Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

1

Profesor Carlsson, po zakończeniu swoich - tak bardzo przezeń nielubianych - czynności administracyjnych, odwiesił do szafy marynarkę i opuścił gabinet. Długim korytarzem udał się w kierunku laboratorium. Po wetknięciu identyfikatora w szczelinę czytnika wprowadził kod. Grube, stalowe drzwi zaczęły się powoli otwierać. Carlsson wszedł do śluzy, założył srebrzysty, przypominający strój astronauty kombinezon, sprawdził wskazania ciśnieniomierza na zintegrowanym ze skafandrem „plecaku życia”, po czym założył hełm i odkręcił zawór powietrzny. Po odczekaniu kilkudziesięciu sekund, w czasie których syk poinformował o wymianie powietrza w pomieszczeniu śluzy, ponownie wprowadził kod na klawiaturze panelu sterującego i otworzył drzwi prowadzące do laboratorium. Choć było ono dla niego drugim domem, a może nawet czymś ważniejszym od domu, przekraczając jego próg nieodmiennie odczuwał przechodzący po krzyżu dreszczyk emocji.
To, co znajdowało się za dostępnymi dla niewielkiej grupy „wtajemniczonych” drzwiami, wyglądało jak wnętrze jakiejś stacji kosmicznej z przyszłości. Liczne komputery, mikroskopy elektronowe, skomplikowane zestawy aparatury chemicznej, oraz mnóstwo innych, nierozpoznawalnych dla osób postronnych urządzeń wypełniało stojące wzdłuż ścian pomieszczenia stoły laboratoryjne. Profesor przechadzał się powoli przez laboratorium, zamieniając z każdym, spośród ubranych w takie same jak on kombinezony pracowników przynajmniej kilka zdań. Od czasu do czasu zasiadał przed ekranem monitora wprowadzając z klawiatury jakieś dane i uważnie je analizując. Na koniec wszedł do pomieszczenia, na drzwiach którego widniał napis „PETS”. Po chwili wrócił do laboratorium z malującym się na twarzy wyrazem zadowolenia.

2

Przy restauracyjnym stole siedziało trzech młodych mężczyzn: Tino, Michelangelo i Giovanni. Wszyscy, a szczególnie Tino mieli już mocno w czubie. Po chwili, dwaj nieco trzeźwiejsi wzięli trzeciego pod ramiona i wyprowadzili na parking. Michelangelo wyciągnął z kieszeni telefon.
– Gdzie dzwonisz? – zapytał Giovanni.
– Po taksówkę.
– Czyś ty zgłupiał? Tino ma przecież brykę. Bierzemy kluczyki - i jazda! Może jeszcze poderwiemy jakąś laskę...
– Super! Znam takie dwie fajne siostrzyczki w Bracciano.
– No to, avanti!
Obszukali kieszenie kolegi i wyjęli kluczyki do samochodu. Po otwarciu drzwi czerwonej stoczterdziestkisiódemki wepchnęli Tina na tylne siedzenie. Giovanni usadowił się za kierownicą, a Michelangelo na miejscu pasażera. Z rykiem silnika auto ostro wyrwało do przodu i wjechało na puste już niemal ulice zasypiającego miasta. Po kilkunastu minutach samochód znalazł się na podmiejskiej szosie. Po minięciu Osteria Nuova, kierowca dostrzegł w światłach reflektorów jakąś postać. Gwałtowne hamowanie nie zapobiegło katastrofie; pisk opon, trzask zderzenia i wystrzał poduszek powietrznych zlały się w jeden przerażający dźwięk. Samochód wypadł poza jezdnię i zatrzymał się uderzając o skarpę. Z pękniętego akumulatora zaczął wyciekać elektrolit. Silnik zgasł. Przez chwilę nic się nie działo, potem powoli otworzyły się drzwi i koledzy Tina wyszli z samochodu. W blasku reflektorów zobaczyli w przydrożnym rowie skuloną postać. Giovanni zgasił światła i szeptem zwrócił się do Michelangelo:
– Pomóż mi.
Wspólnymi siłami wyciągnęli z tylnej kanapy nieprzytomnego z przepicia Tina, po czym usadowili go za kierownicą samochodu, by następnie pospiesznie opuścić miejsce wypadku.
Po jakimś czasie Tino otworzył oczy, przeciągnął się i ziewnął. Otworzył drzwi i niezgrabnie wysunął się zza kierownicy. Zaczął rozpinać rozporek, gdy potknął się o coś miękkiego. Pochylił się, aby sprawdzić przeszkodę. Poczuł, że dotyka jakiegoś ciała. W świetle zapalniczki stwierdził, że jest to ciało kobiety. Uklęknął przed nim i przyłożył palce do tętnicy szyjnej. Przez chwilę pozostawał bez ruchu, niczym sparaliżowany.
O Boże, co ja narobiłem!? W jego głowie zaczęły się kotłować różne myśli. Przypomniał sobie wieczorne pijaństwo. Co mam teraz zrobić? Przecież za śmiertelny wypadek po pijanemu czeka mnie kilka lat więzienia...
Nagle podjął decyzję. Podniósł się z klęczek i szybkim krokiem, nie wskazującym na niedawny stan upojenia alkoholowego oddalił się od samochodu i szosy.

