Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Znajdź zawartość

Wyświetlanie wyników dla tagów 'poezja' .

  • Wyszukaj za pomocą tagów

    Wpisz tagi, oddzielając je przecinkami.
  • Wyszukaj przy użyciu nazwy użytkownika

Typ zawartości


Forum

  • Wiersze debiutanckie
    • Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
    • Warsztat - gdy utwór nie całkiem gotowy
  • Wiersze debiutanckie - inne
    • Fraszki i miniatury poetyckie
    • Limeryki
    • Palindromy
    • Satyra
    • Poezja śpiewana
    • Zabawy
  • Proza
    • Proza - opowiadania i nie tylko
    • Warsztat dla prozy
  • Konkursy
    • Konkursy literackie
  • Fora dyskusyjne
    • Hydepark
    • Forum dyskusyjne - ogólne
    • Forum dyskusyjne o portalu
  • Różne

Szukaj wyników w...

Znajdź wyniki, które zawierają...


Data utworzenia

  • Od tej daty

    Do tej daty


Ostatnia aktualizacja

  • Od tej daty

    Do tej daty


Filtruj po ilości...

Dołączył

  • Od tej daty

    Do tej daty


Grupa podstawowa


  1. Stali dokładnie po drugiej stronie ulicy, w świetle dobrze już rozżażonej, gazowej lampy. Było ich trzech, byli młodzi, widać zdeterminowani lecz niezbyt roztropni by pojawić się w środku nocy na terenie tej dzielnicy. Powinni być mi zupełnie obojętni, jak setki innych przechodniów i pijanych w trok zawalidrogów. Mogli w każdej chwili natrafić na grupę chłopców Alfiego White'a, wracających z jakiegoś nocnego rozboju, włamu lub po prostu solidnie zakrapianej libacji. A to miałoby finał wręcz oczywisty. Poczynając od posiniaczonych oczu i wybitych zębów, przez przetrącone kulasy, po pocięte żyletkami twarze lub wystające rączki noży spod linii żeber. A ja nie lubiłem niepotrzebnego rabanu pod oknem. Rozlewu krwi i zjazdu policji tym bardziej. Szukali mnie i wiedziałem o tym dobrze. A do mnie trafiało się tylko na zaproszenie i to pod warunkiem, że to ja zapraszałem a nie ktoś przychodził sobie wprost z ulicy z czyjegoś polecenia. Dobrze jest być sławnym na całe miasto. Taka sława mi odpowiada. Ludzie mnie znają lecz nigdy mnie nie widzieli. Mogą mnie cytować lecz nie znają mej twarzy. Gazety błagają o wywiad, więc ja ignoruję spotkanie z dziennikarzem i posyłam mu do redakcji list z gotowymi odpowiedziami na pytania. Do swych wydawców i księgarzy, również wysyłam listy. Czasami dla zabawy podpisuję kopertę, że niby w środku jest bomba. A potem widzę wypuszczone tomiki na witrynach. Moje wiersze i manifesty, robią większe spustoszenie niż najpotężniejsza bomba. W umysłach i sercach biednych czytelników. Lubię być zapamiętany. Gdy moje słowo zmusza do reakcji. Lubię niszczyć ład społeczny i spokój. Dla jednych jestem Bogiem, dla innych geniuszem a są i tacy, którzy nazywają mnie szaleńcem i zarazą gorszą niż gangi. Gangi werbują swych członków w kompletnych nizinach i nędzy fabrycznych, zadymionych i trujących od wyziewów przedmieść. Ja werbuję jednostki ułożone, oczytane i bezmiar delikatne i wrażliwe. Bogato urodzone lub wżenione. Z jak najlepszych domów i rodzin. Śmietanki miasta. Opływającej w rzeki szylingów, potoki dojrzewającej whisky czy brandy. Mających solidnie ulokowane korzenie, w najwyższych stanowiskach urzędowych. Czasami denerwuje ich to, że dorobił się ktoś, kogo nawet nie widać. I jeszcze wodzi ich dzieciaki za nos. Policja gdyby mogła to pewnie chętnie by mnie zamknęła. Łamię prawo. Wiele praw. Lecz nie używam do tego broni, narkotyków czy nielegalnego alkoholu a kto słyszał kiedykolwiek by zastosowano prohibicję na poezję? Nawet