Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Znajdź zawartość

Wyświetlanie wyników dla tagów 'dekadencja' .

  • Wyszukaj za pomocą tagów

    Wpisz tagi, oddzielając je przecinkami.
  • Wyszukaj przy użyciu nazwy użytkownika

Typ zawartości


Forum

  • Wiersze debiutanckie
    • Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
    • Warsztat - gdy utwór nie całkiem gotowy
  • Wiersze debiutanckie - inne
    • Fraszki i miniatury poetyckie
    • Haiku
    • Limeryki
    • Palindromy
    • Satyra
    • Poezja śpiewana
    • Zabawy
  • Proza
    • Proza - opowiadania i nie tylko
    • Warsztat dla prozy
  • Konkursy
    • Konkursy literackie
  • Fora dyskusyjne
    • Hydepark
    • Forum dyskusyjne - ogólne
    • Forum dyskusyjne o portalu
  • Różne

Szukaj wyników w...

Znajdź wyniki, które zawierają...


Data utworzenia

  • Od tej daty

    Do tej daty


Ostatnia aktualizacja

  • Od tej daty

    Do tej daty


Filtruj po ilości...

Dołączył

  • Od tej daty

    Do tej daty


Grupa podstawowa


  1. Naprzeciw mnie stała sztaluga z gotowym płótnem. Obok niej Wild miał swój, mały stolik na kółkach. Był cały pobrudzony pozostałościami farb, których słoiczki stały na nim wraz z paletą oraz zestawem pędzli. Patrzyłem jak Wild krząta się jeszcze przez chwilę po drugiej stronie izby. Szukał czegoś pod stołem. Po chwili to znalazł. W jego dłoni, odzianej o dziwo w wełnianą rękawiczkę spoczywały dwa cynowe, pojedyncze świeczniki. Zabrał je ze sobą. Ustawił na stoliku pomiędzy mną a swoim stanowiskiem. Wziął z parapetu okna dwie świeże świece o krótkich knotach i umieścił je w świecznikach. Wyprostował się z trudem i już miał odpalić świece gdy widać przypomniał sobie o czymś, szybkim ruchem sięgnął do zamaskowanej w materiale płaszcza kieszeni i wyjął kolejny zwitek kartki. Wręczył mi go. Odebrałem go i odczytałem treść. Panie Scholl. W trosce o prywatność i dobre samopoczucie zarówno Pana jak i moje, zadbam o to by żaden szczegół mający wpływ na atmosferę pracy, nie zakłócał nam porządku ani stanu nerwów. Widział Pan przecież po wejściu do domu, moje rozwieszone prace. I zdaje sobie sprawę, że nie był to odbiór łatwy i nie pozostawiający uczucia ciężkiego wstrząsu psychicznego. Moje dzieła nie są z pewnością przyjemnym dla oka pejzażem. Dlatego też pozwolę zapalić sobie te dwie dodatkowe świece, ich ostre światło będzie barierą zasłaniającą moje prace jak i mnie samego. Jestem schorowanym starcem Panie Scholl a choroba która mnie dotknęła, zebrała z mego ciała wstrząsające do głębi krwawe żniwo. Może mi Pan wierzyć, że lepiej ślepnąć delikatnie od blasku ognia niż patrzeć na to co straszna choroba potrafi zrobić z ludzkim ciałem. Nie mogę malować z twarzą pod kapturem ani dłońmi ukrytymi pod rękawiczkami, dlatego będę musiał się odkryć i mam głęboką nadzieję, że nie dojrzy Pan zbyt wiele traumatycznych obrazów starczej choroby. Serdecznie Pana za to przepraszam. Jeśli blask świec będzie zbyt ostry i godzić będzie w Pana wygodę to oczywiście gotów w każdej chwili jestem na to by zrobić nam obu dogodną przerwę. Jeszcze raz przepraszam za tak ekscentryczne zachowania i metody. Zanim udało mi się dobrnąć do końca notatki, Wild w tym czasie odpalił świece i zasiadł z wyraźną ulgą na krześle przysłoniętym sztalugą. Byłem w stanie zrozumieć go. Ciężko chorował. Choroba była tajemnicza lecz widać nad wyraz okropna jeśli chodzi o objawy i jej ślady. Jego podejście i owszem było ekscentryczne, lecz nie szalone czy mające znamiona zbrodnicze. Bezsprzecznie był utalentowanym malarzem i obytym człowiekiem sztuki. Fascynował mnie na tyle głęboko, że z coraz mniejszą dozą lęku, zwróciłem ku jego osobie swe oblicze. Świece spełniały swą rolę. Widziałem tylko rozmyte, mleczne światło, mocno zaostrzone, pozostałym z izbie mrokiem. Początkowo patrzyłem dzielnie, potem zacząłem mrużyć oczy, naleciało w nie całkiem sporo łez, więc zamykałem je, próbując się ich pozbyć. Po czasie, światło wręcz piekło, niczym bariera jakiegoś magicznego ognia. Widziałem tylko zarys postaci Wilda. Nic nie zdradzające kontury. Widziałem jak kaptur ląduję na jego karku, a rękawice na stoliku z farbami. Widać zapozowałem idealnie bo nie widziałem żadnych ruchów jego dłoni z prośbą o przesunięcie głowy, wyprostowanie pleców czy osunięcie ramion. Wild nałożył kilka kolorów na paletę, na chwilę znieruchomiał zupełnie po czym usłyszałem pierwszy rys na płótnie. Sesja trwała. Sam nie wiem ile czasu zdołało upłynąć. Był środek nocy czy jednak zbierało się już ku szarówce przedświtu. Nie prosiłem o przerwę, choć zdrętwiałem zupełnie od wymuszonej pozycji. Byłem też głodny. Żołądek co rusz sygnalizował mi to cichym pomrukiem a ja starałem się jedynie skupić na wiązce ognia. Nie myślałem o zmęczeniu czy śnie. Byłem zahipnotyzowany przebiegiem sesji. Mój umysł tracił, właściwe sobie skupienie. Wild także nie prosił powstaniem o przerwę. Był całkowicie pochłonięty pracą. Bez przerwy słyszałem tylko pracę pędzli i grzechot słoiczków z farbą. Wydawało mi się, że z rzadka uchylał się na bok, by widzieć mnie dokładniej. Nie widziałem twarzy, lecz z pewnością ogień, zmieniał barwę jego oczu na zupełnie nieludzką, głęboką czerwień. Innym razem poprawiał płótno w ramach i mogłem dostrzec zarys jego palców. Wydawały się śliskie, blade i pokryte strupami czy głębokimi ranami. Im więcej ruchów wykonywał. Tym mocniej w pomieszczeniu rozchodził się odór słodkiej duszności. Odór jego choroby i niemocy ciała. Im dłużej trwała sesja, tym Wild widocznie opadał jednak z sił. Jego oddech dało się słyszeć z daleka. Był świszczącym rzężeniem, które tu pośrodku zapomnianego cmentarza, mogło wydawać się głosem upiora. Wreszcie gdy zapadłem się zupełnie w halucynogennych obrazach wyobraźni i nie potrafiłem odróżnić już godziny od minuty oraz dnia od nocy. Wild przerwał pracę. Nasunął kaptur na głowę, sięgnął po rękawiczki. Założył je powoli a potem wstał i zaprosił mnie gestem do siebie. Podniosłem się i dopiero teraz poczułem ulgę połączoną ze zmęczeniem. Podszedłem do Wilda. Choć odór jego ciała nie pozwolił mi podejść tak blisko jakbym chciał. Ten widać nie urażony zupełnie. Wskazał z nieukrywaną dumą na płótno. Zajrzałem i ja. W jednej chwili byłem gotów odwołać to wszystko co mówiłem o stateczności umysłu Wilda. Był szaleńcem i jego obraz potwierdzał to zupełnie. Na obrazie a i owszem byłem ja. Lecz jakby starszy o kilkanaście lat, z zapuszczonym jasnobrązowym wąsem i cieniami pod powiekami. Nie to było jednak najgorsze. Moja cała twarz nosiła ślady ran, trupiego opadu i zaawansowanego rozkładu tkanek. Ja na obrazie, zamarłem z uczuciem całkowitego zdziwienia na twarzy i oczach. Usta sine i z pewnością martwe, były szeroko otwarte a z pomiędzy obwodu zębów i cofniętego gdzieś w głąb krtani języka, wychynęła na powierzchnię świata postać tak dalece bluźniercza w odbiorze, że musiałem odwrócić wzrok. Był to olbrzymi i namalowany jak żywy, trumienny czerw w złotej, królewskiej koronie. Jego pobratymcy, żerowali w moich ranach. W dziurach na policzkach i szyi. Było ich całe mrowie. Kolonia czerwi, posilająca się moim trupem. Tego było dla mnie zbyt wiele. Uwolniłem się od uścisku ramienia Wilda i porwałem się w rajd przez naznaczone mroźnym przedświtem mogiły. Próbując zapomnieć o robaku, którego ten obraz zagnieździł mi w ciele. Minął tydzień, który nie dał mi nawet grama ukojenia. Popadłem w stan przedziwny, nazwałbym go melancholijną psychozą. Nie trwałem w delirycznym stanie agresji. Nie mówiłem o Wildzie nikomu. Ciągle jednak widziałem trupie twarze z obrazów. Oblicze cmentarnego robaka w koronie. I ja w tym wszystkim. Starszy, zmieniony… martwy. Nie zyskałem nic oprócz głębokiego rozstroju umysłu i nerwów. Pieniądze pozostały w kopercie w domu Wilda. Nie byłem w stanie zarobić teraz nawet pensa. Nie mogłem jeść ani pić. Wszystko stawało mi w gardle, zupełnie jakby trafiało na żywą przeszkodę. Króla rozkładu. Zupełnie niespodzianie rankiem zapukano do moich drzwi. Wstałem z ociąganiem i dopiero wtedy gdy pukanie przemieniło się w prawdziwe dudnienie otworzyłem drzwi spodziewając się komornika lub grupy wierzycieli. Był to chłopiec od Wilda. Przywitał mnie ukłonem i szczerym uśmiechem. W ręku trzymał kopertę. Wręczył mi ją ze słowami. Pan Wild przesyła list i serdeczne pozdrowienia, oraz życzenia jak najszybszego powrotu do zdrowia. Nie czekając na moją reakcję ani zapłatę ruszył w dół schodów. Wróciłem do salonu i już miałem cisnąć kopertę w ogień kominka, ale powstrzymałem się w porę. Ciekawość zwyciężyła. Zerwałem lak. W środku oczywiście był złożony list jak i ku mojemu zdziwieniu pieniądze, pomnożone jednak co najmniej dwukrotnie od pierwotnie obiecanej kwoty tamtego wieczora. Chwilowo porzuciłem zainteresowanie kwotą i sięgnąłem po list. Panie Scholl Na wstępie chciałbym zaznaczyć, że nie żywię do Pana absolutnie żadnej, nawet najbardziej lichej urazy. Wina spoczywa tylko i wyłącznie po mojej stronie a pańska reakcja była całkowicie zrozumiała i uzasadniona. Jestem przeto człowiekiem głębokiej kultury i nie mógłbym zostawić teraz Pana z tymi wszystkimi pytaniami, szczególnie w tak ciężkim stanie nerwów jaki Pan bezsprzecznie przeżywa. Oczywiście chciałem również rozliczyć się z Panem, podziękować za bycie moim modelem a z racji tak niespodzianych problemów, podwoić stawkę wypłaty. A teraz przejdźmy do meritum. Widzi Pan, moje dzieła. Portrety tych mężczyzn. Ich makabryczne, zabrane przez rozkład i śmierć twarze. Oni wszyscy pozowali jak Pan i przysięgam na Boga, że wszyscy robili to żyjąc. Nie wykradam ciał z grobów ani nie morduje swoich klientów. Zaręczam o tym. Zapyta Pan z pewnością. Skoro pozowali za życia to jak stali się martwi? Można powiedzieć, że widzę przyszłość każdego swojego modelu. Choć może to zbyt wiele powiedziane. Widzę tylko to jak przyjdzie im rozstać się z życiem. Te wszystkie tragedię. Już ich dotknęły lub dotkną w niedługim czasie. Pana niestety również. Skoczy Pan za kilkanaście lat z dachu siedziby miejskiego banku. Pieniądze nie dadzą Panu szczęścia. Żałuję. Część z moich modeli jeszcze chodzi po świecie i cieszy się życiem jak Pan. Ale skończą tak jak na moich obrazach. Zapyta Pan i słusznie, skąd mam pewność? Tego nie umiem wytłumaczyć. Wykształciło mi się to po moim wypadku, który odebrał mi wszystko oprócz talentu. Uzna mnie Pan za szaleńca. Groźnego obłąkanego samotnika. Mój dom, cmentarz, atmosfera i nocne sesje. Wszystko wskazuje na szaleństwo. Ale wiem, że widział Pan pewne szczegóły w moim wyglądzie a także czuł słodki zapach w moim domu. A co gdybym Panu powiedział, że mój wypadek zakończył się tragicznie. Moją chorobą jest śmierć. Malując Pana byłem martwy. Jestem martwy od wielu, wielu lat. Uwierzyłem w każde jego słowo. Tak jak w robaka w koronie, który cicho chrzęścił odrażającymi odnóżami, gdzieś opodal mojego bijącego szaleńczo serca. A za kilkanaście lat opuści swego żywiciela przez rozwarte martwo usta. Dedykuję Lenore Grey, z podziękowaniem za to, że jej niesamowita wyobraźnia, pobudza mnie do pisania coraz lepszych utworów.
  2. Utwór inspirowany "Modelem Pickmana" H.P.Lovecrafta, "Portretem Owalnym" E.A.Poe oraz prozą poetycką w duchu gotyckiego romantyzmu i dekadencji. Po ostatnich moich naprawdę słabych tekstach, staram się nim powrócić do równowagi i poziomu artystycznego do jakiego siebie i Was przyzwyczaiłem. Najdłuższy mój tekst od bardzo dawna. Od razu przed tym przestrzegam. "Portret Owalny" cz.1 Kariera miejskiego urzędnika nie pociągała mnie ani trochę, więc szybko z niej zrezygnowałem, uwalniając się tym samym od dyktatorskiej postawy i protekcji mojego kochanego ojca w którego wydziale miejskim miałem okazję zdobywać doświadczenie, lecz częściej stawałem się niesłusznie obarczaną winą za wszelkie niepowodzenia marionetką niż pełnoprawnym rajcą. Zrezygnowałem w grudniu, pobierając jeszcze ostatnią należną pensję i przeznaczając ją na bilet kolejowy do pobliskiego miasteczka i pierwszy czynsz na nowym dość dobrze usytuowanym i wyposażonym mieszkaniu. Nie chciałem spędzać świąt w rodzinnym domu. Zresztą i ojciec nie dał poznać po sobie by miał jeszcze ochotę mnie kiedykolwiek oglądać. Nie zapytał o nic. Z czego będę żył? Gdzie będę mieszkał? Z kim będę spędzał czas? Szczerze to sam nie znałem odpowiedzi. Utrzymanie mieszkania kosztowało sporo. Nie miałem w miasteczku innych krewnych ani znajomych. Nie miałem żadnego przydatnego fachu w ręku. Zresztą osobista duma nie pozwoliłaby mi zniżyć się do poziomu brudnego robotnika czy górnika. Pech a może jednak szczęśliwy traf chciał, że trafiłem pod dach, który krył ludzi w większości mojego pokroju i pochodzenia jak również opierających swoje przemijające rwąco życie na przyjemnościach związanych z zasobnością rodzinnych kont. Kamienicę naszą nazywano dżunglą. Pełna była kolorowych ptaków tutejszego życia elit kulturalnych. Byli i odszczepieni siłą od konserwatywnego salonu banici poetyccy. Byli malarze tak genialnie operujący okiem wyobraźni i przestrzeni, że ich płótna zdawały się żywymi oknami, portalami pokazującymi świat