3

Do drzwi eleganckiej willi zadzwonił mężczyzna. Kiedy chciał ponownie wcisnąć przycisk drzwi otworzyła jakaś kobieta. Gość pokazał jej legitymację.
– Jestem porucznik Frascatti z Wydziału Kryminalnego. Czy mogę rozmawiać z mecenasem Venturi?
– Proszę, panie poruczniku.
Otworzyła drzwi na oścież, po czym zaprowadziła porucznika do gabinetu.
– Zechce pan spocząć –wskazała dłonią na stojący przy kominku fotel –zaraz zawołam męża.
Pani Venturi wyszła z gabinetu, a po chwili wkroczył doń pewnym krokiem przystojny, wysoki mężczyzna, o szarych przenikliwych oczach i lekko przyprószonych siwizną skroniach.
– Jestem Adriano Venturi, czym mogę panu służyć, panie...
– Frascatti. Porucznik Frascatti z Wydziału Kryminalnego.
– ...panie poruczniku?
– Czy jest pan właścicielem tego samochodu Alfa Romeo 147? –porucznik wyjął z kieszeni fotografię, po czym wręczył ją gospodarzowi.
– Owszem, ale o co chodzi?
– Proszę mi wybaczyć, ale to ja zadaję pytania. Gdzie aktualnie znajduje się pański wóz?
– Nie mam pojęcia. Co prawda - jak powiedziałem auto należy do mnie, ale go nie używam. Jeżdżę wyłącznie Mercedesem. Z Alfy korzysta mój syn, Tino.
– Gdzie wobec tego, znajduje się pański syn?
Niosąca tacę z kawą pani Venturi miała właśnie wejść do salonu, lecz słysząc pytanie o Tina, zatrzymała się przed drzwiami uważnie nasłuchując.
– Przykro mi, ale nie potrafię udzielić odpowiedzi na pańskie pytanie. Wczoraj syn zdawał ostatni egzamin i miał potem gdzieś wyskoczyć z kolegami. Na noc nie wrócił.
– A co syn studiuje?
– Medycynę.
– Tym gorzej...
– Nie rozumiem... Dlaczego „tym gorzej”?
– Teraz już mogę panu powiedzieć. Otóż pański syn najprawdopodobniej spowodował wypadek samochodowy... Śmiertelny wypadek! Zbiegł z miejsca zdarzenia, nie udzielając pomocy ofierze, która - jak wykazała sekcja - żyła jeszcze przynajmniej kilkanaście minut.
– Tino!? To niemożliwe!
– Nie mamy oczywiście pewności, ale wszystkie okoliczności przemawiają za tym, że jest to -niestety- prawda. Oto moja wizytówka - gdyby syn się odnalazł, proszę mnie zawiadomić, a do czasu wyjaśnienia wszystkich okoliczności wypadku, bardzo pana proszę o nie opuszczanie miasta bez naszego zezwolenia. To wszystko. Dziękuję panu. Aha, czy mógłbym dostać, a właściwie wypożyczyć jakieś zdjęcie pańskiego syna?
– Mam nadzieję, że to potworne nieporozumienie szybko się wyjaśni.
Venturi wręczył porucznikowi wyjętą z portfela fotografię Tina.
– Oby...
Porucznik Frascatti opuścił gabinet. Gdy przemierzał hol podbiegła doń wzburzona pani Venturi.
– Panie poruczniku! Pan przyszedł w sprawie tego wypadku!?
– Coś pani wiadomo w tej materii?
– Tak... to ja jechałam tym samochodem... trochę wypiłam... Jak potrąciłam tego człowieka, to straciłam głowę i uciekłam. Proszę mnie aresztować - wykrzyczała urywanym głosem, w dramatycznym geście wyciągając przed siebie ręce.
– Ach tak... więc o dziesiątej wieczór jechała pani w kierunku Ostii? W jakim celu?
– Miałam tam spotkanie z... –zawahała się przez moment, poczym powiedziała zdecydowanym głosem –z kochankiem.
– Signora Venturi. Wiem, że jest pani kochającą matką i rozumiem panią, uznam więc, że tej rozmowy nie było. Wypadek miał miejsce około pierwszej w nocy w okolicy Osteria Nuova. Chciała mnie pani wprowadzić w błąd, by ratować syna. Podsłuchiwała pani!
– Panie poruczniku, mój syn jest niewinny! Rozumie pan? Nie-win-ny!
– Proszę się uspokoić i nie utrudniać śledztwa. Jeśli Tino jest niewinny, to na pewno potrafi tego dowieść. Do widzenia pani.
Kilka godzin później
W wielkim gmachu Wydziału Medycznego uniwersytetu krążyło wiele osób. Łatwo było rozpoznać pośród nich studentów pocących się ze zdenerwowania przed egzaminem. Porucznik Frascatti krążąc od grupy do grupy zadawał krótkie pytania zaambarasowanej młodzieży dotarł w końcu do tej, która go interesowała, i to bynajmniej nie z tego powodu, że były w niej naprawdę ładne dziewczyny. Po dłuższej rozmowie z kilkoma osobami, z wyrazem zadowolenia na twarzy opuścił budynek.