oni nie są tak ograniczeni. Co innego krytycy i wydawcy. Ich prohibicją jest cenzura. I korzystają z niej bardzo chętnie w stosunku do moich prac. Bo kto lubi się bać? I to jeszcze w tak dalece nieetycznym, zmyślonym świecie z pogranicza snu i jawy. Siedem grzechów głównych za które wydawcy nie udzielają rozgrzeszenia i komunii. Dekadencja, nihilizm, egzystencjalizm, turpizm, oniryzm, nekroerotyzm i spirytualizm. Więc o czym mam pisać? O miłosnych błaznach i ich porcelanowych, narcystycznych laleczkach, które mają otoczkę złotą i pełną przepychu, lecz pod kopułą nic ponad kurz, pył, pajęczyny i denną, głuchą przestrzeń? Ja muszę czuć krew i szaleństwo. Konsumować zgniłe resztki poetyckich ciał i płodzić zdeformowane potwory z delirycznych koszmarów. Oto ja Stwórca i moje pokraczne potomstwo ulicy. A Ci na ulicy widać przyszli do mnie po towar. Nazwijmy ich sobie. Dobry, Zły i Brzydki. Z czego ten ostatni najpewniej miał do mnie rzeczony interes. Zazwyczaj Bóg skąpi im wszystkiego od urody po talent. A też chcieliby coś od życia. Choć spalili się już na jego starcie. Dobry był tym najprzystojniejszym. Wysoki brunet o lśniących, gęstych włosach. Uczesany, zadbany i pachnący. W dość biednym acz schludnym garniturze. W wypastowanych derby. Miał ten specyficzny błysk w oku prawdziwego amanta. On kruszył w dłoniach te puste, porcelanowe laleczki kiedy i jak chciał. I co najważniejsze nie miał wyrzutów sumienia. Zły był tym wiejskim, topornym dzieciakiem, który szukał lepszego zarobku i miejsca do spania w mieście. Najpewniej robił u rzeźnika, na targu rybnym lub ewentualnie jako górnik. Za marne pięć może sześć funtów miesięcznie. Miał wąskie świńskie oczka i tak samo spasioną twarz o dwóch podbródkach. Rude dość krzaczaste wąsy i bliznę na szczęce, zapewne po ciosie lub krawędzi zbitej butelki. Miał około metra osiemdziesiąt a bary jak niedźwiedź. Zapewne bił się w barach amatorsko by dorobić kilka funtów. Miał strasznie steraną koszulę o prostym kroju i wytarte na kolanach spodnie z krzywo zaprasowanym kantem. A Brzydki? Był zaiste najgorszy. Typ zubożałego inteligenta. Niski, wątły, lekko łysiejący już mimo wieku. Rudy, z trądzikiem na twarzy i krzywych zębach. Ale ubrany w dobrej klasy garnitur i buty. Na końcu dewizki spoczywał srebrny zegarek a w dłoni chłopak obracał niedopalone cygaro. Gestykulował i tłumaczył coś pozostałym i co kilka chwil zerkał na fronton mojej kamienicy. Jeśli masz do mnie interes to po prostu tutaj przyjdź szepnąłem pod nosem. I w tej chwili chłopak wyrzucił cygaro na trawę dał znak kolegom i zgodnie ruszyli w kierunku mojej kryjówki. Hunter, jeśliś łaskaw idź do drzwi i przywitaj naszych nocnych, nieproszonych gości. Dla świętego spokoju nie zapomnij o rewolwerze za paskiem. Mój sługa, stary, siwy Metys wstał zza biurka i niechętnie ruszył ciemnym korytarzem do drzwi. Otworzył je i wymienił z chłopakami kilka zdań. Minęła dłuższa chwila zupełnej ciszy, po czym do moich uszu dotarły słowa Huntera Pan Tracy zaprasza Pana do środka … tylko pana. I zaiste Hunter wprowadził Brzydkiego do mojego gabinetu ze słowami. Panie Tracy oto pan Zachary Leigh. Brzydki wyprzedził Huntera i bez ceregieli wypalił. Przyszedłem do Pana bo tylko pan może pomóc mi rozwiązać mój problem panie Tracy. Siedziałem w wysokim fotelu, oparciem w jego kierunku, tak by nie widział mojej twarzy. Spokojnie Panie Leigh. Przychodzi pan do mnie w środku nocy, nie zaproszony i nie wyczekiwany. Z prośbą którą nie wiem czy będę w stanie spełnić. Prośbą