nie dostatni i widzialny dla większości, lecz ten mroczny i splugawiony wyziewami trujących plag nocnego życia. Prostytucją, porachunkami gangów, pijaństwem, opiumową gorączką, studenckim, hedonistycznym rozpasaniem, oraz eskalacją i gloryfikacją przemocy i zepsucia. Byli też sensualni do granic sennych marzeń rzeźbiarze. Zakochujący się romantycznie w ideale wykutych mięśni i talii. Kamiennych lecz spragnionych czułości ust, jak i mlecznych, pełnych piersi, błagających o zbliżenie mokrego od rozkosznej tęsknoty języka swych twórców. Wszyscy żyliśmy tam nie tu. Trwaliśmy w narkotycznej mgle umysłu. Pijackim śnie o pochwale sztuki. Jawa była koszmarem z którego budził nas dźwięk delikatnych dzwoneczków weny. Muzy pieściły nas tak długo, aż zatapialiśmy się na długie godziny lub całe dni, w szorstkiej fakturze papieru lub nieskazitelnie dziewiczej bieli płótna. Lecz trwało to tylko chwilę. Zbyt krótko byśmy mogli zapomnieć o zgrzytach struktury codzienności. O nauce, pracy czy rachunkach, tych uregulowanych bądź nie. Stos tych drugich z czasem zaczął piętrzyć się na sekretarzyku w moim gabinecie. Widmo nędzy, stanęło przed oczyma trzymając w kościstych dłoniach weksle i wezwania do zapłaty. Dług gonił dług a pożyczka poganiała kolejną, Mówią, że tonący w bezdni morskiego wiru nawet brzytwy podanej się schwyci. I podał mi takową przypadek zupełny. Ogłoszenie w dzienniku porannym o treści jakże dla mnie ciekawej. Pewien malarz o jak stało w ogłoszeniu, nienagannej kulturze i ugruntowanej pozycji, szukał modeli do swoich prac a w szczególności portretów. Wypłaty gwarantował po każdej ukończonej sesji a ich wysokość przedstawił jako wysoce satysfakcjonującą. Zaznaczył przeto że nie interesuje go płeć piękna a młodzi mężczyźni w sile witalnej, najlepiej studenci lub uczniowie liceów. Podane były dane do kontaktu listowego. Mile połechtany w czarnej godzinie próby, postanowiłem napisać do niego, składając swe gorące zainteresowanie ofertą jak i możliwością pracy z prawdziwym artystą. Pokrótce opisałem siebie i swój wygląd zewnętrzny. Na końcu łącząc wyrazy szacunku i uznania z prośbą o jak najrychlejszą odpowiedź. I ta przyszła już tydzień później o dziwo dostarczona przez chłopca na posyłki w samym środku nocy. W krótkim liściku zapisanym pięknym, równym pismem, malarz zapraszał mnie wieczorem dnia najbliższego na spotkanie i zarazem pierwszą sesję, na pobliski cmentarz u zbiegu ulic Traverse i Elm. Miejsce wydało mi się nie tyle podejrzane co bezmiar dziwne i abstrakcyjne, lecz proszono mnie w liściku o natychmiastowe potwierdzenie przybycia. Napisałem więc kilka słów zapewnienia o moim pojawieniu się o godzinie ósmej wieczorem pod bramą nekropolii. Włożyłem liścik wraz z pięciopensówką na powrót w dłoń chłopca a ten pobiegł jak wicher w opustoszałe i ciche ulice miasteczka. Przez cały dzień padał rzęsisty deszcz, który po zachodzie słońca przemienił się w duże i mokre płatki, lepkiego śniegu. Leżał wszędzie. Na parkowych alejach, wybrukowanych ulicach, w nieczynnej, miejskiej fontannie u stóp ratusza a także pokrył zimnym płaszczem grobowce nekropolii. Zjawiłem się punktualnie jak na dżentelmena przystało. Na spotkanie pierwej nie wychynął mi nikt. Brama cmentarna była zamknięta na dwie solidne, mosiężne kłódki. Ciężko byłoby ją ruszyć z miejsca a przeskok przez nią powodował ryzyko upadku z dość wysoka lub nabicie członków ciała na ostre okucia, sterczące jak kły z paszczy bramy. Postanowiłem spokojnie zaczekać. Mrok rozjaśniony poświatą świeżego śniegu, nie zasłaniał w pełni elementów miejscowego krajobrazu. Przede mną rozciągał się piękny acz zapomniany lekko cmentarz. Aleje nie były brukowane. Krzywe i wyboiste prowadziły do wiecznych domów zmarłych. Większość nagrobków opierało się jeszcze potędze bezdusznego czasu. Wyglądały spod ziemi ciekawie, niczym główki ghouli. Od większych grobowców, wionęło dojmującą ciszą, pustką i tym specyficznym, namacalnym odruchem grozy, lepkim i zimnym przepływem nieprzyjemnego prądu po grzbiecie. Broniły one skutecznie spokoju swych mieszkańców. Żałobne anioły z marmuru marzły na swych pokaźnych cokołach. Ślepym wzrokiem wiodły smutno po zapuszczonym terenie. Czasami zaskrzypiał stary, dębowy krzyż. To znów wyczulony przez ciszę, głuchej przestrzeni wokół słuch, wyłapał gdzieś w głębi cmentarza, krótki jęk, stęknięcie czy wycie i skomlenie. To wiatr płacze w koronach wiązów. A może bezdomni pijacy dogorywają gdzieś w upodlonym upojeniu, wpadając nieuważnie do otwartych powtórnie starych mogił. Obejmują ich ciała, kości i resztki zbutwiałych trumien. Zasypuje ich rozkopana wcześniej ziemia, odmawiając im rozgrzeszenia win lecz zapewniając wieczny odpoczynek. Wzdrygnąłem się ze strachu. Z zamyślenia wyrwało mnie nagłe połaskotanie z okolicach łydek. To tylko rudo-biały kot trzymający zamęczonego szczura w pyszczku, chciał najpewniej pochwalić się swą zdobyczą. Serce waliło mi jak oszalałe a kot niezrażony swym zachowaniem, skoczył gdzieś do podpiwniczenia wieży ciśnień, która jak góra wyrastała za moimi plecami. Ledwie ochłonąłem a posłyszałem szybkie kroki, tym razem z pewnością ludzkie. Gdzieś ze środka cmentarnego muru nagle wychynęła ludzka, dziecięca postać. Był to chłopiec który przyniósł mi wiadomość od malarza. Był lekko zdyszany, czerwony na buzi ale szczęśliwy widząc mnie w umówionym miejscu. Zdjął kaszkiet, ukłonił się i skruszonym głosem powiedział. Przepraszam pana z całego serca za spóźnienie to wszystko przez tą pogodę. Cmentarz jest wyjątkowo niebezpiecznym miejscem przy takim śnieżnym maskowaniu. Jeden nieuważny krok i można złamać nogę lub skręcić kark wpadając komuś do grobu z zupełnie niezapowiedzianą wizytą. Ale my na szczęście się umawialiśmy. Musi pan wybaczyć również panu Wildowi. Nie pokazuje się osobiście. Nie opuszcza już cmentarza i swej pracowni. Poważnie zachorował kilka lat temu. Choroba wykluczyła go zupełnie ze współżycia społecznego… no może jednak nie zupełnie. Sprzedaje przecież obrazy do galerii sztuki, kontaktuje się listownie z innymi wielkimi malarzami i artystami. Poszukuję też coraz to nowych modeli do swych dzieł i dlatego pan tutaj przybył. Zapraszam za mną. Pan Wild oczekuję w centrum nekropolii. Mur jest dziurawy w tym miejscu. Wystarczy że delikatnie się pan pochyli i przejdzie bez problemu. Znam tutaj każdą szczelinę, dziurę i ścieżkę. Będę omijał najgorsze z nich. A gdy to nie wystarczy. Będę ostrzegał zawczasu. Cóż innego przyszło mi czynić. Pochyliłem się przy rzeczonej dziurzę i wszedłem za chłopcem na teren cmentarza. Od razu poczułem, jakbym cofnął się w czasie o cały wiek lub nawet dwa. Wszędzie panowała dostojna cisza. Wiatr ucichł w konarach a wszelkie chrobotania, szelesty i pomruki, zamarły zgaszone tchnieniem nocnego mrozu. Kobierzec dawno nie podcinanych traw, przybitych teraz ciężarem śniegu do podłoża był śliski i zdradliwy. Nocne harce pobudzonej wyobraźni, nadawały pomnikom czy ławkom, kształty i przeznaczenia zbyt fantazyjne z oddali, by nie być zdziwionym ich codziennej, powszedniej roli, będąc bezpośrednio w ich zasięgu. Chłopiec nie prowadził mnie utartym szlakiem alejek. Kluczył pobocznymi sektorami, najwcześniej pochowanych tu nieszczęśników. Widziałem spękane i starte płyty nagrobne, ozłocone, zaśniedziałymi literami. Zapadłe pomniki. Stare o wyblakłych, przytępionych rysach i anonimowych twarzach. Opierające się grawitacji. Skrzywione i zgarbione od skruszałych dawno elementów i rogów. Były i mogiły zdać by się mogło bezdenne. O barwie niebytu. W kolorze śmierci. O odcieniu wiecznej żałoby. Wyobraźnia plotła mi figle, bo wydawało mi się nieraz, że z takowych mogił wychynęły, pokryte liszajem i zgnilizną palce dłoni. To znów błysnęło lękliwie rubinową barwą, oko lub dwoje oczu. Ledwie kilka metrów od nas, przewrócił się mosiężny krzyż. Wpadł w szczelinę pomiędzy dwa zapomniane od lat groby. Dam głowę, że zaraz potem usłyszałem w tym miejscu krótki, szczekliwy śmiech a po nim odgłos ciągnięcia czegoś ciężkiego w głąb mroku nekropolii. Przechodziliśmy obok dawnej cmentarnej kaplicy. Była kamienno, ceglaną wydmuszką. Spłonęła w czasach gdy byłem malutkim dzieckiem. Próbowano ją odbudować i gdy pracę miały się już ku końcowi, piekielny los zesłał burzę, której piorun dopełnił dzieła zniszczenia. Teraz mówi się, że jedynie diabły mieszkają na jej spalonych węgłach. Za kaplicą, osaczony przez grożące zawaleniem grobowce, stał malutki domek a raczej dawna szopa mieszkalna tutejszego grabarza. Absolutnym absurdem i wstrząsem było to, że dawniej w czasach użyteczności budynku, miał on swój osobisty ogródek i maleńki zalążek sadu. Dziś plonem ziemi cmentarnej były jedynie wysuszone chaszcze, wyrośnięte gęsto chwasty i mlecze oraz trujące więzy bluszczu. Budynek miał jedno niewielkie okienko. Porysowane i zaklejone brudem. Lecz to w nim dostrzec można było wreszcie, jedyny niezaprzeczalny ślad życia. Ogień lampy lub świecy, tańczący wesoło w głębi pomieszczenia. Chłopiec podprowadził mnie bliżej budynku. Musi pan wiedzieć jeszcze o jednej rzeczy. Pan Wild nie mówi. Choroba zabrała mu nawet tą cząstkę niezaprzeczalnego człowieczeństwa. Ale zapewniam, że z jego umysłem jest wszystko w jak najlepszym porządku. Komunikuję się prostymi gestami lub listami takimi jaki otrzymał pan poprzedniej nocy. Pan Wild oczekuję. Proszę wejść bez strachu. Ja muszę się niestety pożegnać. Do widzenia panu. Zgiął narożnik kaszkietu w pożegnaniu i odszedł szybko tą samą drogą, którą mnie prowadził. Zostałem sam na sam z nieznanym. Pośrodku zapuszczonego cmentarza. W centrum jego trupio-gnilnej estetyki. Miałem spotkać wielkiego acz schorowanego a kto wie, może i obłąkanego artystę. Jego dom, jeśli można by podnieść do takiej infrastrukturalnej formy ten rozpadający się na oczach przybytek. Przerażał i nęcił jednako. Przypominał mi trochę dziecięce wizualizację, baśniowych opowieści o domach wiedźm, którymi mama straszyła mnie przed snem. A może po prostu nie ma się czego bać. Pora jest nieodpowiednia. Miejsce ekscentryczne i introwertyczne do głębi. Ale przecież za drzwiami, może kryć się najnormalniejszy dom artysty. Pracownia, pełna sztalug, rolek płótna, zapachu farby i naturalnych barwników. Pełna gotowych prac, wiszących na ścianach i odstawionych na trójnogach. Gotowych do wyjścia w świat. Do prywatnych kolekcji i galerii. Przyjaciół artysty i krytyków sztuki. Wild jest portrecistą. Maluję najpewniej tylko na zamówienie. Portret jest odbiciem modelu. Nie ma tu miejsca na własny sznyt i fantazję, trzeba oddać jedynie jak najgłębszy realizm. Każdy szczegół, zmarszczkę, bliznę. Skupiony w jednym punkcie wzrok. Powagę biologicznej doskonałości istoty ludzkiej. Nie wolno bawić się formą, barwą, stylem czy nadinterpretacją. Dodawać od siebie i ujmować. Nie ma miejsca na lekki nawet uśmiech, ale i na sadystyczny tragizm czy makabrę. Stukając do drzwi miałem nadzieję i miałem nadzieję, że nie zostanie mi ona brutalnie odebrana. Nie spodziewając się odpowiedzi gospodarza po tym czego się dowiedziałem, wszedłem pewnie do środka. Pierwsze co poczułem to uderzające i dziwnie otulające kojącym całunem ciepło. W izbie brakowało tlenu. Panował parny zaduch o woni silnie słodkiej i mdlącej. Podświadomie wciągnąłem przez usta haust powietrza i dłuższą chwilę nie miałem ochoty wypuszczać go ze swego wnętrza. W powietrzu unosił się również zapach starego, wilgotnego drewna i lakieru. Drobinki kurzu, wzbite nagłym ruchem drzwi, osiadały teraz na powrót na znajome elementy pomieszczenia. Szopa miała oczywiście tylko jedną niewielką izbę. Świece ustawione niedaleko okna dawały jednak wystarczającą ilość światła by nie mówić o mrocznej atmosferze domu. W centrum izby stał długi heblowany stół z dwoma zydlami u krótszych boków. Ściany były krzywe i odarte. Na nich jak się wcześniej domyślałem, wisiały prace Wilda. Te portrety były nie tyle przerażające i wstrząsające co idealnie zlewały się z otoczeniem nie domu jednak a samej nekropolii. Wild portretował nie tylko żywych ale i umarłych. I trzeba mu to przyznać na jego płótnach wracali do sił i życia. Byli tam trędowaci i Ci co zmarli na szkarlatynę lub ospę. Były ofiary wypadków, pożarów i utonięć. Byli wisielcy i Ci którzy postanowili zrobić sobie w głowie otwór od kuli rewolweru. Ofiary pobić i porachunków. Tylko mężczyźni w sile wieku. Wszyscy martwo wpatrzeni w przestrzeń. W Wilda, który dał im drugie życie. Pomyślałem, że nie jest to galeria śmierci a bluźnierczego odrodzenia. A potem uderzyło mnie jeszcze coś. Skąd Wild brał te trupie rekwizyty do swoich prac? Czy przypadkiem tak duża liczba pustych mogił nie jest udziałem jego fascynacji? Czy cmentarz nie zapewniał mu, nieograniczonego wręcz przypływu weny? Wykopywał ciała i wskrzeszał je dzięki obrazom. Chciałbym nazwać go szaleńcem, lecz pewnie wolałby żeby określać go geniuszem, którym mimo wszystko był. Wild stał obok stołu, zwrócony do mnie prawym profilem. Nie odwrócił się ku mnie zupełnie, nawet na myśl o tym, że mógłbym teraz ujrzeć jego twarz przeszedł mnie dreszcz. Był delikatnie niższy ode