Niezwykłe i potężne uniosą mnie skrzydła,
Mnie, poetę–łabędzia w powietrzne przestworze;
Już mnie na tym padole nic wstrzymać nie może,
Lecz porwany, gdzie zawiść nie sięga obrzydła,
Porzucę ziemskie grody... Bo wiesz, że ja wcale, –
Chociaż jestem z ubogich ojców urodzony,
A twą przyjaźnią, Mecenasie, wywyższony –
Nie umrę i Styksowe nie skryją mnie fale...
Oto już chropowata porasta mi skóra
Na goleniach: już z wierzchu jawią się znamiona
Śnieżnego ptaka: już mi palce i ramiona
Zaczynają ocieniać delikatne pióra...
Śmielszym niźli Ikar, syn Dedala, lotem
Wzbiję się, śpiewny łabędź, ponad Syrt głębiny,
Obaczę lud Getulów, północne równiny
I brzegi, w które Bosfor uderza z łoskotem...
Usłyszą o mnie Kolchy i Daków narody,
Które przed kohortami Marsów trwogę tają,
I Gelony najdalsze, – me pienia poznają
Hiszpan i lud pijący Rodanowe wody...
Niechaj więc płacz i skargi oraz przykre żale
Nie towarzyszą pozornemu pogrzebowi;
Wstrzymaj też pożegnalny okrzyk – i grobowi
Mojemu czci nadmiernej nie okazuj wcale...