Znajdź zawartość
Wyświetlanie wyników dla tagów 'natura' .
Znaleziono 85 wyników
-
"Kłótnia z kotem" Kotek złapał mi wróbelka, jeszcze żył ten biedak trochę, pochowałem go w ogródku i się pokłóciłem z kotem... Taka była sobie „ściana” między panem oraz kotem, ale dobra żona pana pogodziła nas z powrotem.
- 9 odpowiedzi
-
14
-
- dla dzieci
- natura
- (i 5 więcej)
-
Narodzony bez trosk kroczyłem przed siebie patrząc tylko jak piękny jest ten świat zapatrzony tylko w zieleń traw i błękit na niebie zapachy owoców i kwiatów unosił przydomowy sad czas mijał i wspominałem gdzie mój ogród drogi coraz mniej w nim zdrowych krzewów i drzew gałęzie się łamały rzucając kłody pod nogi potykałem się i upadałem drąc skórę aż po krew ciężko się pogodzić ze stratą cudownych lat idąc sam przez zaniedbane natury korzenie szeptał groźne słowa najsroższy kat mówiąc że blisko koniec jeśli nic nie zmienie powoli nauczyłem się zbierać opadłe gałęzie budowałem z nich szałas i ognisko by ogrzało gubiąc się nie raz ujrzałem lądujące łabędzie wiele lat maszerując nad brzeg mi się dojść udało doświadczenie nauczyło mnie zebrać kłody spod nóg buduję tratwę choć z każdym dotykiem cierń dłoń moją kłuje spojrzałem za siebie wspominając ile musiałem przejść dróg mimo że do przodu nie płynę cieszę się ze chociaż dryfuje
-
na tafli jeziora unosi się wianek płynie niczym mijający czas lekki jak chmury budzące nas co ranek napędzane wiatrem zrodzonym przez las tli się w nim płomyk świecy złocisty gorący jak lato się dziś zaczynające ten pierwszy dzień orzeźwi świt mglisty nim uniesie się na horyzoncie palące słońce dogasa żar ognisk co noc nam rozjaśniały stosy drewna płonęły pod korony drzew zebrani ludzie i ptaki chórem śpiewały świętując ten dzień i natury zew
-
Molo było niewielkie. Pełne gnilnych glonów, rozprutych desek i wymytych przez fale kłód, mających utrzymywać konstrukcję w całości. Czuć było pod gołą stopą każdą zmianę natężenia wody, każdy silniejszy podmuch wiatru, każdy ruch piasku na dnie. Było mi tu swojsko. Niestabilnie i wrogo. Nawet balustrada była cała we rdzy. Siedziała na niej grupka rybitw. Rozmawiały w ptasim języku, przekrzykując się nawzajem, niczym emerytki osiadłe przez cały dzień na parkowej ławce. Gdy tylko się zbliżyłem ucichły, obrzucając mnie nienawistnym spojrzeniem. Zerwały się do lotu skrzecząc dziko. Rozpostarły swe skrzydła nad samym lustrem tafli. Dopiero w połowie toni, wzbiły się w nisko osadzone chmury. Zniknęły mi z oczu. Moim żywiołem nie jest woda ani powietrze. Jest nim ogień rozpalający pokłady nieskończonej samotności i odseparowania. Jest nim ziemia. Doskonale zimna i wilgotna. Pokryta mchem, koniczyną i robactwem. Mam nadzieję, że kiedyś mnie przyjmie. Moje zastygłe w śmierci ciało i bladą, sosnową trumnę. Żaby wesoło rechotały w przybrzeżnych szuwarach. Czasami ryba wzburzyła wodę, łaknąc w swe skrzela, dawki ożywczego tlenu. To znów liść zniesiony tu przez północne podmuchy osunął się