Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

@beta_b Świat przybrał pozy sztuczności, pustych obietnic i wymagań - obiecuję się szczęście, pod warunkiem braku zastosowania się nad tym, czym ono jest, a czym nie. Wiersz Twój zatrzymuje i nakazuje się na tym zastanowić właśnie.

Opublikowano

@huzarc Strach przed koleją żelazną był nieuzasadniony ;) - krowy mleko nadal daǰą.

Ale czy AI i wygoda zmotywują do myślenia? Usłyszałam opinię dot. pożaru w Szwajcarii, że młodzi ludzie nie ryzykowali wyǰścia, nie szukali rozwiązań. Pytanie czemu? Nie wierzyli, że to dzieje się naprawdę? I że nie mają drugiego źycia w zapasie... pozdrawiam, bb

@Charismafilos podzielam.

Trudno przejąć kontrolę nad wszechobecną sieczķą. To walka z presją społeczną i powszechnością produktu. Kijem Wisły nie zawrócisz, ale... możesz nią płynąć, w sposób świadomy. 

Pozdrawiam, bb

Opublikowano

@beta_b Tak, było to charakterystyczne, patrzyli jako część show bez konsekwencji i ten zanik rozpoznawania konsekwencji, czy nawet czasu, który staje się tylko funkcją wirtualną zaczyna wyznaczać wektory postaw i reakcji. Z drugiej strony, to sterylne wychowanie pozwala snuć przypuszczenie, że duża część z tych osób nigdy nie miała do czynienia z żywym ogniem wcześniej, nigdy nim nie spożyła się, nie użyła zapałek, bo i gdzie, i po co.

Opublikowano

Szlak mnie trafia na widok gładkich maili z podzìękowaniami, które tchną sterylnoścìą, filmików AI i życzeń świątecznych z filtrem takim, że człowieka nie poznasz. DZISIAJ MUSISZ ZAKLASKAĆ USZAMI, żeby zwrócić na siebie uwagę, w ramach rozwoju marki własnej i wsparcia AI. Forma i wodotryski.  Gdzie się skończy show a zacznie prawda? Z odcięciem prądu w sieci? 

Opublikowano

Sylwester, alko i dragi, euforyczny nastrój, śmiertelne zagrożenie no i panika to real rzeczywiście bardzo odległy od gładkiego świata Internetu z bezpieczeństwem, które można ogarnąć wyłączając komputer. Nikt z uczestników i ofiar nie miał doświadczenia, może też zabrakło kogoś, kto mógł opanować sytuację, a wiemy, że właściciele uciekli.

Pozdrawiam

Opublikowano

@beta_b

Mocny tekst o sprzedawaniu dzieciństwu gotowych narracji. Szczególnie uderza ten "algorytm wybierający historie" - rodzicielstwo przestaje być wspólnym odkrywania świata.

Dwuznaczne zakończenie pasuje do tego, jak wiersz balansuje między krytyką a... cóż, rezygnacją? Świadomością? To ważny tekst. Pozdrawiam

Opublikowano

@Marek.zak1 przyczyny bada komisja, świadkowie zdadzą relacje. A co do zachowań młodych, jestem skłonna wierzyć, że wychowanie w kulturze kilku żyć ma wpływ na instynkt samozachowawczy.

@Berenika97 Można żyć bez myślenia. Oddychanie to automat. 

@MIROSŁAW C. W Australii ustawa zakazuje dostępu do globalnych (social)mediów dla dzieci i młodzieży. I za tym prawem głosowało 80% społeczeństwa. Może to kierunek? Świadome ograniczenia. Ale sztucznej chyba nic nie zatrzyma. Chyba, że blackaut. ;)

 

Dziękuję za lekturę, bb

Opublikowano

Okrutny świat daliśmy dzieciom, to prawda. Najmłodsze miało 14 lat... skąd ono tam? Może przesadzam, bo przecież dzieci są teraz takie rozwinięte, na antybiotykach w mięsie obfite kształty pojawiają się jak na pstrykniecie palcami, czyli co? Już wszystko wiedzą i mogą... no mogą... się pomylić. Bardzo wstrząsnęła mną ta wiadomość, te filmiki kręcone... kręcone i kręcone nawet wtedy, kiedy trzeba było zbierać ludzi ze schodów i odblokowywać wyjście... 

 

Pozdrawiam :)

