Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano
Apokalipsa

Po śniadaniu pojechałem na Plac Czterdziestu Rozbójników, Suliko zaś ponownie zasiadła do komputera. Na placu trwał wzmożony ruch – do szybu spuszczano coś, czego nie widziałem, ale mogłem mieć pewność, iż była to owa bomba. W tym samym czasie wielka betoniarka wypluwała na taśmociąg ogromne ilości betonu. Równocześnie prowadzono demontaż drugiej wieży.
– Dlaczego teraz to rozbieracie? – zapytałem doktora Nobody, krążącego pomiędzy robotnikami. – I po co ten beton?
– Wieżę demontujemy, bo liczymy się z tym, że po wybuchu mogłaby się nieco przechylić, a będzie nam jeszcze potrzebna. Betonem zaś częściowo zalejemy pierwszy odwiert.
– Może mi pan to bliżej objaśnić?
– Zdaje pan sobie sprawę z tego, jakie ciśnienie wywołuje wybuch termojądrowy? Pewnie nie. Ja też tego dokładnie nie wiem i dlatego odwiert zalejemy betonem na odcinku około pół mili, a następnie zdemontujemy również tę wieżę i dokonamy eksplozji.
– Ale wszystko i tak wydostanie się drugim odwiertem...
– Otóż nie. Tamten jest płytszy o około trzy czwarte mili. Dopiero po odczekaniu pewnego czasu zmontujemy obydwie wieże i będziemy nadal wiercić tak, by dotrzeć do kawerny. Wówczas spuścimy wodę i zobaczymy co się stanie. Jestem jednak przekonany, że wszystko odbędzie się zgodnie z planem.
– Skąd będziecie wiedzieć kiedy wznowić wiercenia?
– Tego będą pilnować współpracujący ze mną geofizycy, oraz ich najnowocześniejsze urządzenia. Ale teraz przepraszam pana, muszę zająć się swoimi sprawami.
Nobody oddalił się, a ja nie widząc na razie nic specjalnie dla mnie interesującego podjechałem bliżej demontowanej wieży i rozejrzałem się wokoło. Wpadły mi w oko solidne, dwujardowej długości ceowniki, zabrałem więc do pojazdu dwa z nich i zawiozłem w pobliże kraty i wentylatora, po czym wróciłem do apartamentu, gdzie oddałem się rozmyślaniom.
Licho wie ile to jeszcze może potrwać. Tydzień, rok, dwa... Musimy znaleźć jakiś sposób by się stąd wydostać.
Opuściłem swój pokój i udałem się do Suliko. Gdy zapukałem do drzwi usłyszałem głośne: – Chwileczkę – a po kilku sekundach – proszę.
Wszedłem do pokoju i ujrzałem ją leżącą w niedbałej pozie na łóżku, ale rumieńce na jej policzkach zdawały się świadczyć, że jeszcze przed chwilą robiła coś zupełnie innego.
– Ach, to ty! Trochę się przestraszyłam. Wiesz, udało mi się złamać jeden z kodów i potrafię otworzyć pole siłowe nad tą częścią jaskini, w której znajduje się prom kosmiczny.
– I co? Ukradniemy rakietę i polecimy sobie na księżyc?
– Znowu robisz sobie jaja ze mnie? Nie wiem, co zrobimy, ale pierwszy krok mam za sobą. Może znajdę również sposób na otwarcie innego pola? Zresztą, o ile wiem, masz doświadczenie jako pilot.
– Dziewczyno, latałem trochę awionetkami, no i widziałem jak pilotuje się nieco większe maszyny, ale to wszystko. Chyba nie sądzisz, że uruchomię rakiety kosmiczne, a potem popilotuję prom i wyląduję sobie na lotnisku Kennedyego?
– Z lataniem jest, jak z jazdą na rowerze. Jak się raz nauczyłeś, to zawsze będziesz umiał.
– No nie żartuj i nie wkurzaj mnie. Sama sobie możesz pilotować. Przecież kiedyś już jechałaś windą. Wciśniesz odpowiedni guzik i już.
Suliko spojrzała na mnie z wyrzutem.
– Nie wściekaj się. To jest tylko jedna z opcji. Może uda mi się dowiedzieć czegoś więcej. Może program startu też jest gdzieś w bazie i rzeczywiście wystarczy wcisnąć guzik...
– Przepraszam cię, ale jestem tym wszystkim rozdrażniony. Z tego, co powiedział Nobody wynika, że do końca eksperymentu jest jeszcze długa droga i wcale nie wiadomo, czy wypuści nas zaraz po podziemnym wybuchu, czy każe nam czekać do samego końca. Ale ja też mam klucze, a raczej wytrychy do wyjścia. Znalazłem coś, co pozwoli nam wyłamać, lub chociaż rozgiąć kratę, oraz zablokować wentylator. Nie wiem tylko co znajduje się za nim. To znaczy, czy jest tam na tyle szeroko, by wydostać się na zewnątrz. Ale jeśli nawet trzeba będzie kuć w skale, to będę to musiał zrobić. Myślę, że uda mi się tu podkraść odpowiednie narzędzia. W końcu w historii niejeden skazaniec dokonał ucieczki z więzienia przez wykonany przez siebie podkop.
– Dobrze. „Niech żywi nie tracą nadziei”. Każde z nas powinno robić swoje, a czas pokaże, który ze sposobów okaże się lepszy.

