Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Fiolka była tylko do połowy pełna.
Lecz dla mnie to wystarczyło.
Lazurowy, lekko błyszczący 
w ciemni strychu proszek,
wysypał się na przygotowaną szalę.
Na drugiej z nich

spoczywała już niewielka kupka czarno-szarego proszku 
o lekkim zapachu spalenizny.
Były to starte kości, 
wyjęte nie tak dawno z pieca.
Oczywiście, były one ludzkie,
bo tylko ich można było użyć

do tego obrzędu.
Skład lazurowego proszku

był tajemnicą,
miał on jednak

tą jedną szczególnie istotną alchemicznie cechę.
Przywracał do życia, 
lub mógł to życie nadawać.
Prawdziwie boski i potężny wynalazek.
Szalę wagi równoważyły się idealnie.
Porównałem je jeszcze, 
mrużąc jedno oko 
i pochylając się nisko nad blatem stołu.
Były idealnie równe.
Doskonała precyzja i równowaga.
Rzuciłem pod nosem, 
patrząc na osobliwe i ciche audytorium zebrane na krzesłach wokół stołu.


Swojej rodziny 
nigdy nie mogłem nazwać 
prawdziwą rodziną. 
Nie było w niej miejsca 
na miłość, bliskość,

szczerość czy czułość.
Były tylko kłótnie, bijatyki, alkohol 
i pijackie bredzenia.
Musiałem zawsze bawić się 
w bezpieczny azyl domu 
wraz z moimi drogimi przyjaciółmi 
których jednakowoż

również nie miałem.
Wymyśliłem ich sobie jednak.
Od cech wyglądu, głosu 
po maniery i status społeczny.
Zaczęto ze mnie szydzić 
i nazywać szaleńcem.
Gdy szedłem rozmawiając głośno 
z kimś u swego boku, 
kogo nikt inny dostrzec nie był w stanie.
A ja naprawdę ich

słyszałem i widziałem.
Śmialiśmy się, bawiliśmy się, 
czasem nawet kłóciliśmy.


Było ich wielu.
Zawsze co najmniej kilku 
chciało spędzać ze mną czas.
Pewnego dnia, większość z nich.
Zapragnęła być widzialna.
Weszli w moje maskotki.
Niestety jedynie na tyle 
by mówić z ich wnętrza a nie przez nie.
Wtedy szykany 
na moją osobę trochę przycichły.
Rozmawiałem z maskotkami

a nie duchami.
Byli tacy co potrafili to

już jakoś przełknąć.
Tłumaczyli to wybujałą wyobraźnią, odrzuceniem, odosobnieniem, 
chorobą umysłową,

potrzebą zauważenia.
A ja przecież doskonale wiedziałem 
co widzę i słyszę.


Moi pluszowi przyjaciele,
wędrowali za mną krok w krok.
Przez lata szkoły, uniwersytetu 
i początki pracy grabarza.
Bo mimo

głowy uczonej w zakresie medycyny,
uznano ją także jako 
kompletnie szaloną i pomyloną.
Zakazano mi praktyki 
i zesłano na pewną śmierć w głodu 
na stopień miejskiego grabarza.
Wtedy to z medyka

stałem się alchemikiem 
a z niego już o krok do geniusza.
I dziś miałem potwierdzić ten geniusz.

Przyjaciele siedzieli wygodnie

wokół stołu.
Ich kolorowe futerka,
były niczym lampiony 
rozświetlone w mroku strychu.
Oczy z koralików, szkiełek lub guzików.
Nosy z pereł, kamyków 
lub zapasowych skarpetek.
Jednemu brakowało pół uszka,
innemu złamano nóżkę 
lub przetrzepano porządnie rączkę, 
zwisającą bezwładnie wzdłuż ciała.
Mieli blizny po rozcięciach, 
przypaleniach czy bójkach.
Każdy miał swoje imię i nazwisko 
a także wywód

zaszczytnego pochodzenia.
Nikt nie czuł się inny,

gorszy, biedniejszy.
Wszyscy byli równi i cenni.
W moich oczach. Ich stwórcy.


Patrzyli jak wstaje biorąc do ręki wagę.
Szalę lekko się zachybotały 
lecz proch po obu stronach 
pozostał nieruchomy, 
jak gdyby zdawał sobie sprawę 
z powagi chwili.
Dopiero teraz

czułem się naprawdę szalony.
Szalenie wielki,

nieograniczony i szczęśliwy.
Oto jest dzień, czas i chwila,
w której to spełniam

Waszą 
najskrytszą prośbę

i fantazję przyjaciele.
Będziecie żyć! 
Ruszą Wasze serca, żyły oraz usta!
Śmierć tych których kości mam tutaj,
da Wam życie wieczne.
Bo tylko przez śmierć jest ono możliwe.
Więc zabiłem ich byście żyli.
I mogli być mi wdzięczni

za ten boski dar.
Te prochy muszą połączyć się 
na Waszych obliczach.
Wtedy będę pierwszy po Bogu 
a Wy będziecie dziećmi swego Boga.
Ożyjcie dzieci!