wykrzyczaną, bez okazania szacunku i pokory. Ale dziś jest dzień szczególny. Pomogę Panu bo jesteśmy jedną, wielką dekadencką rodziną. Nihilistyczną mafią. Niech Pan przyjmie prezent ode mnie jako od ojca chrzestnego. W czym mogę pomóc? Brzydki upadł na kolana i doczołgał się do oparcia fotela. Błagam o to by napisał pan wiersz miłosny dla mojej ukochanej, oczywiście tak by myślała że ja to uczyniłem. Zaśmiałem się zimno. Oczywiście Panie Leigh to dla mnie drobnostka, powiem więcej nie wezmę od Pana nawet złamanego pensa za taką robótkę, lecz musi Pan mieć świadomość tego, że w wierszu ukochana będzie martwa, trącona gnilnym rozkładem, będzie upiorem, duchem, nękającym Pana zmysły aż do obłędu. Czy tego pan oczekuję? Zniosę wszystko byleby tylko była moja. A więc umowa zawarta. Wziął moją dłoń i ucałował. Dziękuję. Ponad wszystko dziękuję. https://youtu.be/PPskYVBqdNw?si=q8RT2SHVTQTq6d4J
  2. Kwitnie na polanie zapomniany kwiat. Nie pamięta o nim juz cały świat. Bo cóż pamiętać? - gdy młody był głupi! Myślę czasem, że może to lubi. Starym liściom słońce blask nadało. Nikt dotąd nie wie jak to się stało. Niespodzianka - te proste słowo się rzekło. i bez tego nawet zdrowe serce by pękło. Wody już nie trzeba. To cudem zwany kwiat. Bo zawirował na nowo przy nim świat. On zwiędnie i zgaśnie - ulotność ma w sobie. Chyba tylko na chwilę postawił się chorobie. Kto widział ten wie, kto nie wie - nie widział. Czy tak jak nas, kat będzie go ścinał? Natura matką mych dziwacznych losów. Nożem nie pogardzi wyznaczenia paru ciosów.
  3. Nie znoszę dzisiejszej poezji, ponieważ "dzisiejsza" poezja nie istnieje, wszystkie utwory pisane są jakby z odgórnie ustaloną relacją do dawno zmarłych artystów, jakby ich głównym celem było jedynie pokazanie: "Widzisz co by na to powiedział Mickiewicz? Obrzydliwe, nieprawda? A więc jakie to dzisiejsze!". Współczesna poezja definiuje się nie tym czym jest, ale tym czym nie jest, tym co odrzuca, grając grę pozorów o zrzucaniu z siebie ołowianych kajdanów decorum, gdzie tak na prawdę jest to jedynie przeżuwanie starych trików z początków zeszłego stulecia, tym bardziej ironiczne, im bardziej przeżuwacz taki chce pomiędzy mlaskami perorować o swojej nowatorskości. Czytelnikowi powinno się to od razu zdać nieautentyczne, a po czasie - zwyczajnie nudne. Nie ma w tej poezji prawdziwej istoty dzisiejszego życia, ponieważ cały czas oglądamy ją jedynie przez pryzmat osób trzecich - tych magicznych "klasyków", których okowy staramy się rozpierać, a więc dzisiejszą poezję czyta się jedynie jako fetyszystyczną pornografię, gdzie postacie mogą się pieprzyć, ale tylko ku zadowoleniu mężczyzny siedzącego na fotelu w rogu pokoju, a u nas tym Panem może być chociażby Mickiewicz. Z początku może to odbiorcę uwierać, można czuć, że stanowi się wbrew swojej woli część tej erotycznej zabawy, że także i rola odbiorcy jest w tej sytuacji nie tylko sztampowa, ale o zgrozo pożądana, i stanowi dla naszego niewidzialnego fetyszysty źródło zadowolenia. W takich momentach, można marzyć o ucieczce w inne czasy, w styl życia który nie byłby źródłem niczyjej satysfakcji, ale taki, który byłby po prostu "nasz". Kiedy zdajemy sobie sprawę, że nie ma w rzeczywistości ucieczki od zaplanowanego scenariusza, jedyne co pozostaje nas wypełniać, to nuda. Nuda. Nuda. Nuda. Kolejny wiersz. I kolejny. O niewziętym L4, o zakupach na obiad, o kolejce w przychodni albo o tym, że pani K. jest dzisiaj tak jakoś smutno. Zawsze dostaniemy w tym momencie klasyczne (sic!) pytanie