Pożegnałem się z Suliko i przebrawszy się w kombinezon udałem się w kierunku korytarza wentylacyjnego. Używając ceownika, jako dźwigni udało mi się rozchylić pręty na tyle, że zdołałem przecisnąć się na drugą stronę. Następnie, również przy pomocy stalowych kształtowników zablokowałem na chwilę łopaty wentylatora i przecisnąłem się dalej. Odblokowałem następnie wentylator i zacząłem się posuwać wgłąb korytarza.
Trochę niedobrze – pomyślałem – na skutek mechanicznego blokowania może dojść do uszkodzenia uzwojenia i wentylator przestanie pracować. Wtedy Nobody podeśle tu elektryka i sprawa się wyda. Muszę znaleźć lepszy sposób.
Poszedłem jeszcze kilkadziesiąt jardów, pnącym się ku górze korytarzem, aż doszedłem do przewężenia uniemożliwiającego przejście. W świetle latarki dostrzegłem jednak, że przewężenie ma jedynie około półtora jarda, a za nim korytarz ponownie poszerza się w stopniu umożliwiającym swobodne poruszanie się dorosłemu człowiekowi. Wróciłem w stronę wentylatora, podniosłem mój improwizowany łom i wróciłem do zwężki. Kilkakrotnie uderzyłem w skałę i stwierdziłem, że jest na tyle miękka i krucha, że w ciągu kilku dni powinienem sobie z nią poradzić. Niestety echa uderzeń roznosiły się po jaskini i mogły tu kogoś zwabić. Trzeba znaleźć coś znacznie delikatniejszego, a także zaczekać do wznowienia wierceń, które zagłuszyłyby odgłosy kucia.
Następnego dnia poszukałem w rumowisku utworzonym przez elementy rozebranej wieży kilka kawałów płaskownika. Na nie nadzorowanej przez nikogo szlifierce zaostrzyłem je na kształt dłuta i ukryłem w wózku, który jak się doczytałem nosił nazwę Melex. Przy okazji „zwędziłem” wkrętak, kombinerki i wyłącznik o odpowiedniej mocy, oraz półfuntowy młotek . Przydałby się większy, ale nie nawinął mi się taki pod rękę. Zauważyłem również, że pierwszy szyb zalewany jest betonem.
To oznacza, że bomba spoczywa już na swoim miejscu
Zawiozłem swoje narzędzia do korytarza wentylacyjnego i zamontowałem na kablu doprowadzającym prąd do wentylatora "pożyczony" wyłącznik.
Przez najbliższy tydzień bardzo delikatnie skuwałem skałę odgradzającą nas od tak upragnionej wolności. Któregoś dnia ponownie usłyszałem warkot i poczułem znane wibracje. To pozwoliło mi na bardziej zdecydowane posługiwanie się narzędziami, czego efekty można było dostrzec już po dwóch, czy trzech godzinach.
