Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

1

Profesor Carlsson, po zakończeniu swoich - tak bardzo przezeń nielubianych - czynności administracyjnych, odwiesił do szafy marynarkę i opuścił gabinet. Długim korytarzem udał się w kierunku laboratorium. Po wetknięciu identyfikatora w szczelinę czytnika wprowadził kod. Grube, stalowe drzwi zaczęły się powoli otwierać. Carlsson wszedł do śluzy, założył srebrzysty, przypominający strój astronauty kombinezon, sprawdził wskazania ciśnieniomierza na zintegrowanym ze skafandrem „plecaku życia”, po czym założył hełm i odkręcił zawór powietrzny. Po odczekaniu kilkudziesięciu sekund, w czasie których syk poinformował o wymianie powietrza w pomieszczeniu śluzy, ponownie wprowadził kod na klawiaturze panelu sterującego i otworzył drzwi prowadzące do laboratorium. Choć było ono dla niego drugim domem, a może nawet czymś ważniejszym od domu, przekraczając jego próg nieodmiennie odczuwał przechodzący po krzyżu dreszczyk emocji.
To, co znajdowało się za dostępnymi dla niewielkiej grupy „wtajemniczonych” drzwiami, wyglądało jak wnętrze jakiejś stacji kosmicznej z przyszłości. Liczne komputery, mikroskopy elektronowe, skomplikowane zestawy aparatury chemicznej, oraz mnóstwo innych, nierozpoznawalnych dla osób postronnych urządzeń wypełniało stojące wzdłuż ścian pomieszczenia stoły laboratoryjne. Profesor przechadzał się powoli przez laboratorium, zamieniając z każdym, spośród ubranych w takie same jak on kombinezony pracowników przynajmniej kilka zdań. Od czasu do czasu zasiadał przed ekranem monitora wprowadzając z klawiatury jakieś dane i uważnie je analizując. Na koniec wszedł do pomieszczenia, na drzwiach którego widniał napis „PETS”. Po chwili wrócił do laboratorium z malującym się na twarzy wyrazem zadowolenia.

2

Przy restauracyjnym stole siedziało trzech młodych mężczyzn: Tino, Michelangelo i Giovanni. Wszyscy, a szczególnie Tino mieli już mocno w czubie. Po chwili, dwaj nieco trzeźwiejsi wzięli trzeciego pod ramiona i wyprowadzili na parking. Michelangelo wyciągnął z kieszeni telefon.
– Gdzie dzwonisz? – zapytał Giovanni.
– Po taksówkę.