mnie, szczupły i ograniczony ruchowo, zapewne przez postępującą chorobę. Jedynie tyle byłem w stanie stwierdzić ponieważ Wild przywdział jakiś dziwny fason jednoczęściowego płaszcza, który przypominał z początku zakonny habit. Czarny kaptur zarzucony był głęboko. Na tyle by zupełnie ukryć twarz a spotęgować uczucie panicznego lęku. Nie byłem w stanie przywitać się z nim w sposób zupełnie naturalny. Po prostu zamarłem na linii progu. Pomyślałem, że chyba każdy kto tutaj wchodzi staje się niemy. Wild poruszył prawą ręką i wskazał palcem na pozostawioną na stole kartkę. Zrozumiałem. Sięgnąłem po nią i przeczytałem krótką notatkę. Cieszę się, że możemy się spotkać Panie Scholl i mam nadzieję że dotarł Pan do mnie bez żadnych niepotrzebnych opóźnień ani problemów. Ma Pan z pewnością całą masę pytań, lecz jeśli zgodzi się Pan, chciałbym jak najszybciej skorzystać z naszej umowy i rozpocząć pracę. Najlepiej maluję mi się nocą i nie chcę marnować nawet sekundy z i Pana cennej doby. Jeśli się Pan zgadza, proszę przejść na przygotowane dla Pana krzesło naprzeciw gotowego płótna a ja pokieruję gestami, jak powinien się Pan ustawić i pozować. Oczywiście moja gościnność i zasobność domu jest do pańskiej wyłącznej dyspozycji. Jeśli tylko poczuję Pan znużenie sesją, proszę mówić a zrobimy przerwę. Mam nadzieję, że mimo pory i dość obskurnego otoczenia będzie się Pan czuł swobodnie.. aha tak zapomniałbym… sesja jest płatna z góry. Pieniądze przygotowałem obok tej notatki. Jeśli ta kwota nie wystarczy, proszę powiedzieć a ureguluję brakującą część po sesji nad ranem. Jeszcze raz serdecznie Pana witam. Oddany Victor Wild. I faktycznie obok notatki spoczywała biała, zalakowana koperta. Otworzyłem ją na oczach Wilda i zerknąłem do wewnątrz. Spoczywała tam mała fortuna. Przynajmniej jak na moje potrzeby i spłatę wszystkich zobowiązań. Nie zastanawiając się już dłużej, przeszedłem w głąb izby i usiadłem na trochę zbyt sztywnym krześle. Podświadomie wyczułem uśmiech Wilda pod osłoną kaptura. Za takie pieniądze jednak, mógłbym spędzić tu z nim resztę swego życia.
  3. To tak jakby ciało wyjąć z trumny i porzucić u samych stóp zimnego, spękanego grobowca. Ale chyba tak musi być. Umieramy tam gdzie upadamy. Nagle, cicho, bez bólu. Po prostu tracimy czucie, nieznośnie depresyjnej istoty istnienia. Tracimy z oczu ten świat. Pełen niezamkniętych drzwi i furtek. Pełen luster złożonych z dusz. Twarzy naszych wspomnień. Ludzi spotkanych po drodze. Nie potrafiłem być głuchym na ich słowa. Przebili nimi bak mojego dopamicznego paliwa. Gdy się nim wykrwawiałem, oni wybijali szyby, gięli karoserię, wykręcali skrzynię biegów i silnik. Do bagażnika włożyli ciężar każdego gestu i rozmowy. Kazali go wlec przed siebie na przebitych, zszarganych oponach nerwów. Było mi obojętne kto usiądzie za kółkiem. Zawsze ktoś inny kręcił kierownicą. Było mi wstyd, że jako tak piękny klasyk, muszę iść na złom. Potną mnie żyletki, ścisną prasy, rozbiją młoty. Zostanę kostką metalicznego odpadu. Wrzuconą na szczyt piramidy niedawnych królów. Wyprowadziłem się z domu. Jak wzgardzone dziecko alkoholików, wyszedłem w piżamie, zarzucając plecak na ramiona. Na podjeździe czekał wrak mojego dawnego auta. Wrósł w ziemię zarośnięta chwastem i kaleczącą dłonie i stopy, wysoką trawą. Trupy powinny trzymać się razem. I spoczywać obok siebie. Byłem śmiertelnie blady. Z głodu, wycieńczenia i upływu krwi. Jej ślad ciągnął się za mną od progu domu. Nóż został na kuchennym stole. Samochód był zielony, lecz odrapany, brudny i wypłowiały od słońca. Zżarty przez rdzę. Postępowała jak gangrena. Zaraza. Zostawiała blizny ludzkich słów. Usadowiłem się z trudem na fotelu kierowcy. Spojrzałem na zawalony strop garażu z wyrwanymi skrzydłami, metalowych drzwi. Na nich miał spoczywać napis nagrobny. Lecz ten cmentarz był opuszczony od dawna. Nie będzie tu nigdy żadnych gości. Zapaliłem ostatniego papierosa. Smakował porażką. Zablokowałem zapalniczkę. I cisnąłem ją przez wybitą szybę na próg. W ślady krwi. Zajęły się niczym benzyna a strumień ognia momentalnie powędrował w moim kierunku. Gdy doszedł do mojej rany i trzewi. Eksplozja rozsadziła nas na krwawe strzępy. A garaż zajął się ogniem zaraz potem. I tylko proch umykał przez szczeliny powykręcanej od temperatury karoserii, Rozmył się w półmroku pasiastych pól, i ukwieconych, lipcowych łąk.
  4. Pomysły uporządkowane. Myśli w jeden kurs zebrane. Schowane na później do skarbonki umysłu. Jak drobne gesty i zdania, nie mające właściciela i adresata. Jak wspomnienia zatarte wyparciem. Przeinaczone tak by były do przyjęcia. Nie piję i nie jem. Zamiast drzemki wybrałem nerwowe skrobanie stalówki o nierówną skórę wyjątkowo twardego papieru. Obiecałem, że z tym skończę. A może z sobą? Sam nie wiem. Nie pamiętam. Wiem, że wyszłaś bez słowa. Wyjechałaś w rodzinne strony. By odpocząć ode mnie i mojego pisarskiego przekleństwa. Leżę pośrodku pokoju. Mogę wstać, lecz po co? W ciemności kątów. Kurz tańczy z zagrzybiałą pleśnią. Pająki wiją się w górę i w dół na zwiewnych niciach pajęczyn. Okno przepuszcza światło słońca. A może to niebo otworzyło swe bramy. Klucze, schody, drabiny. Do nieba prowadzi mnie tym razem kolejny łyk wódki. Kto normalny dziś tworzy poezję. A kiedyś? Jednak wszyscy byli chorzy. Książki patrzą na mnie ukradkiem. Wstydzą się. Choć rozumieją. To same horrory, groza i ludzkie tragedie. Ja jestem chodzącą tragedią. Leżącą i pijaną w sztok. Napisałbym do Ciebie wiadomość o treści kocham. Napisałbym dla Ciebie wiersz o treści miłuję Cię niewysłowioną gorączką serca. A dalej byłabyś tylko Ty. Naga, z serdecznym lekko zarumienionym uśmiechem. Pieściłbym Cię romantycznym słowem, erotyczną grą rymowanych wersów. Z lubością zanurzyłbym język w zakamarkach liter dużych i małych. W prostocie i krągłości głosek i sylab. Gładziłbym kulistymi ruchami czułe wzgórza wznośnych epitetów, delikatne i przyjemnie wilgotne ścianki porównań. Stałabyś się moją poezją. Zapisałbym każdy milimetr Twego ciała. Utrwaliłbym anioła na cokole spiżowym, który prześcignął by wszystkie cuda tego świata. Ale najpierw muszę wstać. Ruszyć na podbój świata dla Ciebie. Stanąłem z trudem na nogach. Przeciąg otworzył okno a po chwili tylne drzwi do ogrodu. Letni pachnący kwieciem i owocem ogród, nie da mi weny. Wszedłem do niego jednak wabiony obrazem raju. Uroniłem z krzaka. Jedną malutką malinę. Nie smakowała mi. Nie dlatego, że była zepsuta lub zbyt mało słodka. Po prostu nie były to Twoje usta. Zawsze pełne posmaku szminki, tytoniu i cynamonowej nuty perfum. Nie piję i nie jem. Nic co nie jest nektarem z Twych ust. Widać umrę tu z wycieńczenia. Czas więc wracać i siadać do biurka, by napisać ostatni miłosny wiersz. Dla A.S.
  5. Na przestrzeni wszystkich tych wieków, łączy was tylko ta jedna rzecz. Nazwisko? Posiadłość? Herb? Nieskończona samotność i objawy destrukcyjnego szaleństwa. Ktoś, kiedyś dawno, przeklął cały ród. Dziwny to ród w którym brak małżeństw, potomstwa czy więzów krwi. Brak drzewa i sagi rodzinnej. Skąd wzięło się tak zepsute nasienie? Kto był praojcem stworzenia tej genetycznej degeneracji? Matroną była senna muza. Zwid umysłu, ogarniętego bólem istnienia. Jej ciało było zbezczeszczone przez bluźniercze potrzeby zmysłów. Była blada, gnilna, pobita i gwałcona. Żyła choć jej członki i oczy były martwe. Serce wyrwano jej okrutnie i zastąpiono klątwą bestii. Niegdyś jeszcze potrafiła płakać nad swym losem. Łudząc się tym co kłamliwie materializował jej świat. Pokazywał jej kwiaty na łąkach wiosennych, ogrody i sady pełne krasnego owocu, ludzi beztroskich i wolnych. Serdecznych przyjaciół. Zjednoczone rodziny. Sprawiedliwych ojców i kochające matki. Taki był świat za szkłem. Granicy bytu. Ona miała tylko zaświaty. Pełne pyłu, kurzu, czarnych kikutów drzew. Rzeki spienione krwią. Zamiast kwiatów, trupy wzdęte od rozkładu, kwitły słodką wonią śmierci. Wędrowała przez puste, skruszałe wioski. Miasteczka rozpalone ogniem nie ognisk domowych a pożogą moru. Miasta o olbrzymich murach i wieżach. Czarne jak noc. Zwiewne jak mara. Tam mieszkały demony, które czasami prosiła o pomoc w starciu z ludźmi z powierzchni. Krążyły legendy, że tam za murami twierdzy, za pustynią nieposkromionego wichru, za płaskowyżem zimnego żalu, za oceanem łez niewinnie przelanych. W strażnicy wykutej z pierworodnego ognia nienawiści. Mieszka ON! Demon, którego nie dotykają myślą Bogowie. O którym nie mówią kroniki i sagi. Ten który przybył tu przed powstaniem czasu i materii. Kurhan jego usypany z wyschniętych czaszek niedoszłych herosów, którzy przed eonami rzucili mu niebacznie wyzwanie. Spoczywa w grobowcu zakopanym aż do trzewi ziemi. Płytę nagrobną zdobią, srebrne słońce i złoty księżyc. Nad kurhanem roztoczyła wieczny cień, samotna góra. Martwa i milcząca bazaltową pustką. Śpiewa mu pieśń o zagładzie cywilizacji. Muza wie dobrze. Czuję to w sobie. On to wszystko stworzył. Wraz z nią. Ona go do tego zmusza. By pisał poezję z bezdni swego grobu.
  6. Sukces to jest moje drugie imię. Pisane z dumą zaraz przed pseudonimem. Jaki sukces? To że opublikowałeś kilka wierszy w porannym wydaniu miejskiego szmatławca. To ma być sława autora? Zresztą kogo tak naprawdę? Po ki czort Ci ten pseudonim? Nie znam człowieka a tym bardziej autora. Dostałeś od redaktora choć po pięćdziesiąt złotych za wiersz? W głównej sali kafeterii, unosił się piękny zapach czarnych ziaren, liści herbaty, aromat maślanych ciastek i perfum bogatych dam. Poeci zawsze okupowali najdalszy, najciemniejszy kąt. Wykluczeni poza obręb towarzystwa, dobrej zabawy i życia miasta. Ale nadal uporczywie trzymali się powierzchni, jak zaschły, przypalony brud, nie dali się zmyć, zetrzeć, wymazać. Trwali, choć sami nie wiedzieli po co. Urażony poeta, ściągnął przechodzącego obok ich stolika właściciela kafeterii. Obcesowo i niegrzecznie, przysunął go za łokieć ręki w której ten trzymał tacę z zamówioną przez kogoś kawą i cukierniczką. Drogi Jonaszu czy Wy mnie znacie i poznajecie? Stary Żyd oburzył się mocno na takie zachowanie gościa ale odrzekł. Oczywiście, że znam. Stary Jona zna wszystkich i wszystkich wita z radością w swych skromnych progach. Pan jest klient mój złoty i zawsze wypłacalny. A czym się prawie wiesz? Pan jest inteligient jak i reszta tu przy stoliku. Poezyje mażesz do kajetu i sprzedajesz do gazet. A pseudonim mój znacie i poezyje czytacie? Ja prosty Żyd co tojrę studiuję i boskie prawo a nie poetów salony. Dla mnie poezją miłą jest solidny utarg i interes a nie krągłości niewieście. Gdzież Żyd do sztuki innej niż pieniądz, przepraszam panów wołają mnie. Uciekł wręcz między krzesłami do stolika zajętego przez parę jakiś młodych kochanków. Trzeba mieć pseudonim. To podpis i alter ego artysty. Zresztą w cieniu jest nasze miejsce. My wolimy dym świec niż syk lamp gazowych. Widzisz sam zresztą po pseudonimie nikt mnie nie rozpozna na ulicy. Ani ja król ani żebrak. Szybciej szczur kanałowy. Znów zalegasz z czynszem. Hrabini Cię wywali na pysk zbity, jeśli długu nie spłacisz do końca tygodnia. I nie pomogą słowa sprośne i lubieżne co się w ciało zamieniają w jej sypialnianych piernatach. Wszystko się pójdzie chędożyć, jeno nie Ty więcej. Wszystkie plany i marzenia wrócą pod most. To nie Ameryka i sen o dolinie, gdzie dolary padają jak deszcz rzęsiście z nieba. I można się w nich kąpać i tonąć. Tu Cię galicyjski upiór trzyma w pręgierzu nędzy i chłosta po gołej rzyci batem a Ty tylko kwiczysz jak zarzynane prosię. A w radiu mówili, że w Hameryce głód, nędza i bezrobocie większe niż u nas. Giełda się posypała. Nie mają na suchy chleb i omastę teraz. Zatem niech jedzą ciastka jak my biedota inteligencka. Jona! Talerz maślanych dla nas jeszcze. Zostawię napiwek podwójny. Po kawie i ciastkach przyszedł czas na wieczorne piwo a potem całonocną przepalankę. Bo dla nich jutra miało nie być. A sukcesem było to by dojść jakoś do łóżka i zasnąć pijackim snem. Bo kto widział by poeci, spali jak psy w zaułkach kamienic. Skuleni na ławkach w parku, lub nieprzytomni i zarzygani na schodach klatek. Ale kto by się przejmował skoro jutra dla nich nie ma.
  7. Na plaży było pusto i głucho jak oko wykol. Fale oceanu płonęły, pomarańczowym ogniem schowanej do połowy tarczy słońca. Mógłbym skoczyć w ten magiel żywiołów i odejść wreszcie bez cienia winy, kary czy wspomnień. Zatopić wreszcie swój wrak w potędze posejdonowego królestwa. W oku cyklonu z którego nie wyjdę choć na krok. Moje ślady są tak niewidoczne. Odciskają się ledwie w zimnym i mokrym piasku. Nie to co blizny zadane przez ludzi i siebie. Skrwawione przeguby i ramiona. Rozbite, umysł i serce. Po kontakcie z naturą człowieka. Idę spokojnie ku spienionym falom. Mijam skruszałe i zalane powodzią słonych łez, zamki na piasku. Kiedyś byłem ich budowniczym, potem nadzorcą aż wreszcie obrońcą. Straciłem je wszystkie. Jeden po drugim. Teraz są tylko ruiną a zarazem żywym pomnikiem mojej klęski. Marzyłem tylko o separacji od świata. A świat odpłacił mi wojną. Wygrał. Zamęczył jednostkę setką problemów, tysiącem spraw i milionem bez ideowych rozmów. Zniszczyli mnie i nawet nie usłyszałem słowa przepraszam. Bo jak można tak żyć? W mroku, nędzy, upadku. Depresji wszelkich inicjatyw. Pogrzebie witalności i pochwale marnej śmierci. Zostałem przez nią powołany. Nie do życia w zakłamanym stadzie. Lubię plaże. Są jak ja. Dzikie i odseparowane. Samotne i ciche. Zalane, przypływem rozpaczy. Odkryte, odpływem racjonalności. Błąkam się jak okręt pozbawiony zbawczego światła latarni. Wchodzę czasami na klif, górujący nad zatoką Nocny wiatr, popycha mnie ciepłym objęciem ramienia ku przepaści. Na plaży iskrzą ogniki dusz. Życiowych rozbitków. Skacz i poczuj wolność. Jak my. Jak nam podobni. Obiecuje im, że jutro skoczę lecz dziś chcę wrócić do domu. Pić i pisać. Zmazać swój strach i ból. Otrzeć łzy bezwartościowym wierszem. Odwracam się i biegnę. Mgła powstała nad zatoką, unosi mnie w swych gęstych kłębach. Eskortując bezpiecznie do samych drzwi.