Tymczasem Suliko w dalszym ciągu usiłowała złamać zabezpieczenia, ale okazywała coraz większe zniechęcenie, bowiem sposób szyfrowania był na tyle skomplikowany, że nie mogła sobie z nim poradzić.
Któregoś wieczora do moich drzwi zapukał Nobody we własnej osobie.
– No to, redaktorze, wybiła godzina „zero”. Jutro, zaraz po śniadaniu pójdziemy razem do centrum dowodzenia. Stroje wizytowe nie obowiązują.
Po śniadaniu Nobody wziął za ramiona Suliko i mnie i wyprowadził z jadalni.
– No, jak tam, redaktorze? Dużo panu zostało?
– Czego?
– Skały?
– Jakiej... skały? – nieudolnie udałem zdziwienie.
– Redaktorze! Zna pan powiedzenie: ściany mają uszy? Te ściany mają również oczy. A ty moja droga zrobiłaś jakieś postępy w deszyfracji? Niepotrzebnie się państwo męczyli. Choć, z drugiej strony, przynajmniej nie nudziliście się tak bardzo.
Kiedy dotarliśmy się do znanej nam sali z komputerami i innym sprzętem, trwało już odliczanie. Zajęliśmy miejsca w przeznaczonych dla nas fotelach i obserwowaliśmy skupione twarze wszystkich obecnych. W końcu Nobody nacisnął przycisk. Nic się nie stało. Tylko sejsmografy pokazały na dużym monitorze niezbyt wielkie drgania.
– Najwyżej trójka – powiedział jeden z pomocników doktora Nobody. – Czyli wszystko jest w jak najlepszym porządku.
Rozległy się brawa. Wszyscy, prócz nas, kolejno podchodzili do doktora z gratulacjami.
Po kilku minutach sejsmografy zaczęły jednak wariować. Podłożem raz po raz zaczęło wstrząsać.
– Piątka! – wykrzyknął geofizyk.
Wstrząsy ustały, ale tylko na kilka minut, potem zagrzmiało, zadudniło i potężny wstrząs zrzucił z biurek kilka monitorów. Ze stropu oderwało się kilka kamieni.
– Shit! Sześć i siedem!
Chwyciłem Suliko za rękę i zanurkowaliśmy pod stół. Wstrząsy następowały jeden po drugim, a przerwy stawały się coraz krótsze. Nagle zawaliła się prawie połowa stropu pomieszczenia, grzebiąc pod sobą wszystkich, prócz nas i doktora. Nobody wybiegł na korytarz. Suliko i ja podążyliśmy nim. Po chwili zorientowałem się, że biegniemy w kierunku tej części jaskini, w której znajduje się prom kosmiczny.
– On chyba chce polecieć – wykrzyknęła zdyszana Suliko.
– Chyba tak. Lecimy z nim, albo nie odleci nikt.
Opublikowano
Równocześnie ogromna betoniarka wypluwała na taśmociąg ogromne ilości cementu. Równocześnie

