Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Pojechał tuż po 13, chociaż takie sprawy załatwia się raczej w godzinach porannych. Wziął czarną, skórzaną teczke by się nobilitować w oczach znudzonych mieszkańców tej zapyziałej i pachnącej kresami mieścinie. Mógł wziąć swój tradycyjny, kolorowy plecak, lecz był on nazbyt dziecinny by załatwiać sprawy niemal urzędowe. Zapytał o drogę. Uzyskał odpowiedź i nieśpiesznie, uzbrojony w aktówkę, zawadiacko medrającą u to prawej, innym razem lewej nogi, kierował się w uprzednio obranym celu. Szukał pewnego budynku. Doszedł do niewielkiego skrzyżowania i obserwował budynki ze schodkami, lecz żaden z nich nie przypominał Ośrodka Sanitarno-Epidemiologicznej. Skorygował swoje niewłaściwie zapatrywanie i zasięgnął informacji u dwóch kobiet, ciągnących walizki na kółkach i zawrócił o kilka domów.

To było to. Zdziwił się, że budowle tego typu ma pod opieką firma ochroniarska, lecz w obliczu wizji ataków bakteriologicznych nawet w takiej pipidówie zapanowała terro-histeria. Wszedł przez drzwi pamiętające pewnie Gomułkę. Było niezbyt jasno. Bezzapachowo. Ściany pomalowane emulsją na biało, drewniane posadzki. Po lewej stronie krzesło z mężczyzną w średnim wieku siedzącym na nim, który wypełniał jakies papiery. Na wprost siebie miał schody, z lewej ich strony ciagnął się korytarz z rzędem drzwi. Jedne się otworzyły ukazując kobietę średniego wzrostu w białym fartuchu. Zdziwionym wzrokiem patrzył na nią i niego do momentu gdy człowiek nie spytał:

- Pan może tutaj?
Odpowiedział dziwnym tonem: - Ja..? Na badania, ale nie wiem gdzie się udać.
- To prosze na górę, schodami.
- Dziękuje uprzejmie.

Dosyć szybko pokonał schody, znajdując się na piętrze. Tutaj niska blondynka spojżała na niego przez chwile, wymienili kilka słów i zostawiła go przed gabinetem z napisem "Tylko dla personelu, pukać by wezwać pracownika". Jednak przez szeroko uchylone drzwi nie wysondował niczyjej obecności. Pozostało mu czekanie. Miał więc czas, by dokładnie zapoznać się z wszelkimi instrukcjami jak dokonać pobrania wymazu oraz co do wypełnienia karty badania. Nie czekając zbyt długo zabrał się do wypełniania obustronego druczku. Niemal skończył, gdy podzeszła do niego wysoka brunetka z niebieskimi oczami, wyglądająca na około 35 lat.

- Dzień dobry, ja na badanie, już zacząłem postępować zgodnie z instrukcją, tylko wciąż nie wiem za wiele jak to się odbywa...
- Tak, prosze wypełnić kartę, wziąć probówkę z patyczkiem, zejść do pobieralni wymazów, wrócić... i dać mi to razem z wypełnioną kartą. Zrozumiał Pan?
- Myśle, że tak. A więc zabieram sie do dzieła. Zaraz wracam. A czy mogę zostawić tu teczkę?
- No... Wie pan. Jeśli tam jest kasa to może lepiej nie... teraz to nigdy nie wiadomo.
Pomyslał, że "siostra" przez to usiłuje mu przekazać, że nie ma zbyt silnej woli czy też kleptomanię, dlatego wolał za wczasu ustalić z nią zakres ewentualnej"inwigilacji"
- Tam raczej nie ma skarbów, zresztą... Może pani sprawdzić.
- Oh, gdzież bym śmiała, nie skorzystam - Powiedziała z szarmanckim uśmiechem, wodząc oczami za schodzącym już na parter Chłopakiem.