Opublikowano

Długo wahałem się przed wklejeniem swojego opowiadania. Ostatecznie wysłałem, licząc na waszą wyrozumiałość (trochę się to musi rozkręcać) i całą masę krytycznych uwag.
To jest moje pierwszy dłuższy tekst, w związku z czym problemów jest cała masa.

Opublikowano

Na razie oczywiście trudno coś powiedzieć - prosiłeś wszak o cierpliwość. Kilka niezgrabnych momentów do wygładzenia - przeczytaj kilka ostatnich zdań, zwłaszcza od momentu "kilka godzin później" - sporo tam nieporozumień. Również pierwsze 3 zdania ostatniego fragmentu brzmią dość drewienkowato - Męczyżna. Kobieta. Mężczyzna. Zastanawia także melodramatyczność rozmowy porucznika z matką - z tym trzeba jednak poczekać, bo oczywiście nie wiem jak rzecz ma się dalej.

Tyle uwag na gorąco, czytałem z dużym zainteresowaniem.

f.

Opublikowano

gdyby syn się odnalazł, proszę nie zawiadomić - chyba powinno być mnie zawiadomić
Dla mnie rozmowa z matką jest jakaś taka dziwna. Zbyt oczywista. Chyba przydałaby się tu jakaś inna historia, coś bardziej skomplikowanego.
Zgadzam się z poprzednikiem odnoście tekstu od słów kilka godzin później.
Ale całość zapowiada się w miarę ciekawie, choć przydała by się jakaś większa tajemnica.
Bardziej podobała mi się pierwsza część, chyba właśnie ze względu na tę tajemnice.
Pozdrawiam : )

Opublikowano

Zapowiada się na jakąś większą całość! Myślę, że akcja będzie toczyć się dalej, więc trudno cokolwiek powiedzieć. Dla mnie rozmowa z matką też wydaje się dziwna. Od razu przyznaje się do kochanka? Czy nie było by lepiej, gdyby wymyśliła coś rozsądniejszego? Podoba mi się język,jak zawsze u Ciebie- rasowy-powiedziałabym. Pozdrawiam. Czekam na ciąg dalszy.