a ja nie widząc na razie nic specjalnie interesującego - jakby urwane, warto coś dodać.

przecisnąłem się dalej. Odblokowałem następnie wentylator i zacząłem się posuwać dalej.

– Sheet! - chodzi o shit?

dobry kawałek; więcej się dzieje, wreszcie akcja nabiera rozpędu, wyjaśniają się tajmenice, pociągają za sobą następne. czyta się bardzo sprawnie, z przyjemnością.

pozdr.
Opublikowano

Leszku, Jay Jayu - poprawiłem. Dzięki.
Jacku! Nie wiem, ale pomysł przyszedł mi do głowy na przełonie roku, a mniej więcej w połowie stycznia miałem pełny scenariusz. Potem tylko dodawałem szczegóły i wymyśłałem dialogi, konsekwentnie dążąc do zaplanowanego finału. Nie upieram sie przy twierdzeniu, że tekst jest dobry pod względem technicznym i artystycznym, ale nie zgadzam się, w kwestii braku konsekwencji.

Opublikowano

sprawnie dopisujesz kolejne części
aczkolwiek...w dzisiejszym "odcinku" wątek wydostania się bohaterów jest dla mnie zbyt nużący, natomiast końcówka całkiem, całkiem i oczekuję, że dalsza część porwie mnie niesamowitym zwrotem akcji :)

Opublikowano

Rozumiem danblack, że powinienem zastosować metodę Hitchcocka - najpierw earthquake, a potem napięcie powinno narastać. ;-)
No cóż skupiam się może na zbędnych detalach, ale chciałem przedstawić (może nieudolnie) dramatyzm sytuacji, walkę (niekiedy syzyfową) człowieka z przeciwnościami losu, i doprowadzenie do Happy Endu, choć tego ostatniego nie obiecuję.

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    • Cierpienie

       

      Dlaczego cierpienie wpisane jest w człowieczą egzystencję? Niektórzy, dawni miłośnicy mądrości mówili, że brak cierpienia (bólu) jest już pełnią szczęścia. Współcześni poeci śpiewają: „Po to by radość móc docenić; po to cierpienie; po to by dostrzec piękno Ziemi; po to cierpienie; po to by siebie w sobie zmienić; po to cierpienie; po to by w jasność wstąpić z cienia; po to cierpienie; po to by pojąć i docenić; po to cierpienie; po to by krzyż mógł świat odmienić; po to cierpienie”.

       

      Pewien myśliciel powiedział: „Zło składa się na różnorodność, a więc i bogactwo świata; ponadto pozwala nam docenić wartość dobra; cierpienie jest niezbędne, żeby zaznać pełnego smaku radości.”. Inny filozof mówił: „Opatrzność Boża ma całościowy obraz naszego dobra i właśnie w imię naszego dobra całościowego dopuszcza na nas cierpienie”. Jeszcze inny filozof rzekł: „Źródłem większości cierpień jest nasze oddalenie się od natury.”. Był też i taki myśliciel, który postawił tezę: „Nawet głęboki ból (…) owiany jest specyficzną słodyczą.”. Dzięki cierpieniu można się czegoś nauczyć. Kto raz się sparzy ten na zimne dmucha. Kto doznał cierpienia w relacjach interpersonalnych, w uczuciach, ten będzie wiedział czego w przyszłości unikać.

       

      Wielki poeta niemiecki pisał w swoim opowiadaniu o cierpieniach młodego człowieka (patrz. „Cierpienia młodego Wertera”) spowodowanych konwenansami i układami towarzyskimi. Nie mógł zrealizować w całej pełni swoich szlachetnych uczuć względem wybranki swego serca, ponieważ był niskiego stanu urodzenia, w przeciwieństwie do obiektu swoich uczuć. Czy i w dzisiejszych czasach takie cierpienie nie ma racji bytu? „Nie wyjdziesz za mąż za tego człowieka, ponieważ on jest pozbawiony jakiegokolwiek majątku...” - mawiają zatroskani rodzice panny na wydaniu. „Ale ja go kocham!” - protestuje córka. „A z czego będziecie żyli?” - pada riposta - „Gdzie będziecie mieszkać?”.

