czułość. Lecz we mnie tlił się już pożar. Wiedziałem, że zostać z Tobą na stałe, równałoby się tragedią dla obojga. Bo ja nie jestem księciem na białym koniu ani dostojnym kapitanem. Jestem tylko przerażonym majtkiem, co szuka protekcji w szponach wiecznej tułaczki. Dlatego rankiem próżno wyglądałaś mnie przed bramą kościelną. Zostałaś sama przy ślubnym ołtarzu. Skradłem Ci serce wiem to. Lecz nie szukaj zemsty ani sprawiedliwości po zhańbieniu jakie Cię spotkało. Moją karą jest samotna żegluga po wieczność. Nocą, zaciągnąłem się w porcie na pokład jakiejś starej brygantyny. Kapitan zwyzywał mnie od szczurów lądowych i zakichanych dzieciaków. Zapytał kim miałbym być na jego okręcie. Nic nie wartym balastem. Odpowiedziałem. Rozbawiłem go tak szczerze, że podarował mi funkcję nawigatora. Rankiem odbiliśmy od nabrzeża. Wychodziliśmy przez główną redę. Wspinałem się ku oku na grotmaszcie. Wtedy ujrzałem Cię obok opustoszałego doku. W białej, ślubnej sukni z szerokim trenem. Welonie opuszczonym na twarz. Z bukietem róż w dłoniach. Patrzyłaś z życzeniem śmierci na ustach. A ja zatonąłem w Twych oczach po raz ostatni. Czując się jak rozbity wrak, gdzieś tam na serca dnie.
  16. Twoje myśli utonęły chyba w toni tego jeziora. Zapatrzyłeś się i zamyśliłeś tak głęboko. Spójrz chociaż na chwilę w stronę ognia. Na mnie i chłoń tak moją miłość. Wróciłem z dalekiej sensualnej podróży. Zapomniałem, że nie jestem już sam. Nie teraz i nie tutaj. Przepraszam, mówiłaś coś? Zupełnie odpłynąłem. Tu jest zbyt pięknie. Zbyt idealnie, nawet jak na najwspanialszą randkę. Sosnowe ognisko płonęło z cichym sykiem pomiędzy naszymi ciałami. Nadal nie mogłem dać wiary, że odważyłem się błagać ją wręcz o to wyjście A ona zgodziła się od razu, choć przecież byłem cieniem. Odpadem na końcu jej listy miłosnej. Bestii udało się uwieść piękność. Ale to piękno miało władztwo. Prowadziło bestię na smyczy i łańcuchu. Popatrzyłem w ogień. Furię ujarzmionego ogniska a potem uniosłem wzrok wyżej w jej szare, niesamowicie jasne i duże oczy. I tam były płomyki. Nie furii a uczucia delikatności. Byłem ślepcem. I teraz wydawało mi się to zupełną niedorzecznością. Przecież z początku nie widziałem jej albo nie chciałem widzieć. Zaślepiony zupełnym przeciwieństwem siebie i akceptujący wybory, których nigdy bym nie zaakceptował. Byłem kuszony ze zbyt wielu stron. I ulegałem pokusie. Prostej, zwierzęcej. Potem gardziłem sobą a i tak powtarzałem upokorzenie. To ona wykonała krok. Każdy kolejny był coraz śmielszy, aż wreszcie dostrzegłem swój błąd. Była przecież tym wszystkim co kochałem. Jej wdzięk, sposób bycia, uroda i niesamowicie szalony humor. Jej uśmiech. Nie mogłem oderwać się od jej głosu. Zamieniłbym lata stracone w miłosnym wojnach. Na choć dzień w jej ramionach. A jednak to miałoby swą cenę, której nie zapłaciłbym nawet dla niej. Mówiłam, żebyś na mnie spojrzał i wrócił do rzeczywistości. Tak, tak… rzeczywistość. Jest ona smutna i bolesna. Zupełnie nie chwalebna ani romantyczna. Widzisz Ty chcesz