  8. Nigdy nie miałem talentu. To nie kwestia genów czy dobrego wychowania. Pamiętam jak ganiono mnie za to, że do niczego się nie nadaję i z pewnością niczego nie osiągnę. A teraz, słowa zachwytu i zaskoczenia. Bo jaki to cudowny facet. Tajemniczy, elokwentny, lekko bezczelny i obłędnie szczery i wyniosły. A jego wiersze. Wyrwane z ciągu zdarzeń, minionych epok. Ociekają brutalnym spojrzeniem na naturę człowieka. Są duszami powstałymi z mogił. Nie straszą a ostrzegają. Każdy chciałby widzieć mnie na piedestałach wydawnictw. Pisać jak ja. Czuć jak ja. Być jak ja. Ale mnie to zupełnie nie interesuję. Ja nie jestem pozą. Nie jestem schematem. Modą na vintage. Ja jestem żywą tkanką awangardy. Prawdziwym mrokiem, ugoszczonym z honorami w pokoju pijackich melin. Nie jestem tym co patrzy wstecz, ani daleko naprzód. Ja wbijam wzrok w buty i krzywy, pełen zdeptanych niedopałków bruk. Bo ślepnę gdy patrzę na ten świat. Chcę wyrwać sobie oczy. Wolę patrzeć na gnilne, cuchnące jeszcze lodowatym tchnieniem zimy uliczne, przedwiosenne błoto, niż gdyby mój wzrok padł na lica mi tak obce. Ludzkie. Gardzę światem, który mnie powołał. Dlatego żyję w świecie stworzonym. Ja nie mam talentu. To przekleństwo tworzenia. Mówią przez moje serce i rozum. Duchy dawnych autorów. Widzicie ich również. W konceptach utworów. W atmosferze dusznej grozy. Krążą w krwi rozlanej na planie akcji. Czasami pytają mnie, kiedy wystawię się na sprzedaż. Duchów nie sposób sprzedać. Kiedy klątwa minie. Oddacie mnie do widmowego muzeum sztuki. Wypchacie mnie. Trocinami, igliwiem i szmatkami. Będę strachem. Na młode, nieopierzone, poetyckie wróble. Co chodzą od lat po moim polu i wydziobują ziarna sławy. Robią to za dnia, gdy śpię. Nocą jednak to ja gram pierwsze skrzypce w symfonii funeralnej poetyki. Gdy przyjdzie dzień, że Wam się już znudzę. Weźcie mą kukłę na długą wycieczkę. Zabierzcie mnie nad rzekę, szemrzącą cichutko pod ceglanym mostkiem. Niech dzieci nowego pokolenia odrą mnie z resztek złudzeń, zanurzą mi głowę w benzynie. Podpalą w przypływie radosnego podniecenia, wiwatując przy tym dziko. Zostaną ze mnie tlące się resztki. Wrzucą je wraz z obelgami i szyderczym, psychopatycznie zimnym śmiechem w nurt. Opadnę na dno. Gdzie miejsce dla takich jak ja. Nigdy nie miałem szczęścia i talentu. Dlatego moja poezja, spoczywa na dnie wraz ze mną.
  9. Obiecała im dwugodzinny czas wolny za dobre zachowanie. I dotrzymali słowa. Oczywiście na tyle, na ile można utrzymać w ryzach temperament i burzę hormonów licealnej wycieczki szkolnej. Muzeum, zamek i basztę mieli już odhaczone. Teraz pozostał jedynie kościół i bazylika, potem rynek starego miasta i powrót do rodzinnego miasta. Przeszli w cień pobliskiego, wysokiego i nad wyraz starego, zrujnowanego budynku. Poprosiła o spokój, ciszę i ustawienie się w pary. Dął zimny północny wiatr. Przespacerowali około kilometra, klucząc między nieznajomymi i tajemniczo wąskimi uliczkami centrum. Byli już naprawdę zmęczeni. Głównie tym, że spali bardzo niewiele bo wyjazd zaplanowano skoro świt a jak wiadomo noc jest areną młodzieńczego życia towarzyskiego a nie czasem snu. Po prawdzie ukradkiem i w tajemnicy przed nauczycielami i opiekunami, ale wlali w swe organizmy, dość znaczne dawki alkoholu, co z początku podniosło im poziom zadowolenia, lecz teraz upojenie, potęgowało senność i otępienie. Chcieli już tylko coś zjeść, wypalić resztę papierosów i skrętów jaka im została, wypić jeszcze trochę a potem paść na zbyt miękkie fotele w autokarze i oddać się w ramiona zbawczego snu. Gdy już ustawili się w pary, co wcale nie było zbyt prostym zadaniem, bo chodnik w tym miejscu był wąski, wciśnięty między obitą i zamalowaną wulgarnymi graffiti ścianę budynku, pas zadeptanej i powyrywanej miejscami trawy i ulicę przez którą pojazdy pędziły, nie bacząc na jej fatalny, podziurawiony stan. Ludzie szturchali ich próbując przejść przez ich zbity w grupę szpaler. Jedni grzecznie przepraszali inni pomstowali pod nosem na stan ich wychowania. Nauczycielka policzyła ich szybko. Wszyscy byli na miejscu i czekali tylko na zgodę rozejścia się na obiecane dwie godziny. Zgodnie z umową macie teraz czas wolny. Za dwie godziny spotykamy się przy wejściu do bazyliki. Nie zgubcie się, nie róbcie niczego głupiego no i uważajcie na siebie. Zjedzcie i wypijcie coś ciepłego. Odpocznijcie. Widzimy się za dwie godziny. Zaczęli się rozchodzić i łączyć w mniejsze grupki. Tym samym odsłonili front budynku naprzeciw. Był w jeszcze gorszej kondycji od tego przy którym się zebrali. W zasadzie był ruiną. Nadgryzioną od fundamentu po dach czasem. Nadpaloną ogniem dawnego pożaru. Dziurawą i wybrakowaną od burz i ulew. Zamalowaną i zaśmieconą przez młodzież i kloszardów. Lecz jakieś sto lat temu, ten budynek i cała okolica musiały przeżywać czasy swej świetności. Kiedyś był dumną i bogatą rezydencją. Teraz stał się upiorem, straszącym wybitymi oczyma okien i bezzębną, czarną i cuchnącą gębą bramy, która prowadziła do gardzieli zapuszczonego podwórka oraz pustych trzewi mieszkań i klatki schodowej. Obok wylotu bramy na wysokości oczu, przytwierdzono jakąś tabliczkę z lichego, przeżartego rdzą metalu. Napisy po części były zatarte, kilku z nich nie można było odczytać przez plamy i wlepki miejscowego klubu piłkarskiego. Przeczytała jednak nagłówek pierwszego zdania i natychmiast krzyknęła za oddalającą się młodzieżą. Kochani, zaczekajcie jeszcze chwilkę i skupcie wzrok na tym budynku naprzeciw. Całkowicie o tym zapomniałam, jadąc tutaj a to może być spora ciekawostka, szczególnie dla tych, którzy zamierzają zdawać rozszerzony polski na egzaminie maturalnym. To dawny dom rodzinny, jednego z naszych rodzimych poetów wyklętych, dekadenta, nihilisty i gotyckiego prozaika, Simona Tracy. Klasa humanistyczna przerabiała kilka jego utworów. Znacie na pewno “Kondukt”, “Grobowiec Białej Róży”, “Letnią spowiedź trupa”, czy piękny poemat miłosny “Do Snu”. Właśnie on i jeszcze jego oniryczny poemat “Odbicie” mogą pojawić się na egzaminie w maju. Był wielkim poetą ale niestety gorszym człowiekiem. Lecz trzeba mu oddać, że wiernym członkiem bohemy i mitu o wyklętych. Był… Wybitnym szaleńcem, schizofrenikiem i pijakiem… Kłamcą pierwszej wody i oderwanym od rzeczywistości cmentarnym narkomanem… Głos dobiegł zza otwartego okna na parterze, zakrytego gęsto zdobioną firaną. Był bezsprzecznie kobiecy i młody o przyjemnie ciepłej nucie. Nauczycielka zamilkła z rozdziawionymi ustami. Nie spodziewała się takiej ostrej kontry zza pleców. Firana odsunęła się i w oknie oparła się młoda dziewczyna mogąca być równolatką członków klasy. Wyglądała jak wcielenie bohemy o której pisał Tracy w swych utworach. Czarne, gęste włosy, kolczyki w brwiach, języku, ustach i nosie. W uszach miała tunele, Całe jej ciało, łącznie z szyją, pokrywały wzory tatuaży. Ubiór jej także był anty. Społecznie akceptowalny, katolicki, moralny. Była upadła. Jak najlepsza sztuka. I co najważniejsze. Była tego świadoma, dumna i bezczelnie afiszująca się swą innością. Alienacją zupełną. Tracy nazwał by ją piękną. Prawdziwą. I cudownie, lubieżnie zepsutą. Nauczycielka odwróciła się przez lewy bok i obrzuciła dziewczynę najbardziej pogardliwym wzrokiem na jaki było ją stać. A skąd panienka może znać historię takiej osoby jak Tracy? Członka salonu i elit. Fakt zagubionego w życiu. Lecz jednak artysty. Nie wyglądasz mi na krytyka literatury? Dziewczyna zaśmiała się bezwstydnie. Jak prawdziwa lolita. A ja myślę, że gdyby on żył, to byłabym jego muzą. Jestem muzą sztuki wyklętej. Jeśli chcecie to udajcie się na miejski cmentarz, na którym spoczął jeszcze za swego życia. Kwatera trzynasta, rząd dziewiąty, miejsce dwudzieste. Traficie bez problemu, grobu strzegą białe, marmurowe anioły z latarniami w dłoniach. Proszę połóżcie ją na grobie. Wręczyła nauczycielce jedną, białą różę. A ta o dziwo wzięła ją bez słowa. Powiedzcie mu, że Absyntia go pozdrawia. Tak to moje imię. Imię jego muzy sztuki upadłej. Szaleńczej miłości do śmierci. Kochał mnie nad życie, którym gardził. A ja kochać go będę zawsze. I pamiętać jego upadek na zawsze. Zaśmiała się niczym wiedźma a jej postać rozpłynęła się nagle niczym pijacki zwid, narkotyczny majak.
  10. Świat uciekł o całe mile naprzód. Nie zamierzam go gonić. Wróci. Kiedy skończą mu się opcje. To niewiarygodne, że mają tyle możliwych dróg, ścieżek i ścieżyn. Tyle znajomości, kontaktów i palet rozwoju. A potem widzę ich jak wracają ze świata. Pod rękę z biedą i chorobami. Uciekli bez słowa. Bez pożegnania a teraz mogliby rozmawiać bez końca. Ostrzegałeś nas. Zawsze byłeś najmądrzejszy. Jestem lepszy jedynie dlatego, że widzę początek końca. I czekam na definitywny koniec. Rozumiem go. Pragnę. Choć przecież mogę żyć nawet w rezerwacie dla obcych. Teraz i tak wszystko zaczęło się układać. Mógłbym spróbować ale szkoda mi niszczyć taki piękny nagrobek. Wszyscy już dorośli. Starzy kompani mają dzieci, domy i kobiety. Wielu pokonał nałóg. A Ty? Wstyd się przyznać ale chyba jedynie wiersze. Ach tak! I miejsce na cmentarzu. Obok starego, lekko wyschniętego świerka. Kolekcję białych zniczy. Przekleństwo istnienia. A przecież jest już lepiej. Bez serca. Bez duszy. Piekło przygasiło swe kotły, lecz diabły nie wyprowadziły się z głowy. Wypędziłbym je, ale po co mają krzątać się za mną w cieniu. Skoro mogą iść w mych nogach. Zresztą próbowałem. Szkoda zachodu. Nie mam sił. Świat nie zaczeka. Ale ja nie biegnę. Za sławą czy pieniądzem. Ja wykuwam nową pietę. By choć anioły miały po mnie pamiątkę. Dzwony grają nokturn. Sala pożegnań otoczona kręgiem fałszywej ludzkiej żałoby. Wszedłem ostatni. Starannie ubrany, ogolony i ostały w drgającej pustce ciszy. Pierwsza łza. Stanąłem nad białą trumną. Druga. Otworzyłem wieko. Robak dekadencji nie wypełzł na spotkanie. Leżał w zimnym stężeniu śmierci. Słowo stało się ciałem. Ciałem trupa. Włożyłem sobie do trumny, książki, płyty, harmonijkę i szablę. Zamknąłem wieko, trochę zbyt mocno, aż trup obudził się a przynajmniej otworzył puste oczy. Zagrali mu jego ukochane piosenki, które sam wybrał. Najpierw The End. To już jest koniec. Mój jedyny przyjacielu. To już jest koniec tych wszystkich nocy w trakcie których próbowaliśmy umrzeć. A potem nad wykopanym dołem. Nutshell, by dobić swoje nieruchome serce i rozbić dusze żałobników. Słuchajcie. Jeśli nie mogę być sobą… to wolę być martwy. Możliwe, że zrozumieli, gdy zasypywali sprowadzoną do grobu trumnę, potokiem białych róż.