Opublikowano

Dziekuję za uwagi. To dopiero początek - pomału zacznę wprowadzać inne wątki, które gdzieś tam mają się z sobą związać i wtedy się wyjaśni, ale nie tak szybko...
Generalnie ma to być MELODRAMAT z wątkiem SF.
Co do przyznania się do kochanka... A co mogła wymyślić "la mamma", by natychmiast podać powód obecności na szosie w późnych godzinach wieczornych? Powrót z targu? ;-)Podpowiedzcie- chętnie skorzystam.

Opublikowano

Właśnie, po przemyśleniu chciałam napisać Ci, że szok i zaskoczenie mogło spowodować, że tak się zachowała i to powiedziała. Poza tym, ja nie chcę nic narzucać. To była również moja spontaniczna reakcja. Powinnam była głębiej i dłużej nad tym pomyśleć. Faktem jest, że czasem za szybko łapię za "póro" Pozdrawiam.

Opublikowano

NAprawde niezle się zapowiada. Istotnie im dłósze opowiadanie tym więcej ewentualnych błedów można popełnic. Jak narzie jednak oprócz wspomnianych poprzednio drobiazgów wychodzisz z tego zwycięzko. Problem jet inny, czy masz już zaplanowane (chocby w zarysie) dalesze losy bohaterów. Jesli tak (a przypuszczam, że tak jest) to ok. Jesli nie to tu własnie jest problem.

pzdr

ps

czekam z niecierpliwością na dalszy ciąg.

Opublikowano

cieszę się że postanowiłeś wrzucać ten tekst po kawałku.(masz już całość?)moje zdanie na jego temat juz poznałeś(chociaż nie znam calego tekstu i nie wiem jak poprowadziłes poszczegóolne watki)i) ale pierwszy raz widzę go z tytułm. nie pytalem sie o niego wczesniej, bo sam dobrze wiem, że tytuł czesto powstaje na końcu pisania, dobrze było jak było. i tu pomarudze - NIE PODOBA MI SI.to jak na razie najslabszy punkt. moim zdaniem powinieneś zastanowić się czy go nie zmienić. nie podoba mi się żaden z jego członów(każdy od biedy mógłby być tytułem - bambino- drzewa umierają stojąc , ale zaden nie pasuje mi do twojej historii, a w parce tym bardziej. a tutul jest wazny. jest wizytowka calego tekstu. ma zachecac, czytelnik ma po nim wiedziec czego mniej wiecej oczekiwać. twoja opowiesc jest na niezlym speedzie, a tutuł raczej na melodramat bardziej. wybacz, ale mnie się on kojarzy z historią wloskiego bambino , któremu gdzies w ksiazce najblizsi padaja jak muchu (pierwsze skojarzenie jesli chodzi o tytuł). podsumowujac moj wywod:tekst jak najbardziej ok, tytuł(moim zdaniem) nalezy zmienić.

Opublikowano

to taki nie do konca melodramat lesiu. nie wiem co prawda jak tekst zakończysz(lub juz zakończyłes) ale mnie się to bardziej czytało jak sensacje z nieodzownym wątkiem milosnym rzecz jasna, ale jednak jako sensacje, ktora być może zakończy się jak melodramat, ale nazwać tę opowieśc melodramatem, to chyba jest zaszufladkowaniem je na siłe. ale ok, to ty tu rządzisz. w kazdym razie trzymam sie swego - pomyśl na tytułem. własnym, oryginalnym, tylko twoim. po co ci jakieś zapożyczenia? czynienie jakiegos uklonu w stronie fajnego tutułu?(tytuły nie sa obięte prawami autorskimi, jakbys sie uparł to mogłbys sobie zatutułowac opko jako drzewa umierają stojąc i prawnie można by cie bylo za to pocalowac w tyłek, bo nie był by to plagiat, chociaż na pewno przegiecie)zastanow sie , walnij cos swojego(np, jakies fajne zdanie z tego własnie opowiadania),a wtedy to bedzie calkowicie twoja historia i myse z e i satysfakcja bedzie wieksza. moje zdanie. mam nadzieje ze nie odbierasz tego jako "przypierdalania sie na sile", bo tekst jest ok, tylko ten tytul szczypie mnie w oczy

