Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Brnęli w śniegu za kolana.

Takie sprawy zawsze

dotyczą tych najodludniejszych miejsc.

Zaściankowej prowincji

lub zdezelowanych

rozkładem społecznym przedmieść.

Tym razem była to wieś

i to ta z gatunku 

zapomnianych przez Boga,

włodarzy a nawet czas.

Policji nie widziano tu od wieków 

a nie wzywano 

najpewniej nigdy przedtem

aż do dziś.

I to od razu do 

porzuconego w ruinach

dawnego dworku 

ciała młodego mężczyzny.

 

 

Jadąc na miejsce 

nawet przez chwilę nie podejrzewali 

grubszej sprawy w stylu zabójstwa.

Wiedzieli dobrze, że musiał być to ktoś miejscowy i znany w okolicy.

Ewentualnie ten jeden

dziwny i podejrzany

na wpół obłąkany wiejski pijaczyna,

każda wieś ma kogoś takiego.

Mieszkają oni najczęściej 

w drewnianych chatach

krytych gontem,

o dziurawych jak ser szybach 

i zagrzybiałych choć niegdyś 

bielonych wapnem ścianach.

Z komina rzadko leci dym

bo gorzałka jest ważniejsza niż opał.

 

 

Wygląd tych jegomości 

można by opisać wdzięcznym słowem 

jaskiniowych eremitów.

Brudne, skołtunione włosy

co nigdy nie przeżyły

spotkania z grzebieniem.

Jak dobrze pójdzie 

raz do roku chluśnie na nie trochę 

brudnej, studziennej wody z garnuszka 

Brody uhodowane pod same zapadnięte oczy,

gęste jak mech 

a może i już

mchem i pajęczyną pokryte.

Okalają bezzębną jaskinię ust,

której kwasowe, trujące wyziewy 

mogłyby zabić dowolne stworzenie.

Łachmany zamiast koszul i spodni.

Umorusane błotem, krwią,

resztkami i śliną.

I ten charakterystyczny zapach

w obejściu jak i w domu.

Tak słodko może pachnieć 

tylko postępujący rozkład.

I sam nie wiesz 

czy to gnije ten człowiek,

jego dom 

czy cała rzeczywistość 

ulega gnilnej dezintegracji.

Zapadasz się w mrok.

Odludne cmentarzysko tej jednej 

skazanej na banicję istoty,

która zapomniała już 

jak to jest być humanoidem.

 

Lecz tym razem nie byli tak blisko 

utartej prawdy w domyśle.

Szli jeden za drugim.

Blisko ceglanej konstrukcji, 

która była wypaloną ruiną 

nie mającą już nic wspólnego z dawnym, szlacheckim pochodzeniem.

Była pustostanem. 

Bez okien, drzwi i dachu 

który w trzech czwartych zawalił się 

i pokrył podłogę

większości pomieszczeń,

krokwiami i starą dachówką.

Wokół wszędzie były 

nieużytki dawnego majątku.

Po budynkach gospodarczych

zostały już tylko

prostokątne ślady usypane żwirem.

Tak jakby stodoła czy obora 

stały tu jeszcze przed minutą 

lecz zostały wyjęte z obrazu rzeczywistości niczym pojedyńcze puzzle z całości układanki.

 

 

Zewnętrzne wejście do piwnicy 

było dwuskrzydłowe

i w połowie otwarte.

Obok usuniętych na bok drzwi

leżało ciało

a kilka kroków od niego 

w wydeptanym walonkami okręgu

stał starszy jegomość 

w czarnym

podbitym futrem z lisa płaszczu.

Na głowę nasunął czapkę

z bobrowego futra 

a dłonie z pewnością przemarznięte 

schował głęboko

w kieszeniach płaszcza.

Na widok funkcjonariuszy drgnął 

i szybko ruszył w ich kierunku.

Uścisneli sobie ręce 

i skupili szybko wzrok na denacie.

 

 

Oczywiście to pan nas wezwał?

Tak, tak. 

Widzicie panowie, 

pierwszy raz przyszło mi 

korzystać z telefonu 

i to w takich okolicznościach.

Ale można to było przewidzieć.

Szczerze to myślałem, 

że on już od dawna jest sztywny.

Długo go tutaj nie było.

Czyli zna go pan?

Policjant wyjął notatnik i ołówek 

z kieszeni płaszcza.

Gotów zanotować

wszelkie zeznania i fakty.

 

 

Każdy go tutaj znał.

Nazywaliśmy go Sokołem,

choć podobno nazywał się Filip.