Otworzył trzecie drzwi od lewej z napisem: "Pobieralnia..." Ukazała mu się... najzwyklejsza w świecie wc, która wyróżniała się może mikroskopijnymi rozmiarami tak, że przy jego słusznym wzroście, niewiele brakowało by dosłownie bił głową o sufit. Poczynił zgodnie w instruktażem wsuwać patyczek tam, gdzie... Zawsze jest ciemno. Powinny być widoczne ślady strawionego pożywienia, konkretnie ekskrementów. Jednak niczego nie zaobserwował.
Tego mógł się spodziewać. Przecież nie jadł od 3 lat. Czasami co prawda wydalał [co świadczy o stopniu zaśmiecenia organizmu, nawet w młodym wieku], lecz przecież żywił się jedynie sokami. Chwila konsternacji. Przecież potrzebował tych badań do podjęcia pracy. a tu co - gówno. A raczej jego brak stanowią nie lada problem. Próbował jeszcze przez kwadrans czeprać patyczkiem jak najglębiej by coś jednak pobrać. A tu klops. Bo niby co powie pani w fartuchu? Że doszedł jakiś czas temu do wniosku, że wyżywi go miłość kosmosu oraz własna? Że codzienna godzina uśmiechania się do siebie przed lustrem zastępuje mu 2500 kalorii? Dla niego powyższy fakt był "chlebem powszednim" [ a raczej brakiem chleba powszedniego], lecz przekonanie kogokolwiek, wg niego było syzyfową pracą. Może i miało to sens - nowy wiek, wielu poszukujących, ale nie chciał się bawić w prorokowanie. Chciał tylko żyć dalej po swojemu. Wg swoich zasad. Porazając innych nowatorstwem. No bo jak można nie jeść?!...

Już dawno wszem i wobec został uznany za wariata, czubka, świrusa, pojeba, wykręta, frika, szajbusa, dziwaka itp. W najlepszym przypadku uważany był za egoistę, narcyza i egocentryka. Czy to siła woli, czy też niespotykany wręcz fakt sprawiały, że nigdy się specjalnie nie wysilał, jednak niemal zawsze miał, czego chciał. Jeśli tylko zechciał.
Przy całym swoim aspołecznym zdziwaczeniu i niekompatybilności potrzebował jednak czasem zaistnieć w trybikach biurokracji, pod egidą systemu gloryfikującego szablon. Zależało mu na pozytywnym wyniku badań.

Wracając do domu uśmiechał się do siebie, jak zwykle "oszczekał" go pies sąsiada. Bydle głupie, acz zadbane, gdyż rasowe. Takie to małe nic a wymodzone jak Cindy Crawford. Popatrzył na niego złowrogo z domieszką pogardy - jak zwykle. Czasami posłał mu jakiś kamyk na grzbiet, ale dziś w jego głowie zakiełkowała niepokojąca myśl. Wymagało kombinacji mięsno-usypiającej oraz szalonej głowy.
* * *

Po 10 dniach od oddania pierwszego wymazu, mężczyzna mógł odebrać książeczkę sanepidu. Była nowiutka, pachnąca. To jego przepustka i szansa na lepszą przyszłość. Co prawda Badające nigdy przedtem nie widziały, aby wymazy charakteryzowały się takimi wynikami, ale cóż. Znak czasów. Gdy pierwsza fala zdziwienia ucichła, po prostu machneły ręką. "A co nas to obchodzi, teraz w końcu żrą byle co"

Opublikowano

Piszesz pod "kasztelańską", że język niekonsekwentny, ale chyba nie zadałeś (aś?) sobie trudu przeczytania tego, co wkleiłaś (eś?) -

"po lewej stronie krzesło z mężczyzną w średnim wieku na nim, który wypełniał jakies papiery" - zdecyduj się o kogo chodzi

"Wracając do domu, jak zwykle oszczekał go pies sąsiada" - pies wracał do domu czy bohater wracał do domu? bo ze zdania wynika to pierwsze.

I tak jeszcze x razy w całym tekście. Wstrzymuję się od innych uwag, ciekaw jestem co powiedzą inni.

Opublikowano

Uzyskał odpowiedź i nieśpiesznie z aktówką zawadiacko medrającą u to prawej, innym razem lewej nogi kierował się w uprzednio obranym celu w stronę budynku, który go interesował. = no coś nie bardzo... i literówka i budowa i wogóle...