– Czyś ty zgłupiał? Tino ma przecież brykę. Bierzemy kluczyki - i jazda! Może jeszcze poderwiemy jakąś laskę...
– Super! Znam takie dwie fajne siostrzyczki w Bracciano.
– No to, avanti!
Obszukali kieszenie kolegi i wyjęli kluczyki do samochodu. Po otwarciu drzwi czerwonej stoczterdziestkisiódemki wepchnęli Tina na tylne siedzenie. Giovanni usadowił się za kierownicą, a Michelangelo na miejscu pasażera. Z rykiem silnika auto ostro wyrwało do przodu i wjechało na puste już niemal ulice zasypiającego miasta. Po kilkunastu minutach samochód znalazł się na podmiejskiej szosie. Po minięciu Osteria Nuova, kierowca dostrzegł w światłach reflektorów jakąś postać. Gwałtowne hamowanie nie zapobiegło katastrofie; pisk opon, trzask zderzenia i wystrzał poduszek powietrznych zlały się w jeden przerażający dźwięk. Samochód wypadł poza jezdnię i zatrzymał się uderzając o skarpę. Z pękniętego akumulatora zaczął wyciekać elektrolit. Silnik zgasł. Przez chwilę nic się nie działo, potem powoli otworzyły się drzwi i koledzy Tina wyszli z samochodu. W blasku reflektorów zobaczyli w przydrożnym rowie skuloną postać. Giovanni zgasił światła i szeptem zwrócił się do Michelangelo:
– Pomóż mi.
Wspólnymi siłami wyciągnęli z tylnej kanapy nieprzytomnego z przepicia Tina, po czym usadowili go za kierownicą samochodu, by następnie pospiesznie opuścić miejsce wypadku.
Po jakimś czasie Tino otworzył oczy, przeciągnął się i ziewnął. Otworzył drzwi i niezgrabnie wysunął się zza kierownicy. Zaczął rozpinać rozporek, gdy potknął się o coś miękkiego. Pochylił się, aby sprawdzić przeszkodę. Poczuł, że dotyka jakiegoś ciała. W świetle zapalniczki stwierdził, że jest to ciało kobiety. Uklęknął przed nim i przyłożył palce do tętnicy szyjnej. Przez chwilę pozostawał bez ruchu, niczym sparaliżowany.
O Boże, co ja narobiłem!? W jego głowie zaczęły się kotłować różne myśli. Przypomniał sobie wieczorne pijaństwo. Co mam teraz zrobić? Przecież za śmiertelny wypadek po pijanemu czeka mnie kilka lat więzienia...
Nagle podjął decyzję. Podniósł się z klęczek i szybkim krokiem, nie wskazującym na niedawny stan upojenia alkoholowego oddalił się od samochodu i szosy.