  11. "Bluźnierstwo jest tuszem, którym spisuję legendę wyklętych" Na słodki szpik z dziecięcych kostek, przysięgam, że jej tutaj nie było. Choć to zaiste dziwne bo jest środek, parnego lata i ona sama wie o tym doskonale, że w trakcie nocnych, potężnych burz musi nam oddawać swe młode i dorodne wdzięki by zachować kunszt swoich prac. Ale nie widzieliśmy jej już kilka dni. A nie możemy opuszczać tej piwnicznej kryjówki. Nie żebyśmy bali się spotkania z ludzkimi sąsiadami, ale w niektórych mieszkaniach, czatują u progu psy. Ghule są sprytne, pomysłowe, chytre na złoto i wdzięki niewieście, ale słabo u nas z fizycznością. Garby, artretyzm i wystające z głodu żebra, nie dają nam szans w walce. Nawet niewielka psina to dla nas wielki problem. Chciałbym pomóc przyjacielu ale nie jestem w stanie. Ukłonił się grzecznie i zniknął w kratce odpływowej do kanału. Człapanie mokrych łap, poniosło się echem w głąb labiryntu ścieków. Nawet ghule wystrychują mnie na dudka. Wiedzą co się stało. Ale bez złota niczego nie wskóram. A nie mam już zbyt wiele czasu na pytania. Bo nie mam na nie odpowiedzi. Wyszedłem z ciemni, zatęchłej piwnicy i skierowałem swe kroki na ostatnie piętro, do jej niewielkiego mieszkania. Wychodząc ledwie przymknąłem słabo zamykający się zamek, teraz pchnąłem drzwi i wreszcie mogłem odetchnąć pełna piersią, wolną od smrodu, wilgoci i brudu królestwa ghuli. Mieszkanie było jasne, zadbane i wysprzątane. Pachniało jej gorącym ciałem i lawendowym ogonem perfum. W sypialni łóżko było starannie zaścielone. Żółta pościel w czerwone tulipany, wprowadzała kontrast dla reszty wystroju. Prace wisiały jak zawsze prawie wszędzie. Nie zaspokajało ich miejsce na ścianach czy suficie. Zostawiła otwarte okna. Wiatr strącił ołówki i kartki. Przewertował bezwstydnie strony jej pamiętników. Widział ją w pozach i czynnościach nie przystających do młodej damy a gorszącej, lubieżnej wiedźmy. Jej akty i sceny nocnych orgii, gorszyły wyobrażenie o stateczności kobiet. Te kartki żyły dzięki erotycznej magii, przyciągania męskich oczu. Obrzydzenie było na tyle wulgarne, że rodziło niezdrowe podniecenie tej szczególnej dewiacji zmysłów. Bronił się teraz z całych sił by odwrócić wzrok od nabrzmiałych piersi, ciała wygiętego w łuk spełnienia. Wręcz słyszał jej przeciągły jęk a potem krótki krzyk. Łapy demonów oplotły ją szczelnie. Języki spijały wilgoć a szczęki szukały najdelikatniejszych obszarów szyi oraz wewnętrznej strony, kształtnych ud. Kochał ten widok a zarazem nienawidził. Oddawała się im a potem rzucała się w jego ramiona. Wiedział od początku, że maluje te obrazy nie ze snu a z jawy. Przyznała mu się od razu. O dziwo zrozumiał a nawet budziło to w nim coś więcej. Widział nieraz jej kochanków. Te wszystkie demony. Wpuszczał do sypialni, rozradowane i spragnione ghule. A potem siadał przy kominku w salonie i spokojnie słuchał. Jak jej śmiech, przeradza się w serię jęków a one w krzyki spełnienia. Ostatnio pozwalała mu patrzeć. Być częścią jej tajemnego świata. I patrzył na każdy szczegół. I wiedział tylko tyle, że ją kocha. Bo tylko ona pozwoliła mu być sobą. Też był martwy jak jej kochankowie. Tyle że w środku. Nie miał serca, które cierpiało by na taki widok. Nie miał duszy, która uznałaby to za grzech. Był takim samym potworem. Dlatego korzystał z jej ciała na takich samych warunkach. A to dawało mu siłę by być coraz doskonalszym poetą mroku. Cel uświęca wszelkie środki. Ostatnio wspominała, że skoro ja zaakceptowałem i poznałem jej świat mroku to ona musi zrobić to samo dla mnie. Może i ghule nie wiedzą gdzie jest ale ja już chyba wiem i tylko oni mogą mi pomóc. Kolejne wejście do najniższych piwnic. Cegły były tu lodowate i mokre, pokryte mchem i grzybem. Posadzka była ubitym klepiskiem, autostradą dla szczurów i myszy uciekających przed szponami ghuli. Z absolutu mroku, dochodziły ciche zwodnicze szepty. Krople wody z uszkodzonych rur, uderzały o tafle błotnistych kałuż jak wystrzały. Poszczególne pomieszczenia zdawały się lochami na zamku. Pełno w nich było zapomnianych po wieki skrzyń, beczek czy worów. Gdzieniegdzie chrupnęła pod butem kość lub mała czaszka. Rozwleczone jelita, gniły spokojnie, znacząc drogę do mojego celu. Kilka razy zza zaułków posłyszałem warkot z zaciśniętej gardzieli. Ghule patrzyły z mrocznym zapadlisk i szczelin. Znali mnie, tylko dlatego nadal żyłem. Przeczuwali, że idę ku studni. Przepuszczali kogoś, kogo uważali za swojego. W pomieszczeniu ze studnią nie było nikogo a właz był dokładnie założony. Odkręciłem pokrywę i zajrzałem w głąb tunelu. Powietrze było ciężkie od gazów, fosforyzowało od nich delikatnie a jego woń nie miała dość ohydnego odpowiednika w świecie ludzkiej powierzchni. Już miałem zejść po niewielkiej linowej drabince osadzonej w osypującej się lekko ściance, gdy przestraszył mnie warkotliwy głos zza pleców. Pan widać chcę udać się do naszego świata, czyżby na jedną w nekropolii? Ghul miał lekko podejrzaną minę i ręce założone na piersi, jak nauczyciel, który przyłapuję uczniów na paleniu w szkolnej toalecie. Ubrany był jak to przedstawiciel tego gatunku. Fantazyjnie i groteskowo. Czarna marynarka pełna była dziur i zabrudzeń z krwi i ziemi. Była też o trzy numery za duża na jego skarlałą postać i chude barki. Do niej wybrał krótkie białe szorty pływackie, obnażające jego krzywe nogi Ghule nie nosiły butów. Miały nieproporcjonalnie wielkie stopy do reszty ciała i ludzkie buty były na nie zbyt małe i wąskie. Uwieńczeniem zatem był tweedowy melonik o fioletowym rondzie Równie wygnieciony i brudny co marynarka. Który z korytarzy zaprowadzi mnie przyjacielu na stary anglikański cmentarz na obrzeżach miasta? Mogę wskazać drogę. Idź za mną. Wskoczył szybko do tunelu i zaczekał na dole aż niepewnie postawię te kilka kroków po drabinie. Gdy byłem na dole, uśmiechnął się i ruszył w najdalej na lewo położoną odnogę korytarza. Powędrowałem za nim. Po niespełna godzinie spędzonej w tunelu. I wielu jego zakrętach oraz odnogach. Mogłem uczuć na twarzy uderzenie chłodnego acz świeżego powietrza z powierzchni. Ghul idący na przedzie na chwilę przystanął, podskoczył po czym zniknął mi z oczu. Skulony pełzłem do miejsca w którym zniknął i tym samym odnalazłem małą wyrwę w sklepieniu tunelu. Spłynęła z niej szponiasta dłoń i uchwyciłem się niej. Pociągnął mocno i zdecydowanie i już po chwili leżałem w bujnej, niekoszonej od wieków trawie, opodal grobu jakiegoś starszego jegomościa nazwiskiem Bryant. Nekropolia była zupełnie odludna, zapuszczona i zapomniana. Nie dziwne. Byłem chyba jedyną żywą istotą, która jeszcze pamiętała o tym miejscu. Był na tym cmentarzu grobowiec szczególny, który był mi natchnieniem w godzinach całkowitego wykluczenia i dotkliwej samotni serca. Spoczywało w jego marmurowej bryle o strzelistych ściankach i żeliwnych odrzwiach. Ciało przedwcześnie zmarłej córki pastora. Zmarła spadając z konia. Skręciła kark a zwierzę spłoszone przez ukrytą w krzakach zwierzynę jeszcze dodatkowo poturbowało jej ciało kopytami. Zgasła mając lat osiemnaście. W roku tysiąc osiemset siódmym. Czytałem jej swoje wiersze, czasami tworzyłem dla niej i zostawiałem rękopis wsunięty pod drzwi. Była mi bliska. Była mi natchnieniem. Jak rzekłem cmentarz był pusty, jeśli nie liczyć ghuli, dziwnie zebranych w zwartym skupisku, właśnie pod grobowcem dziewczyny. Patrzyli na coś w milczeniu, lecz nawet z tej odległości dało się wyczuć, że byli czymś mocno poruszeni. Drzwi grobowca były uchylone dość szeroko a ghuli było dwunastu. Mój kompan ruszył do swych braci, zerknął do środka grobowca i zamarł jak reszta. Omotany zwykłą ludzką ciekawością ruszyłem w ich stronę. Przepchnąłem ich lekko by zrobić sobie miejsce i spojrzałem w stronę kamiennego katafalku z trumną. Odnalazłem ją, gubiąc gdzieś po drodze swój rozum. Trumna była otwarta. Wieko zrzucono u podnóża schodków. Na czerwonym materiale leżał kościotrup dziewczyny. W objęciach nagiej zupełnie i rozpalonej pożądaniem akademiczki. Tuliła się do zmarłej. Ocierała o nią subtelnie. Jej dłoń baraszkowała między udami, pieszcząc się mocno. Jęczała głośno. Spazmy rozkoszy przechodziły przez jej zaczerwienione erotyczną gorączką ciało. Piersi pokryte potem o idealnie nabrzmiałych sutkach błagały o silny dotyk. Łono było mokre i śliskie. Oczy szły w górę czaszki ilekroć dotknęła najdelikatniejszej części swego łona. Drżała coraz mocniej i mocniej aż wreszcie przeszedł przez nią prąd spełnienia i padła z głośnym jękiem na wypełnienie trumny. Wtedy uniosła się delikatnie na łokciach i zaprosiła lubieżnie palcem całe grono podziwiające ją z progu. Ghule ruszyły z dzikim wyciem ku kochance. A ja odetchnąłem, zamknąłem drzwi i ruszyłem do niej. Tym razem decydując się na to by nie być tylko obserwatorem.
  12. "Wiersz jest najpiękniejszą formą, późniejszego gnicia" Użyj wobec mnie serca a Cię wyśmieję i obrócę w niewolnika. Użyj wobec mnie siły a Cię zabiję i będę drwił z Twej głupoty. Użyj wobec mnie języka romantyków a Ci go utnę i wsadzę do gardła. Lecz gdy pokażesz mi w trakcie wiosennego spaceru z dala od zgiełku cywilizacji, padlinę sczerniałą zgnilizną, much i czerwi otoczoną, krwawym wirem. Bielejącą czystością rozprutych, od gazów rozkładu kości. Cuchnącą słodkim afrodyzjakiem śmierci, porzuconą pod mostkiem drewnianym, w trzcinie strugi leniwej. Wtedy Cię schwycę w ramiona i podrzucę w niebiosa błękitne nad ziemi skalanej połacią. I ucałuję gorąco Twe pełne nektaru życia usta, którymi dusza pewnego dnia, ku bramom zaświatów wyruszy. I wypowiem z radością te słowa, żeś mi szczęściem największym i lubym. Połowicą bliźniaczą, pośród plemienia ślepego, ludzkiego wybrana. Twarda jak trumna. Zimna jak onyksowy nagrobek. Z duszą straconą dla świata, lecz dla mnie świętą, dziękczynną. Pójdę z Tobą ku śmierci, co wszędzie wokół króluje. I pisać chociaż spróbuję o sztuce, która też na kartkach tych zgnije. Szczeźnie jak my zapomniana, w czerni anonimowego grobu. Rozłożeni przez larwy i muchy, złączeni w uczuciu wiecznym do wzdętej od gazów rozkładu, słodkiej, jedynej marności.
  13. Wracam do miejsc do których nie da się już wrócić. Spędzam czas w miejscach w których ten czas bezpowrotnie minął. Czekam na ławce przeszłości na ludzi, którzy rozmyli się we mgle zapomnienia. Tylko ból trawi serce z tą samą zawziętością. Tylko łzy wysychają na policzkach tak samo szybko. Straciłem dobrą duszę. Straciłem swoje imię. Pseudonim pozostał, spisany w rogach, skrwawionych atramentem kartek. Stałem się anonimem. Tak bardzo tego potrzebowałem. Kiedyś mówiono, zmieniłeś się. Dlaczego? Bo moje oczy wygasły? Twarz stała się maską chronicznego cierpienia. Skołtuniona, siwa broda jak kamuflaż zakryła blizny zmarszczek. Nie zmieniłem się. Nadal jestem sobą. Awangardą. Cyganerią. Bezdomnym duchem. Wierszem co wyszedł z grobu i zapomniał drogi powrotnej. Zgasłym, zalanym deszczem słotnym, szklanym zniczem nagrobnym. Wiatr mnie może strącić, mróz spękać a człowiek podejść i bez żalu wyrzucić do śmieci. Dokąd idę i skąd przyszedłem? Nie interesuje mnie to. Co będę robił jutro? Niewiadomo. Celem moim jest, nie dać się wyrzucić dalej niż poza okręg człowieczeństwa. Niedzielny, pchli targ już powoli zamykał swe kramy. Kamienice pięknie iskrzyły w świetle zachodzącego wcześnie słońca. Tu kupiono obraz, tam srebrną zastawę. Uśmiechały się drogocenne kamienie pierścionków. Lalki i kukiełki siedziały grzecznie, patrząc szklanymi oczkami w ludzkie postacie klientów. Stare meble. Kredensy, szafy, toaletki i stoły. Zdobione w zamorskie ornamenty, rozmawiały ze szlachecką wyższością w tonie o tym gnuśnym wydarzeniu dla plebsu. Ich nigdy nie kupowano. Podziwiano jedynie z milczącym uznaniem dawnego szlifu i kunsztu. Wyższości formy nad treścią. Nie oddałyby się zresztą byle komu. Do mnie jednak od lat, zwracały się per pan. Kłaniały się grzecznie, życząc miłego dnia lub wieczoru. Czasami podchodziłem do nich by zamienić kilka słów. Przecież też byłem przedstawicielem inteligenckiego salonu. Handlarz zawsze mówił to samo. Pan się napatrzy i tak pana nie stać. Wybuchał tym rubasznym, wiejskim śmiechem. Jak uradowane, taplające się we własnym błocie prosię. Nie muszę kupić by zrozumieć i poczuć… ale co wy możecie o tym wiedzieć. Gwarno tu było zawsze i wesoło. Bruk rynku kochał dzień targowy. Z kubkiem kawy w ręku, spacerowałem i oddychałem chociaż tym samym powietrzem co inni. Czując się wtedy choć trochę mniej obco. Aż pewnego razu przy jarmarku. Jedna z szaf zawołała mnie już z daleka po imieniu. Zapytała czy może tym razem bym chciał? Stwierdziłem, że oczywiście o niczym innym nie marzę ale tam już nie da się pójść. Puściła mi oko i uchyliła dyskretnie swe drzwi. No to co, w drogę do przeszłości. Oczywiście wszedłem. Nikt nie widział już więcej, miłego, starszego pana z siwą brodą, który od lat co niedziela pojawiał się na pchlim targu przy placu zamkowym. Nikt nie słyszał o tym by umarł. Nikt nie zauważył by gdzieś wyjeżdżał. Nie miał rodziny, przyjaciół i w ogóle nikogo. Meble od jego zniknięcia ucichły. Nie rozmawiały. Nie patrzyły. Nie oceniały z wyższością. Stały na rozgrzanym bruku. Czasami ktoś podchodził i oglądał z bliska starą szafę. Otwierał jej skrzypiące lekko drzwi i zaglądał do środka. Wtedy zdawało się jakby przez moment, że uchodził z jej wnętrza ludzki, męski cień. Ukłonił się zawsze salonowej, dębowej śmietance. Po czym wtapiał się w tłum. Dokąd wędrował? Czy w przeszłość, czy w przyszłość? Nie wiadomo. Dla Lenore Grey za niesamowite inspirację z pogranicza jawy i snu oraz w hołdzie dla naszego ulubionego Bruno Schulza, bez którego przeszłość z moich wierszy byłaby niema.