z gracją na falę. Był suchy i martwy a jednak mimo wszystko drwił sobie z tego. Nie zamierzał tonąć. Przeciwnie. Tańczył w tę i z powrotem, próbując się przystosować do energii i klimatu nowego miejsca. Ważki obsiadły wodne pałki i lilie. Drzemały w cieple sierpniowego upału. Nawet drapieżnikom należał się wolny dzień. Urlop od instynktu zabójcy. Rodzina kaczek podpłynęła bezgłośnie. Zadzierały łepki ku mnie, czekając na porcję suchego chleba. Dla nich to trucizna. A ja nie jestem mordercą. Wyobraziłem sobie siebie w wodzie, patrzącego na Ciebie jak te kaczki. Prosiłbym o koło ratunkowe. Ale dla mnie ratunek to trucizna. Nie potrafię pływać w tej mętnej zupie, którą nazywa się życiem. Utonąłbym na Twoich oczach. Z korzyścią dla obojga. Na plaży opodal zebrał się już mały tłum. Byłaś tam i Ty. Leżałaś na niebieskim kocu, ubrana w piękny dwuczęściowy, biały kostium. Uwielbiasz lato, wodę i słońce. Kochasz życie. Opalanie swych doskonałych krągłości. Błogość zatrzymania chwili relaksu. Kochasz być dopieszczona naturą. Całowana promykami. Muskana letnią bryzą. A mnie dzień boli, nęka, zabija. Wygania mnie w cień, noc w niespokojny, koszmarny sen. Słońce mnie rani. Oślepia. Wiatr przynosi podszepty o rychłym końcu. Jak można nie lubić lata? Jak widać. Trupy wolą mgły listopadowe. Przenikliwe, wilgotne zimno. Zamiecie, zawieje i dobrotliwe, szczere łzy deszczu. Dłonie i stopy kostnieją wtedy na dobre a serce zamiera w piersi. Obiecałem Ci wieczorny spacer po promenadzie. Kolację, lody i kwiaty. Dla Ciebie te najpiękniejsze. Dla mnie te złe. Są moją obsesją i inspiracją. Piękno które gnije na moich oczach. Wszystko wokół wspaniale gnije, bo życie jest jedynie skuteczną do bólu trucizną.
- 6 odpowiedzi
-
7
-
- dekadentyzm
- dekadencja
-
(i 2 więcej)
Oznaczone tagami:
-
Miasto jest spokojem utwardzonym w okopie jednostki wśród panującej wokół wojny Pozamiasto jest chaosem wyobrażeń tańczących w parującej rosie stworzeń w autonomii szeleszczącej trawy w obłoku betonu duszę się przewidywaniem duszę się cyklonem nudnego jazgotu duszę się chichotem i oddechem obcej myśli naoliwiony, gdy kręce się wokół świata, a nie świat się wokół mnie kręci słyszę niedosłyszalną wcześniej ciszę - oddycham będąc zębatką w liminaluum zieleni
-
usta które chciałyby wypowiedzieć Ocean Spokojny słów lecz milczą jak nocne niebo w księżyca nów oczy koloru morza lecz spojrzenie zimne jak Himalaje spoglądają we wszystkie strony tam gdzie dróg rozstaje w głowie myśli rzeka rwąca jak Amazonka a te co mówią o lepszym jutrze to tylko mrzonka serce niegdyś życiem tętniące jest puste i suche jak Sahara chociaż często o przeszłych bólach zapominać się stara płuca kiedyś jak tajga Syberii smagane wiatrem i czyste dziś oddechu nie może złapać przez powietrze nieprzejrzyste kolana na które upadam niżej niż rów Mariański prosząc o to by lepszy był kolejny rok pański stopy choć marzyć lubię ja nadal mocno na nich przy ziemi stoję dlatego myśląc o świecie ja przyszłości się boję ramiona niczym chmury chciałby objąć cały świat lecz szkoda że nie uda się wytulić z niego wszystkich wad