3

Do drzwi eleganckiej willi zadzwonił mężczyzna. Kiedy chciał ponownie wcisnąć przycisk drzwi otworzyła jakaś kobieta. Gość pokazał jej legitymację.
– Jestem porucznik Frascatti z Wydziału Kryminalnego. Czy mogę rozmawiać z mecenasem Venturi?
– Proszę, panie poruczniku.
Otworzyła drzwi na oścież, po czym zaprowadziła porucznika do gabinetu.
– Zechce pan spocząć –wskazała dłonią na stojący przy kominku fotel –zaraz zawołam męża.
Pani Venturi wyszła z gabinetu, a po chwili wkroczył doń pewnym krokiem przystojny, wysoki mężczyzna, o szarych przenikliwych oczach i lekko przyprószonych siwizną skroniach.
– Jestem Adriano Venturi, czym mogę panu służyć, panie...
– Frascatti. Porucznik Frascatti z Wydziału Kryminalnego.
– ...panie poruczniku?
– Czy jest pan właścicielem tego samochodu Alfa Romeo 147? –porucznik wyjął z kieszeni fotografię, po czym wręczył ją gospodarzowi.
– Owszem, ale o co chodzi?
– Proszę mi wybaczyć, ale to ja zadaję pytania. Gdzie aktualnie znajduje się pański wóz?
– Nie mam pojęcia. Co prawda - jak powiedziałem auto należy do mnie, ale go nie używam. Jeżdżę wyłącznie Mercedesem. Z Alfy korzysta mój syn, Tino.
– Gdzie wobec tego, znajduje się pański syn?
Niosąca tacę z kawą pani Venturi miała właśnie wejść do salonu, lecz słysząc pytanie o Tina, zatrzymała się przed drzwiami uważnie nasłuchując.
– Przykro mi, ale nie potrafię udzielić odpowiedzi na pańskie pytanie. Wczoraj syn zdawał ostatni egzamin i miał potem gdzieś wyskoczyć z kolegami. Na noc nie wrócił.
– A co syn studiuje?
– Medycynę.
– Tym gorzej...
– Nie rozumiem... Dlaczego „tym gorzej”?
– Teraz już mogę panu powiedzieć. Otóż pański syn najprawdopodobniej spowodował wypadek samochodowy... Śmiertelny wypadek! Zbiegł z miejsca zdarzenia, nie udzielając pomocy ofierze, która - jak wykazała sekcja - żyła jeszcze przynajmniej kilkanaście minut.
– Tino!? To niemożliwe!
– Nie mamy oczywiście pewności, ale wszystkie okoliczności przemawiają za tym, że jest to -niestety- prawda. Oto moja wizytówka - gdyby syn się odnalazł, proszę mnie zawiadomić, a do czasu wyjaśnienia wszystkich okoliczności wypadku, bardzo pana proszę o nie opuszczanie miasta bez naszego zezwolenia. To wszystko. Dziękuję panu. Aha, czy mógłbym dostać, a właściwie wypożyczyć jakieś zdjęcie pańskiego syna?
– Mam nadzieję, że to potworne nieporozumienie szybko się wyjaśni.
Venturi wręczył porucznikowi wyjętą z portfela fotografię Tina.
– Oby...
Porucznik Frascatti opuścił gabinet. Gdy przemierzał hol podbiegła doń wzburzona pani Venturi.
– Panie poruczniku! Pan przyszedł w sprawie tego wypadku!?
– Coś pani wiadomo w tej materii?
– Tak... to ja jechałam tym samochodem... trochę wypiłam... Jak potrąciłam tego człowieka, to straciłam głowę i uciekłam. Proszę mnie aresztować - wykrzyczała urywanym głosem, w dramatycznym geście wyciągając przed siebie ręce.
– Ach tak... więc o dziesiątej wieczór jechała pani w kierunku Ostii? W jakim celu?
– Miałam tam spotkanie z... –zawahała się przez moment, poczym powiedziała zdecydowanym głosem –z kochankiem.
– Signora Venturi. Wiem, że jest pani kochającą matką i rozumiem panią, uznam więc, że tej rozmowy nie było. Wypadek miał miejsce około pierwszej w nocy w okolicy Osteria Nuova. Chciała mnie pani wprowadzić w błąd, by ratować syna. Podsłuchiwała pani!
– Panie poruczniku, mój syn jest niewinny! Rozumie pan? Nie-win-ny!
– Proszę się uspokoić i nie utrudniać śledztwa. Jeśli Tino jest niewinny, to na pewno potrafi tego dowieść. Do widzenia pani.
Kilka godzin później
W wielkim gmachu Wydziału Medycznego uniwersytetu krążyło wiele osób. Łatwo było rozpoznać pośród nich studentów pocących się ze zdenerwowania przed egzaminem. Porucznik Frascatti krążąc od grupy do grupy zadawał krótkie pytania zaambarasowanej młodzieży dotarł w końcu do tej, która go interesowała, i to bynajmniej nie z tego powodu, że były w niej naprawdę ładne dziewczyny. Po dłuższej rozmowie z kilkoma osobami, z wyrazem zadowolenia na twarzy opuścił budynek.