żyć pełnią życia. Pełnią miłości i szczęścia chcesz napełniać me serce. Lecz to byłoby zupełnie nietrafione. Nie chcę kłamać, że moglibyśmy, bo nie możemy nawet próbować. Ja mam już swą pełnię. Wskazałem na świecący nad tonią okrąg księżyca. I to jest droga życia z której nie mogę już zejść w imię żadnych zasad i wartości. Tym bardziej tak niepewnych i nietrwałych jak miłość. Ja wybrałem inność a nie życie w stadzie. Jestem samotnym wilkiem. Z wyboru ale i konieczności. Może kochałbym Cię, gdybym był jeszcze człowiekiem. A teraz pozwól, że odprowadzę Cię bezpiecznie przez las. Teraz zrozumiesz mnie i moją decyzję. Księżyc zaświecił mocniej wychodząc zza niewielkiej chmury sunącej leniwie po niebie. Światło objęło mnie. Wstałem od ognia i zadarłem głowę w stronę srebrnego globu. Wycie wilka poniosło się po kniei i falach jeziora. Patrzyła na przemianę tak jak wszyscy inni. Z niemym przerażeniem. Gdy było już po wszystkim i olbrzymi siwy wilk okrążył ognisko by wtulić potężny łeb w jej bok. Wstała od razu. Teraz ona czuła się jak w transie. Wilk obejrzał się tylko raz upewniając się czy za nim podąży. Zniknął w zaroślach leśnej gęstwiny a ona dopiero teraz uroniła łzy. Ruszyła za nim. Przeklinając to, że jest tylko ludzką pięknością a nie samotną wilczycą. Dla A.S.
  17. w szumie strumyka w liściach zielonych w tańczących ogniach w słowach ważonych widzę Cię, czuję zamyślam Tobą i odzyskuję swą duszę młodą układam myśli równo w szeregu wyrzucam z głowy śmieci nieważne wlewasz mi pokój w serce łagodnie ono się staje mężne, rozważne w zapachu kawy w promieniach słońca w lekkim wietrzyku miłym spojrzeniu widzę Cię, czuję zamyślam Tobą i pozostaję w cichym skupieniu patrzę uważnie w czas teraźniejszy to co minęło Tobie oddałam to co nadejdzie jest tylko Twoje moim pragnieniem jest Twoja Chwała widzę Cię w Słowie co zostawiłeś widzę w Kościele gdzie Ołtarz Święty widzę Cię w sobie gdy Cię przyjmuję i gdy odpuszczasz mój grzech przeklęty pragnę dziękować dziś i w wieczności za Twoje dobro co nie ma końca pragnę utonąć w Twojej Miłości choć dusza moja słaba i drżąca widzę Cię Panie oczu nie zamknę czuję Cię Boże i trzymam wartę przyjdź Zmartwychwstały Jezu Najwyższy i ulecz serca grzechem rozdarte
  18. Wiele pytań pojawia się, gdy twoje serce się cięższy pod nocami, które wloką się powoli jak węże, podczas gdy wspominam to marcowe popołudnie, leżąc na naszych ciałach, gdy cię zapytałem: «Czy tak bardzo we mnie wątpiłeś…?» To sześć miesięcy, siedem, osiem, rok — jak ułamek czasu — wieczność uczuć, która mogłaby mnie uzbrojić przeciwko twojemu powiedzeniu, że moje słowa są jedyne, które cię ratują, a jednak ta nadmierna radość, którą mogliśmy dzielić między Rzymem i Florencją w sierpniu, teraz wydaje mi się pusta bez ciebie. Zawsze starałem się budować światło, nawet gdy niebo było szare i miałem nadzieję na burzę moich nigdy niespełnionych marzeń: nasza wspólna choroba inaczej się nazywa szukanie dróg i wymówek, aby być myślą twojego ciała nieodłączną od mojego.