Rozsypałem prochy

w ich zastygłe oblicza.
Lecz ze środka dochodziły głosy,
bym ich ożywił, pozwolił trwać, 
dał im wieczność na własność.
Świece pogasły

i zapadła grobowa ciemność.
Zniknęli mi z oczu.
Słyszałem tylko 
ciche stękania, jęki i okrzyki.
Coś spadło lekko na podłogę,

coś szurało,
ciche, szybkie kroki.
Chichot i jakby zgrzyt kości.
A może szczęk zębów?
Zapaliłem świecę, 
ledwo odnajdując w mroku zapałkę.
I zobaczyłem armię żywych istot
o splugawionych śmiercią

obliczach ludzkich.


Armia żywych umarłych,
budzącą swe pluszowe ciała do życia.
Zombie pragnące ciała i krwi żywych.
Ciała swego stwórcy.
Zbliżały się do mnie.
Z zakrwawionymi ustami,
pianą i śliną na zębach.
Grymasami zwierzęcego głodu.
Próbowałem odgonić je światłem.
Otoczyły mnie prędko 
wypowiadając tylko jedno słowo.
Stwórca.
Jestem Waszym stwórcą 
a Wy moim szaleństwem!
Czułem ich ostre kły 
wbijane w szyję, ręce i nogi.
Obaliły mnie szybko.
Zagryzły jak wściekłe psy.
Zlizując krew z ciała i siebie nawzajem.
Do jej ostatniej, słodkiej kropli.