       

      Cierpienie „niewinnych” dzieci często bywa argumentem w dialogu tzw. „ateizmu cierpiącego” z chrześcijanami. Skoro Bóg jest dobry, to dlaczego dopuszcza cierpienie „Bogu ducha winnych” dzieciaków? Argumentacja, że to odziedziczona konsekwencja „grzechu pierworodnego” (a więc szatana) jakoś nie trafia do przekonania. Ale cierpienie nienarodzonych dzieci podczas „zabiegu aborcji”, jak go eufemistycznie nazywają współcześni bojownicy złej sprawy, nie stanowi żadnego problemu.

       

      Inną formą cierpienia było cierpienie ludzi w obozach koncentracyjnych, w czasie drugiej wojny światowej. „Po Auschwitz nie ma już Boga!” - krzyczą oponenci. A tymczasem Bóg cierpiał wraz z więźniami tych obozów zagłady. Ten Bóg miał niejedno imię i nazwisko! Na przykład ojciec Maksymilian Maria Kolbe. Zginął w bunkrze skazany na śmierć głodową. Ponieważ przeżył, dobito go zastrzykiem trucizny. Oddał życie za Franciszka Gajowniczka, głowy wielodzietnej rodziny. Dobrowolnie zgłosił się za niego na apelu obozowym.

       

      W najważniejszej księdze ludzkości zwanej Biblią, jedną z sztandarowych postaci cierpiętniczych jest Hiob. To człowiek „prawy”, pobożny i taki, któremu dobrze się w życiu wiedzie. Miał żonę, dzieci, przyjaciół, liczne stada bydła. Jak mówi natchniony pisarz, Szatan nie mógł znieść Hioba i postanowił go zniszczyć. Zasugerował Bogu, że na pewno nie będzie czcił Stwórcy, jeśli ten pozbawi go rodziny, majątku, a wtedy ten będzie złorzeczył Omnipotentowi. Nie wiadomo dlaczego Bóg dopuścił cierpienie względem Hioba. Zginęła jego rodzina (dzieci), zginęło stado bydła. Hiob jednak przyjął cierpienie z pokorą i nie złorzeczył Absolutowi tak, jak spodziewał się tego Szatan. Wtedy diabeł zwrócił się do Boga i zaproponował dopuszczenie dalszego doświadczenia względem Hioba. Tym razem ciężką chorobą. Tą chorobą był trąd. I tak się stało, Hiob został dotknięty trądem. Żona Hioba była bliska obłędu: „Składałeś ofiary swemu Bogu, wielbiłeś go, a ten dobry Bóg doprowadził ciebie do takiego stanu”. Nawet wtedy biblijny bohater nie złorzeczył Bogu. Przeklinał jedynie dzień swoich narodzin. Jego cierpienie stało się cierpieniem ponad ludzką miarę, a wtedy człowiek ma prawo do takiego przekleństwa. Gdy jego przyjaciele dowiedzieli się o tym co spotkało Hioba, przybyli do miejsca jego odosobnienia i … zapłakali z bezsilności.

       