  19. Wąż pojazdów coraz bardziej się wydłużał. Choć jego czoło nie poruszyło się prawie wcale w czasie ostatnich piętnastu minut. Korek był tym większym utrudnieniem, że blokował jedną z głównych, miejskich arterii w czasie popołudniowego lecz na szczęście powoli rzędnącego szczytu. U podnóża wjazdu do wiaduktu zablokowane były dwa z trzech pasów ruchu. Wypadek był potężny i z pewnością tragiczny w skutkach. Lewy pas okupowały pojazdy karetek, radiowozy i dwa zastępy straży. Betonowy słup wiaduktu, zlał się w jedną makabrycznie, fantasmagoryczną strukturę, z wrakiem osobowego pojazdu. Moje auto ze mną za kierownicą stało praktycznie obok tragicznej sceny. Widziałem cały ten dramat jak na dłoni. Choć po prawdzie starałem się zbyt wiele nie oglądać, nie dlatego bym doznawał uczucia wstrząsu czy szoku na skutek gwałtowności zdarzenia a raczej dlatego, że nie była to moja sprawa. Nie moja tragedia. Nie moje życie. Nie moja śmierć. Moja ukochana, siedzącą na fotelu pasażera, nie chciała patrzeć za okno kierowcy. Bała się widoku krwi czy ciał. Zawsze była delikatna i zbyt czuła by żyć w zgodzie z tym okrutnym światem. Ponaglała pod nosem, pojazdy przed nami by zmienić perspektywę widoku za oknem. Dojeżdżając do miejsca akcji ratunkowej, uniosłem szyby jak najwyżej by skutecznie zagłuszyć uciążliwy harmider. Włączone koguty radiowozu oślepiały mnie lekko, lecz nie na tyle bym nie widział szczegółów. Rozległ się metaliczny trzask tarcia. Strażacy starali się oderwać wrak od słupa. Dźwięk jeżył włosy na karku i rękach. Specyficzny , połączony z odgłosem spękanego szkła i piskiem osi. Samochód musiał być nieduży. Czarny z trójramienną gwiazdą na tylnej, ściętej na prosto pokrywie bagażnika. Nie zostało z niego wiele. Kłębowisko blachy, części i elementów kabiny. Cała przednia część przestała istnieć. Nawet silnik był rozbity w perzynę. Prędkość musiała być olbrzymia. A na asfalcie, próżno było szukać śladów hamowania. Kierowca pędził tak w warunkach ulewnego deszczu, który padał od kilku godzin. Stracił panowanie i znalazł swój koniec na betonowej przeszkodzie. Pojazdem jechały trzy osoby. Dwa białe worki na ciała, spoczywały niedaleko przy ostatniej zaparkowanej karetce. Były pełne. Akurat gdy na nie patrzyłem, grupka policjantów rozstawiła wysoki parawan. Odcinając zmarłych od świata żywych. Karetka była otwarta. Na noszach spoczywał młody chłopak a lekarze właśnie robili wszystko by nie podzielił losu tych dwojga. Reanimowali go dość długo. Nie przestając jednak ani na chwilę. Jego serce nie chciało wbić pierwszego biegu. Tracili go z każdą chwilą bardziej. Wąż samochodów i służby ratunkowe no i wrak auta. A jednak był tam ktoś jeszcze. I to było najdziwniejsze. Na akcję reanimacyjną patrzył młody chłopak. Mógł mieć najwyżej dwadzieścia lat. Blondyn o zielonych oczach i słusznej, postawnej budowie ciała. Był autentycznie przerażony. Sparaliżowany i zszokowany ciałem, lecz zupełnie świadom tego co rozgrywało się wokół. Początkowo wziąłem jego osobę za kolejnego pasażera auta, tym bardziej że nie był sam. Rękę na jego ramieniu w geście niebiańskiego spokoju, trzymał facet około trzydziestki w bardzo ładnym i stonowanym garniturze. Garnitur był kremowy, prawie tak samo jak długie i rozpuszczone włosy jegomościa. Był bardzo wysoki i szczupły. A wyraz jego twarzy był zupełnie dziwaczny jak na obrazy scen jakie przyszło mu oglądać. Bił od niego niezmącony spokój i harmonia. Był jak anioł, gdyby tylko takowe istniały. Chłopak nie przyjmował widać energii z jego dłoni. Szarpał się, wił, wiercił i krzyczał wniebogłosy. Odejdźcie! Ja nie chcę żyć! Nie chcę dalej żyć! Chcę umrzeć! Chciałem umrzeć! Pozwólcie mi odejść! Należało im się! Nie żyją! Ona nie żyję! Zginęła z nim! Ja też chcę! Zdradzili mnie! Obydwoje mnie zdradzili! Ona z nim… rozumiecie! Musieli umrzeć! Tak tylko mogłem rozstrzygnąć to sprawiedliwie! Muszę umrzeć! Zdradziła mnie! Ale to nie zemsta, to ulga! Nie możecie mnie ocalić! I tak umrę! Tak samo jak ona! Dla niej!... Po tych słowach obaj ruszyli w stronę karetki. Weszli do środka gdzie ratownicy robili wszystko co w ich mocy by ocalić go ze szponów śmierci. Zniknęli obaj a gdy to się stało ratownik prowadzący resuscytację krzyknął. Mamy go! Wrócił do nas! Odwróciłem się do ukochanej Z trudem spojrzałem w jej pełne łez oczy. Nie ma sprawiedliwości pomyślałem. Wiedziałem o tym dobrze, że na jego miejscu, zrobiłbym dokładnie to samo.