Zkorygował = brrr...... skorygował

zawrócił kilka domów = ooo, a jak on to zrobił? to jakiś herkules chyba!

w obliczu wizji = nie gra mi

Było niezbyt jasno, drewniane posadzki, po lewej stronie krzesło z mężczyzną w średnim wieku na nim, który wypełniał jakies papiery = kolega Freney już się wypowiadał...

Jedn = e?
sredniego = ś
nia = ą ......... no brzydkie te literówki, w kilku zdaniach? czytał Pan to choć raz przed wklejeniem?

patrzył na nia i niego = może na nich?

prosze, dziękuje, chwile, myśle, sie ....no wie Pan? ę ę


. tutaj =hm, T

(skutecznie mnie Pan zniechęca do dalszego czytania, ale jeszcze parę linijek zdzierżę)

tutaj niska blondynka spojżała na niego przez chwile, wymienili kilka słów i zostawiła go przed gabinetem z napisem "Tylko dla personelu, pukać by wezwać pracownika" jednak przez szeroko uchylone drzwi nie wysondował niczyjej obecności. = toż to kobyła! no może by chociaż przecinki!?

oraz co do wypełnienia = oraz jak wypełnić...

zakres "inwigilacji" = kropka.

wyketa = ?

pod egidą systemu gloryfikującego unifikacje= to się pan wysłowił...

Gdy pierwsza fala zdziwienia, po prostu = może minęła ta fala?
....................................

nie no błąd na błędzie, ominęłam wiele z braku sił
treść...
a mogę szczerze?
tylko niech się pan nie obraża, ale odnoszę wrażenie, że całe opowiadanko powstało pod wpływem jednego stwierdzenia, nawet zacytuję "a tu co - gówno. A raczej jego brak"
nie widzę tutaj nic głębszego.

Serdecznie pozdrawiam
Natalia

ps, proponuję następnym razem zamieścić coś ciekawszego a przede wszystkim bezbłędnego ortograficznie i stylistycznie.

Opublikowano

Nie dobrnęłam do końca, nie widziałam takiej potrzeby. Tekst jest przeciętny, jak wypracowanie ucznia gimnazjum.
Proszę się nie poddawać i postarać napisać coś innego, żeby się wybronić.

Pozdrawaim,
Marion

Opublikowano

Początek mało ciekawy: jakieś poszukiwania, mętne i kulawe, ale to już zostało drobiazgowo skomentowane i moim zdaniem do naprawienia. Moja ciekawość wzrosła w momencie ( wiem jak to zabrzmi, ale niestety to prawda) kiedy bohater grzebał patyczkiem i nie znalazł.. wiadomo czego. Kim był ten dziwny gość żywiący się miłością kosmosu i własną"?
Mógł to byś niezły pomysł na thiller, atak wyszła psia kupa.
Pozdrawiam serdecznie.

Opublikowano

Napisane toto jest fatalnie (a mnie od niechlujów kiedyś wyzywano na tej stronie, hłe hłe) FATALNIE!!!
Przedewszystkim, żeby doprowadzić tekst do uzytaczności pblicznej, trzeba go skrócić do połowy strony znormalizowanego maszynopisu. Na tyle wystarcza zwrotów akcji i pointy. Jezeli już takbys to okroił, zostawiając patyczek, żywienie się usmiechami i pointę - t potem trza by jeszcze błędy wyciąć - i to co zostaje to jest perłka proszę państwa. Ja lubię takie rzeczy. Naprawdę szkoda, że tak beznadziejnie i dennie to jest napisane.
ps
szanowny autorze, pozwól mi na korekte tegoż tekstu i zamieszczenie go na tej stronie. Twoja wizja + moja wizja. Twoje nazwisko (i moje małym druczkiem) zobaczymy co inni powiedzą? Hę? Eksperymencik?

Opublikowano

No, Panie/Pani Mało Ważny, po co się tak unosić. Kolega Marchołt nieco szorstki, ale dobrze chce. Jednak wątpię, by z Johnem Doe chciał... No, i wciąż się dopraszam pogłębienia płycizn w Kasztelańskiej, to trochę ważne dla mnie.