  14. "Skoro sztuka mnie wyklęła, nie uznaję jej kanonu. Skoro sacrum mnie nie przyjęło, uczyniłam bluźnierstwo rytuałem." Schowała świeżo wykonany rysunek za pazuchę płaszcza. Palcami ubrudzonymi węglem, pogłaskała śliczne, malutkie łebki białych, bezdomnych kociąt, którzy dzielnie służyli jej za modeli. Szybko wzięli się za wylizywanie sobie nawzajem, szarych pasemek, które im nieopatrznie stworzyła. Powoli zaczynało świtać a niebo grafitowo-niebieskie iskrzyło głęboko ponad chmurami, jasnymi śladami, cichych jeszcze wyładowań. Burze trapiły ich w tym roku niczym rozległa i nader uciążliwa plaga. Jeśli dziś nadejdzie kolejna z nich, to rzeka płynąca przez miasteczko i dzielącą je praktycznie na pół, wystąpi z koryta i wywoła nieprzewidziany w skutkach potop. Bała się burzy i żywiołu wody. Nie umiała radzić sobie z nagłym lękiem, który ogarniał jej wątłę, blade i piegowate ciało, gdy tylko do jej wyczulonych na zmiany w środowisku uszu, spłynął szum fal rzęsistego deszczu, przecinany hukiem śmiercionośnych, boskich błyskawic. Najgorszą torturą był dźwięk deszczu odbijającego się od klekoczących okiennic, ledwie wręcz umocowanych w jej skromnej sypialni. Strach zyskiwał wtedy moc cielesną. A rozum nie potrafił przeciwstawić się mu w sposób spokojny i racjonalny. Skulona i zlana, zimnym potem, przeklinała to co najbardziej kochała. Opowieści o duchach i potworach, senne, poranne spacery po zapuszczonych, wyłączonych z użytku już nekropoliach, seanse z tarotem i czarnomagicznymi księgami, by przywołać demony i dżiny i powierzyć im spełnienie najdzikszych pragnień. W jej rysunki i szkice, rozwieszone wszędzie wokół łóżka, sam diabeł lub jego piekielni akolici, wpychali iskrę życia. Jej prace gdy je wykonywała, nie wzbudzały w niej odstręczenia, wzgardy, lęku czy przerażenia. Przeciwnie. Kochała ich każdy detal i doskonałość formy. Lecz gdy potwory, bestię i ghoule, wychodziły o północy z ram kartek i otaczały ją zewsząd, wyciągając szponiaste włochate łapy, śliniące się, krwistoczerwone jęzory. Naruszały brutalnie i wrogo jej niewinność. Każdy skrawek jej ciała. Nawet najdelikatniejszy, był pod władztwem ich niepohamowanego amoku i dzikiego pożądania gadzich ślepi. Koszmar kończył się gdy burza odchodziła na wschód, gnana zwierzęcą potrzebą zniszczenia kolejnych niewieścich lub dziecięcych snów. Budziła się z krzykiem. Powoli odzyskiwała rozum i oddech. Czuła się brudna. Zszargana i sprofanowana. Jej odkryte lubieżnie wdzięki, lśniły niczym najdroższe klejnoty w bieli, krochmalonej pierzyny. Strach i gorycz mijały z każdą minutą. Zakrywała zasiniaczone lekko piersi o różowych drobnych sutkach, Broniła wglądu w zaczerwienione, mokre łono o idealnie złożonych, różanych płatkach. A potem jak gdyby nigdy nic wstawała. Plotła byle jak, złociste pukle włosów i natychmiast brała do ręki węgiel lub ołówek. Musiała uwiecznić kolejny koszmar na płótnie czy kartce. Już nie budziło to w niej grozy a irracjonalne podniecenie. Wena była drogą ku spełnieniu. Rysowała każdy szczegół. Dokładnie i długo. Każdą zmarszczkę, grymas czy fałdę. Znów była oddana pieszczotom. Tej, którą kochała nad życie. Sztuki. Jej zwinne, długie palce, kresliły linię idealnych konturów i przestrzeni. Czasami muskała wręcz kącikiem brody o powierzchnię rysunku, wystawiała końcówkę języka w skupieniu i dokładała każdy cień, każdą warstwę. Czasami wiedziona zapomnieniem, zważała dopiero niewczas jak mocno na łechtanie zmysłów odpowiada jej ciało. Nogi wolno skupiały się ku sobie a dorodne uda tarły, najdelikatniejszymi, wewnętrznymi powłokami skóry, prowokując jej policzki do silnego zaczerwienienia a usta do lubieżnych westchnień a nawet cichych jęków. Mrowienie rozchodziło się z jej trzewi na cały organizm. Jak tembr dzwonu. Jak fale wzburzone wrzuconym w czystą, krystaliczną toń kamieniem. Tonęła jak ten kamień. W imaginacjach, wspomnieniach, upadłych fantazjach. Czuła jak tężały z wolna jej napięte mięśnie. Nie tylko one. Piersi twardniały boleśnie i znów jak w nocy domagały się demonicznych, srogich pieszczot. Jej druga dłoń bezwiednie, zaczynała grać rolę tego demona. Głaskała, mlecznobiałą szyję, Dusiła ją delikatnie lecz na tyle by ślady palców zostawały choć na moment i budziły wspomnienie nocnego zniewolenia. Czasami odkrywała piersi, nabrzmiałe chwytały delikatną i chłodną rześkość poranka. Wsuwała palce do pełnych, gorących ust. Najpierw ledwie zwilżone, błądziły wokół warg by nagle znaleźć się głęboko na tylnej ścianie języka. Pragnęła jeszcze więcej, wspominając ich zwierzęcy, nocny erotyzm. Brała pierś w dłoń. Ugniatała szybko i brutalnie czując w sobie jeszcze ślad rytmicznych pchnięć. A gdy tego jeszcze było jej nie dość. Zsuwała się niżej i rozrzucała nogi na boki. Wilgoć jej najdelikatniejszego obszaru tylko potęgowała w niej żądze. Palce skupiała na jednym punkcie. Twardym i gorącym, który delikatnie ukrywał się nadal jakby speszony i wstydliwy przed tym co zaszło już znacznie za daleko. Tak płonęło jej ciało. W ogniu pożądania. Aż do spełnionego końca który wieńczył dzieło. Po wszystkim, roztrzęsiona a zarazem lekka jak piórko. Brała skończony rysunek i na nadal objętych mrowieniem nogach podchodziła do łóżka. Przyklejała nad nim dzieło na którym stadko ghouli pieściło ją ze wszystkich stron ku szaleństwu. Uśmiechnęła się z niepokojąco zepsutym błyskiem w oku. Wszyscy uważają ją za wiedźmę i upadłą, rozwiązłą dziewczynę Diabła. Dlatego wyrzucono ją najpierw z klasztoru, potem z akademii sztuk pięknych a teraz nawet przepędzano z parku czy barów. Nikt nie chciał nawet oglądać jej dzieł. Tym bardziej kupić ich. Z jednej strony bała się nocnych burz. Z drugiej błagała czasem w myślach by nadchodziły jedna za drugą. Lubiła być niewolnicą swojej upadłej sztuki. Kochała być niewolnicą demonów. Ostatnio odwiedził ją jeden z poetów wyklętych. Urzekła go. Naturą, charakterem, talentem i pięknem. Korzystał bez zahamowań z uroków jej młodego ciała, sycąc jeszcze zmysły rozwieszonymi wszędzie rysunkami. Czuła się przy nim, brudna, upadła i wyklęta. I było jej z tym błogo. Taka była. I taka miała pozostać.
  15. Mój wiersz jest z tych z gatunku nieprzystosowanych. Dla nieprzygotowanych głów i myśli. Co myślą jedynie w kategoriach, łatwo, przyjemnie, pięknie. A ja lubię chaos. Gdy ogień kominka pochłania zachłannie, pobrudzony szkicami tworzenia, poetycki papier. Bo poezja, którą czasami chciałbym przekazać pochodzi z duszy i serca. Nie mam ich już od dawna. Więc muszę improwizować. Wejść jak grzeszny demon do Twojej głowy, ust, serca. Wpełznąć przez tulące ramiona do Twoich snów i pragnień. Widzieć je jak na dłoni. Doprowadzić Cię do tego stanu, gdy będziesz mi się spowiadać ze swych powszednich dni. Ukochanych i znienawidzonych wydarzeń. A ja jak kameleon. Pokryje swe ciało kamuflażem. Tysiąca masek i form. I dobiorę tą jedną dla Ciebie. Ale najchętniej uciekłbym na ukochany cmentarz. I zaszył się w krypcie po wieczność. Bo wiem, że światło jest dla mnie zabójcze a Ty nim emanujesz. I gdy już moje szponiaste dłonie, okrywają pieszczotą Twe alabastrowe ramiona. Wtedy cierpię mimo braku serca. Bo bliskość równa się zgubie. A ja wolę być uczciwie zgubiony w mrocznym potępieniu, niż fałszywie mamiony, myślą, mową i Twym uśmiechem. Dlatego plany trawi ogień. Łzawy skowyt pośród zapomnianych mogił, słyszą tylko Ci co tańczą nad mgielną poświatą księżyca, Słowa w wierszach są urwane, ułomne i zawiłe. Muszę przeczekać ten jasny, miłosny dzień. I rzucić się na powrót w mgłę. Zimowych, cichych borów. Gdzie wilcze sfory, prowadzą ujadając i skomląc radośnie, korowód Dzikiego Gonu. Gdzie śmierć jest godna hołdu i modlitwy a miłość pod postacią anioła, śpi snem wiecznym, przebita z furią ostrym nożem. Gdybyś tylko wiedziała ile krwi niewinnie przelanej miały na sobie te dłonie. To nie brałabyś ich w swe uświęcone łaską ręce. Pozwól umrzeć temu co dopiero zamierza się narodzić. Niech przez wybite i skruszałe ściany grobowca, przyświeca mi tylko funeralne światło gwiazdozbioru jedynej trwałej marności. Kostuchy i jej wyczekiwanych plag.
  16. „Największym luksusem śmiertelności jest tworzyć coś, co również umrze.” Czas płynie nieubłaganie. Przypominacie mi o tym ciągle, niczym natrętne mechaniczne zegary, prędkie stopery czy piaskowe, szklane klepsydry. Macie obsesję na jego punkcie, ponieważ jesteście ostatnim pokoleniem. Cywilizacją końca. Za dnia wyrzymacie każdą sekundę, z mokrych od niewolniczego potu koszul. Nocami patrzycie bezsennie na cienie sufitowe w sypialni. I wracacie utrudzonymi myślami do czasów błogiego dzieciństwa, nie przynosi Wam to ulgi a strach. Obłęd nieuniknionego widma śmierci, która w każdej chwili może wyjść z szafy i zabrać Was do siebie. Znacie dobrze smak, depresyjnej niemocy. Porażki planów i zawodu otoczenia. Kto chciałby brać udział w walce o byt, gdyby wiedział, że zawsze kolejka jest równa długości ludzkiego istnienia. A jedynym wolnym miejscem jest to w ogonie stawki. Na samym jej końcu. Czas odliczam w gonitwie gwiazd. W koniunkcjach i przesileniach. W miesiącach winy. W latach kary. W wiekach przekleństwa. W erach prędkich i jasnych jak błysk świetlny. W galaktykach zimnych i martwych jak bezdenne oczy czarnych dziur. Jestem poza horyzontem czasu i zdarzeń. Nie podlegam prawom natury. Jestem wolną cząstką. Rzucaną na linię zdarzeń. Czasami wydaję mi się, że pędzę naprzód a potem okazuję się, że nigdy nie ruszyłem się z punktu zero. Lub przytomnieje w dalekiej przeszłości, otoczony gotyckimi aniołami, wiktoriańskimi balami i przepychem śmietanki salonu. Mówicie, że straciłem już wszystko. Nie zyskałem nic. Bo w życiu nie można nic zyskać. Mam swoją samotną planetę i różę o którą pieczołowicie dbam. Ona nawet nie kwitnie. Rośnie z każdym rokiem mocniej. Nie rozmawiam z nią bo ona nie potrzebuję moich słów by mnie zrozumieć. Wie wszystko. Jest najcenniejsza. Choć dla każdego innego nie ma żadnej wartości. Tylko ja widzę jej piękno i powab. Inni gorszą się jej osobliwym wyglądem. Jej ciernie ranią duszę do głębi, korzenie nie pozwalają zapomnieć, łodygi zniewalają przeguby i więżą w okowach szaleństwa. Gnilny swąd otępia zmysły. Blizny krwawią trucizną nektaru. Liście opadają zanim się w pełni rozwiną. Ta róża będzie strażnikiem mojego grobu. Ostatnimi słowami poety. Króla ulicy i nędzy. Wyklętego karalucha, literackiego ścieku. Planeta leżała daleko poza najodlejszymi rubieżami. Tam naprawdę kończył się świat. A zaczynały zaświaty. Już z wysoka widział wszystko jak na dłoni. Poeta leżał bez życia na wznak. Rażony gromem nagłego zgonu. Oczy miał czarne i duże, lico spokojne, przypominało maskę. Na planecie nie miał kompletnie niczego. Schronienia, jedzenia czy wody. Była na niej jedynie usypana rękoma mogiła. A na jej kopczyku krzak dzikiej róży. Kruk wylądował zaraz obok niej. Wiedział, że była ona jedyną miłością poety. Jego całym skarbem i dorobkiem. Lecz nikt nigdy nie uważał ją za piękna ani nawet właściwą. Przeżyła twórcę i to było jego celem. Lecz teraz jej los był przesądzony. Nie mogła liczyć na innego opiekuna. Kruk wyrwał krzak z mogiły i uniósł się z nim w przestwór kosmosu. Leciał tak przez świetlne eony. Bez odpoczynku i przystanku. Wleciał wreszcie do jednej z czarnych dziur, Jej tunel zaprowadził go do innego wymiaru. Wypuścił z dzioba krzak róży z ukrytą w nim duszą poety. Poza horyzont czasu, przestrzeni i wszelkich, przeszłych i przyszłych zdarzeń
  17. Mieszkanie było do cna splądrowane. Bezdusznym czasem. Gnilnym postępem wilgoci. Fantazyjnymi formami surrealistycznych pejzaży, czarnych, cuchnących grzybem ścian, tak głęboko pochylonych ku zagładzie, że zdać by się mogło, dźwigają cały ciężar świata i nieboskłonu a nie ciężki, skruszały i śmierdzący nagrzanym w słońcu eternitem dach tej pozbawionej nawet duszy ruiny. Zajęte koloniami kurzu i roztoczy zasłony, niegdyś szczerozłote, zdobione kwiatami róż, teraz spały spokojnie, stróżując dostępu do tej samotni. Każdy blask czy nieśmiały promień słońca, natychmiast śniedział w zetknięciu z atmosferą grozy tego miejsca. Groza biła zewsząd. Kryła się w rozklekotanej, trzydrzwiowej, dębowej szafie z wyrwanymi dolnymi szufladami, jak zarażonymi próchnicą zębami. Przeglądała się w brudnych, zarysowanych lustrach o miedzianych ramach, Wyglądała za płócien porzuconych na pastwę zapomnienia obrazów. Niegdyś malowane ręką mistrzów, teraz postacie na nich umierały w niemym krzyku, rozlane w pigmencie koloru zagłady. Łoże małżeńskie konało w rogu. Ustawione tam celowo, czy zawleczone siłą nieczystą? Wybebeszone z trocinowo, gąbczastych trzewi. Sprężyny wystawały jak strzaskane obuchami kości, lub jak nagie, objęte ostatecznym rozkładem dłonie, morowym, ożywionych trupów, wystające z zapomnianych mogił, gdzieś pośród przeklętych uroczysk. Zapleśniała narzuta, zwisała grubymi fałdami ku klepkom podłogowej mozaiki. Przypominała porzuconą chorągiew na polu bitwy. Nie było już nikogo kto by w jej imię walczył z honorem. Nie było nikogo kto by ją podźwignął i zasadził z powrotem na drzewiec. Nie było już barykad miłości. Nie było żołnierzy wolności. Narzuta nosiła na sobie stygmaty wżartych w materiał plam. Burgundowych, dojrzałych, jak najprzedniejsze wino. Ślady krwi. Przelanej tu do ostatniej kropli. Do ostatniego, rzężącego spazmem, wydechu zaróżowionych ledwie ust. Ciała co oczywiste już dawno nie było tutaj. Rozpadło się w cień. W dusznym mroku jesionowej trumny. Przepadło. Jak przyjaźń i uczucie. Jej upiór nie nawiedzał tych murów. Nawet dziś w rocznicę zbrodni. Podłoga ugięła się, skrzypiąc donośnie. Przechadzał się po domu. Tak samo jak rok temu. Dziesięć lat. Sto. Oddychał spokojnie, wzbudzając ekspresyjny taniec sypiących się z dachu cząstek w powietrzu. Miał nawet przez chwilę ochotę ku temu by wyjrzeć przez okno. Dla niego wszystko zastygło z dniem ostatecznym. Lecz świat z pewnością biegł nieprzerwanie naprzód. Nie sądził nigdy, że spełni swoje najskrytsze marzenie i będzie nieśmiertelny. Przeklęty na wieki. Ale jednak nieusuwalny. Zbrodnia zaciera się w przestrzeni fizycznej doczesności, jednak wyrok piekielny jest trwalszy niż granit. Będzie tutaj, nawet wtedy gdy ich dawny dom skruszeje do cna. Fundamenty znikną oddane na powrót napierającej naturze. A jego klątwa przetrwa. Bo jej fundamentem jest zbrodnia. Celem nadrzędnym zemsta. A odkupienie i rozgrzeszenie jest mżonką. Nie zabił człowieka. Zabił przyczynę. I dlatego po stu nawet latach, mógł podejść bez strachu i zawahania do lustra. Spojrzeć sobie i prawdzie w oczy z uśmiechem, dobrze i solidnie wykonanej pracy. Siekiera, która dotąd lewitowała w przestrzeni pokoju spadła w głuchym brzękiem na podłogę a przestrzeń wypełnił, męski i przeraźliwie zimny śmiech.