      Najbardziej gorzką kartą literatury sakralnej przedstawiającą cierpienie, moim zdaniem, jest mord sądowy, jakiego dopuścili się ludzie na Jezusie z Nazaretu, zwanego Mesjaszem. Całe swoje dojrzałe życie głosił ludziom doskonałe nauki etyczne poprzez przypowieści, proste (ale niełatwe) analogie. Głosił miłość, pokój, braterstwo, szczęście możliwe do osiągnięcia jeszcze na tym świecie. Wskazywał na drogę, jaką musi przejść każdy mieszkaniec tej ziemi aby dojść do „niebieskiej ojczyzny”. Dokonywał cudów (rozmnażał chleby, wskrzeszał umarłych, uzdrawiał chromych). Okrzyknięto go nawet królem! I nagle nastąpiła zmiana nastrojów społecznych. Tego spokojnego i niewinnego człowieka pojmano, jak pospolitego przestępcę. Nauczyciela, mistrza, króla... . Jak bardzo musiał cierpieć z powodu utraty dobrego imienia? Został fałszywie oskarżony o niesubordynacje względem rzymskiego cesarza i bluźnierstwo. Uznano go za wichrzyciela społecznego, naruszającego ład społeczny. Zmanipulowane nastroje społeczne doprowadzono do zenitu. Toteż kara za rzekome zbrodnie Chrystusa była niewspółmierna do rzeczywistych czynów. Rzymski namiestnik, prokurator, Poncjusz Piłat nakazał wychłostać „samozwańczego” króla i chciał go puścić wolno, jako nieszkodliwego szaleńca. Chłostano jego wedle rzymskiej tradycji katowskiej specjalnymi biczami zwanymi „flagellum”. Wyrok wykonano tak skrupulatnie, że skazany ledwie uszedł z życiem. I było tak, że cierpienie niewinnego Boga-Człowieka sprawiało tłumowi ogromną przyjemność. Kiedy Poncjusz Piłat, zgodnie z niepisanym prawem, chciał uwolnić jednego ze skazańców, ludzie wybrali Barabasza, znanego wszem i wobec złoczyńcę, dobrego Człowieka posłali na okrutną śmierć krzyżową. Piłat umył ręce z krwi tego niewinnego, jak sam go określił. Rozochocony tłum zawył: „Krew jego na nas i na syny nasze!”. Ubrano skazanego na śmierć krzyżową w odpowiednią do tej tortury szatę. Włożono poprzeczną belkę krzyża na jego ramiona i rozpoczęto kaźń drogą wiodącą przez miasto, aż na wzgórze położone opodal zwane Golgotą. Pośród szyderstw i złorzeczenia szedł ten, który sam był Miłością, który tak ukochał ludzi, iż z rozkoszą podjął się nieść „krzyż”, dając tym samym miłości naukę. Upadał pod ciężarem „krzyża” aż trzykrotnie, zanim dotarł na miejsce męczeńskiej śmierci. Tam przybito jego do krzyża, a krzyż postawiono do pionu, aby konał w męczarniach. Szyderstwom i kpinom nie było końca, gdy umierał: „Jeśli jesteś Synem Bożym zejdź z krzyża, a uwierzymy w ciebie!”. Gdy wreszcie skonał, żołnierz rzymski przebił jego bok, z którego natychmiast wypłynęła krew i woda, wymowny znak śmierci „skazańca”.

       

       