Opublikowano

Długo wahałem się przed wklejeniem swojego opowiadania. Ostatecznie wysłałem, licząc na waszą wyrozumiałość (trochę się to musi rozkręcać) i całą masę krytycznych uwag.
To jest moje pierwszy dłuższy tekst, w związku z czym problemów jest cała masa.

Opublikowano

Na razie oczywiście trudno coś powiedzieć - prosiłeś wszak o cierpliwość. Kilka niezgrabnych momentów do wygładzenia - przeczytaj kilka ostatnich zdań, zwłaszcza od momentu "kilka godzin później" - sporo tam nieporozumień. Również pierwsze 3 zdania ostatniego fragmentu brzmią dość drewienkowato - Męczyżna. Kobieta. Mężczyzna. Zastanawia także melodramatyczność rozmowy porucznika z matką - z tym trzeba jednak poczekać, bo oczywiście nie wiem jak rzecz ma się dalej.

Tyle uwag na gorąco, czytałem z dużym zainteresowaniem.

f.

Opublikowano

gdyby syn się odnalazł, proszę nie zawiadomić - chyba powinno być mnie zawiadomić
Dla mnie rozmowa z matką jest jakaś taka dziwna. Zbyt oczywista. Chyba przydałaby się tu jakaś inna historia, coś bardziej skomplikowanego.
Zgadzam się z poprzednikiem odnoście tekstu od słów kilka godzin później.
Ale całość zapowiada się w miarę ciekawie, choć przydała by się jakaś większa tajemnica.
Bardziej podobała mi się pierwsza część, chyba właśnie ze względu na tę tajemnice.
Pozdrawiam : )

Opublikowano

Zapowiada się na jakąś większą całość! Myślę, że akcja będzie toczyć się dalej, więc trudno cokolwiek powiedzieć. Dla mnie rozmowa z matką też wydaje się dziwna. Od razu przyznaje się do kochanka? Czy nie było by lepiej, gdyby wymyśliła coś rozsądniejszego? Podoba mi się język,jak zawsze u Ciebie- rasowy-powiedziałabym. Pozdrawiam. Czekam na ciąg dalszy.

Opublikowano

Dziekuję za uwagi. To dopiero początek - pomału zacznę wprowadzać inne wątki, które gdzieś tam mają się z sobą związać i wtedy się wyjaśni, ale nie tak szybko...
Generalnie ma to być MELODRAMAT z wątkiem SF.
Co do przyznania się do kochanka... A co mogła wymyślić "la mamma", by natychmiast podać powód obecności na szosie w późnych godzinach wieczornych? Powrót z targu? ;-)Podpowiedzcie- chętnie skorzystam.

Opublikowano

Właśnie, po przemyśleniu chciałam napisać Ci, że szok i zaskoczenie mogło spowodować, że tak się zachowała i to powiedziała. Poza tym, ja nie chcę nic narzucać. To była również moja spontaniczna reakcja. Powinnam była głębiej i dłużej nad tym pomyśleć. Faktem jest, że czasem za szybko łapię za "póro" Pozdrawiam.

Opublikowano

NAprawde niezle się zapowiada. Istotnie im dłósze opowiadanie tym więcej ewentualnych błedów można popełnic. Jak narzie jednak oprócz wspomnianych poprzednio drobiazgów wychodzisz z tego zwycięzko. Problem jet inny, czy masz już zaplanowane (chocby w zarysie) dalesze losy bohaterów. Jesli tak (a przypuszczam, że tak jest) to ok. Jesli nie to tu własnie jest problem.

pzdr

ps

czekam z niecierpliwością na dalszy ciąg.

Opublikowano

cieszę się że postanowiłeś wrzucać ten tekst po kawałku.(masz już całość?)moje zdanie na jego temat juz poznałeś(chociaż nie znam calego tekstu i nie wiem jak poprowadziłes poszczegóolne watki)i) ale pierwszy raz widzę go z tytułm. nie pytalem sie o niego wczesniej, bo sam dobrze wiem, że tytuł czesto powstaje na końcu pisania, dobrze było jak było. i tu pomarudze - NIE PODOBA MI SI.to jak na razie najslabszy punkt. moim zdaniem powinieneś zastanowić się czy go nie zmienić. nie podoba mi się żaden z jego członów(każdy od biedy mógłby być tytułem - bambino- drzewa umierają stojąc , ale zaden nie pasuje mi do twojej historii, a w parce tym bardziej. a tutul jest wazny. jest wizytowka calego tekstu. ma zachecac, czytelnik ma po nim wiedziec czego mniej wiecej oczekiwać. twoja opowiesc jest na niezlym speedzie, a tutuł raczej na melodramat bardziej. wybacz, ale mnie się on kojarzy z historią wloskiego bambino , któremu gdzies w ksiazce najblizsi padaja jak muchu (pierwsze skojarzenie jesli chodzi o tytuł). podsumowujac moj wywod:tekst jak najbardziej ok, tytuł(moim zdaniem) nalezy zmienić.