  18. Są takie dwie rzeki, których źródła nigdy nie wysychają i stają się natchnionym zalążkiem dla spragnionych oczu i ust. Ich nurt bywa monotonny, powolny i sennie wręcz cichy. To znów wody ich piętrzą się na podwodnych, obłych kamieniach. Szturmują spienioną falą poszarpane, podmyte brzegi, liżą szerokim wylewem, osnute mgielnym przymrozkiem łąki i zielone skarpy z rudawymi plackami zgniłej od wilgoci trawy, nad której żywotem pastwiło się jeszcze niedawno w letnim zenicie stojące słońce. Wiry z powierzchni powstałe w dna zagłębieniach, czyhają drapieżnie na ospałe owady i małe rybki. Zatopione gnieniegdzie czarne, połowicznie odarte z godności kory drzewa. Rozsnuwają swe obumarłe gałęzie niczym nachajskie bicze w brudnych, mulistych zakolach. Szumią widmowe liście, sonety o marności bytu. Kto się w to piekło korzeni zapuści, ten żegna się ze światem. A bramą do otchłani są pyski szeroko rozwarte, leniwych, łuskowatych morderców. Co w korzeniach tych uwili sobie, fabryki masowej zagłady. Z falą płynie cały ten brud. Unosi się on z gracją dostojną, Tak by go z daleka dostrzegano i komentowano. By go uznano za sens i piękno. Fale płyną przed siebie bezwolnie. By rozbić się o porzucone, rybackie, połatane łajby. By popełnić samobójstwo na odartych z farby kadłubach. Ich krew wsiąka w wyżartą rdzą stal, zarzuconych i zapomnianych w dno kotwic. Łodzie stukają o siebie. Jak kości, powieszonych szkieletów. Tulą się i ocierają o siebie, jak glisty i robactwo w czerni trumny. Chadzają wesoło po labiryntach, spękanego, rozlanego w sukno gnijącego ciała. Są takie rzeki, których nurty się pięknie łączą. Śmierć i miłość. Płyną zgodnie. Jak siostry bliźniaczki. O tożsamych nawet charakterach. Bo śmierć to miłość i ukojenie. Koniec cierpienia w życiu. Po nic. Jeno by cierpieć i oszaleć. A śmierć jest naszą przyjaciółką najdroższą. Boli ją widok cierpiącego człowieka. Więc go zbawia od żywota. I powołuję do wiecznego mroku, w bezdni spokojnej, zimnej pustki. A miłość to śmierć i szaleństwo. Obłęd, który ma nas za zadanie zniszczyć. Byśmy rozumieli dlaczego, ginąć nam przychodzi. Ze swej ręki, co nią los jednak nie my rozporządza jak ulicznicą brudną. A czasem śmierć przychodzi wieczorem, staję w progu domu w swym płaszczu nocnego dżdżu i mgielnej masce o szkarłatnych ślepiach i błaga byśmy tą miłość zabili. Dla dobra jej i siebie. Serc i umysłów. Bo przecież krwawić jest rzeczą ludzką. I gnić również. Dlatego leżysz teraz w lodowej trumnie z kry Kochanie. Schowana w cichych szuwarach. Tam gdzie śmierć wpada do miłości i miesza się z nią w tyglu szaleńczego upojenia. Powiedzą zapewne. Zamordował ją. Zabił okrutnie. A ja chciałem tylko byś prędzej gniła. Tak rozkosznie na mych oczach. Codzień bardziej romantyczna i piękna. Kusząca bladością trupią. Tak teraz kusisz mnie nimfo w pozie jednej zastygła. Dłonie złożę Ci nad łonem a włosy płomienne rozpuszczę wśród zatopionych liści i traw. Oczy, nabiegłe zastygłą krwią otworze. A usta ucałuję lodowe. Tak Cię spętam w tej chwili na płótnie malując. I pragnąć zgnić i rozłożyć się w larw stadko. Dla tej przeklętej miłości. https://youtu.be/lDpnjE1LUvE?si=FhQvQZpGKM9AwpMp
  19. Tutaj nie można łowić. Więc może Pan zostawić w torbie swoje wędki i przynęty. Tak te sztuczne jak i naturalne. Żywe i martwe. W tej rzece jest tyle zbyt cennych ryb, nie można ich brutalnie schwytać na haczyk, wyrwać z błękitnej, czystej toni. Z ich uporządkowanego, rybiego, podwodnego świata. To nieludzkie. Polować na bezbronnych. Najlepiej jeśli w ogóle pan odejdzie. Ale ja nie jestem wędkarzem. Siadam nad brzegiem jedynie po to by odpocząć w cieniu drzew, by zastanowić się nad sobą i życiem. Wyborami na które i tak nie mam wpływu. Czasami przeklinam los. Wyrzutka i odszczepieńca. Dziwne, że w ogóle mnie zauważono, bo najczęściej omija się mnie jak śmiecia. Krzywią się twarze przechodniów, jestem zrównany do roli ciemnych zaułków najgorszych, miejskich ulic. Śmierdzących od pijackich posiedzeń. Zanieczyszczonych workami zgniłych resztek, pudłami pustymi jak oczy bezdomnych, którzy leżą na tej upodlonej nędzą włości, błagając o łyk wódki, działkę lub śmierć. Deszcz pada mi na głowę, lecz nie zmywa za sobą grzechu człowieczeństwa. Grzmoty biją wokół mnie, gdy ledwie żyw sunę pod most by rozpalić zamokniętymi zapałkami choć jeden płomyk nadziei. Płomień opala mi palce. A ja widzę w jego wnętrzu dom. Nie ten, który niegdyś miałem. Klatkę dysfunkcji. Pijaństwa, przemocy i zimnej obojętności. A prawdziwy. Poczęty we śnie. Otoczony miłością i zrozumieniem. Spokojną rozmową i wsparciem. A potem uświadamiam sobie, że to było tylko złudzenie. Znów przespałem noc. I nastał już koszmar dnia. Zmarnowanego życia. To kim pan wreszcie jest? Jestem nikim. Poetą. Wspomnieniem. Moją wędką są długopis i zeszyt. Przynętą wiersze. Wie Pan jak to jest. Wędka z marchewką u końca sznurka. Lecz ja muszę i zawsze chciałem być sam. Tak jak tu nad rzeką. Lecz widzi Pan, trawi mnie choroba umysłu i duszy. Jej nieuleczalnym objawem jest wena. Stąd te wszystkie nieplanowane przynęty na ludzi, którzy jeszcze potrafią współodczuwać. Da pan wiarę, że nie miałem w życiu innej kobiety niż poetki? Uzależniam je. A one mnie. Niszczymy się wierszami nawzajem. Tniemy się słowem. Trujemy rymem. A celem naszym nie jest miłość a wolność. A potem gdy wizję naszych dzieł się bezpowrotnie rozchodzą. To wracam pod most, na ławkę czy do noclegowni. I piszę znów. Nie z potrzeby wyrzucenia z siebie uczuć a z choroby umysłu. Przekleństwa poetyckiego. Nieznajomy wskazał kogoś na ścieżce opodal bulwaru. Ta panna przysłuchuję się nam i patrzy na pana jak w obrazek. Wygląda jak śmierć. Przyszła wreszcie po pana. Wiele już podobnych śmierci przeżyłem. Obawiam się za każdym razem, nie lądując finalnie w kostnicy, że jestem nieśmiertelny, bo nie umrze z miłości ten co w nią nie wierzy. Jeśli nie wierzyć w demony to one nie mogą nas opętać. A ona, wierzy i w miłość i w demony. Zakochała się w demonicznej postaci poety. Tak naprawdę kocha jego wiersze nie ciało. Bo ciała nie ma. Jest tylko wspomnienie. I rany na kartkach zadane długopisem. Uzależniły ją. Stygmatyzują ją, każda z osobna pod postacią blizn na przegubach. https://youtu.be/1YhR5UfaAzM?si=tEM4iH2L9oX92HPT
  20. Cieszyli się wszyscy. Tylko nie Ty. I ja też z perspektywy osi czasu i dni, jakie bezpowrotnie minęły i tych nielicznych jakie mi pozostały, miałem nadzieję trafić gdzie indziej. Mnie nie poczęto. Nie narodziłem się. Ja powstałem. Wbrew bogom i naturze. Ewoluowałem we wnętrzu dorosłego, kobiecego grzechu, który mógł wydać jedynie martwy lub skalany owoc. Nie zyskałem świadomości. Miałem ją od najdawniejszych eonów. Od kiedy mogłem pojąć błąd. Wierzgałem we wnętrzu przeklętego łona. Biłem wnętrzności i zatruwałem krew. I szargały moje myśli, zachwyty, gratulacje i oklaski tych których miłość i dobroć zaślepiła. Nie dostrzegli wężowych oczu i nie poczuli tej nienawiści, którą mną pogardzała. Lepiej byłoby mi gdzie indziej. Pomyślałem i wyszedłem w środku dnia, przez stare, drewniane drzwi pozbawione nawet wizjera. Byłaś zbyt pijana od zabarwionej cytryną wódki a może ze szczęścia, że skończył się limit klątw. Lepiej byłoby gdybyś urodził się martwy. Tyle zdołałaś wybełkotać zanim zmorzył Cię pijacki sen i spadłaś na odrapaną wykładzinę rozbijając sobie głowę. Zawsze krążyłem po ścieżkach śmierci. Nie żyłem nigdy, choć dnia jednego. Jak często śnią mi się Ci, którzy czekali na mnie kiedyś. Teraz też czekają. Błagają bym się nie wahał. Obiecali że będą dziś obok mnie. Las wydaje się nieprzebytym borem. Ale i tak każda ścieżka prowadzi do krainy śmierci. Nie pytam, za co? Dlaczego? Pytałbym gdybym choć jeden dzień żył. Martwi nie mówią. Mają usta zaszyte, zakrzepniętą krwią. Nie płaczą. Bo niczego nie porzucają. Te wszystkie dusze stoją w zupełnej, posągowej ciszy przy moim ostatnim trakcie. Jest i rodzina ze snu. W martwym śnie pogrążona. Koszmarze, którego nie dane im było doczekać. Tak będzie lepiej. Sprawiedliwie dla wszystkich. Są tylko duchy i wspomnienia. Nie żegnam się z ludźmi. Nie znali mnie. Dusze po kolei podchodzą do mojego ciała. Jedni poklepują mnie inni krótko tulą. Wreszcie odchodzą przez bramę najdalej na wschód położoną do krainy wiecznego cienia. A ja dyndam sobie, pogrążony w funeralnej ciszy.
  21. "Sen o Wiktorii" Młodopolski erotyk inteligencki Panienka nie wygląda mi ani trochę, na smutną, porzuconą i zdradzoną. O nie! Panienka ma animusz i skora jest widać ku temu, by do mnie uderzać w zaloty sercowe. A ja, z przykrością muszę to dodać, brnę w tą igrę miłosną coraz to głębiej. Bo szukam Twego wzroku, co się ku mnie błyskiem szczęśliwości mieni. Wodzę za Tobą zmysłami i sennym marzeniem nawet, bo mi raźniej wtedy na duszy i weselej w sercu, gdy Cię oglądam co rano i widzę żeś w pełni rada na nasze słowne zaczepki co się mogą zakończyć u restauracyjnego, wieczornego stołu jak i w gorącej, świeżej, nocnej pościeli. Nie dociekam. Czy pocieszenia szukasz prędkiego, boś przed tygodniem ledwie zdradzona została? Czy Cię jednak mój temperament ujął za serce i zapragnęłaś nowego owocu miłości skosztować? Kupidynie, czemu Ty ślepcze, strzały miotasz? W kogo celujesz, sam nie wiesz. Ile się znamy? Niedługo. Dni ledwie dziesiąt. Księżycowych kwadr kilka. A tak nam dwojgu nie wstyd, tych podchodów miłosnych urządzać. A jeśli kiedyś przyjdzie ten dzień, że przekroczymy rozsądku granice, to ja rzeknę tyle, żeśmy temu niewinni. Bo rozgrzeszyć się trzeba. Zdradzeni perfidnie. Połączeni przypadkiem. Czasem jest tak, że to sensu ani celu nie ma. A działa tylko spojrzenie i uśmiech. I ta myśl, że to może nie być tylko sen. Dla Wiktorii mej…
  22. Brnęli w śniegu za kolana. Takie sprawy zawsze dotyczą tych najodludniejszych miejsc. Zaściankowej prowincji lub zdezelowanych rozkładem społecznym przedmieść. Tym razem była to wieś i to ta z gatunku zapomnianych przez Boga, włodarzy a nawet czas. Policji nie widziano tu od wieków a nie wzywano najpewniej nigdy przedtem aż do dziś. I to od razu do porzuconego w ruinach dawnego dworku ciała młodego mężczyzny. Jadąc na miejsce nawet przez chwilę nie podejrzewali grubszej sprawy w stylu zabójstwa. Wiedzieli dobrze, że musiał być to ktoś miejscowy i znany w okolicy. Ewentualnie ten jeden dziwny i podejrzany na wpół obłąkany wiejski pijaczyna, każda wieś ma kogoś takiego. Mieszkają oni najczęściej w drewnianych chatach krytych gontem, o dziurawych jak ser szybach i zagrzybiałych choć niegdyś bielonych wapnem ścianach. Z komina rzadko leci dym bo gorzałka jest ważniejsza niż opał. Wygląd tych jegomości można by opisać wdzięcznym słowem jaskiniowych eremitów. Brudne, skołtunione włosy co nigdy nie przeżyły spotkania z grzebieniem. Jak dobrze pójdzie raz do roku chluśnie na nie trochę brudnej, studziennej wody z garnuszka Brody uhodowane pod same zapadnięte oczy, gęste jak mech a może i już mchem i pajęczyną pokryte. Okalają bezzębną jaskinię ust, której kwasowe, trujące wyziewy mogłyby zabić dowolne stworzenie. Łachmany zamiast koszul i spodni. Umorusane błotem, krwią, resztkami i śliną. I ten charakterystyczny zapach w obejściu jak i w domu. Tak słodko może pachnieć tylko postępujący rozkład. I sam nie wiesz czy to gnije ten człowiek, jego dom czy cała rzeczywistość ulega gnilnej dezintegracji. Zapadasz się w mrok. Odludne cmentarzysko tej jednej skazanej na banicję istoty, która zapomniała już jak to jest być humanoidem. Lecz tym razem nie byli tak blisko utartej prawdy w domyśle. Szli jeden za drugim. Blisko ceglanej konstrukcji, która była wypaloną ruiną nie mającą już nic wspólnego z dawnym, szlacheckim pochodzeniem. Była pustostanem. Bez okien, drzwi i dachu który w trzech czwartych zawalił się i pokrył podłogę większości pomieszczeń, krokwiami i starą dachówką. Wokół wszędzie były nieużytki dawnego majątku. Po budynkach gospodarczych zostały już tylko prostokątne ślady usypane żwirem. Tak jakby stodoła czy obora stały tu jeszcze przed minutą lecz zostały wyjęte z obrazu rzeczywistości niczym pojedyńcze puzzle z całości układanki. Zewnętrzne wejście do piwnicy było dwuskrzydłowe i w połowie otwarte. Obok usuniętych na bok drzwi leżało ciało a kilka kroków od niego w wydeptanym walonkami okręgu stał starszy jegomość w czarnym podbitym futrem z lisa płaszczu. Na głowę nasunął czapkę z bobrowego futra a dłonie z pewnością przemarznięte schował głęboko w kieszeniach płaszcza. Na widok funkcjonariuszy drgnął i szybko ruszył w ich kierunku. Uścisneli sobie ręce i skupili szybko wzrok na denacie. Oczywiście to pan nas wezwał? Tak, tak. Widzicie panowie, pierwszy