  20. It's been so lonely without you here Like a bird without a song Nothing can stop these lonely tears from falling “Nothing compares 2 U” — Sinéad O’Connor Chciałabym dotknąć twojej twarzy pulsowaniem mojej dłoni, ale samo myślenie o tym sprawia, że serce ucieka mi z gardła. Więc, jeśli bym to zrobiła, z nas dwojga pozostałaby tylko jedna biedna kałuża, podczas gdy chciałabym ożywić bieg rzeki, która znajduje swoje źródło w morzu moich słów. Chcesz w nawiasach, czy wystarczą przecinki abyś mógł zrozumieć: jeśli pewnego dnia zabiją miłość do ciebie, to jakby pozostawili mnie bez marzenia o twojej twarzy, zarówno twojej, jak i mojej. Co to znaczy? Zostanę taki, jaka ja byłam, bez dostrzegającego światła w twoim uśmiechu, a w każdym zębie za tym uśmiechem, pewnego dnia, bez powtarzania się, na korytarzu. 2023
  21. Myślałem o tobie i o tym, że pustka może obiecać jedną rzecz: pełnię — i że pewien rodzaj śnieżnej pustyni pęka z nadmiaru szczęścia. Adam Zagajewski Przypadkowo spotkałeś cud. Niespodziewany uśmiech spotkałem tak: przypadkowy. Od teraz nie wierzę "na wszelki wypadek". Jesteś jak słońce całujące się rano, całuje mnie, całuję świat. To dlatego, że świecisz bardziej niż diament, więcej niż możesz sobie wyobrazić; czasami też nie mogę tego zinterpretować. Fascynuje mnie cały mój umysł. Jesteś poezją, która rodzi się ze spotkania, ponadczasowe piękno, o które uwielbiam dbać, piękno oczu, aby chronić. 31/1/26
  22. Emanuele M. W ciszy pokoju, (którego koloru już nie pamiętam), lecz twoje słodkie wspomnienie, pożądliwe pragnienie: ja, posiadający ciebie w żarliwym tańcu. Kim oni byli? My nienasyceni, który jesteśmy w ścisłym uścisku?, podczas gdy nasze serca pułsują, zjednoczone w ekstazie jęków i łkań? Wędrowaliśmy, pragnęliśmy, między tym, co nierealne, a tym, co namacalne — my gubiliśmy się w spojrzeniach niewłaściwych ciał, w słowach zdławionych pożądaniem, wytyczającanych od namiętności w ogromnym wszechświecie istnienia. Więc gdzie mamy zboczyć, (jeśli w ogóle to musimy zrobić) — jeśli nie poza granicę intymności? Teraz spokój nie jest już teorią: to twój ciepły głos, który mnie otula. Ludzie źle o nas mówią, że umrzemy przez siebie nawzajem: Miłości, uważaj, to są kłamstwa owinięte pod spojrzeniami fałszywych bogów. Połóżmy nasze ciała na tej ziemi póki co: twoja dłoń, pieszcząc mnie, uczyni z ciebie przystań — Miłość, jesteś uleczeniem na każdą moją udrękę. Słodkim końcem moich lęków. Moją odnalezioną częścią: jestem twoim oddechem, a ty: moim płucem.