fanów danej poezji, tzn. "Czy to nie jest autentyczne? Czyż to nie jest istota sztuki?" Nie. To nie jest autentyczne. Jest tak autentyczne jak miłość w filmach dla dorosłych. Oczywiście, ruchy są całkowicie w porządku, może nawet bardziej przemyślane niż na co dzień, ale wszystko jest jedynie grane pod kamerę. I może coś nawet jest w tym porównaniu, może dzisiejsza poezja stanowi te same, fraktalne ruchy, w przód i w tył, i w przód, i w tył, wierzganie się w brudach codzienności, ale nie po to aby coś w nich znaleźć, lecz dlatego, że jakiemuś starszemu mężczyźnie ten brud na ciele się po prostu strasznie podoba.
  4. Piękna, biała róża, którą wypatrzyłem pośród innych zabrałem ją ze sobą. Ile razy brałem ją w dłoń, raniła mnie i boleśnie kłuła. Moje słabe obycie z kwiatami kazało mi ją pielęgnować mimo bólu i ran. Tak pojąłem czym jest miłość przez ciernie.
  5. To samo mieszkanie. W nim — wrzeszcząca cisza. Światło zapalam już tylko dla siebie. Mój cień nie wita się z nikim.
  6. Wiersz - manifest Pochwała sztuki i modernizmu. Spowiedź poety- wyklętego. To w końcu moje życie i moja niezależna decyzja, nie stojąca w sprzeczności ani z etyką ani z żadną filozofią, tak tych roześmianych, bezkompromisowych hedonistów. Jak i stoicką martwotą, stalowych źrenic, zastygłych w niedoli losu defetystów. W końcu przestali mnie przekonywać. Choć widziałem dobrze, że moja upartość nadal stała w otwartej sprzeczności dla ich bądź co bądź, niedorzecznych racji. Przewieźli mnie do południowego skrzydła. Gdybym przemierzał oddział, usytuowany na jego pierwszym piętrze, sto lat temu. Byłbym jedynie wyprutą z człowieczych włókien jestestwa lalką. Leczoną metodami katów nie wybawicieli. Zgasłym żywotem bez blasku duszy. Skupionym, mętnym wzrokiem, zupełnie pustych oczu. W jeden nieodgadniony punkt, osadzony w planszy rzeczywistości. Moja skóra byłaby, spalonym wrakiem. Szczerniałym i owrzodziałym ropnymi pęcherzami, powstałymi od metalowych pasów, podłączonych czerwonymi kablami do elektrycznej klatki. Moja czaszka niczym księżyc, nosiłaby ślady lobotomicznych wyrw. Głęboko szukano wówczas przyczyn obłędu. Zupełnie niepotrzebnie i błędnie. Co mnie doprowadziło do obłędu i miejsca w którym teraz się znajduję? Do jasnego, dużego, lekko kwadratowego pokoju o jasnozielonych, krzywo szpachlowanych ścianach. Mojej izolatki. Samotni jakiej pragnąłem. Na moje ostatnie dwadzieścia cztery godziny. Ostatni ziemski dzień. A potem ostatnie zamknięcie powiek. Wolę zamknąć je sam. A potem już tylko korytarze świateł i wspomnień. I tak przez wieczność. Mam taką nadzieję. Bo nie boję się śmierci. Przeciwnie. Boję się nie odczuwania bodźców. Wyłączenia istoty poznawczej. Niespełnienia się mitu życia po życiu. Jak to być może, że mózg umiera? To niesłychanie niedorzeczne. Ja chcę istnieć. I myśleć. I tworzyć. Po wieczność. Ale wróćmy do przyczyn obłędu… Główną i niezaprzeczalnie pierworodną przyczyną ludzkiego obłędu jest moment fizycznego poczęcia. Zaiste czarny to humor. Człowiek rodzi się jedynie po to by umrzeć. Wzgardzony. Zniszczony. Porzucony. Rozbity. Naiwnie ostały w oparach bezideowej wiary. W lepszy dzień. Dostatniejsze jutro. Zaiste człowiek jest istotą prymitywnie prostą. Śmiesznie łatwowierną i skorą do ulegania manipulacjom. Powiesz mi zapewne mój prosty Przyjacielu, życie jest piękne i trzeba bezsprzecznie wykorzystywać jego dobrodziejstwa do ostatniej, słodkiej kropli esencjonalnego nektaru. A co jeśli powiem Ci w zupełnie antagonistycznym lecz nie oschłym