Opublikowano

nieodmiennie odczuwał przechodzący po krzyżach dreszczyk emocji - dlaczego po krzyżach?? mógłbyś wyjaśnić.
–Gdzie dzwonisz? – zapytała Giovanni. - wcześniej była wzmianka, że G. to mężczyzna więc ''zapytał''.
Giovanni usadowił się za kierownicą - Michelangelo na miejscu pasażera - może to pryszcz albo ja się nie znam, ale jaką funkcję tu spełnia myślnik? czy nie lepiej napisac iast niego np. a, natomiast albo jeszcze inaczej?
otworzyła jakaś kobieta - jakaś? może trzebaby było tu coś dodać... nie wiem, wydaje mi się, że chociaż krótkie zdanko, charakteryzujące.

jest nieźle, podoba mi się, idę czytać kolejną częśc, może wyjaśni się trochę i skleję 1 z pozostałymi rozdziałami. pozdr.

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • w gwieździstym niebie nie było Ciebie  w toni oceanu pustka bez Ciebie  w wietrze gorącym i porywistym nie ma Ciebie  w ogniu ogniska i dymie brak Ciebie    na ulicy paryskiej, na prawym brzegu Wisły  na Kazimierzu w Krakowie lśniącym historia  na rogatkach miast na szczytach gór  był tylko upiór mój miłości romantyczna    w setkach spojrzeń w barze i metrze  w ulicach gwarnych zaułkach niewiernych na nocnych traktach  blichtru i sławy  nie było Ciebie i nie ma sprawy    W oczu błękicie burzy blond włosów nie ma Ciebie  w biodrach tańczących   piersiach gorących  brak Ciebie  w upojnej nocy i doświadczeniu Déjà vu nie ma Cie  po co to życie tak atrakcyjne gdy Tej Jednej nie było nigdzie    
    • Przedświt pachniał dziś wonnym dymem, kadzidłem miłosnych uniesień i słodką nutą wróżb. Sobótka dobiegała końca. Zawezwane dusze czmychały  przed pierwszym brzaskiem. Ich nogi bezszelestnie muskały młode paprocie. Ich głowy nikły z wątłym pluskiem  w toni rzeki. Niektóre bierzyły po śladach północnic, hen w najdalsze połacie  wyrwanych borom pól. Były i takie psotne zjawy  co schować chciały się  w ludzkich obejściach i chatach. W progach zatrzymywały je  amulety i kręgi solne a także strażniczy wrzask  deptanego Domowika. Wołał on na pomoc imię Łady i Dziewanny  rozganiając zjawy na cztery wiatry. Byle dalej od wsi.     Ogniska rozsiane gęsto przy brzegu, gasły z wolna. Drwa oddały już całe swe ciepło. Rozżażone bierwiona  trzaskały jeszcze z cicha zapadając się coraz głębiej w popiół. Wianki te nie porwane z nurtem, były porozrzucane wszędzie wokół. Częściej zagubione w ekstazie tańca  niż zerwane  zwierzęcym pragnieniem  kobiecych krągłości. Ludzie posnęli w kręgach. Upojeni miodem. Zdjęci czarem. Zmęczeni całonocnym świętem  ku czci Kupały. Tylko żercy nadal medytowali  w samotnym azylu leśnych uroczysk. Rozmawiali z drzewami i wodnymi pannami. Błagali duchy przodków  o wstawiennictwo u Welesa. Tam plusnęła ogonem ryba. W gęstwi leśnej zaskrzeczał lis. Ostatni pochuk wydała płomykówka. Tarcza Swaroga wyjrzała zza horyzontu. Najkrótsza noc odeszła w pokoju.     W tej samej chwili  stojący przed swą chatą wojownik  ujął w silne dłonie łuk. Zabrał ze sobą  kilka solidnie wystruganych strzał  o barwnych, sztywnych lotkach. Poprawił u pasa  zakrzywiony nóż myśliwski. I z imieniem Roda na ustach  wszedł pewnie w ciemny jeszcze bór. Nikt nie może naruszać świętości lasu  w kupalne święto. Kto by tego nie uszanował  i wstąpił z bronią do kniei  tego zamęczyłyby wilki Leszego. A kto niewinne zwierzę by poranił  lub zabić raczył. Tego cały ród wygasłby w męczarniach  moru lub głodu. A Bieda klepałaby go po plecach do ostatka. Zresztą lepiej było zaczekać  na pierwszy blask słońca  który zamykał przejścia do Nawii. Świat umarłych nikł  by żywi nie mogli do niego przystąpić. Dopiero wtedy las stawał się  znów zielonym dobrodziejem. A wstępujący do niego myśliwi czuli, że wracają na domowe ścieżki losu.   