Opublikowano

to taki nie do konca melodramat lesiu. nie wiem co prawda jak tekst zakończysz(lub juz zakończyłes) ale mnie się to bardziej czytało jak sensacje z nieodzownym wątkiem milosnym rzecz jasna, ale jednak jako sensacje, ktora być może zakończy się jak melodramat, ale nazwać tę opowieśc melodramatem, to chyba jest zaszufladkowaniem je na siłe. ale ok, to ty tu rządzisz. w kazdym razie trzymam sie swego - pomyśl na tytułem. własnym, oryginalnym, tylko twoim. po co ci jakieś zapożyczenia? czynienie jakiegos uklonu w stronie fajnego tutułu?(tytuły nie sa obięte prawami autorskimi, jakbys sie uparł to mogłbys sobie zatutułowac opko jako drzewa umierają stojąc i prawnie można by cie bylo za to pocalowac w tyłek, bo nie był by to plagiat, chociaż na pewno przegiecie)zastanow sie , walnij cos swojego(np, jakies fajne zdanie z tego własnie opowiadania),a wtedy to bedzie calkowicie twoja historia i myse z e i satysfakcja bedzie wieksza. moje zdanie. mam nadzieje ze nie odbierasz tego jako "przypierdalania sie na sile", bo tekst jest ok, tylko ten tytul szczypie mnie w oczy

Opublikowano

nieodmiennie odczuwał przechodzący po krzyżach dreszczyk emocji - dlaczego po krzyżach?? mógłbyś wyjaśnić.
–Gdzie dzwonisz? – zapytała Giovanni. - wcześniej była wzmianka, że G. to mężczyzna więc ''zapytał''.
Giovanni usadowił się za kierownicą - Michelangelo na miejscu pasażera - może to pryszcz albo ja się nie znam, ale jaką funkcję tu spełnia myślnik? czy nie lepiej napisac iast niego np. a, natomiast albo jeszcze inaczej?
otworzyła jakaś kobieta - jakaś? może trzebaby było tu coś dodać... nie wiem, wydaje mi się, że chociaż krótkie zdanko, charakteryzujące.

jest nieźle, podoba mi się, idę czytać kolejną częśc, może wyjaśni się trochę i skleję 1 z pozostałymi rozdziałami. pozdr.

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    • Abi wyciągnęła list ze skrzynki pocztowej, a delikatna faktura koperty w dłoniach przywołała uczucie czegoś niemal sakralnego – przesyłka była starannie przygotowana, a pismo tak piękne i precyzyjne, że od razu można było wyczuć w nim emocje nadawcy. List zaadresowano do Noela.

      – Ciekawe, od kogo…? – mruknęła do siebie, obracając kopertę w dłoniach z lekką nutą zazdrości. „Może od koleżanki? A może od kogoś, kogo kocha?” – zastanawiała się.

      Przez głowę przemknęła jej nieoczekiwana myśl: „Do tej pory nawet nie zdawałam sobie sprawy, jak bardzo polubiłam Noela…”

      Łączyła ich niewidzialna więź. Czasem wystarczyło jedno spojrzenie, by wszystko zrozumieć. Takie milczące porozumienie, które nie potrzebowało słów.

      Po powrocie do domu położyła list na stoliku w holu, ale ciekawość nie dawała jej spokoju. Postanowiła jak najszybciej przekazać go adresatowi.

      – Pójdziemy na spacer, co? – zwróciła się do Lisy, a ona natychmiast podniosła głowę, merdając ogonem w odpowiedzi.

      Już od dawna planowała założyć tę piękną błękitną sukienkę kupioną razem z Zoe, ale jakoś nigdy nie nadarzyła się odpowiednia okazja. Spotkanie z Noelem wywoływało lekkie drżenie jej serca i zdawało się doskonałym powodem do założenia kreacji.

      Przyjaciółki niedawno były na zakupach i kiedy Zoe dostrzegła w oknie wystawowym to cudo, wykrzyknęła z zachwytem:

      – Koniecznie musisz ją mieć! Gdy Noel cię w niej zobaczy, oszaleje z zachwytu!

      Abi uśmiechnęła się lekko, przeglądając się w lustrze. Już sama świadomość, że Noel zobaczy ją w zwiewnej sukience, a nie w szpitalnym uniformie, sprawiała, że jej serce podskakiwało z radości. Czuła w sobie coś więcej niż zwykłą radość – subtelny dreszcz sugerujący, że zaczyna jej zależeć na tym, by spodobać się właśnie jemu.