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Cierpienie   Dlaczego cierpienie wpisane jest w człowieczą egzystencję? Niektórzy, dawni miłośnicy mądrości mówili, że brak cierpienia (bólu) jest już pełnią szczęścia. Współcześni poeci śpiewają: „Po to by radość móc docenić; po to cierpienie; po to by dostrzec piękno Ziemi; po to cierpienie; po to by siebie w sobie zmienić; po to cierpienie; po to by w jasność wstąpić z cienia; po to cierpienie; po to by pojąć i docenić; po to cierpienie; po to by krzyż mógł świat odmienić; po to cierpienie”.   Pewien myśliciel powiedział: „Zło składa się na różnorodność, a więc i bogactwo świata; ponadto pozwala nam docenić wartość dobra; cierpienie jest niezbędne, żeby zaznać pełnego smaku radości.”. Inny filozof mówił: „Opatrzność Boża ma całościowy obraz naszego dobra i właśnie w imię naszego dobra całościowego dopuszcza na nas cierpienie”. Jeszcze inny filozof rzekł: „Źródłem większości cierpień jest nasze oddalenie się od natury.”. Był też i taki myśliciel, który postawił tezę: „Nawet głęboki ból (…) owiany jest specyficzną słodyczą.”. Dzięki cierpieniu można się czegoś nauczyć. Kto raz się sparzy ten na zimne dmucha. Kto doznał cierpienia w relacjach interpersonalnych, w uczuciach, ten będzie wiedział czego w przyszłości unikać.   Wielki poeta niemiecki pisał w swoim opowiadaniu o cierpieniach młodego człowieka (patrz. „Cierpienia młodego Wertera”) spowodowanych konwenansami i układami towarzyskimi. Nie mógł zrealizować w całej pełni swoich szlachetnych uczuć względem wybranki swego serca, ponieważ był niskiego stanu urodzenia, w przeciwieństwie do obiektu swoich uczuć. Czy i w dzisiejszych czasach takie cierpienie nie ma racji bytu? „Nie wyjdziesz za mąż za tego człowieka, ponieważ on jest pozbawiony jakiegokolwiek majątku...” - mawiają zatroskani rodzice panny na wydaniu. „Ale ja go kocham!” - protestuje córka. „A z czego będziecie żyli?” - pada riposta - „Gdzie będziecie mieszkać?”.   Cierpienie „niewinnych” dzieci często bywa argumentem w dialogu tzw. „ateizmu cierpiącego” z chrześcijanami. Skoro Bóg jest dobry, to dlaczego dopuszcza cierpienie „Bogu ducha winnych” dzieciaków? Argumentacja, że to odziedziczona konsekwencja „grzechu pierworodnego” (a więc szatana) jakoś nie trafia do przekonania. Ale cierpienie nienarodzonych dzieci podczas „zabiegu aborcji”, jak go eufemistycznie nazywają współcześni bojownicy złej sprawy, nie stanowi żadnego problemu.   Inną formą cierpienia było cierpienie ludzi w obozach koncentracyjnych, w czasie drugiej wojny światowej. „Po Auschwitz nie ma już Boga!” - krzyczą oponenci. A tymczasem Bóg cierpiał wraz z więźniami tych obozów zagłady. Ten Bóg miał niejedno imię i nazwisko! Na przykład ojciec Maksymilian Maria Kolbe. Zginął w bunkrze skazany na śmierć głodową. Ponieważ przeżył, dobito go zastrzykiem trucizny. Oddał życie za Franciszka Gajowniczka, głowy wielodzietnej rodziny. Dobrowolnie zgłosił się za niego na apelu obozowym.   W najważniejszej księdze ludzkości zwanej Biblią, jedną z sztandarowych postaci cierpiętniczych jest Hiob. To człowiek „prawy”, pobożny i taki, któremu dobrze się w życiu wiedzie. Miał żonę, dzieci, przyjaciół, liczne stada bydła. Jak mówi natchniony pisarz, Szatan nie mógł znieść Hioba i postanowił go zniszczyć. Zasugerował Bogu, że na pewno nie będzie czcił Stwórcy, jeśli ten pozbawi go rodziny, majątku, a wtedy ten będzie złorzeczył Omnipotentowi. Nie wiadomo dlaczego Bóg dopuścił cierpienie względem Hioba. Zginęła jego rodzina (dzieci), zginęło stado bydła. Hiob jednak przyjął cierpienie z pokorą i nie złorzeczył Absolutowi tak, jak spodziewał się tego Szatan. Wtedy diabeł zwrócił się do Boga i