tonie, że to właśnie życie jako droga przez mękę I jego wszystkie makabrycznie, sadystyczne wydarzenia wzmagają obłęd w umysłach często wielkich a ostałych na zawsze w nieludzkim cierpieniu. Tak rodzimy się my. Poetyckie szczenięta brudnych, hulaszczych ulic i zaułków. Modernistyczni mędrcy, uwięzieni w sidłach małostkowej, płytkiej doczesności. Opartej o nie istniejące standardy Boga i miłości. Nędzarze o brodach po pas. Brudni i zawszeni. Nie robactwem rozplenionym w ścianach zagrożonych zawaleniem, pijackich, okadzonych dymem opiumowym suteren. A słowem robactwa dostatku. Ludzi, którzy myślą że złapali tego swojego Boga za nogi i dlatego wszystko chcą i wszystko mogą. Na już. Na teraz. Jakże ja nienawidzę robactwa! Ono mnie kąsa. Więzi mnie. Torturuję od zawsze. W imię postępu. Mordują inność. Dlatego gardzę i zawsze gardziłem tym światem. Dlatego żądałem odłączenia mnie od aparatury. Na ostatnie dwadzieścia cztery godziny. Być do ostatniego oddechu, przeciw. A zarazem być wierny. Gloryfikować umysł, sztukę i samego siebie. Nie mogę powiedzieć, że nie wierzę w nic. Bo jeśli tam nie ma nic. To coś. Cokolwiek. Trzeba wymyśleć. Bo jak można istnieć w niebycie? Zimnej próżni. Przecież jakoś trzeba pojmować i niebyt. Trwać choćby jako mgielne mgnienie w ogonie międzygalaktycznych komet. Na chwałę ludzkości. Sztuki i własnych czynów. Teraz jestem już bardzo zmęczony. Samym istnieniem. Chcę zamknąć już oczy. Osiągnąć to czego zawsze mi brakowało. Czego tak naprawdę nie dane mi było zaznać. Powieki osunęły się ostatni raz. Cisza.
  7. Czas wydaję się wrogiem, jednak nie... On neutralny jest, idzie dalej i nie zważa na nic. My próbujemy go zatrzymać choćby na chwilę, jednak on z każdego uścisku uwolni się. Nieważne co się stanie, czas pędzi do przodu... A my razem z nim, Więc nie lękajmy się, nie przejmujmy się, nie zatrzymujmy się. Bądźmy jak czas, idźmy dalej do przodu, bo wkońcu i nasza sekunda minie, i każdy o nas zapomni. Wykorzystajmy te naszą sekundę jak najbardziej się tylko da, Przejmując i zatracając się nigdy nie spełnimy swoich marzeń, a nasz piasek czasu zniknie i pozostanie tylko niedosyt...
  8. Siadam do stołu, talerz czeka na słowo, zupa paruje, jakby chciała mówić, ale naprzeciwko tylko krzesło, które pamięta ciężar dawnych dni. Było lato u dziadków, pachniały jabłonie, piasek rzekał pod stopami w drodze do wody, teraz wspomnienia wieszają firanki, żeby zakryć nagą samotność ścian. Jedno słowo, rzucone jak kamień, roztrzaskało lustro wspólnych rozmów. Nie da się go cofnąć, choć milczenie próbuje sklejać odłamki. Wszyscy kruszeją powoli jak kreda, ich spojrzenia są dłuższe niż zdania. Nie pytają, czy wrócę, bo wiedzą, że pustka nie znosi pytań. Święta nie pachną już cynamonem, choinka stoi obok telewizora. Światło lampki nie rozgrzewa, tylko podkreśla zimno stołu. Wspólne obiady to teraz echo, słyszalne w talerzu stukającym samotnie. A ja liczę łyżki, jakby miały przypomnieć liczbę wspomnień. Z czasem zrozumiałem - pustka to wybór, który karmią urażone serca. Nie jest wieczna, choć próbuje udawać nieśmiertelną. Więc wyciągam dłoń ponad ciszę, szukam mostu wśród spalonych belek. Bo rodzina jest wszystkim, i to tylko tyle co chcę mieć.
  9. nieprawda — wszystko jest nieprawdą. mogę patrzeć na ciebie i nie znać cię, mogę omijać twój cień jak obcego w tłumie, ale po słowach nie pomylę się nigdy. nawet gdy mówi setka ust, setka masek, bezbłędnie wskażę: to ty. ty jesteś prawdziwy, a wszyscy inni kłamią. jego też — twojego znajomego — rozpoznam pod twoim imieniem, tak samo jak poznałam twój głos kiedy dzwoniłeś z jego telefonu, z cudzego życia którego dotknąłeś może dłużej niż na chwilę. bo prawda nie leży w twarzy, w rękach, w numerach telefonów. prawda mieszka w tym, co drży na końcu słowa, nim spadnie cisza.