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Jestem w pracy. Lecę na Marsa. Misja wojskowa, kontrakt zawodowy. Eter w próżni gra mi w uszach melodię o czarnoksiężniku na Księżycu. W karczmie „Rzym” nie byłem już dawno. Pewnie z Marsa nie wrócę – bilet w jedną stronę. Powoli zarysowuje się Planeta Mars na mojej drodze. Mówili: „Kategoria A otwiera drzwi wszędzie”. A tak zwyczajnie się mnie pozbyli. I mam wakacje... Przez interkom możemy pogadać. Taki ze mnie bohater. zazdroszczę  Wam na Ziemi  problemów   
    • no to tak , automatyczne skrzynie są wygodne wiec po co się męczyć z kijem drogi teraz praktycznie wszędzie gładkie wiec nie ma sobie co wmawiać prędzej zepsujesz manualna niż automatyczna a w ruchu drogowym z ograniczeniami przepisami etc etc to nie będzie nikt lepszym czy gorszym po co się męczyć z manualem tu nawet nie ma jakiegoś poczucia większych umiejętności  raczej się tylko utrudnia sobie życie 
    • nie wyjeżdżaj sam na wakacje spójrz, macoszki piąstki pogryzły zobacz krawat raptem przyciąłeś i wystaje cisza z walizki   chodź, wyśnimy wyspy szczęśliwe dwa anyżki, złote księżyce, oglądałam prospekt w nefryty, cena warta naszych zasyceń   nie wyjeżdżaj sam na wakacje wymienimy chęci na słowa? wtedy starczy już nam na wszystko, no więc jak - czy mam się pakować?      
    • Słoneczny dzień. Na skraju polanki,w środku lasu, stoją dwie choinki – duża i mała. Matka i jej mała córeczka. Jest mroźny dzień. Dziecko zasypia. Budzą ją dziwne odgłosy. W pierwszym momencie, nie wie co się dzieje. Jeszcze się zupełnie nie rozbudziła. Najpierw otwiera kilka igieł, ale mało co dostrzega. Za chwilę patrzy kilkoma gałązkami. Widzi, że jakiś zły człowiek, podcina siekierą gardło jej matki. Drzewko, które kocha najbardziej, za chwilę ma być martwe. Zostanie stąd wzięta, a mały pieniek, co po niej pozostanie, będzie jedyną po niej pamiątką.    Patrzy jak człowiek, bierze jej matkę, odcina jeszcze kilka gałązek – i odchodzi. Maleńkie drzewko zostaje samo w lesie. Zdaje sobie sprawę, że tak naprawdę wokół niej, jest wiele różnych drzew, ale nie ma tej jednej jedynej. Czuję się bardzo samotna. Zaczyna drgać wszystkimi igłami, aż niewinny śnieg z nich zlatuje. Patrzy na pozostałość po swojej matce. W myślach wszystkich gałęzi, obiecuje ludziom zemstę. A może nawet inne dzieciaki namówi.   * Człowiek stoi w lesie. Patrzy na dorodny, piękny świerk. Będzie się nadawał na choinkę – myśli sobie. Podchodzi bliżej. Bierze siekierę i zaczyna ścinać drzewko. Coś mu jednak to ścinanie nie idzie. Takie cienkie. Powinno iść raz dwa. Uderza miarowo, bo to człowiek uparty. Byle iglak, nie będzie nim rządzić. Nachodzi go dziwaczna myśl, że to drzewko, ma chyba jakieś...porąbane serce. Zimne i twarde jak lód.   * Jest zajęty pracą. Robi swoje. Gdyby się obejrzał, to może by zdążył uciec. Albo gdyby chociaż spojrzał przed siebie. Ale się nie obejrzał i nie spojrzał. Musi udowodnić, temu drzewku, że wreszcie je pokona.   A zatem nie jest świadomy, że ze wszystkich stron, podchodzą do niego świerki. Dla obserwatora z boku, to nawet śmiesznie wygląda. Tak się niezgrabnie kołyszą, na swoich korzeniach. Co jakiś czas zlatuje z nich trochę śniegu. Ocierają się wzajemnie, co sprawia, że słyszalny jest jednostajny szum. Jakby uzgadniali szczegóły. Kto co ma robić. Człowiek nadal ich nie widzi. Ścina, jakby go jakieś zło opętało. A że ściąć nie może, to jest coraz bardziej wściekły. Jego odczucia udzielają się świerkom, które go otaczają. Też są coraz bardziej wnerwione.   Ptaki, które na nich mimo wszystko siedziały, teraz czym prędzej dały z pióra. Drzewka zamykają człowieka w potrzasku. Teraz zauważa niebezpieczeństwo. Najpierw dostaje po oczach żywicą, żeby nie wiedział gdzie uciekać. Jest zupełnie oślepiony. Świerki zaczynają „strzelać igłami’’. Wchodzą głęboko w człowiecze ciało. Chce uciekać, ale ból jest nie do zniesienia. Zaczynają owijać go gałęziami. Jedna włazi do jego ust. Morderca drzewa zaczyna się dusić. Ale najgorsze ma dopiero nadejść.   Człowiek jest niewidoczny. Za to świerki, robią się coraz większe. Mają czerwonawy odcień.Prawie widać – jak rosną. Z ich gałęzi wylatuje jakaś cuchnąca ciecz, pomieszana z żywicą. Igliwie zamienia się w strzępki jakiś lepkich tłustych kawałków. Grubsze konary, pękają, rozsadzane przez skrawki ostrych kości . Świerki są grubsze, o wiele wyższe...a przed wszystkim silniejsze. Z gałęzi tryska krew, a po pniu ześlizgują się skrawki skóry, pomieszane z włosami.    Śnieg robi się różowy. Po chwili spadają w niego, gałki oczne, jak jabłuszka z jabłoni. Sprawiają wrażenie, jakby obserwowały całe zajście – od dołu. Świerkowe cielska, nabierają pewności siebie. Odchodzą. Polować na ludzi.   Na białym śniegu, zostaje samotna siekiera.   *   Szeroka leśna ścieżka. Matka z pięcioletnią córeczką, idą na spacer. – Mamusiu… – Co mi znowu powiesz, ty moje słoneczko. – Choinki za nami idą. Czy one chcą, żebym je pogłaskała? Bo ja nawet mogę. Wiesz? – Och ty mój skarbie. Jesteśmy w lesie. To chyba nic dziwnego, że za nami idą choinki. A bombki mają? – Zobacz sama. – To ty jeszcze raz zobacz. A później powiesz mamusi. – Zobaczyłam. Nie mają bombek. Ale one śmierdzą. Jak moja kupa, wiesz? – No nie. Co ty mówisz. Aż tak nie mogą. – No odwróć się wreszcie , mamusiu. Są już całkiem blisko. Ale one duże. Jak mój tatuś. A gdzie on poszedł? Kiedy wróci on? – Poszedł po choinkę do lasu. Zawiesisz na niej swoje wycinanki. Cieszysz się? – No przecież. Cała z radości podskakuję. Aż biały puszek ze mnie leci. Widzisz jak umiem. – No to chodźmy do domu. Tatuś już na pewno czeka z choinką.   *   Ogromne świerki się zatrzymują. Pozwalają im odejść. Najstarszy świerk, nadal się wpatruje, w pieniek wystający ze śniegu.    
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...