Opublikowano

Mam (dzięki Marchołtowi) pomysła. Proponuję otóż, by każdy z nas napisał opowiadanie na ten sam- może być jakaś informacja z prasy- temat. Dajmy sobie miesiąc czasu i na przykład na Mikołaja zamieścimy tu swoje utwory. Jeśli akceptujecie pomysł, czekam na propozycję tematu.

Opublikowano

Odzew będzie. Dam znać Marcholtowi jaka jest propozycja, bo nie dalej niż przedwczoraj mówił mi o temacie, jaki ma zamiar zaproponować w nieco innym towarzystwie :) Tymczasem ja toże przemyśliwam nad tematem. Do usłyszenia, pióra w dłoń :)

Opublikowano

Nie wiem czy ktoś to przeczyta, oto temat o którym freney mówił:
1.Wybrać swoje ulubione zwiaeżę. Najukochańsze, najwspanialsze. Serio.
2. Opisać je.
3. Ale w taki sposób, aby czytelnik je znienawidził, pomyślał "ale bydlę", nigdy bym takiego nie chciał, należy je wszystkie wybić, powinien byc zakaz istnienia dla takich zwierząt, etc.

Chodzi o to, zeby opisac coś wbrew sobie. A nawet przy całkowitym sprzeciwie. Mało to wprawdzie mikołajkowe, ale nie miało byc mikołajkowe.
jak są inne pomysły (o mikołaju, tak?) to też się piwszę. Ale ustalmy temat np. do końca tygodnia, ok?

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • @.KOBIETA.