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • @Migrena   To chłodna, a jednocześnie pełna bólu wiwisekcja układu, w którym zabrakło odwagi na koniec. Znakomite studium trwania. Świetne pióro!
    • @Toyer Miłość rządzi się swoimi prawami. Czasem to smutek, a czasem radość. Wszystkie jednak te koleje losu, dobrze się wspomina na starość. 
    • Rozumiem, mam podobnie. Pozdrawiam. 
    • @Łukasz Wiesław Jasiński, Dziękuję za obecność pod wierszem. 
    • Na stole teksty poszarpane, poplamione stronice. Pogięte okładki… Gdzie? Co? Nic nie wiem. Nie wiem, u licha! Ale bal trwał w nieskończoność. Do samego końca dojmującej treści. Powiedz mi, dlaczego tak było, tak było? Echo odbija się od ścian, majaczy pogłos wielokrotnych powtórzeń i westchnień: o, dzieło moje jedyne! O, dzieło…   Majaki przychodzą i odchodzą. Czas poplątany. Czas chciwy. Natrętne obrazy. Co jeszcze mnie tak męczy? Wszystko! Albowiem wszystko. Zdjęcia rozsypane. Czarno-białe pejzaże. Głębokie otchłanie przeszłego czasu. Jakieś listy nie wiadomo do kogo i przez kogo pisane. Stosy papierów. Wiersze wybrane, Bal w operze, Kwiaty Polskie… to znane, a reszta? Nie wiem… Zostawcie mnie. Dlaczego się tak na mnie patrzycie? Kto? Kto? Moje własne odzwierciedlenia. Moje imaginacje. Julian Tuwim stoi przy oknie w jakiejś takiej niedbałej pozie. i opierając się o parapet pali papierosa. Wypuszcza kłęby błękitnawego dymu. Patrzy się na mnie czujnie i z trwogą: co ja tu kombinuję, co sobie wyobrażam: On próbuje pisać!… Patrzy się z wyższością i zażenowaniem. Spogląda na kogoś, kto siedzi przy stole i pisze albo spogląda w sufit pełen pajęczyn i kurzu. Spogląda i nie dowierza. Jak ktoś taki mógłby… - jak ktoś taki… Wiesz, powiem ci, jedyna: Tak. To już kiedyś było. Tylko że kiedyś był to Albert Camus. Stał w podobnej pozie i też palił papierosa. Teraz Julian. Dlaczego akurat on? Patrzą się na mnie twarze spłowiałe. Tu i tam. Uśmiechnięte. Zastygłe. Fotografie rozrzucone na stole, podłodze… Julian już zniknął. Rozpłynął się w smudze zachodzącego słońca. Takiej pomarańczowej i bystrej. I cichej. Tak przerażająco cichej. Cichszej od szumu płynącej krwi. Od szumu piskliwej w uszach gorączki. Przystawiam do oka butelkę. I poprzez płyn przezroczysty, niezmącony niczym. Poprzez płyn spoglądam w ten dziwny poblask natury. Julian się rozpłynął. Zniknął. Powrócił? Dokąd? Do piekła? Czyśćca? Raju? Boska komedia leży na stole, gdzieś w odmętach pogniecionych, zatłuszczonych szpargałów… Trącam dłonią szklankę. W ferworze jakiejś wewnętrznej walki albo gniewu. Albo po prostu: tak niechcący. Przez nieostrożność. Nieuwagę. Zmęczenie nieskończoną nocą. Wywraca się i tłucze na miliony lśniących kawałeczków. Rozlewa się na stole plama. Strumienie trunku spływają po drewnianej nodze na klepki podłogi. Na dębowe. Ułożone w jodłę. Na rozmaite esy floresy sęków i wiekowych słojów, które pamiętają jeszcze kroki mojej matki… Za oknem trwa straszliwy pęd przemieszczania w czasie. Teraźniejszość staje się odległą przyszłością. Omiata mnie blask unicestwienia. Nieokiełznana struktura kryształu. Postać dziwnego słońca, jak w kalejdoskopie. Oślepiająca jasność wydobywa się z wnętrza przedmiotów. Ze wszystkiego. Ze mnie...   Lecz, co to? Budzę się. Noc. Światło zwykłej wiszącej lampy nade mną. Leżę na podłodze. Tuwim właśnie wychodzi ze swojego mieszkania. Widzę przez ściany, które są przezroczystą szybą. Choć nie. Jestem tam. Na ulicy, w mroźny dzień styczniowy. Nagie drzewa. Wiatr sypiący w oczy drobinkami lodu. Niebo stalowe. To znowu słońce. I znowu cień obłoku na twarzy… Stoję opodal, niewidzialny. Przezroczysty jak powietrze. Jak absolut nieistnienia. Jak nic. Tuwim w ciemnym płaszczu i w kapeluszu. Wychodzi z kamienicy. Wychodzą. On i jego żona w futrze. Kilka rzeczy. Kartonowe pudła nikną na pace ciężarówki. Ktoś się patrzy. Obserwuje z ukrycia. Z któregoś piętra. W oknie. Spoza firanki. W szarości dnia. W szarej poświacie mżącej pikselami czasu. W szarym oknie przesłoniętym szarą firanką zapomnienia. Ktoś się patrzy. Nikt. Już nikt... Zaciskam mocno powieki. Otwieram...   Na ulicy oślepiająca plama czerwcowego słońca. Na chodniku rozedrgane cienie gałęzi. Drzewa szumią zielone. I kwiaty w donicach. Te właśnie róże czerwone. Uśmiechnięte. Ogromny skwar osiada leniwie na twarzy. Na włosach. W którejś godzinie upalnego, dusznego lata. Wspomnienie przeszło, minęło. Jakieś dzieci biegną piskliwie niczym owadzie piszczałki, machając radośnie pół-przezroczystszymi skrzydełkami. Faeries. Przebiegają po dawnych śladach, kogoś, kogo już dawno nie ma. Przechodnie. Samochody. Rozgwar szumiącego miasta i obojetności. Ściana kamienicy niby ta sama. Te same drzwi. I okna te same. Lecz nie ma już.. Lecz już… Rozpływa się wszystko w teraźniejszości opadającej powoli. Tak zwyczajnie. Tak najzwyklej.   (Włodzimierz Zastawniak 2026-06-22)    
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...