-
Na wskroś wiatr w żagle dmucha Jak okręt na falach bestii wód wielkich Tak ja na ramionach macierzy co stuka Po cichu we mnie rytm swojej piosenki W zieleń jej skrzydeł wpatruje się ze spokojem W mały oddział , co po pniu swój patrol prowadzi Korzeniami , mocą , trzyma sie w pionie Wielki olbrzym , daje mi azyl I choć rzeka dołem - obrazem co mam i będzie mi dane Ja siedze tam - na górze , z daleka Powoli wrastam , ukojony , na stałe Nie wyrwie mnie oczekiwanie , co sie nie stanie , poczekam
-
Cisza to najpiękniejszy dźwięk gdy jedyne co słychać to wodospad myśli w głowie jak letni wiatr ostudza lęk i trwać tak w swojej wewnętrznej rozmowie Słońce promieniami ogrzewa moje ciało choć czasem w cieniu skryją je chmury otoczenie ulubioną melodię grało i staję się jakiś mniej ponury W lesie zapach dębów, sosen i kwiatów i zieleń nadziei widzę dookoła a dusza się błąka po tysiącach wszechświatów i nic tej medytacji przeszkodzić nie zdoła Śpiew ptaków i stukot nóżek małych czuję rytm bicia serc setek stworzeń nic nie jest cenniejsze od tych chwil wspaniałych gdy cenię naturę od gór najwyższych po najgłębszy korzeń
-
Na listku jesień kropelką pisze znużone słońce zamyka oczy mrocznie i mokro wiaterek wzdycha ponury nastrój słówka wypłoszył Przemknęła z gracją ostatnia myszka kotek ciekawie zerknął z poddasza przygoda przeszła mu koło noska z pogodą zamókł słomiany zapał A z drugiej strony tafli księżyca za szybą ciepłych przytulnych krain życie wygodną koleją losu toczy się gładko chłód mając za nic
-
Patrzę zza szyby Na ten świat przedziwny Jak drzewa bujają sie przy lekkim wietrze Ich liście przeplatają się jak nitki w swetrze Jak promienie słońca padają na ulice puste Jeszcze wzrokiem tą piękną naturę musnę Zanim w łóżku mym samotnym usnę Popatrzę na motyle trzepoczące skrzydłami Nad cudownie kolorowymi kwiatami Na świergoczące ptaki osiadłe na gałęzi drzewa Czekające na odpowiedź, jak ten drugi się miewa I już wieczór się robi Słońce kryje się za horyzontem nocy A ja ciągle myślę, dlaczego ludzie tacy ubodzy We wrażliwość wobec tej pięknej natury W miłość do tego co nam daje codzień W brak wdzięczności za to, że natura upiększa nam te przemijające lata Które bez niej, szarzeją w swej obojętności, przyodziewając postać kata.
- 2 odpowiedzi
-
1
-
- natura
- wrażliwość
-
(i 3 więcej)
Oznaczone tagami:
-
Dedykuję dla mojego kochanego Kota, który budzi mnie co noc o 1:00, 2:00, 3:00, 4:00, a ja... ...i tak go kocham, i on mnie -chyba- też ;) --------------------------------------------------- „Dla Kota” Kotek to niby zwierzątko małe, ale to wielki Przyjaciel sercem. Choć mniejszy od ludzi swym kocim wzrostem, to swej miłości ma o wiele więcej. Ta mała, biało-czarna „pantera” czasem z czułością ugryzie w rękę i pouciska, gdzie ból doskwiera, kociej miłości uroni kropelkę.