  23. całowałeś obfitą krągłość mego brzucha pieściłeś blade ciało urabiałeś rękoma jak ciasto na chleb zachwycała cię delikatność mojej skóry w rozlanej bieli nasze ciała i myśli przenikały się wzajemnie podobno mnie kochałeś a ja zarżnęłam uczucia w sobie chyba nie umiem nie tęsknić za tobą
  24. Ja nie zadzwoniłabym dzwoneczkami gdybym wiedziała, że wchodzisz w serce z taką łatwością Amelia Rosselli Tęsknię za tobą jak tęskni jedna skamielinę za jej odkrywcą. Jesteś odkrywca moich wspomnień, które pisałam do ciebie. Wydobywasz ich bez litości dla mnie, wkradasz się aż do serca, gdzie zostawiasz pęknięcia. Co mam zrobić? Przeklinam drugą połowę, która odrywa się i unosi (nienawidziłam częstego nadużywania słów); oni jak martwe stało. Ale ciało jest wciąż żywe, tysiąc raz, kiedy byłam «alive», ale w środku siebie śpiewałam «dead». Jedna poetka, pewnego dnia mnie nie znajomego zniknęła w nigdy nieotwartej walizce pamięci (bo nie pamiętam dnia, w którym ją przeczytałam, ale tak dobrze, tak łapczywie dobrze pamiętam oczy, które ci pożerałam); (bo jeśli ją otworzę [walizce], pożre mnie jak pierwszy pocałunek nigdy nie nasycony tobą): Tęsknię za każdą śmiercią, która widziała twoje narodziny, i z każdą śmiercią która przeżywam i ożywam. Jak bardzo chciałabym, żeby były moje te s ł o w a, moje! Tylko dla tego, żeby tobie ich pokazać, ale ty, z tamtej strony kontynentu zobaczysz je i nie zrozumiesz. I wtedy, obróconym w moją stronę, jakbyś chciał wziąć oddech, przyniesiesz mi pytanie, spojrzysz na mnie: to ja jestem tymi wersami. Tak zadawała ból sól, którą mi zaoferowałeś podczas naszego ostatniego obiadu. To jest jakby mieć różne kultury jedzenia nie twojego, najpierw nie mojego, a potem: nikogo. Niespodziewany: całus i podpis. 26.12.24
  25. Z miasta, tutaj jest kawał drogi. A mimo to nie mogę odpędzić się od gości. Ciągną tu czasami całe karawany, jakby miały tu być okazałe świątynie, cudowne źródełka albo nieomylne wyrocznie. a jestem tylko ja. Stary, lekko zbzikowany i podatny na plotki dawny król tych ziem. Da Pan wiarę, abdykowałem przecież całe millenia wstecz a są nadal Ci w mieście co biją mi pokłony służalcze a rada miejska mimo zniesienia monarchii nadal płaci mi zupełnie zbyteczną emeryturę. Więc na przekór im postanowiłem się delikatnie odświeżyć. Teraz mój portret nad kominkiem wygląda jak podobizna mojego dziada lub pradziada. Pan się przyjrzy. Wypiękniałem nie ma co. Faktycznie odmłodził się znacznie. Zniknął jego siwy zarost, zmarszczki i pełne, wydatne policzki. Był teraz cudownej urody, młodym blondynem o zawadiackich, niebieskich oczach. Ubyło mu tuszy a przybyło pokaźnej muskulatury. Jedynie humor pozostał bez zmian. Miał teraz około dwudziestu lat. Miał bo mógł. W krainie snu możemy nawet zmieniać swój wygląd i wszystko co z nim związane. Dziwna to zaiste kraina i gdyby nie umiejętność nieskończonej wyobraźni, to łatwo popaść tu w paranoiczne szaleństwo. Bo jak racjonalnie miałbym opisać to, że siedzę właśnie w wiejskiej posiadłości, dawnego dworzanina Wilhelma Orańskiego, on jest dwa razy młodszy ode mnie, choć na ziemski czas, zmarł dwieście lat przed mymi narodzinami. A odwiedzamy się tu co jakiś czas, gdy tylko marzenia senne skierują mnie w okolicę miasta Braima, lub gdy muszę poprosić o radę dużo mądrzejszego i bardziej doświadczonego mistrza