zaproponował dopuszczenie dalszego doświadczenia względem Hioba. Tym razem ciężką chorobą. Tą chorobą był trąd. I tak się stało, Hiob został dotknięty trądem. Żona Hioba była bliska obłędu: „Składałeś ofiary swemu Bogu, wielbiłeś go, a ten dobry Bóg doprowadził ciebie do takiego stanu”. Nawet wtedy biblijny bohater nie złorzeczył Bogu. Przeklinał jedynie dzień swoich narodzin. Jego cierpienie stało się cierpieniem ponad ludzką miarę, a wtedy człowiek ma prawo do takiego przekleństwa. Gdy jego przyjaciele dowiedzieli się o tym co spotkało Hioba, przybyli do miejsca jego odosobnienia i … zapłakali z bezsilności.   Najbardziej gorzką kartą literatury sakralnej przedstawiającą cierpienie, moim zdaniem, jest mord sądowy, jakiego dopuścili się ludzie na Jezusie z Nazaretu, zwanego Mesjaszem. Całe swoje dojrzałe życie głosił ludziom doskonałe nauki etyczne poprzez przypowieści, proste (ale niełatwe) analogie. Głosił miłość, pokój, braterstwo, szczęście możliwe do osiągnięcia jeszcze na tym świecie. Wskazywał na drogę, jaką musi przejść każdy mieszkaniec tej ziemi aby dojść do „niebieskiej ojczyzny”. Dokonywał cudów (rozmnażał chleby, wskrzeszał umarłych, uzdrawiał chromych). Okrzyknięto go nawet królem! I nagle nastąpiła zmiana nastrojów społecznych. Tego spokojnego i niewinnego człowieka pojmano, jak pospolitego przestępcę. Nauczyciela, mistrza, króla... . Jak bardzo musiał cierpieć z powodu utraty dobrego imienia? Został fałszywie oskarżony o niesubordynacje względem rzymskiego cesarza i bluźnierstwo. Uznano go za wichrzyciela społecznego, naruszającego ład społeczny. Zmanipulowane nastroje społeczne doprowadzono do zenitu. Toteż kara za rzekome zbrodnie Chrystusa była niewspółmierna do rzeczywistych czynów. Rzymski namiestnik, prokurator, Poncjusz Piłat nakazał wychłostać „samozwańczego” króla i chciał go puścić wolno, jako nieszkodliwego szaleńca. Chłostano jego wedle rzymskiej tradycji katowskiej specjalnymi biczami zwanymi „flagellum”. Wyrok wykonano tak skrupulatnie, że skazany ledwie uszedł z życiem. I było tak, że cierpienie niewinnego Boga-Człowieka sprawiało tłumowi ogromną przyjemność. Kiedy Poncjusz Piłat, zgodnie z niepisanym prawem, chciał uwolnić jednego ze skazańców, ludzie wybrali Barabasza, znanego wszem i wobec złoczyńcę, dobrego Człowieka posłali na okrutną śmierć krzyżową. Piłat umył ręce z krwi tego niewinnego, jak sam go określił. Rozochocony tłum zawył: „Krew jego na nas i na syny nasze!”. Ubrano skazanego na śmierć krzyżową w odpowiednią do tej tortury szatę. Włożono poprzeczną belkę krzyża na jego ramiona i rozpoczęto kaźń drogą wiodącą przez miasto, aż na wzgórze położone opodal zwane Golgotą. Pośród szyderstw i złorzeczenia szedł ten, który sam był Miłością, który tak ukochał ludzi, iż z rozkoszą podjął się nieść „krzyż”, dając tym samym miłości naukę. Upadał pod ciężarem „krzyża” aż trzykrotnie, zanim dotarł na miejsce męczeńskiej śmierci. Tam przybito jego do krzyża, a krzyż postawiono do pionu, aby konał w męczarniach. Szyderstwom i kpinom nie było końca, gdy umierał: „Jeśli jesteś Synem Bożym zejdź z krzyża, a uwierzymy w ciebie!”. Gdy wreszcie skonał, żołnierz rzymski przebił jego bok, z którego natychmiast wypłynęła krew i woda, wymowny znak śmierci „skazańca”.    
    • @andrewDziękuję Ci, od razu się uśmiechnęłam, a potem to skrobnęłam:   dziekuję za kawkę i deserek założe odświętny sweterk i wyjdę na spacerek   niech wiersze same się pisza ukołysane ciszą
    • @Alicja_Wysocka przeglądaj, ranking, cały czas, popularne
    • @LessLove świetne spostrzeżenie

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • @Alicja_Wysocka

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...