Mieszkał tu?

Znaczy we wsi?

Nie, nie. Był bezdomnym włóczęgą.

Czasami nocował w tej piwnicy.

Wskazał palcem wylot

pod skruszałą ścianą.

Gdy ktoś się zlitował to z rzadka ofiarował mu miejsce na zapiecku

i coś do jedzenia.

Pojętny był to chłopak.

Podobno kiedyś ukończył wiele szkół 

i uniwersytety nawet.

Czasami uczył chłopskie pacholęta w podzięce za poczęstunek.

Nieraz sam go widział 

jak czytał takie opasłe tomy 

a z niektórymi

to wędrował w tę i nazad.

 

 

W mieście podobno trzymał 

z takimi samymi inteligentami,

ale jakżem go pytał nieraz przy kielichu czemu do nich nie wraca,

to markotniał i wlewał 

w siebie bez opamiętania.

Czasami tylko mamrotał,

że już nie ma jakiejś bohemy.

Literaci pomarli.

I tak w kółko.

Aż go gorzała do snu zmogła.

Ja nie wiem do końca 

bo czytać ani pisać nie potrafię,

szkoły innej niż tej

od życia co dostałem 

to nigdy na oczy nawet nie widział,

ale gadano nieraz, że on poezyje pisał

i kiedyś z tego żył.

Znany był na kraj cały nawet.

I kobietę w rodu zacnego miał 

lecz pomarła na gruźlicę

a on po jej pogrzebie uciekł w picie 

i jeno gorsze jeszcze grzechy.

 

 

Majątek przehulał z tymi literatami.

On czasem straszne rzeczy prawił,

na trzeźwo nawet.

W Boga ani kościół święty nie wierzył.

Prawił czasem, że skoro Bóg taki wszechmocny i dobrotliwy 

to niech mu wróci z grobu ukochaną

a ksiądz zamiast wyklinać go z ołtarza 

winien się z nim na włości zamienić.

Kiedy go pytano czy w co wierzy,

twierdził, że człowiek oczytany 

w nic nie wierzy.

A jeśli już to w śmierć.

Brutalną acz szybką.

Nie ma nieba, czyśćca ani piekła.

Tak mówił…

oj wrogów miał tutaj.

 

 

A Ci jego przyjaciele.

Ja nie wiem, ale mówili we wsi.

Wszyscy od dawna martwi.

Jeden się otruł, inny zapił, 

jeszcze inny zastrzelił.

Żaden nie umarł tak 

jak chrześcijanin powinien.

On kiedyś mówił o nich tak dziwnie…

nihiliści zdaje się jeślim nie przekręcił.

Może to sekta jaka miastowa.

Bo wszyscy widać z własnej ręki pod podszeptem Szatana zginąć muszą.

I on się otruł. Zobaczcie.

 

 

Podeszli bliżej do ciała.

Mężczyzna mógł mieć

około trzydziestu lat 

i nijak nie pasował

do bezdomnego trampa,

mieszkającego od lat

w piwnicy pustostanu.

Rysy jego spokojne i gładkie 

nie nosiły nawet śladu zarostu.

Oczy szeroko rozwarte,

były szare jak popiół.

Ubranie jego znoszone acz schludne,

składało się na białą koszulę z lnu,

jasno niebieską kamizelkę 

zapinaną na duże guzy,

spodnie o szerokich nogawkach

z kieszeniami

w których miał tylko 

pustą, drewnianą papierośnicę.

 

 

Zdać by się mogło w pierwszej chwili,

że śpi i za nic ma to całe zamieszanie.

Nie było śladu walki, kuli w ciele, ran 

ani niczego podobnego.

W ustach jednak 

nadal zagryzał kurczowo ampułkę,

teraz już pustą lecz dającą rozwiązanie.

Zabił go cyjanek.

A więc samobójstwo.

Można zamknąć sprawę 

zanim na dobre ją otwarto.

Kolejny inteligentny samobójca.

Zguba tych

współczesnych czasów i filozofii.

Nie wierzą w nic ponad śmierć.

 

 

Ciało zabrano i długo walczono 

z miejscowym księdzem 

by wyprawił pogrzeb.

Nie zgodził się i wreszcie pochowano 

nihilistę tak jak widać sobie życzył.

Pod murem cmentarza 

lecz poza jego obrębem.

Już następnego ranka po pogrzebie 

na który nikt nie przybył.

Na posterunku zjawił się grabarz, 

który go chował.