snów. Tak było i teraz. Żeglowałem po tafli jeziora aż dwanaście dni, by tutaj dotrzeć. Bardzo dużo czasu spędzam ostatnio na południu. Górnicy goszczą mnie chętnie a nawet odstąpili mi jeden z domów w centrum Lecudarib bym mógł w spokoju śnić bez obaw o ciągłą wędrówkę. Moje sny są ostatnio krótkie i płytkie. Koszmarne duchy życia w teraźniejszej jawie, oblegają moje wyniszczone chorobą komórki. Moja wędrówka choć nadal rozciągnięta w czasie krainy snu, jest rwana i obleczona ciągłym cieniem nagłego zbudzenia się. Czasami zlany potem i ledwie rozbudzony, łkam w miękkość poduszek. Boję się, że stracę sen a zyskam tylko potworną rzeczywistość ludzi ograniczonych. Słuchał mnie uważnie a potem stwierdził. Mistrzowie snu nie tracą jego właściwości, ale to prawda z czasem trzeba się opowiedzieć po jednej ze stron. Piękna snu lub koszmaru jawy. Niejednokrotnie słyszę jak wiele zmieniło się na Ziemi, ile minęło lat? Dwieście ziemskich. Tu były to miliardy eonów i er. Tutaj czas nie ma władzy nad absolutem umysłu i jego kreacji. Na Ziemi czas zabija wszystko. Bałem się nieistnienia. Motywu zgasłej świecy życia. Dlatego w trakcie jednej z podróży, osiadłem tu na stałe. Opowiadając się na wieki ku życiu we śnie. Ziemia jest moją matką, lecz sen jest wiecznym rajem. Nie żałuję i nie żałowałem wyboru nigdy. Wędruję Pan od bardzo dawna Panie Tracy, jest Pan w przededniu swego wyboru. Stąd ten stan niepewności. Ostatnio śnił mi się Pan w ziemski sposób, można powiedzieć, że ten sen nasunął mi koncept by prosić o radę… Zaśmiał się i rzekł Jak to jest być pogrążonym we śnie? To wspaniałe istnienie. Bez trosk, zmartwień, chorób i śmierci. Nie ma tu smutku, cierpienia i łez. Szczerze to nawet nie wspominam o dawnym ziemskim życiu. Zapomniałem o nim i ludziach, których tam zostawiłem. Teraz mam kontakt jedynie z mistrzami snu i mieszkańcami krainy. Mistrzowie to mój jedyny, pozostały kontakt z Ziemią. Wasze opowieści są bardziej niesamowite niż to co widuję tutaj. A nie ma większych dziwów niż te z krainy snu. Kto raz ujrzy alabastrowe wieże i marmurowo szmaragdowe schody nabrzeża w Celephais, ten zapomina o wszystkim. Przecież sam Pan wie o tym. Nie może Pan zostać tu na stałe. Ciało się buntuję przeciw umysłowi. Widać jest w świecie realnym coś co Pana trzyma na smyczy rozsądku. Mam rację? Jest taki ktoś… ona … jej… chciałbym… Z nią zostać? Dokończył za mnie. Pokiwałem głową. Ona nie śni moich snów. Nie rozumie wierszy jakie tworzę. No i jest szczęśliwa z kimś innym. Nie mogę sobie tego wybaczyć. Jak i tego, że mógłbym mimo wszystko ją porzucić. Zna Pan zasady Panie Tracy. My przechodzimy przez Las Głębokiego Snu, kiedy tylko mamy na to ochotę. Podróżujemy bez granic materii i czasu. Inni nigdy tacy nie będą. Pana wybranka nigdy tu nie trafi. Choćby bardzo się starała. Istnienie tutaj niesie za sobą cenę, odrzucenia powłoki człowieczeństwa. To narcystyczny hedonizm. Liczy się tylko moja wygoda i szczęście. Nic nie może zakłócać pogody w raju a już z pewnością nie niespełniona miłość. Musi Pan pożegnać definitywnie, albo mnie albo ją. Bycie w wiecznym rozdarciu między światami zawsze prowadzi do klęski a nawet obłędu. Powodzenia w podjęciu decyzji. Cmentarz ghouli na granicy świata snu. Gnił pod powierzchnią mogił i grobowców, ale i na morowej, skażonej trupimi wyziewami powierzchni. Wspiąłem