Bór, im dalej prowadziła  wydeptana stopami myśliwych i szeptuch ścieżka, rozpoznawał znajome rysy człowieka.  Drzewa witały go ukłonem gałęzi. Szelestem drobnych liści. Runo szemrzało niespokojnym echem, budząc z lękliwego, płytkiego snu  płochliwe zające i wiewiórki. Dzięcioły już zaczęły swą pracę. Rytmiczny stukot przypominał swym tembrem  odgłosy obijania mieczy o owalne tarcze. Myśliwy przeżył kilka potyczek  i tysiące polowań. Polowania były trudniejsze. Wymagające cierpliwości i sprytu, w przeciwieństwie do chaosu bitew. Zwierzęta wyczuwały zazwyczaj, zbliżającą się śmierć  i nigdy nie oddawały życia bez walki. Dlatego oddychał płytko, stąpał bezszelestnie. Oczy wbijał to w szarzejący dukt  to w wielokolorowe runo. Szukał śladów.  I po chwili znalazł je.     Trop jelenia odbity był wyraźnie na piaszczystym wzniesieniu. Zwierzę zakopało się widać lekko  w sypkiej przeszkodzie bo piasek był roztrącony na boki dość mocno. Jeleń skręcił w stronę  rosnących tu gęściej dębów. Szukał strawy w postaci młodych pędów   w trzewiach powalonych pni  i przy połaci jagód, rozplenionych tu niczym fioletowe kwiatuszki.     Myśliwy mocniej ścisnął łuk, bo usłyszał lekkie poruszenie  w gęstwinie przed sobą. Upłynęła ledwie chwila  gdy ujrzał także łeb z porożem  wyłaniający się zza potężnego, pooranego zmarszczkami czasu pnia dębu. Jeleń cicho zaryczał i strząchnął się mocno. Nie wyczuł jeszcze woni ludzkiej. Myśliwy ukląkł za strzelistymi paprociami. Wziął strzałę.  Nałożył ją i wygiął cięciwę  gotów w każdej chwili ją zwolnić. Zwierzę  dopiero teraz wyczuło niebezpieczeństwo. Jeleń rzucił się wstecz  i skręcił tułów gotów do rychłej ucieczki. Będąc w połowie zwrotu, został trafiony w brzuch  pierzastym pociskiem. Zaryczał przeciągle, smutno. I rzucił się w agonii przez las, tratując wszystko na swej drodze. Myśliwy powoli się wyprostował  i spokojnie w pełnym skupieniu  ruszył szlakiem świeżej krwi. Teraz wystarczyło czekać  a gdy będzie trzeba, powtórzyć śmiertelny cios.   Krwawy trop  to znaczył teren nieprzerwaną strugą posoki to urywał się na kilka kroków by znów błysnąć szkarłatem na korze drzew  czy liściach narecznic. Kluczył jak samo zranione zwierzę ale nie na tyle by zgubić pościg doświadczonego łowcy. Trafił idealnie i wiedział o tym  że śmierć zwierzęcia  jest kwestią bardziej minut niż godzin. Jeleń upuścił już wiele krwi  i słabł sądząc po coraz mocniej i wąsko stawianych kopytach. Na jednym z buków  pozostawił cały odbity w krwi bok. Ale jeszcze tym razem  miał siłę by ruszyć dalej. Lecz nie na długo. Gęstwina rzedła.  Nie dalej jak sto kroków, przejdzie zapewne w naturalną polanę lub porębę. Tam z pewnością odnajdzie martwe zwierzę. Myśliwy zarzucił łuk na mocarne plecy i pewniejszym chwytem objął rękojeść noża. Krwi było coraz więcej  i prowadziła wprost w rozwidlenie.     