  10. Nie zbieram już dłonią wiatru, nie proszę o deszcz, uczę się patrzeć, jak ptaki odlatują, choć skrzydła zostają we mnie. Zazdrość była jak mróz, zostawiła biel, barwy otuliła swetrem. Nie podejmuję walki z losem, on płynie niczym rzeka, mi pozostał brzeg. Serce, które pękło, stało się jedynie echem.
  11. Gdy leżała jeszcze w tej całej rurkowatej, przezroczystej aparaturze. Aurze końca sąsiedniej głębi pokoju. Mama, która umarła przed zaledwie kilkoma godzinami, a my przy stole napiliśmy się ciepłej. Zaparzonej przeze mnie herbaty. W oczekiwaniu na przyjście lekarza, bo tylko on może potwierdzić zgon. Pierwsze, co na mnie spadło jak obuchem po głowie to myśl, że spośród wszystkich lepiej myślących ode mnie, nikt z nich bardziej niż ja sama, nie wie, co właśnie teraz należy zrobić. Przeze mnie herbata Przeze mnie światło Przeze mnie żegnaj. Przeze mnie modlitwy maleńkie ziarenko Przeze mnie upadło. Z talerza talerzyk.
  12. Drogi Pamiętniku, czy przyniesiesz mi ukojenie? Pragnę zacząć, by nie kończyć. Zaczynam pisać, by nerwy uwolnić. Tkwię w tym szaleństwie. Kocham. Cierpię. Próbuję zrozumieć bezkres, przytłaczający stres. Gdy zniknę — oznajmię ci: to był mój grzech. Ten ciągły lęk. Owszem, wiem, że masz żal. Ale podsumuj swój wszelaki wkład. Którą z moich wad karmiłeś? Te wszystkie lata... Szukanie rozwiązań? A dziś stawiasz mnie nagiego, bez szacunku, w złym świetle wizerunku. Źle mi patrzeć w lustro. Kiedyś widziałem w sobie bóstwo. Czas zmienił me odbicie w oszustwo. Nienawidzę siebie. Skłonny jestem do szaleństwa. Uwagę przyciąga bestia. Mroczna agresja. Ciągnie mnie w dół, tam, gdzie presja ma głos. Coś się kończy. Coś rodzi na nowo. Przepraszam. Zawsze byłem sobą. "Nieświt"
  13. Wielkie znicze żarzące, ku czci niewielkiej chwili - niszczącej. Rozpamiętujące ofiarę czasu - Dekapitacja z ramienia człowieka: Niespodziewana, niechciana Z umysłów setek tysięcy wypierana - myśl. Głosy oburzenia pragnące linczu, krwi i cienia - sprawiedliwości - na prawdziwą ich nie stać. Krzyki, wołania, harmider i zgiełk; Płacze, błagania - większość już opamiętana. Teraz przyjdzie zapomnienie Lepiej nie wiedzieć, że życie wcale nie musi dłużyć się.
  14. Ten dzień postawił mnie w bardzo trudnej jak dla mnie sytuacji. Nagle dochodzi do ciebie – nie masz racji, że przez całe życie szybko decydować, od ciebie samego zależy, jak powinieneś postępować, jak barkę kierować. Ciągła presja — jak postąpić? Zaczynam już wątpić. Nie zrozumiem tego wszystkiego na raz, tak łatwo wmawiamy innym zło, że się nie da, "że coś". Poskładałem to w całość właśnie dziś, od chwili, po której ukochana osoba zamyka przede mną drzwi. Zarzuca na mą szyję ciasno linę, zrzucając całą tę winę — pętla zaciska się w krótką chwilę. Dla mnie — wielkie zaskoczenie. Biorę głęboki ostatni wdech, dociera do mnie, że ona pragnie, bym zakończył ten sen... Jeszcze chwila i bym zrozumiał, co naprawdę oznacza pech. Ten ostatni łyk tlenu wykorzystany w całości. Nie wiem czemu — śmieję się, choć przenika mnie lęk, obawa, że Kamil właśnie wykrztusił swój ostatni wydany dźwięk. Siła znacznie spadła w dół, zgasiła cząstkę nadziei. Osiada kurz, tli się jeszcze we mnie wiara, widzę, że opadła szara kotara. Nie słyszę