W nocy ktoś rozkopał grób,

wyrwał krzyż 

i zabrał trumnę z ciałem.

Nie ma jej nigdzie.

Widać nawet piekło było przeciw.

I nie chciało go do siebie przyjąć.

 

 

Opublikowano

@Simon Tracy Wow, jestem pod ogromnym wrażeniem

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

Piękny, obrazowy i inteligenty tekst. Zaczyna się chłodno, jak reportaż, a kończy mrocznym niedopowiedzeniem — które działa genialnie. 

No i ten fragment:

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

Złoto. 

Brawo, Simon:⁠^⁠)

Opublikowano

@Simon Tracy

 

Przejmujący obraz upadku inteligenta i okrutnej prowincji. Kontrast między wykształceniem bohatera a jego tragicznym losem, opisany językiem pełnym gęstych, ponurych obrazów, robi ogromne wrażenie. Szczególnie mocno wybrzmiewa motyw nihilizmu i samotności.

To zakończenie z wykopaniem grobu i zniknięciem trumny - zostawia czytelnika z nierozstrzygniętym niepokojem - kto to zrobił i dlaczego? Mocne i świetne! Jestem zachwycona! :) Pozdrawiam. 

Opublikowano

@Berenika97 Dziękuję Bereniko.

To zakończenie jest w stylu gotyckiego romantyzmu.

Może on nigdy tak naprawdę nie istniał

a może był tak upadłym człowiekiem, że nawet cmentarna ziemia go odrzuciła i nie chciała gościć w swych trzewiach.

A może i sam pogrzeb był mu zbędny bo zależało mu na tym by zniknąć zupełnie, rozpłynąć się w powietrzu.

Jest to ten rodzaj zakończenia, którego finału nawet sam autor nie zna i ma razem z Czytelnikiem pełne prawo ku temu by zadać pytania, które i Ty zadajesz.

Opublikowano

@Simon Tracy

To sprawia, że wiersz żyje dłużej w wyobraźni - każdy czytelnik może dokończyć tę historię po swojemu. Właśnie w tym tkwi siła takiego zakończenia. Gdy koniec pozostaje otwarty,  czyni to z czytelnika współtwórcę, nie tylko odbiorcę. :) 

 

Opublikowano

@Simon Tracy

Świetny tekst, zaczyna się jak dobra opowieść kryminalna, ale ta psychologiczna,mroczna głębia zmienia wszystko. Bardzo mi się podoba. Czytam u Ciebie teksty bardzo uzdolnionego poety i pisarza - masz talent i niesamowitą wyobraźnię. Pozdrawiam.

Opublikowano

@Annie Niestety nie tylko w nocy a cały czas. Za to nocą jedynie przelewam to na papier

@Christine Nie jestem osobiście fanem kryminałów bo są dla mnie najczęściej monotonne i nudne w fabule.

Dziękuję bardzo.

Zdarza mi się od czasu do czasu wymyśleć coś takiego że i siebie zaskoczę.

  • 3 tygodnie później...