Gdy wyszedł na skraj poręby,  pierwsze co uczuł to  nagły, lodowaty powiew wiatru. Był jak boski szept. Zmroził mu kark  a pot od razu wystąpił na jego skroniach. Źrenice stężały w skupieniu. Gdzieś z bardzo daleka  dało się słyszeć jakby śpiew. To głosy dziewek. Akompaniował im głos fletni. Melodia była mu znana dobrze  i bardzo wesoła a wręcz frywolna  jak sama treść pieśni, której nie przystało śpiewać  pannom na wydaniu. Wreszcie spóźniony korowód kupalny  oddalił się na zachód.  Zostawiając go na pastwę puszczy i ciszy. Dopiero teraz mógł skupić się znów na tropie. Prowadził do centrum poręby, gdzie zamiast  spodziewanego, martwego byka, leżał w kałuży krwi człowiek. Spał lub był martwy. Leżał na wznak z lekko podkuloną nogą. Dopiero po chwili dało się stwierdzić,  że nie była to jego krew a tropionego jelenia. Jej ślad się urywał a człowiek ów leżał dokładnie w miejscu w którym powinien spoczywać trup zwierzęcia. Zwierzę nie mogło dalej uciec  a człowiek przywędrował widać z nieba  bo brak było wokół  jakichkolwiek śladów ludzkich stóp.     Był młody jeszcze acz już silny jak tur. Długie jasne włosy  spływały mu falą na muskuły. Delikatny zarost dodawał mu mężności. Ubiór jego był jednak przedziwny. Charakteryzował niewolników  lub najbiedniejszych kmieci. Wszystko było okropnie brudne, podarte  i znoszone do cna. Nie miał przy sobie pasa ani broni. Jedynie bukłak na wodę lub wino i co jeszcze bardziej przedziwne  obok niego na trawie spoczywały też niespotykane  bo kremowe skrzypce  wykonane jednak jak najstaranniej  i widać było,  że są mu rzeczą w życiu najbliższą.  Bard widać miejscowy lub wędrowny. Może przyłączył się nocą  do jednej z grup biesiadników. Upił się a teraz  pokutował kamiennym snem na odludziu. A może czar to jeszcze i widmowy zwid, co został tu z ludźmi  bo Weles zatrzasnął przed nim wrota Nawii. Zwierzę było przy nim  jeszcze przed kilkoma minutami, dlatego myśliwy i tak by go obudził i żądał wyjaśnień.   Zanim jednak wykonał ku niemu  choć nieśmiały krok. Chłopak otworzył oczy,  przewrócił się niezdarnie na bok i jego wzrok spotkał się ze wzrokiem myśliwego. Patrzyli na siebie podejrzliwie długo, wreszcie chłopak zamierzał wstać  ale jego dłoń spoczęła w kałuży krwi. Obejrzał najpierw ją   a potem odskoczył jak oparzony,  macając się po torsie w poszukiwaniu rany. Rozmazał po sobie całą krew. Zbladł i wyglądał teraz  jak najprawdziwszy upiór. Spoglądał na łuk i nóż. Był przerażony i nie zamierzał tego ukrywać. Zerwał się jeszcze raz,  porwał z ziemi skrzypce i przytulił je niczym dziecię do piersi. Postrzeliłeś mnie!? Bezbronnego!? Nie mam przy sobie nic, ani monet ani żadnych kosztowności.     Myśliwy wystąpił przed niego  i opuścił dłonie na znak dobrych zamiarów. Postrzeliłem jelenia, tropię go. A ślad jego krwi urywał się na Tobie. Skąd tu przybyłeś i jak? Nie dojrzałem wokół Twoich śladów. Czy widziałeś rannego śmiertelnie byka? Był tu na kilka minut przede mną. Szalał w agonii. Obudziłby Cię z pewnością.  Wiem, że tu był spójrz ile upuścił krwi. Chłopak nie podszedł nawet o krok. Ale obejrzał krew wokoło  i zaczął wierzyć w to  że nie pochodzi ona z jego żył.     Byłem tu przez całą noc. Grałem w samotności. Dla lasu. Aż sen mnie zmógł Dziś była noc kupalna. Nieroztropnie wchodzić z bronią w święty bór. Myśliwy podszedł jeszcze bliżej. Wszedłem do kniei wraz z tarczą Swaroga. Nie grozi mi nic od strony bogów. Nie tylko bogowie podążają ścieżką zemsty. A Ty nie rzekłeś, jaką z nich przybyłeś. Młodzieniec zawahał się chwilę. Przybyłem z odległej krainy. Bardzo odległej. Skąd wychodzi niewielu takich jak ja. Myśliwy skupił wzrok na instrumencie. A te skrzypce?  