Olbrzymy

Autor:

Gdy święty Żółw z bezdennej toni wód pierwotnych
Wydobył już tę wyspę, co z iłów wilgotnych
Naprzód się jako drobny ostrówek podniosła,
Aż w końcu na ogromną planetę wyrosła:
Naówczas w kołowrotnej czasów niepamięci —
Żyli na ziemi wielcy, olbrzymowie święci.
Święci niesformowanej robotnicy ziemi.
Co postać jej rzeźbili dłońmi potężnemi;
Ci naprzód kształt jej dali okrągłej równiny,
Jako garncarz nadaje kształt naczyniu z gliny.
Potem ryli w jej piersiach strumienie i szluzy,
Jak rolnik ryje miedze w polach kukuruzy.
Na koniec wydobyli w głębi wielkie skały
I postawili góry, jak budownik śmiały
Rzuca w powietrze jasne, wysokie wieżyce;
Zapalili nad ziemią płomieniste świece
I zapalili ogień we wnętrzu tej ziemi,
Aby ich ogrzewała płomieńmi swoimi.
A gdy już całą ziemię w piękny kształt wyzłocą,
Natenczas czarnoksięzkich swoich zaklęć mocą —
Gąszcze drzew wywołali i trawy zielenie
I do bytu zbudzili żyjące stworzenie:
Ryby wód i korale, pełzające gady,
Ptaki powietrzne, turów i wilków gromady.
I życie dookoła bujnie zaszumiało:
Śmiało się i dyszało, drgało i śpiewało!

W końcu znużeni trudem tylu wieków ciemnych
Zapragnęli spoczynku i na głazach ziemnych
Spoczęli. — Po olbrzymim tym akcie tworzenia
Ciała ich i ich dusze mdlały ze znużenia.
I radować się jęli na swoją robotę
I marzyli, na gwiazdy spoglądając złote. —
I oto mówić jęli: świat już ukończony
Cóż teraz czynić będziemy? Czy nam w górne strony
Ulecieć? czy się rozwiać w mgły niedotykalne,
Czy zostać i w łańcuchy skamienieć tu skalne? —

Więc jedni tak mówili: Świat pójdzie swą drogą,
Ale w górnych błękitach niema dziś nikogo,
Coby czuwał nad ziemią; więc płyńmy w lazury —
Zasiedlimy drogi mleczne — i tęcze — i chmury;
Będziemy codzień zapalać oraz gasić słońca —
Między niebem a ziemią niech nieustająca
Będzie wymiana nocy z dniem — i z zimą lata...
Wzwyż — niechaj płynie nasza gromada skrzydlata.

Ale inni mówili: — My nazbyt zmęczeni —
Ciała nasze zbyt ciężkie dla górnej przestrzeni:
Zostańmy lepiej tutaj śród znanej dziedziny,
Toć wszystko nam zawdzięcza tu swe narodziny.
Dość trudów dla tej wyspy, którą stworzył święty
Żółw!... Mamy lecieć jeszcze w górne firmamenty?

Pierwsi na to: Zaiste, mówią oni błędnie.
W spoczynku tu na ziemi dusza nam uwiędnie —
Mamy zostać na wieki w postawie jednakiej —
Czy nie lepiej się unieść w lazurowe szlaki?
Tam w bezmiar nieskończony duch nasz zogromnieje —
Tam — na błękitach nowe rozpoczniemy dzieje.
Nowe czyny i pieśni — nowe stworzymy światy —
I duch nasz się odrodzi święty a skrzydlaty.

Ale drudzy wołali: Wielkość już nas męczy —
Nie trzeba nam błękitów, słońca ani tęczy.
Wolimy spokój ziemi, tej ziemi odwiecznej,
Gdzie duch nasz odpoczywa senny i bezpieczny.
Któż wie, jakie są grozy w tej bezdni wysokiej?
Nie nęcą nas dalekie, nieznane obłoki.
Wolimy raczej nie być, niźli iść w wyżyny.

Tak spierali się bracia olbrzymów rodziny.

I oto istność pierwszych jęła się rozszerzać
W jakiś eter przeczysty. Puls zaczął uderzać
Niebiańskich sfer melodią — i z ziemskiej przestrzeni
W błękity ulatywać jęli przemienieni.
A nieba im śpiewały w czarodziejskiej mowie
Pieśń chwały — i z olbrzymów powstali Bogowie!

A zaś drugich istota karlała powoli,
Stygły pulsa, duch w ziemskiej upadał niewoli
I skrzydła utracili — i w gorzkiej ułudzie
Spokoju — z tych olbrzymów zrodzili się Ludzie.

Czytaj dalej: Lilith - Antoni Lange