- 8 odpowiedzi
-
4
-
- dla dzieci
- natura
- (i 5 więcej)
-
luty za miastem na przydrożnym drzewie tkwi zamarznięty ptak
- 3 odpowiedzi
-
3
-
- haiku
- fauna i flora
-
(i 1 więcej)
Oznaczone tagami:
-
spadł puch swym ramieniem przytulił rozżalonych rozjarzone brylanty na ziemi tliły się w oczach białe morze wzburzyło się po raz pierwszy od dawien dawna chcąc byśmy przypomnieli sobie, jak to jest płynąć po nim saniami potajemnie zmówił się nieboskłon z chmurami urwiska stanął się przystankami drogi porwą pojazdy chwalić będziemy się i ogrzewać śmiejąc z gniewu, niekiedy i radości przytulnie będzie aniołem zostać bo w końcu biel nas zewsząd otacza byle dłoni nie zajechać po całości, czymś musimy postawić posągi z węgli i marchewek wieczór dziś jest specjalny inny niźli zawsze tańczymy nieświadomie pod jednym płaszczem bawimy się jak niegdyś i tylko to się liczy wszystko to, gdy palą się lampy pomimo tego, że marzniemy uwieczniona kamera taśma przygotowana na niby nijak wszystko dlatego że dnia dzisiejszego, zwykłego jak inne, spadł puch
- 2 odpowiedzi
-
3
-
- zima
- melancholia
- (i 25 więcej)
-
Jeden po drugim rwę płatki stokrotki. Zdaje mi się, że sama nic nie powiesz. Trzeci po czwartym rwę stokrotki płatki. Zza horyzontu wyjawia się człowiek, Wygląda tak obco jak ja - ujadam. On zaś przemawia moim, ludzkim głosem. Rysuje się w jego słowach obawa. Zakładam opaskę na śpiące oczy. Stokrotki płatki spadają na ziemię Coraz to wolniej, im bliżej do końca. Ta rozjeżdża się w nogach - kuleje, Rozchwiana iskrami mdlejącego słońca. I o wszystkim chce mi się zapominać. Nie jestem pewny czy cię oskarżyłem, (siódmy po ósmym płat stokrotki zrywam), Czy chwilę temu nazwałem cię kurwą. Stanąłem z kwiatem obdartym ze skóry Przed miejscem, które leżało odłogiem. Nic nie znaczy jego sąd ostateczny. Liczyć skończyłem w procesu połowie. Zjednoczył się z nim w swoim obszarpaństwie. Zaczął wtem tłuc w mojej klatce piersiowej. Zapytałem go - jak zabić Goliata? Odrzekł, że nic się nigdy nie wyjaśni.
-
Stoję tu samotnie ile to już lat spoglądam nadzieją na bezmyślny świat. Ludzie pochłonięci gonitwą mamony kupują, sprzedają i budują domy. Smagają mnie wiatry i słońce wypala niebo na mnie płacze na wszystko pozwalam. Trzymam swą koronę w niej przyjaciół miłych śpiewają swe trele gdy już nie mam siły. Jeszcze trochę przetrwam dzień lub setki lat nie liczę oddechów nie notuję dat. Matka ziemia żywi i nadaje sens nikt tego nie widzi póki przyjdzie kres. Trochę jest mi smutno nie rozumiem dni nocą patrzę w gwiazdy i wylewam łzy. Ta samotność boli gdy nie tuli nikt sypię listy do was zamykacie drzwi. Jeszcze tu postoję w tym nieludzkim świecie żyłoby się wiecznie ale mnie zetniecie. Lecz przed egzekucją dumnie będę stać katów z siekierami nie będę się bać. Wszystko przecież minie i odejdzie w pył skończy się głupota która wiedzie prym. Cóż ja mogę zrobić tylko rzucić cieniem wysłuchać, przemilczeć i zostać wspomnieniem.
-
Nade mną skier płomienie, Wśród nieba nocnej toni, Spoczywam w zielenie, Z rosą na mej skroni, Biją Miesiąca snopy, Światła przez liście gruszy, Bije przez żeber stropy, W sercu echo głuszy, Żywota mego weno, Z gwiazdy hen nad gajem, Choć pragnę Cię to jeno, Patrzymy na się wzajem, Na ziemskim tym padole, Dech więźnie w tchawicy, Gdy marzę przyjąć dolę, Żeglarza wśród mgławicy.