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

      A gdybym, mimo woli, kiedyś Ci dopiekł - pomyśl: "rodziny" się nie wybiera
    • Zamknąłem oczy na chwilę i chyba przysnąłem. Obudził mnie dźwięk tłuczonego szkła więc zerwałem się z fotela w którym uciąłem drzemkę by sprawdzić przyczynę hałasu ale tak szybko jak wstałem pojąłem co się stało. Że to był sen w którym zbiłem lustro, pięścią z całej siły, i byłem kobietą w tym śnie to dziwne i był ten obleśny nieznany mi mężczyzna po którego wyjściu za drzwi uwolniłem swoje emocję rozbijając lustro. A więc moja wyobraźnia zbiła lustro? Zażartowałbym pytaniem czy to się wlicza do lat nieszczęścia ale bardzo ciężkie negatywne emocje które towarzyszyły sennym wizjom, które przeżyłem w śnie jakoś nie opuściły mnie wraz z otwarciem oczu. Czuję się fatalnie, jak czarna nicość, jak coś najgorszego i to z powodu kilku krótkich scen we śnie. Dzwoni telefon który wyciszam bez sprawdzania kto to, nie mam ochoty na ludzi, gaszę światło, zasuwam firany. Siedzę tak w ciszy i ciemności a wgłowie krzyczy mi płacze żali się wypomina. Nie zaznam spokoju wiele godzin aż wstanie dzień i pójdę sobie zrobić kawę. Dziś nie jem śniadania żołądek mam ściśnięty tym zdarzeniem ze snu jakby wydarzyło się naprawdę, nie mam apetytu i choć nieraz zmuszam się zdroworozsądkowo do odżywiania wiedząc że to dobre dla mojego organizmu tym razem dusza wygrywa nad ciałem i tylko wypalam dwa papierosy do mojej kawy. Pójdę do pracy i mi przejdzie- myślę bo wiem że tam myśli zajmą się czymś innym a jednak wbrew sobie poddaje się chyba swojej podświadomości i wybieram numer do firmy informując przez sekretariat że dziś mnie nie będzie. Zasłaniam szczelnie okna stawiam popielniczkę możliwie blisko wyciszam się w ciemnościach. Medytacja nie przynosi skutku. Niepokoi mnie ta wizja ze snu. Nie tylko zbite lustro ale cały klimat tej sceny. NIe umiem nazwać ani emocji, ani uczuć jednak wiem że są złe, niedobre. To bardzo ciężkie i przytłaczające myśli choć niesformułowane niepokoją mnie jak krajobraz oceanu nocą. Szybko kończą mi się papierosy, musiałem wypalać jednego po drugim niezuważenie gdzieś goniąc myślami po zakamarkach tego czego doświadczam by to poznać. Nie poznałem i nie mam papierosów. Kim jestem bez tych szlugów? Chyba sam siebie bym nie rozpoznał mijając się na ulicy gdybym nie trzymał papierosa między palcami w ustach. Jakby tego było mało że w moim wieku nie wiem kim jestem to jedyna moja tożsamość jakiej jestem pewien w tej chwili niknie. Albo będę kłębkiem nerwów tu zamknięty w ciemnym pokoju mojego mieszkania i z każdą chwilą będę obserwował rosnące objawy napięcia i głodu nikotynowego jak drżące ręce i nerwowe oddechy albo będę kłębkiem nerwów w drodze do sklepu, po ulicy, do ludzi i w śród ludzi. Już dawno zrozumiałem że nie nikotyna mnie uzależniła a poczucie zasłony jaką tworzę tym papierosem, dymu którym odgradzam się od innych, skupienia na sobie które zapewnia mi palenie. Nawet nie musiałbym wciągać tego dymu wystarczy sama świadomość że ćmi mi się w dłoniach ten mój przyjaciel jak maska, jak dystans od świata. Minie czas i pójdę jak na skazanie po kolejną paczkę tymczasem uciekam się do wszystkiego by odwlec tą chwilę do jak najdalej od teraz. Do wszystkiego w moim stanie oznacza rozpadnięcie się w fotelu i wbicie wzroku w sufit i coraz wolniejszym miarowym zamykaniem powiek. Medytacja? Nie sądze medytacja oczyszcza myśli i rozjaśnia moje stają się coraz bardziej brudne i zabarwione na czarno, czuję coraz większy niepokój, mam wrażenie że słyszę szum krwi w sercu. Toksycznej nieczystej krwi, zamkniętę oczy podsuwają mi widok jak na tym samym fotelu ktoś taki jak ja siedzi patrząc w sufit a z otworów ciała oczu uszu nosa sączy się krew i kapie po dłoniach, palcach na podłogę w coraz większą kałużę. Przeciągam palcami po spodzie dłoni które są mokre przerażony otwieram oczy i patrzę na uniesione na wysokość twarzy swoje ręce. Są tylko spocone, albo aż spocone bo nigdy nie pociły mi się ręce. Muszę iść po papierosy myślę i wstaję by ruszyć do drzwi w korytarzu mijam lustro iprzyspieszam wiedziony jakimś dziwnym przeczuciem nie chce widzieć ani swojego w nim odbicia ani lustra jako przedmiotu. To nie jest rzecz z dobrą karmą podpowiadają mi myśli jest w nim wiele zła uwięzione. Chciałbym tego nie wiedzieć i nie rozumiem skąd w mojej głowie takie myśli, wyrażane z taką