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Na stole teksty poszarpane, poplamione stronice. Pogięte okładki… Gdzie? Co? Nic nie wiem. Nie wiem, u licha! Ale bal trwał w nieskończoność. Do samego końca dojmującej treści. Powiedz mi, dlaczego tak było, tak było? Echo odbija się od ścian, majaczy pogłos wielokrotnych powtórzeń i westchnień: o, dzieło moje jedyne! O, dzieło…   Majaki przychodzą i odchodzą. Czas poplątany. Czas chciwy. Natrętne obrazy. Co jeszcze mnie tak męczy? Wszystko! Albowiem wszystko. Zdjęcia rozsypane. Czarno-białe pejzaże. Głębokie otchłanie przeszłego czasu. Jakieś listy nie wiadomo do kogo i przez kogo pisane. Stosy papierów. Wiersze wybrane, Bal w operze, Kwiaty Polskie… to znane, a reszta? Nie wiem… Zostawcie mnie. Dlaczego się tak na mnie patrzycie? Kto? Kto? Moje własne odzwierciedlenia. Moje imaginacje. Julian Tuwim stoi przy oknie w jakiejś takiej niedbałej pozie. i opierając się o parapet pali papierosa. Wypuszcza kłęby błękitnawego dymu. Patrzy się na mnie czujnie i z trwogą: co ja tu kombinuję, co sobie wyobrażam: On próbuje pisać!… Patrzy się z wyższością i zażenowaniem. Spogląda na kogoś, kto siedzi przy stole i pisze albo spogląda w sufit pełen pajęczyn i kurzu. Spogląda i nie dowierza. Jak ktoś taki mógłby… - jak ktoś taki… Wiesz, powiem ci, jedyna: Tak. To już kiedyś było. Tylko że kiedyś był to Albert Camus. Stał w podobnej pozie i też palił papierosa. Teraz Julian. Dlaczego akurat on? Patrzą się na mnie twarze spłowiałe. Tu i tam. Uśmiechnięte. Zastygłe. Fotografie rozrzucone na stole, podłodze… Julian już zniknął. Rozpłynął się w smudze zachodzącego słońca. Takiej pomarańczowej i bystrej. I cichej. Tak przerażająco cichej. Cichszej od szumu płynącej krwi. Od szumu piskliwej w uszach gorączki. Przystawiam do oka butelkę. I poprzez płyn przezroczysty, niezmącony niczym. Poprzez płyn spoglądam w ten dziwny poblask natury. Julian się rozpłynął. Zniknął. Powrócił? Dokąd? Do piekła? Czyśćca? Raju? Boska komedia leży na stole, gdzieś w odmętach pogniecionych, zatłuszczonych szpargałów… Trącam dłonią szklankę. W ferworze jakiejś wewnętrznej walki albo gniewu. Albo po prostu: tak niechcący. Przez nieostrożność. Nieuwagę. Zmęczenie nieskończoną nocą. Wywraca się i tłucze na miliony lśniących kawałeczków. Rozlewa się na stole plama. Strumienie trunku spływają po drewnianej nodze na klepki podłogi. Na dębowe. Ułożone w jodłę. Na rozmaite esy floresy sęków i wiekowych słojów, które pamiętają jeszcze kroki mojej matki… Za oknem trwa straszliwy pęd przemieszczania w czasie. Teraźniejszość staje się odległą przyszłością. Omiata mnie blask unicestwienia. Nieokiełznana struktura kryształu. Postać dziwnego słońca, jak w kalejdoskopie. Oślepiająca jasność wydobywa się z wnętrza przedmiotów. Ze wszystkiego. Ze mnie...   Lecz, co to? Budzę się. Noc. Światło zwykłej wiszącej lampy nade mną. Leżę na podłodze. Tuwim właśnie wychodzi ze swojego mieszkania. Widzę przez ściany, które są przezroczystą szybą. Choć nie. Jestem tam. Na ulicy, w mroźny dzień styczniowy. Nagie drzewa. Wiatr sypiący w oczy drobinkami lodu. Niebo stalowe. To znowu słońce. I znowu cień obłoku na twarzy… Stoję opodal, niewidzialny. Przezroczysty jak powietrze. Jak absolut nieistnienia. Jak nic. Tuwim w ciemnym płaszczu i w kapeluszu. Wychodzi z kamienicy. Wychodzą. On i jego żona w futrze. Kilka rzeczy. Kartonowe pudła nikną na pace ciężarówki. Ktoś się patrzy. Obserwuje z ukrycia. Z któregoś piętra. W oknie. Spoza firanki. W szarości dnia. W szarej poświacie mżącej pikselami czasu. W szarym oknie przesłoniętym szarą firanką zapomnienia. Ktoś się patrzy. Nikt. Już nikt... Zaciskam mocno powieki. Otwieram...   Na ulicy oślepiająca plama czerwcowego słońca. Na chodniku rozedrgane cienie gałęzi. Drzewa szumią zielone. I kwiaty w donicach. Te właśnie róże czerwone. Uśmiechnięte. Ogromny skwar osiada leniwie na twarzy. Na włosach. W którejś godzinie upalnego, dusznego lata. Wspomnienie przeszło, minęło. Jakieś dzieci biegną piskliwie niczym owadzie piszczałki, machając radośnie pół-przezroczystszymi skrzydełkami. Faeries. Przebiegają po dawnych śladach, kogoś, kogo już dawno nie ma. Przechodnie. Samochody. Rozgwar szumiącego miasta i obojetności. Ściana kamienicy niby ta sama. Te same drzwi. I okna te same. Lecz nie ma już.. Lecz już… Rozpływa się wszystko w teraźniejszości opadającej powoli. Tak zwyczajnie. Tak najzwyklej.   (Włodzimierz Zastawniak 2026-06-22)    
    • @Waldemar_Talar_Talar Waldemarze, przede wszystkim warto dla własnego szczęścia   - bo to ono zostaje i karmi duszę.
    • @Migrena Jak entropia...
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...