-
Mróz się niesie w borze, Knieja w kożuchu z bieli, Ścieli mi koce na łoże, Panna blada z zawiei, Nagie jej stopy w puchu, Szkarłat ma po kostki, Kładzie mi na brzuchu, Lodowatą dłoń z troski, Srebrzą się jak perły, Oczy bielmem skryte, Na głowie wianek przymarły, Usta czerwono krwiste, Daję jej czarną różę, Wkłada ją w bujny bukiet, W ramionach się zanurzę, Ból koi i mój smutek, Widzę własne tchnienie, W mrozie ulotną parę, Niknie o mnie wspomnienie, Mocniej się tulę w Marę, Jestem już równie zimny, Odsuwa mnie od piersi, W łożu mym kamiennym, Nie boję się już Śmierci.
- 4 odpowiedzi
-
10
-
dlaczego to co piękne jest tylko na obrazie z dobrego snu i jest tylko jedną krótką chwilką dlaczego nie ma ciebie tu gdzie czeka moje serce stęsknione patrząc na świat i gęstą mgłę z jesieni utkaną szarą zimną zasłonę jak to Matka Natura toczy grę niech jeszcze dotknę choć raz marzenia i przeżyję piękną marę w realu na moment wyjdę z mroku zapomnienia nie mając w sobie żadnego żalu tak kochać i być kochanym bardzo chcę przytulić jedno serce złamane ale nie wtedy gdy zmęczony dniem śpię i wszystko przemija nad ranem próbuję smaku jesieni życia po trosze ocalić dziś barwę opadłych liści o jedno Ciebie Boże tak bardzo proszę niech ten choć jeden sen się ziści
-
To krótkie życie trzeba posmakować, rozkoszować się nim, bo ma się je tylko jedno i nie można go tylko przeżyć. Dla mnie żyć to śmiać się, płakać, mieć świetne relacje ze znajomymi, zwiedzać świat, miłować, doceniać, spełniać marzenia i robić to co się kocha. Po tym jest praca i pieniądze. Co osiągnę z życia i jak poznam jak najbardziej Ziemię i matkę naturę, która jest darem, jeśli zatracę się w życiu przyziemnym, skrytym, życiu pochłoniętym pracą i stresem? Dla mnie nic. Chcę korzystać, robić co chcę, pisać niepowtarzalną historię, a przy tym też się kształcić i wykorzystywać swój potencjał, lecz robiąc to z miłością.
-
Na szklanej ścianie słowa zakwitły wieżowiec błyska łańcuchem zysku pyłek zasiewa zarzewie buntu na polu za wsią rosną pomysły Uchodźcy z miasta budują pałac z gliny i słomy kontury szczęścia marzeniem ściany ocieplą czule by miłość nocą w gniazdku została Prąd już ze słońca do serca płynie warzywa karmią myśli o jutrze na świerszczu wiatrem płodna nadzieja co dalej zagra… ziemi się przyśni
-
Z głową w drzewach/Head in the tree
Xbovski opublikował(a) utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
Głowa w drzewach W lesie odnajduję siebie, Wśród cieni drzew, pod gwiezdnym niebem. Ciężar egzystencji mnie nie omija, Lecz natura jak matka ramiona rozwija. Myślami krążę, wciąż jesteś blisko, Choć czasem cierpienie odbiera mi wszystko. Krąg życia ból niesie w swym szepcie, Lecz w lesie to brzmi jak pieśń w zalotnej projekcie. Drzewo, co stoi, nic mnie nie zrani, Korzenie w ziemi, gałęzie w otchłani. To cisza, co woła, to spokój mnie koi, W niej serce, co bije w harmonii Head in the trees In the forest, I find myself true, Amid shadows of trees, ’neath the starry hue. The weight of existence does not pass me by, Yet nature, like a mother, spreads arms to the sky. My thoughts still wander, you’re ever near, Though sorrow at times steals all I hold dear. The circle of life bears pain in its tone, Yet in the forest, it sings like a hymn of its own. The tree that stands will cause me no harm, Its roots in the earth, its branches a charm. It’s the silence that calls, the peace that enshrines, Where the heart beats again, in harmony’s lines. -
Zimowy śnieg otula uśmiech jej, płatki śniegu spadają na nią z drzew. Ziemia czuje od niej śmiech, ciepła aura bije z oczu jej. Krajobraz podkreśla jej wdzięk, szelestny wiatr wciąż zawiewa, gdy zakochany bałwan patrzy na nią z nieba. Ona patrzy na bałwana, momentami zażenowana, bałwan – na kant pusty, ona jedyna widzi jego upusty. Styczeń się kończy, luty zaczyna, lecz jej cudowny blask nigdy nie przemija. Troszczy byczy wzrok za zarzuci, zima nie minęła, a bałwan się roztopił.