poklasku, jedyne, co słyszę, to jak pękam w pół przy wrzasku. Szczelina w mym sercu, blizna na wierzchu — nie przeoczysz mego stresu. Gdyby nie wewnętrzny, ledwo słyszalny kierunek, pogrzebałbym swój wizerunek, przegrany los. Ciarki na mym ciele, widzę siebie jako wisielca, jako straceńca. Zrobić to niczym oszust i słyszeć swe imię na każdej parze ludzkich ust: "że on miał zły gust, zatracony tchórz." To zbyt proste. Ja nie chcę tak już. Doświadczam to drugi raz, tym razem mój różaniec wisi na mych bliskich drzwiach, tuż pod stopami — lecz to tylko w snach. Kamil Kaczyński — "Nieświt"
  15. Brnąłem z mym ziomkiem wśród głosów waszych Spogladaliście z bliska, bełkotając cichym jękiem Wzniecilliście obłęd nikły, niegdyś spiący pod spokojem Wy, obrońcy kurtyzan w których każdy już gościł Pełni sytuacji nie znając, osąd wydałeś kmicica zgrywając Płaskimi palcami gwałtownie muśnięcie wyprowadzileś Twą twarz kostkami mymi przyozdobiłem gwałtownie Bluzgami twą ladacznicę ubrałem w godziwy ją strój Moment jedynie wystarczył byś wnet się opanował W lisa usposobić się ze swoją zgrają starałeś uporczywie Kłamstwo w fałsz niezmiennie ubrać próbowaliście Do damy upadłej odszedłeś, my ku słońcu się udaliśmy
  16. Dlaczego? moje ulubione pytanie Żeby się zmieścić w limicie A co ważniejsze żeby lepiej wyglądać w outficie Bo nie chcę czuć dyskomfortu stojąc przed lustrem Niech Ana stanie się twoim bóstwem
  17. Kraków bez Pana czy Pan bez Krakowa? Jakieś nieporozumienie względnie w sercu bolec, iż wszystko może się zdarzyć o przewidywalnej porze, kiedy tarninopodobne ustrojone w biel przydymioną. Gra suitę bezgłośną forsycja uradowana wiosna z rękawa wysypała fiołki pachną mimozą żółte narcyzy a przyciężkawym piżmem hiacynty. Lecz Pan tu przecież jest, Pan tylko na chwilę za tą furtką uchyloną do rajskich Zaświatów: żadne Pańskie odejście, tłumaczenie dla niedowiarków, bo dla mnie życie się zmienia, ale nigdy nie kończy. Wieliczka, 24.03.2024
  18. Kochaj mnie teraz, gdy płomień wszystko trawi, Na zgliszczach obsesji twoich staję. Wyginam ciało, nadziemskie fantazje spełniam, Kochaj mnie teraz, nim chłód nadejdzie biały. Słowa na usta zakładam, warstwy z ciała zlizuję, Mieszaninę wzroku i potu na pierzynie białej konsumuję. Kochaj mnie teraz, aż do świtu zimnego, Użyj sił swoich, by ciszę ugłaskać. Smak twych warg nie pozwala zaprzestać, Pragnienie dusi, gdy dotyk ust ustaje. Oddaj serce namiętnie, bez bólu, Ukryj je przed wzrokiem zazdrosnych. Lukrem, słodyczą i kremem je ozdób, Najlepszymi olejkami i mirrą namaszcz. Spójrz na swoje Dzieło i szepnij: kochaj mnie teraz, W objęciach namiętności złączmy się na zawsze.
  19. O, pragnienie! Ciężkie i lekkie zarazem, Uginają się pod nim moje palce. Miękkie w swej istocie, Przez przeciwności losu uwiezione, Stały się niczym kamień milowy. Czy moje dłonie i twoje ręce Są wprost proporcjonalne? Czy uda nam się zważyć Szczegóły życia każdego z nas? Doświadczyć równości w sercu, Gdzie dusza współczesnego świata Tańczy nieporadny taniec? Pędzi z zamiłowaniem, marzeniem, Fantazją i ochotą ciała. Nieustannie przegląda się W prawicy natury, Cudownie pachnącej po deszczu, Umytej rosą na liściach. Przyobleczona w jaskrawą poświatę, Pragnie istnieć na tę chwilę, Obcować coraz bliżej z materią, Aż przeszyje na wskroś powieki I zakończy bieg rozkoszy W uścisku rąk, dłoni i palców.