raz przyszło mi korzystać z telefonu i to w takich okolicznościach. Ale można to było przewidzieć. Szczerze to myślałem, że on już od dawna jest sztywny. Długo go tutaj nie było. Czyli zna go pan? Policjant wyjął notatnik i ołówek z kieszeni płaszcza. Gotów zanotować wszelkie zeznania i fakty. Każdy go tutaj znał. Nazywaliśmy go Sokołem, choć podobno nazywał się Filip. Mieszkał tu? Znaczy we wsi? Nie, nie. Był bezdomnym włóczęgą. Czasami nocował w tej piwnicy. Wskazał palcem wylot pod skruszałą ścianą. Gdy ktoś się zlitował to z rzadka ofiarował mu miejsce na zapiecku i coś do jedzenia. Pojętny był to chłopak. Podobno kiedyś ukończył wiele szkół i uniwersytety nawet. Czasami uczył chłopskie pacholęta w podzięce za poczęstunek. Nieraz sam go widział jak czytał takie opasłe tomy a z niektórymi to wędrował w tę i nazad. W mieście podobno trzymał z takimi samymi inteligentami, ale jakżem go pytał nieraz przy kielichu czemu do nich nie wraca, to markotniał i wlewał w siebie bez opamiętania. Czasami tylko mamrotał, że już nie ma jakiejś bohemy. Literaci pomarli. I tak w kółko. Aż go gorzała do snu zmogła. Ja nie wiem do końca bo czytać ani pisać nie potrafię, szkoły innej niż tej od życia co dostałem to nigdy na oczy nawet nie widział, ale gadano nieraz, że on poezyje pisał i kiedyś z tego żył. Znany był na kraj cały nawet. I kobietę w rodu zacnego miał lecz pomarła na gruźlicę a on po jej pogrzebie uciekł w picie i jeno gorsze jeszcze grzechy. Majątek przehulał z tymi literatami. On czasem straszne rzeczy prawił, na trzeźwo nawet. W Boga ani kościół święty nie wierzył. Prawił czasem, że skoro Bóg taki wszechmocny i dobrotliwy to niech mu wróci z grobu ukochaną a ksiądz zamiast wyklinać go z ołtarza winien się z nim na włości zamienić. Kiedy go pytano czy w co wierzy, twierdził, że człowiek oczytany w nic nie wierzy. A jeśli już to w śmierć. Brutalną acz szybką. Nie ma nieba, czyśćca ani piekła. Tak mówił… oj wrogów miał tutaj. A Ci jego przyjaciele. Ja nie wiem, ale mówili we wsi. Wszyscy od dawna martwi. Jeden się otruł, inny zapił, jeszcze inny zastrzelił. Żaden nie umarł tak jak chrześcijanin powinien. On kiedyś mówił o nich tak dziwnie… nihiliści zdaje się jeślim nie przekręcił. Może to sekta jaka miastowa. Bo wszyscy widać z własnej ręki pod podszeptem Szatana zginąć muszą. I on się otruł. Zobaczcie. Podeszli bliżej do ciała. Mężczyzna mógł mieć około trzydziestu lat i nijak nie pasował do bezdomnego trampa, mieszkającego od lat w piwnicy pustostanu. Rysy jego spokojne i gładkie nie nosiły nawet śladu zarostu. Oczy szeroko rozwarte, były szare jak popiół. Ubranie jego znoszone acz schludne, składało się na białą koszulę z lnu, jasno niebieską kamizelkę zapinaną na duże guzy, spodnie o szerokich nogawkach z kieszeniami w których miał tylko pustą, drewnianą papierośnicę. Zdać by się mogło w pierwszej chwili, że śpi i za nic ma to całe zamieszanie. Nie było śladu walki, kuli w ciele, ran ani niczego podobnego. W ustach jednak nadal zagryzał kurczowo ampułkę, teraz już pustą lecz dającą rozwiązanie. Zabił go cyjanek. A więc samobójstwo. Można zamknąć sprawę zanim na dobre ją otwarto. Kolejny inteligentny samobójca. Zguba tych współczesnych czasów i filozofii. Nie wierzą w nic ponad śmierć. Ciało zabrano i długo walczono z miejscowym księdzem by wyprawił pogrzeb. Nie zgodził się i wreszcie pochowano nihilistę tak jak widać sobie życzył. Pod murem cmentarza lecz poza jego obrębem. Już następnego ranka po pogrzebie na który nikt nie przybył. Na posterunku zjawił się grabarz, który go chował. W nocy ktoś rozkopał grób, wyrwał krzyż i zabrał trumnę z ciałem. Nie ma jej nigdzie. Widać nawet piekło było przeciw. I nie chciało go do siebie przyjąć.
  23. Pozbyłem się książek, zdjęć i listów, tych które były żywymi objawami mej dawnej, zdać by się mogło wtedy, nieuleczalnej i śmiertelnej choroby tak ciała tonącego w bezdni nieludzkiego upodlenia jak i duszy zapadłej w mrokach obłędu tej szatańskiej siły jaką szaleńcy w niej ostali, nazywają prawdziwą miłością. Teraz po latach, wreszcie byłem wolny od wierutnych bredni. A przynajmniej tak myślałem. I takie dowody dawało mi życie zdala od ludzi, ich świata i szalonych wyobrażeń opartych na uczuciach i marzeniach. Jednakowoż muszę z przykrością stwierdzić, że życie jednostki społecznie wykluczonej jest dość monotonne i zaplątane w ciągłość i chroniczną punktualność rytuałów dnia codziennego. Jest to ta smutna prawda, gdy możemy w zasadzie robić to na co mamy tylko ochotę a w istocie nie mamy sił i sprawczości członków oraz lotności umysłu by robić coś więcej ponad przetrwanie do zbawczego wieczora i niespokojnego, rwanego koszmarami snu. I tak wygląda dzień. Mija on na posągowym wręcz trwaniu na fotelu niczym cokole pomnika. W odmętach tej osobliwie indywidualnej i zakorzenionej w sercu rozpaczy. Czasami patrzę godzinami w biel kartek, z zawieszoną stalówką pióra nad nimi. Niczym wahadło, porusza się ona od lewa do prawa, cal wręcz od zbrukania kajetu, czarną posoką atramentu. Kartki wrzeszczą okrutnie, smagane ostrością pióra. Jak skazaniec z nagą piersią, rozpięty na stole kaźni. A pióro-wahadło rozcina jego żywot, tylko po to by pokazać sprawczość i prawdę, jedynej prawdy - śmierci. Najgorsze są noce. Gdy nie śpię po kilka z nich pod rząd a trwam niczym na posterunku. Pijany z tęsknoty i żalu. Wędruje po znajomych acz w świetle księżyca zupełnie obcych korytarzach. Patrzę na ściany i zawisłe na nich skarby. Obrazy, portrety, trofea i broń. Był taki czas, gdzie chciałem się porywać z szablą na słońce. W imię miłości, godności i praw niby mi przeznaczonych. Głupcem byłem wierutnym za młodu. Ach są i pistolety. Pożyczone wieki temu od przyjaciela. W celu tak błazeńsko prześmiewczym teraz, w celu odebrania sobie życia w imię miłości do panny, która nawet nie wiem gdzie teraz przebywa ani co u niej słychać bo rozmawiałem z nią ledwie kilkakrotnie. Ale kochałem wtedy po grób. A teraz kocham ciszę jak w grobie. Czasami światło księżyca prowadzi mnie do angielskiego ogrodu na froncie posiadłości. a czasem nawet dalej, hen do mostku nad strumieniem i sadu wiśniowego w tym roku rozkwitłego najpiękniejszym kwieciem, wyjątkowo wcześnie. Lata temu, w najstarszej jego części była postawiona jesionowa, zgrabna ławeczka z czarnymi okuciami. Teraz nie ma po niej nawet śladu. Jest tylko najstarsza w całym sadzie wiśnia, która wciąż kwitnie i owocuje. Jakby na przekór i złość temu co zdążyło już dawno umrzeć, zgnić i przeminąć a co narodziło się u podnóża jej korzeni i pnia. To tu pierwszy raz byłem tylko ja i ona. Był maj. Miłość w powietrzu. Mój wiersz dla niej. I jej niewinność. Niezdecydowanie. Wtedy to jedyny raz odważyłem się uchwycić jej uświęconą dłoń i na kolanach błagać. Wtedy uciekła, niewzruszona moimi łzami. Straciłem ją na wieki. Już na zawsze. Pamiętam siedziałem tam aż do zmroku. A potem sięgnąłem do wewnętrznej kieszeni czarnej marynarki i wyciągnąłem małe zawiniątko, pudełeczko na biżuterię. Pierścionek zaręczynowy, dowód mojego oddania i miłości. Żółte złoto z naprawdę dużym diamentem. Cena i wartość nie grały roli. Dostawała ode mnie kunsztowniejsze i droższe podarki. Jej braciom również nie skąpiłem grosza a jej rodziciel awansował znacznie społecznie, dzięki moim szerokim kontaktom i wstawiennictwu. Tylko po to by koniec końców ośmieszyć me oświadczyny i wydać pierworodną i jedyną córkę za bądź co bądź majętnego ale jednak chłopa. Skończyły się konszachty ze mną i przyjaźń. A jedyna sprawiedliwość w tym, że sam roztrwonił majątek i stanowiska. A ja opływałem w luksus na jego oczach. A pierścionek zapytacie. Zakopałem go w korzeniach tej wiśni i do dziś dnia tam spoczywa. Uświadomiłem sobie, że jest on jedynym trwałym jeszcze symbolem dawnego mnie. Więc przyszedł ten dzień, że musiałem zniszczyć i jego. By nigdy już nie korciło mnie bym mógł podarować go innej kobiecie lub co gorsza by trwał tam w dole jak drzazga, jątrząc me niespokojne i chwiejne myśli. Ziemia była przyjemnie zimna i mokra gdy zagłębiłem w niej palce. Nie mógł być głęboko a ja chciałem odkopać go jak najszybciej… Na tyłach sklepiku mojego przyjaciela, był maleńki, lekko zagracony pokoik, wyłożony dębową mozaiką i pomalowany w barwach letniego nieboskłonu. Szczerbaty już na rogach stolik o lekko odklejonym blacie, poplamiony resztkami świec czy jadła, służył nam teraz jako stół do pokera i stolik kawowy dla srebrnego serwisu. Graliśmy jak prawdziwi zawodowcy, z rzadka jedynie odrywając wzrok ku filiżankom lub kartom a skupiając go jedynie na swych lekko spoconych i zmarszczonych obliczach. Przegrywałem okrutnie i choć stawki nie były duże to jednak portfel stawał się coraz chudszy w mojej kieszeni. I choć zawsze graliśmy dla zabawy mimo stawek za prawdziwe pieniądze, to dziś było mi nie do śmiechu. Wreszcie gdy znów postawiłem na przegraną trójkę asów, pojawiło się w drzwiach chwilowe wybawienie w postaci dorosłej już prawie panny, córki mego druha. Patrząc na to jak jej ojciec ściąga banknoty ze stołu i chowa do kieszeni, obrzuciła mnie chłodnym acz dość współczującym spojrzeniem. Ojciec ogra dziś pana do cna. Przegra pan nawet pierścionek a chciał go pan przecież sprzedać. Wyjąłem go na blat. I każde z nas zatrzymało na nim wzrok. Przez te piętnaście lat nie stracił nic ze swego blasku i urody wykonania. Był tak samo piękny jak kobieta dla której go zamówiłem i dla której powstał. Takie błahostki jak on nie mają dla mnie żadnej wartości moja droga, dlatego chcę się go pozbyć… ile za niego dasz przyjacielu? Jak dla Ciebie to dziesięć tysięcy. Jego córka stanowczo zaprotestowała. Ależ ojcze, to pierścionek zaręczynowy, symbol uczucia, miłości i oddania. Symbol szczęśliwego pożycia i związku. Czy pana wybranka umarła, że sprzedaje Pan go tak po prostu? Żyję moja droga i ma się jak najlepiej. Ma męża i dwoje wspaniałych zapewne dzieci. A pan… Nie dałem jej skończyć. To ja umarłem i już nigdy się nie odrodzę. Jesteś zbyt młoda by to zrozumieć. To nie symbol miłości a klęski. A ja chce żyć bez wspomnień i przyszłości. Chcę tylko żyć. Nie wracać do przeszłości. Mnie czeka już tylko jedno wesele moje dziecko. Gdy śmierć mnie w tany porwie, na parkiet swego wesela. Tak więc mógłbym zachować pierścionek i wręczyć go pani szczególnej. Tej która zbawi mnie pewnego dnia od ciężaru największego. Mojego przegranego życia.
  24. Gdzieś w głębinie umysłu ślepca. W ciemnościach nieruchomego oka. Gdzie dźwięk rozmów jest podobny do szczebiotu zarażonych lodowym wichrem wróbli. Siedź sobie w niewiedzy ślepcze. Nie dawaj w ten świat kroka. Świat jest już pustynią. Pozbawioną ludzi, techniki i kabli. Całoroczna polarna tundra. Bez nawet chwili temperatury dodatniej. Wszystko zdziczało i tylko w sidła śmierci zaprasza. A w sercach ocalałych jest jeszcze chłodniej. Z zimna umarła moja dusza. We flakonie zaschnięty róż bukiet. W którym niegdyś chowały się trzmiele. Nic teraz nie znaczą. Stary pakiet. Umiera rasa ludzi. Kurczy się wegetacji pole. Nie uchronią od śmierci mikstury, czary, najgrubsze tkaniny. A życiodajny ogień będzie niczym waluta. Umiera świat bez modlitwy i winy. A oto boża kara i ludzka pokuta. Ślepcze, Twój wyraz twarzy tak surowy. Umrzemy razem. Ja do końca Twój sługa. Ostatnia wieczerza. Zapach śledziowy. Śmierć z głodu i zimna jest jak noc polarna długa. Wiersz pisany w roku 2013 przy utworze "Freezing Moon" zespołu Mayhem
  25. Nie potrafię już inaczej pokazywać i przekazywać swoich myśli i uczuć jak przez poezję. I choć nie mam nawet najmniejszych zdolności plastycznych to jednak zawsze malowałem wyobrażonym słowem. Jedyne myśli, które po mnie zostaną, to te spisane w wiersze. Tylko one utworzą mój idealny portret mój... "Portret trumienny" Chciałbym napisać co czuję. Nie warto. Chciałbym powiedzieć jaki jestem. Ty słuchasz już innego. Chciałbym pokazać, że jestem czegoś wart. Nie jestem i świat to bezlitośnie punktuje. Ty nawet nie musisz zapomnieć bo nigdy nie dane ci było być i pamiętać. Więc to ja zapomnę o życiu w kolaboracji ze światem żywych. Otwieram oczy. Nie mogę już znieść widoku świata. Zamykam je. Spokojnie i bez lęku, spadam w bezdeń czeluści swoich chorobliwych przekleństw. Takim mnie stworzyłaś. Więc teraz drwij z umysłu szaleńca. Zamknę się na wieczność. Bo kto przygarnie poetę nudnego? Żyje już tylko duchem nie ciałem. Zbudowałem sobie zamek na kompletnym odludziu. Cegły wypalałem z najgorszych wspomnień i szyderstw. Strzegą mnie zaklęcia starsze niż byty z Yuggoth. Pełna lawy fosa obronna. Dla mnie miłość jest zgubą a samotność to życia wiecznego fontanna. Nie zaryzykuję by kolejny raz napić się ze źródła już wyschniętego. Postacie duchów w korytarzach i te na portretach schodzą mi z drogi. Nawet świat nadprzyrodzony mnie unika. Mój pokój pozbawiony barw. Moje zimne prosektorium. Duchy walą do drzwi. Belki u sufitu one są twardsze niż moja wola i zraniona dusza. Nie schody złote i windy prędkie zabiorą mnie do nieba. A z zamocowaną u końca ramienia pętlą, miłosierny dla takich jak ja odszczepieńców dźwig.
×
×
  • Dodaj nową pozycję...