-
-
Płacząca ta wierzba/That weeping willow
Xbovski opublikował(a) utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
A wołanie tłumu, gdy trwogi miały swój ton, Ja-przezroczysta, próżna, jak papierowy tron, co wiatr niesie w dal. Miała, straciła, w płaczu nadziei obłed, Bluźni ciernie, róży płatki obłędne, krwią zraniona w duszy. Urodziwa, lecząca woda, w jej lustrze odbicie czyste, Głosem spłoszyła, na wierzbie z głową wciąż wpatrzoną. Żywicą krwawi, lecz pnie się ku niebu, kwitnie w ciszy, Choć gwiazd nie dotknie, wciąż wyżej rośnie, ponad czas, ponad świat. Korzenie nieszczęścia, płytkie, lecz silne jak kłącza tej wierzy, Wśród wierzby rozwiewają smutek, jak jej łzy, jak jej śpiew, na szkle rysa Wciąż się pnie, choć łamie ją wiatr, choć z serca wycieka żywica, Nie dotknie gwiazd, lecz w swym wzroście nie ustanie, płacząca ta wierzba. A cry of the crowd, when dread took its tone, I-transparent, hollow, like a paper throne, Carried by winds to the faraway vale. She had it, she lost it, in hope’s wailing spell, Cursing the thorns, the rose’s bewitched veil, Bloodied in soul, in her anguish frail. Graceful, healing water, her mirror’s clear gleam, Her voice once startled, on the willow’s dream. Bleeding with resin, yet climbing the skies, Blooming in silence, though stars she won’t prize, She reaches still higher, beyond worlds, beyond time. Roots of misfortune, shallow yet strong, Entwined like the willow’s mournful song. Her sorrow’s dispersed, as her tears softly chime, A crack in the glass, a fracture in rhyme. Though broken by winds, her heart leaks resin, Yet the weeping willow will rise, ever driven. -
Krople deszczu Nad poszarpanych zgliszczy ciałem, Pomiędzy obaloną ścianą A ekspresyjnym stosem cegieł, Zsiniały żalem wstaje ranek. Garść obolałych kropli deszczu Na szkielet domu spadła miękko, Mgła rozłożyła opatrunki Na gruzach – opiekuńczą ręką. Krzew róży wznosi z rezygnacją W górę – spalone trzy gałęzie, Gdy dzień ze smutku, sadzy, kiru Ponurych marszy strofy przędzie. Linią w nich – młodość – jak pąk świeży, Krzyżykiem – cienka nić welonu, Kluczem – zgaszona nagle miłość, Bemolem – liść padłego klonu, Nutami – niespełnienia modre, Oddech ostatni – z iskier złotych, Uczucia zwiędłe – tchnieniem żaru, Srebrzyste perły – to tęsknoty. Na bieli grobów bezimiennych Lutowy nokturn wiatru – wieje, Unosząc piórka dwa zielone. To nekrologi – czy nadzieje?