      Postrzegała Noela jako sympatycznego, ciepłego i wesołego chłopaka. Nie mogła dokładnie określić, co najbardziej przyciągało ją do niego – czy była to jego aura, dostrzegała podczas procesu zdrowienia i nabierająca powoli pięknych, delikatnych odcieni, czy może po prostu rodząca się między nimi więź. Każde spojrzenie, każdy drobny gest Noela sprawiały, że serce Abi zaczynało bić szybciej, a w jej głowie rodziły się ciche pragnienia.

      Zoe żartowała z typową dla siebie lekkością: „Właśnie tak jest, kiedy się kogoś kocha”. Abi uśmiechnęła się pod nosem, wiedząc, że jeszcze nie jest gotowa przyznać się do swoich uczuć, nawet przed sobą. Przecież nigdy wcześniej nie kochała w ten sposób – oprócz rodziców, ale to zupełnie coś innego. Klark był dla niej bardziej jak przyjaciel i opiekun, dawał poczucie bezpieczeństwa. Z Noelem czuła delikatną iskrę sympatii, może nawet pierwszy płomyczek miłości, której jeszcze nie odważyła się w sobie odkryć.

      Szła teraz dumnie ulicą, trzymając Lisę na smyczy, a w jej wnętrzu tliło się ciche podekscytowanie. Czy naprawdę zauważał jej drobne gesty? Czy dostrzegał radość, którą emanowała, czy to tylko jej wyobraźnia, podsycana ciepłem emocji? Wszystko wydawało się możliwe, a ona pozwalała sobie na tę subtelną euforię.

      Promieniowała szczęściem i spokojem, każdy krok niósł poczucie harmonii i nadziei. 

      „Tak mogłoby być wiecznie” – pomyślała, pozwalając sobie na krótkie, słodkie marzenie o tym, że świat wokół niej zawsze będzie tak pełen ciepła i drobnych radości.

      Kiedy dotarły do kliniki, Abi poczuła lekkie mrowienie w brzuchu. 

      Pewnym krokiem weszła do pokoju Noela, a jej serce przyspieszyło rytm. Lisa podskoczyła radośnie, witając się z chłopakiem, a potem spokojnie usiadła, obserwując panią z uważnością typową dla swojego wrażliwego charakteru.

      – Cześć, Noel – powiedziała cicho, uśmiechając się, choć nie mogła powstrzymać lekkiego drżenia w głosie. – Mam coś dla ciebie…

      Noel nie mógł powstrzymać zachwytu, kiedy ją zobaczył:

      – Dzień dobry, księżniczko! Co zrobiłaś z moją przyjaciółką?

      – Wariat! Halo, to ja, ta sama Abi – odparła radośnie, siadając przy łóżku.

      – Niby ta sama, a jednak inna… – Uśmiechnął się rozbrajająco.

      Uśmiech Noela był pełen zachwytu, niemal nieziemski. W jego oczach pojawiła się czułość i podziw, jakby zobaczył coś najpiękniejszego na świecie.

      Abi podała mu przesyłkę

      – Zobacz, to może być coś ważnego.

      Patrzyła, jak powoli chwyta kopertę, jak wpatruje się w jej oczy, szukając wyjaśnienia, zanim jeszcze przeczyta słowa adresowane do niego.

      Noel zaczął powoli czytać list, jego wzrok ślizgał się po starannym, pełnym emocji piśmie. Abi stała tuż obok, widziała, jak na jego twarzy pojawia się kalejdoskop uczuć: zaskoczenie, wzruszenie, a gdzieś w tle – delikatna nuta radości i ulgi. Dawno tłumione emocje zaczęły przebijać się na zewnątrz, a każda z nich potwierdzała wagę tego, co trzymał w dłoniach.