  20. tomiszcze się zmaterializowało. ot tak, po prostu. towar niezamówiony — więc nie odsyłam, zresztą — nie mam pojęcia, komu mógłbym. ile treści! ale — od pierwszych zdań — defetyzm: potrzeba zamierania, które, jak na złość, nie następuje. fabuła bez potrzeby trwa, ciągnie się jak flaki z olejem. silnikowym. ktoś tam, spowinowacony z lokalnym przywódcą, biegnie poniżej poziomu, przez białe bezkresy, w chwili zagrożenia wykazuje irracjonalną autoagresję, napadnięty wyrywa bandziorowi nóż i, ku zdziwieniu napastniczydła, rozebrawszy się do nagusieńka, zaczyna się kroić (bo "kaleczyć" to mało powiedziane). jakiś trzecioligowy stand-uper, niby z ironią pyta, czy znacie dziewczynę o imieniu Bug, bo ostatnio coraz częściej chodzi mu po głowie, aby, jakkolwiek pompatycznie by to nie zabrzmiało, rzucić się w jej ramiona, dać się unieść w chłodne. na widowni śmieje się tylko jedna osoba. następny rozdział: egzotyka! padlina lalki rozdeptywana na chodniku. czarny plastik pod butami. epilog: zimotrwałe majaki, wyrażenia przekraczające bramkę logiki. czytam właśnie, co zostało mi deobjawione. zdania z poprzedniej nocy (słowo w słowo!). "(...) wszyscy w rodzinie śmiali się, jak powiedział, że podczas Wigilii nie będzie jeść dużo, bo poprzednio się napchał, utył i nie mógł potem zrzucić paru nadprogramowych kilogramów. Co za słowa w ustach dwunastolatka! Nikomu za to nie było do śmiechu, gdy następnego dnia strzelił w brzuch asystentowi premiera, Larsowi Jirlingowi" (autentyczny tekst ze snu z nocy 3/4.01.2024r.) ostatnie, gorszycielskie słowa nałażą na okładki. farba drukarska przecieka na dłonie. nie wiem, czy dadzą się odszorować.
  21. Zaprzęgnięte sznury głosek, kawalkada - przejechała jakie wnioski? Pyta banał, filologii nie przeskoczę. Razy były... pochwalili, ochy, achy - anty-pisarz. Moja dusza na pal wbita, czwarty listek koniczyny. Wnuczka dała pióro gęsie, w nicku mocno blaskiem świeci. Jak ksiądz powie na spowiedzi, koniec dziadku - aż mnie trzęsie! Gdy ostatni wiersz napiszę i przeczytam hen na błoniach, testamentem wam się skłonię, w błogostanie wejdę w niszę. Pójdę sobie w stronę słońca, miejsce piękne do pisania. Nie usłyszę już kazania, Boskich wersów rzeki rwącej. Żyć nie mogę bez literek, rymem strofy oplatają. Artyzm w ciszy czerpiesz czarą, czy goryczy? Czas się śmieje! Wy, mym piórem - atramentem, drogowskazem na rozstajach. Złudna wena - samograja, przeczytały... zachłyśnięte! "Dopóki nie poczujesz się nieszczęśliwym, nie narodzi się w tobie "POEZJA"!" - Tadeusz Różewicz.
  22. Mój tomik dostępny na empik.com w wersji ebook. Zapraszam <3 https://www.empik.com/aura-laura-kalinska-siadul,p1396607620,ebooki-i-mp3-p?fromSearchQuery=laura+kalińska+siadul+ Obnaż igiełki bialuchne, bądź ukochana mawiała matula od świtu do świtu. Niechże bawi, jeśli wola szkarłatu oczętom przyoszczędź w podzięce. Sukienczyna grabiami poskramiana kapelusina z nikłej skroni się rzuca rąsię działaniem splamione w rękawicach pochowane. I do melodyjki ukołysane nóżyny dziewczę wystygłe posyła pokłony. Jutrzenka podwoje światełkiem rozchyliła I do wnętrza sprosiła. A my jak łazęgi, zbłąkane sieroty chwil niezdrowych, zszarzałych. Laleczka prawicę dobrodzieja całuskiem osypuje zaciska piąstkę, ząbki, usteczka. W rytm apelu mateczki i pana załamana swą dolą nózia pląsa zmizerniała. Ze słodyczą na języku za dań podziękowała.
  23. Mój tomik: https://www.empik.com/aura-laura-kalinska-siadul,p1396607620,ebooki-i-mp3-p?fromSearchQuery=laurą+kalińska+siaduj+
  24. Mój tomik: https://www.empik.com/aura-laura-kalinska-siadul,p1396607620,ebooki-i-mp3-p?fromSearchQuery=laura+kalińska+siadul+
×
×
  • Dodaj nową pozycję...