pewnością jak oczywistość. Nie dyskutuje wtedy tylko słucham i mam wrażenie że ktoś kto je tam wkłada czerpie satsfakcję im bardziej przerażony żyję tą wiedzą. Przed drzwiami domu uderza mnie słoneczne światło upał ptaki liście na drzewach chcę się wycofać ale zdołałem już zamknąć drzwi na klucz zresztą potrzeba ucieczki w papierosa jest już nie do zniesienia więc zaciągam kaptur grubej bluzy jak najniżej na oczy a wzrok wbijam w chodnik. Kolejne kroki, byleby nikogo nie minąć byle nie zagadał byle nie spojrzeć w oczy byle uniknąć kontaktu choćby o kilkadziesiąt centymetrów. Sklep jest udręką. Niesamoobsługowy duży obiekt i jedna niskoopłacana kasjerka która z wyraźną niechęcią spełnia kolejne prośby z listy zakupu klienta który mówi by mu podać to i to ona idzie, wlecze się stękając i wzdychając bierze towar z półki przynosi na ladę nabija na kasę a klient że jeszcze to i to. Kolejka na kilka osób za długa dla mnie o wszystkie z kilku osób ale nie mam wyboru czekam i pocę się coraz bardziej płynę przerażony ogromem ludzi i ich bliskością. Niech nikt mnie tu nie zauważa proszę to w co wierzę w swoich myślach niech jestem niewidzialny, niech się nie oprze, nie przesunie obok niech nie trafi torbą z zakupami. Sekundy jak z gumy rozciągają się lepiąc każdy brud tego miejsca do mojego ciała. Zwymiotuje smrodem który nie jest zapachem a odorem myśli i sumień tych ludzi obok. Umiem oddychać ich moralnością. Zazwyczaj to okropny odór nie do wytrzymania smród z brudnych myśli, owrzodzonych czynów. Kto jest bez winy ten pewnie pachnie jak wata cukrowa, albo jak polna łąka. Nigdy mi się nie zdarzyło spotkać osoby przy której poczułem się dobrze i czysto. Zbiera mi się na wymioty ale nauczyłem się nad tym panować. Początek kolejki jest coraz bliżej, spokojnie znoszę niechęć sprzzedawczyni zza lady i nawet trochę jestem jej wdzięczny za tą szczerość z jaką traktuje klientów. Bo nie o to chodzi byśmy kogoś udawali albo coś przed kimś choć ktoś powie że lepiej być fałszywie miło potraktowanym mi jednak taka swoboda na jaką pozwala sobie ekspedientka pozwala na swobodniejsze oddechy, atmosfera choć ciężka i brudna jest jakby bardziej przejrzysta. Biorę kilka paczek i butelek wina i whiskey. Po tym doświadczeniu wiem że nie zbiorę się przez kilka dobrych dni do opuszczenia mieszkania, więcej nie odsłonie zasłon by przypadkiem nie dostrzec jakichś ludzi spacerujących po ulicach. Wracam do domu jak tylko szybko można chodzić z wzrokiem wbitym w chodnik. Kilkadziesiąt kroków i w prawo i już moją ulicą kolejnych kilkadziesiąt kroków, bramka podwórko zakręt kilka schodków nerwowo szarpie się z kluczem w zamku naciskam klamkę w pośpiechu od progu odkladam siatki z zakupami i rygluje czym prędziej drzwi. Odłączam dzwonek. Nie ma mnie dla nikogo. Niestety sam dla siebie tu będę choć wolałbym nie. Dla siebie i dla tego absolutu który pcha mnie przez tą wiedzę o nieczystościach, o brudzie, który wpycha mi w głowe te myśli śmierdzące rozkładającymi się trupami. To umiera ludzkość, gnije od wewnątrz już a zacznie gnić skóra niebawem jak mówi kolejne przeczucie. Uciec? Nie da się uciec wiem to. Mógłbyś powiedzieć że śmierć jest ucieczką jednak ja wiem że nie jest a potem jest jeszcze gorzej bo wrzucą cię w kolejne od nowa życie. Kurwa czemu ja tak sobie wierzę, czemu jestem pewien moich myśli, czemu one pojawiają się jako zdania twierdzące czemu nie jako przypuszczenia czy hipotezy tylko od razu z nastawieniem że tak jest właśnie. Czemu to moja wina a wiem że to moja wina. Myślę o pomocy jaką mógłbym otrzymać i wzdrygam się na samą myśl że obcej osobie miałbym przedstawić moje lęki, obawy, że miałbym jej opowiedzieć to wszystko o sobie. I co ktoś taki zrobiłby z taką wiedza? Napewno nie uwierzył. Akurat nie potrzebuje kolejnego nie dowiarka. Leki z apteki terapie może oddział zamknięty w związku z tym pewnie by zaordynował dla mnie. Więc nie pójdę i się nie przyznam bo i po co bo i tak ktoś uzna to za łgarstwo i zmyślone historię bo uwierzy sobie i wierzy w leczenie. To nie jest uleczalne to też wiem. Siadam w fotelu kieliszek wina dym z papierosa ciemność kilka chwil później usypiam.
    • @_M_arianna_W... Dzięki

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

       
    • @_M_arianna_W... Super

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • @Grahamoza dzięki

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...