      Kiedy przeczytał ostatnie słowa, jego ręka opadła bezwładnie na łóżko, a oczy zaszkliły się. Spod powiek powoli spływały łzy, które łagodnie sunąc po policzkach. Nie był przygotowany na taką wiadomość – wyznanie łączące w sobie skruchę, miłość i nadzieję.

      Widząc jego wzruszenie, Abi pochyliła się nieco, delikatnie obejmując jego dłoń swoimi palcami. 

      Poczuła nie tylko współczucie, lecz także coś głębszego, ciepłego – sympatię, która zaczynała przekształcać się w subtelną bliskość. W tej chwili nie musiała wypowiadać słów, bo wszystko, co czuła, było wyraźnie obecne w jej spojrzeniu, w delikatnym uśmiechu, w sposobie, w jaki delikatnie trzymała jego rękę.

      Noel spojrzał na nią i odnalazł w jej oczach bezpieczeństwo, zrozumienie i ciepło, którego brakowało mu przez całe życie. I choć dopiero odkrywał własne emocje, to Abi poczuła, że ta chwila – ich wspólna, cicha bliskość – staje się początkiem czegoś niezwykłego.

      – Wszystko dobrze? – zapytała łagodnie, a w jej głosie pobrzmiewała troska i subtelna nuta ciepła.

      – Tak… – odpowiedział, ocierając łzy. – Nawet nie wiesz, jak bardzo dobrze… – Zawahał się, a potem spojrzał na nią z delikatnym uśmiechem. – Przeczytaj to, proszę.

      Kochany Syneczku.

      Bardzo długo zbierałam się na odwagę, żeby napisać ten list. 

      Nawet nie wiem, czy będziesz w ogóle chciał go przeczytać. Masz pełne prawo podrzeć go i wyrzucić już teraz. Żywię jednak cichą nadzieję, że zrobisz to dopiero po doczytaniu do końca. 

      Tak trudno mi ubrać w słowa to, co czuję. Pragnę tylko, żebyś wiedział, jak bardzo mi przykro. Nawet nie mogę sobie wyobrazić jak mocno zraniłam Cię swoim nagłym odejściem. Wtedy postrzegałam tę kwestię zupełnie inaczej i najważniejsze było dla mnie moje szczęście. 

      Dzisiaj już wiem, jak bardzo byłam samolubna i obojętna na uczucia innych. Odchodząc od Was popełniłam największy błąd mojego życia, ale czasu już nie cofnę i muszę żyć z tą świadomością do końca moich dni. 

      Nie proszę o przebaczenie, bo na nie nie zasługuję. Chcę tylko, żebyś wiedział, że cały ten czas byłeś zawsze w moim sercu, jako jedyna i prawdziwa miłość mojego życia. Brak kontaktu z mojej strony podyktowany był olbrzymim wstydem za czyn, którego się dopuściłam. Przez te wszystkie lata czułam się niegodna Twojej miłości, ale nosząc Cię w sercu żywiłam nadzieję, że wiedzie Ci się dobrze i że jesteś zdrowy. 

      Już od dawna zbierałam się na odwagę, by nawiązać z Tobą kontakt i pomógł mi w tym sen, który bardzo mnie zaniepokoił. Nie mogłam już dłużej zwlekać. 

      Nie wiem nawet, czy jeszcze mieszkasz z tatą, czy się przeprowadziłeś... 

      Ja nie jestem już z tym mężczyzną. Wynajmuję teraz mieszkanie w kamienicy mojej przyjaciółki Mai, zapewne ją pamiętasz. 

      Jest jeszcze coś bardzo ważnego, co powinnam powiedzieć Ci już dawno temu. Masz przyrodnią siostrę Karin, ona wie o Twoim istnieniu i często pyta o Ciebie. Moim jedynym marzeniem jest, żebyście mogli się kiedyś spotkać, poznać i porozmawiać. Odebrałam Wam tyle pięknych i szczęśliwych lat razem, ale może nie wszystko jeszcze stracone…

      Kocham Cię bardzo

      Mama

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...