się po drabinie na jego poziom i wbiłem czujny wzrok w absolutny mrok wokół. Tutaj nigdy nie panowała cisza tak znana z ziemskich nekropolii. Było to królestwo ghouli. Skakały i ganiały się w zapadliskach grobów i otwartych odrzwiach grobowców. Śmiały się szyderczo i piskliwie, śpiewały, wyły do gwiazd, wznosiły modły z Necronomiconu u ogniskowych ołtarzy. Ucztowały na rozkładających się zezwłokach. Uprowadzonych z nekropolii na powierzchni świata widzialnego. Mlaskały, czkały, oblizywały kości, wysysały szpik. Łamały czaszki, rozrywały mostki, wyrywały kręgosłupy. Robiły makabryczne płaszcze ze skór. Piły krew i grały w dosłowne kości. Spierając się, obrażając a nierzadko bijąc i wszczynając burdy. Było to z pewnością najmroczniejsze miejsce w całej krainie snu konkurujące jedynie z Leng i Kadath w zimnej, samotnej postaci. Lecz ja miałem tutaj samych przyjaciół nie wrogów. Podszedłem do pierwszego z nich. Był zajęty porcjowaniem ciała jakiejś młodej dziewczyny. Wyrwał jej kończyny i wykręcił głowę niczym piłkę. A teraz odcinał poszczególne organy, prymitywnym, kamiennym ostrzem. Pozdrowił mnie jednak serdecznie gdy się zbliżyłem i zaoferował poczęstunek w postaci solidnie zgniłej, zielonkawej wątroby. Grzecznie odmówiłem dając mu znak by się nie krępował i zajadał sobie bez przeszkód. Wsunął ochoczo całość do ust i oblizał palce z gęstego krwawego śluzu. Gdzie jest Pickman? Jest z Wami? Nie mogąc mówić przez zapełnione usta pokiwał tylko głową i wskazał mi grobowiec oddalony od reszty i wyglądający na najstarszy ze wszystkich w okolicy. Podziękowałem mu, jednak bez uściśnięcia dłoni. Przedzierałem się przez prawdziwe błoto z krwi i kości, po chwili cuchnąłem nie gorzej od ghula. Zapukałem grzecznie w drzwi grobowca czekając na odpowiedź. Wejdź przyjacielu. Ty jedyny zachowujesz tu nienaganne maniery. Miło że wpadłeś. Zastałem Pickmana przy pracy. To jest przy sztaludze i płótnie. Obraz przedstawiał czystą makabrę którą mogę skreślić jedynie pokrótce. W centrum obrazu namalował Pickman istotę, którą od razu poznałem choć patrzenie na nią wymagało nadludzkiego wysiłku i samozaparcia by nie oszaleć z trwogi. Shub-Niggurath, Matka Tysiąca Plugawych Młodych, trzymała setki ciał ghuli i ludzi w swych mackach i karmiła nimi swe koźlęta a także akolitów Cthulhu. Był to realistyczny do głębi, malarski zapis wezwania na bluźnierczej mszy w okolicach wzgórz Dunwich. Był to nie obraz a akt czystego bluźnierstwa. I za to kochałem Pickmana. Jeśli coś powodowało we mnie lęk. To jego stracona dusza i jego dzieła. Uściskał mnie serdecznie i zapytał z czym przychodzę. Wyjąłem małe zawiniątko z kieszeni płaszcza. Było to jej zdjęcie. Jedyne jakie miałem ze sobą w krainie snu. Zakop proszę zdjęcie mojej ukochanej na tym cmentarzu. Co ginie w krainie snu, nigdy już nie może się tu odrodzić. Chcę by ta miłość umarła. Zamierzam zostać na stałe. Pickman zapomniał już jak to jest kochać, być kłębkiem nerwów a nawet człowiekiem. Ale wtedy objął mnie jak brat. Zapominasz drogi druhu do kogo przybyłeś. Zapomniałeś, że Pickman tworzy dzieła, których postaci wręcz wychodzą z ram. U mnie każdy detal ma w sobie życie. Nie zabiję jej a przeciwnie dam życie. Namaluję ją dla Ciebie. Tak starannie jak nigdy. By mogła żyć tu z Tobą. Na dobre i złe. W krainie wiecznego snu
×
×
  • Dodaj nową pozycję...