Piękne i misternie wykonane. Nie drewno służyło do ich budowy. Grasz na nich dla duchów?     Młodzieniec po raz pierwszy stanął w pełnym świetle i uniósł delikatnie twarz. Przypominał mu dawne czasy. Wojnę na południu, gród w ogniu i tożsamego młodzieńca, którego zabił celną strzałą w samo serce. To było dawno,  lecz chłopak wydawał się zjawą tamtych dni. Ujął skrzypce niczym amulet i przemówił głosem  głębszym, starszym, magicznym. To skrzypce umarłych. Wykonałem je sam  z moich własnych kości. Twoja strzała strzaskała mi serce  a kości były całe. Piękne i kremowe. Jak te skrzypce. Grając na nich  otwieram bramę welesowych krain. Między nimi wędruję. W Nawii mój dom. A tu na ziemi, już tylko mój cel. Moja zemsta. Krwawa i sprawiedliwa. Twoja śmierć przyjacielu.     Znów posłyszałem korowód. Wracał z pieśnią. Inną. Żałobną. Tragiczną i smutną. Jak ta godzina. Fletom i piszczałkom odpowiedziały skrzypce. Młodzieniec grał. A im dłużej grał  tym szerzej otwierały się  wrota zaświatów na skraju poręby. Wreszcie stanęły otworem. W ogniu i sadzy. Potępione dusze. Ich twarze ryczały w agonii. Ich ciała płonęły, zwęglone do cna. Korowód panien wyszedł zza drzew. Wszystkie były ubrane w białe, żałobne szaty. Ich paprociowe wianki nosiły ślady krwi. Bardowie byli okaleczeni. Bez rąk, nóg, oczu,  trędowaci lub chorzy na dżumę. Ich szaty przeszły zgnilizną. Korowód prowadziły dwa ogary. Były upiorami Welesa. Wściekłe, pełne żądzy mordu. Ich pyski wypełnione ogniem. Skóra spalona i pokryta liszajem. Ogony ścięte u nasady. A oczy jak śmierć puste. Pewne swego szaleństwa. Doskoczyły do mnie. Nie imał się ich nóż ani strzała.   Wieczór zapadł nad wioską. Jedynie w jednej chacie nie płonął ogień. Jej opiekun wyszedł spod progu, zapalił niewielki ogarek. Rozpalił ogień Oporządził izbę. Zgotował strawę. Posprzątał obejście. Jego pana nie było. Nie martwił się. Mogło go nie być i kilka dni. Łowy bywały długie i męczące. Domowik złożył dzięki do Roda  o szczęśliwy powrót swego pana. Wtedy to ktoś załomotał w drzwi. Domowik ruszył ku progowi  i otworzył. Na progu stała leśna panna. Naga. Jedynie w wianku. Bez słowa wręczyła mu zawiniątko  w postaci dziwnych, kremowych skrzypiec i wianka z paproci. Wianek był cały zakrwawiony. Krew pachniała jeszcze świeżością. A skrzypce. Wyglądały jak wykonane z kości. A grały tak pięknie  jak te które można usłyszeć  czasem nocą w kniei. Mówi się, że  korowody umarłych  przygrywają sobie na takich. A wytwarza się je z kości tych, których dotknęła zemsta,  zbłąkanych, nieszczęśliwych dusz.                
    • @Waldemar_Talar_Talar

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • Bardzo mi się podoba, wiersz o fundamentach, potrzebie i sensie pisania i nie tylko, bo też życia, przemijania. Wiersz ma swój rytm i się dobrze czyta, a wątpliwości przeplatają się z tezami, co zatrzymuje i skłania zastanowienia. Pozdrawiam. 
    • @Alicja_Wysocka Wielce to miłe co piszesz Alu! Mam też w swoim repertuarze wiersze, pisane pod wpływem wewnętrznego zagubienia lub też mrocznych emocji, w których sama do końca nie wiem o co chodzi ale one oddają ten stan duszy, którego nie rozumiałam/ nie rozumiem. Zostawiam takie utwory zwykle dla siebie.  Uściski, pozdrowienia dla Ciebie :)
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...