Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Beata czytając zapowiedzi kinowe ujrzała plakat reklamujący film „Ono”.

- Słyszałem, że to piękny film. – stwierdził Mateusz zatrzymując się przy niej.
- Tak? A o czym?
- Młoda dziewczyna jest w ciąży i dowiaduje się od lekarza, że dziecko już słyszy to, co dzieje się na zewnątrz. Postanawia ukazać mu piękno świata i zaczyna z nim rozmawiać. Świetna muzyka do tego i podobno całkiem niezłe zdjęcia. Co Ci jest? Źle się czujesz?... Beata?

Dziewczyna słysząc opis filmu straciła kontakt z rzeczywistością i wróciła myślami do gabinetu lekarskiego „przykro mi...”, „W większości przypadków kończy się to śmiertelnie”. Przed oczami stanęły jej zdjęcia wyskrobanych płodów, które pokazywała jej kiedyś koleżanka – zagorzała przeciwniczka aborcji.. Zaczęło ją mdlić do nieprzytomności. Mateusz widząc, że zaraz zemdleje chwycił ją w pasie i odprowadził na pobliską ławkę.

- Beata! Ocknij się dziewczyno, co Ci jest? – ale nie była w stanie nic powiedzieć, ledwo go słyszała, wciąż kotłowały się jej słowa lekarzy „to nieuleczalne, ...dziecko na pewno będzie chore”, „...chyba nie chce go pani skazać na męki?”, „Skrzywdziłaby je pani...”.
- Nie.. – szepnęła.
- Co nie? Wzywam pogotowie. – Mateusz wybrał odpowiedni numer i zdał relację z niepokojącego stanu Beaty. Dyżurny obiecał, że za kilka minut przyjedzie na miejsce karetka. – No już... spokojnie Beatka, trzymaj się. – jednak blada dziewczyna ledwo siedziała podtrzymywana przez jego ramię, oczy nabrzmiałe łzami tępo patrzyły przed siebie a ustami co jakiś czas łapała płytki oddech lub wypowiadała „nie.. nie”.



Po ośmiu minutach lekarze z karetki dotarli na miejsce.

- Może pani iść?
- Nie sądzę – odpowiedział za Beatę Mateusz.
- Stoimy niedaleko, przeniesiemy ją. – sanitariusze zaprowadzili słaniającą się na nogach dziewczynę do karetki.
- Jest pan jej krewnym?
- Nie.
- A może pan zawiadomić kogoś z rodziny?
- Zajmę się tym jak dojdzie do siebie. Do którego szpitala ją zabieracie?
- Do Kopernika. Janek, jedziemy! – krzyknął sanitariusz do kierowcy, ale wtedy Beata zaczęła krzyczeć. Mateusz chwycił zamykające się drzwi karetki:
- Co jej jest!?
- Proszę mi powiedzieć, co panią boli. – Beata zwinęła się na łóżku trzymając się za brzuch.
- Jak ona ma na imię?
- Beata.
- Beato, boli cię brzuch? Połóż się. Wcześniej zdarzały Ci się takie bóle? – gdy lekarz sprawdzał stan Beaty sanitariusz tłumaczył Kubickiemu, że nic tu nie pomoże i muszą już jechać do szpitala.

Drzwi do karetki zamknęły się z hukiem. Pojazd ruszył i po chwili zniknął za zakrętem pozostawiając Mateusza na ulicy. Stał chwilę analizując, co się przed momentem stało, po czym ruszył w kierunku Targu Rakowego, gdzie zostawił samochód.
Przepełniała go troska o dziewczynę, której nie potrafił sobie wytłumaczyć. Czuł wyraźną chęć pomocy Beacie. Blisko godzinę temu śmiała się z jego opowieści o nieudanym wypadzie na ryby a teraz?



- Pani Beato, proszę się uspokoić.
- Nie, zostawcie moje dziecko, nie zabijajcie go! – zaczęła się szamotać w karetce nie dając się lekarzowi przebadać.
- Chcemy Ci pomóc, nikt nie wyrządzi krzywdy Twojemu dziecku.

Beata rozpalonym wzrokiem obrzuciła wnętrze pojazdu i mężczyzn. Starała się wyrównać oddech, gdy nagle ogarnął ją silny ból podbrzusza. Podano jej leki przeciwbólowe i uspokajające, które po chwili wprowadziły ją w półsen.


Mateuszowi udało się w miarę szybko dotrzeć do szpitala, jednak nie bardzo mógł się zorientować, co się dzieje z Beatą.
- Przepraszam, czy nie wie pani gdzie zabrano pacjentkę z ostrym bólem brzucha?
- Naprawdę nie wiem, dopiero tu przyszłam. Niedawno przywieźli tu jakąś dziewczynę, ale była nieprzytomna.
- Aha, a gdzie ją przewieźli?
- Tam. – kobieta wskazała palcem szeroki korytarz, którym Mateusz pospiesznie ruszył.

Dowiedział się jednak tylko tyle, że Beacie robią w tej chwili badania i będzie mógł do niej wejść dopiero po ich zakończeniu. Czekał więc.

Kwadranse ciągnęły się Mateuszowi w nieskończoność, więc gdy już nie mógł usiedzieć na miejscu spacerował po holach oglądając porozwieszane broszurki i plakaty.
Tymczasem lekarze starali się pomóc Beacie.


- Co z moim dzieckiem?
- Na razie jeszcze nic nie wiemy. Zaraz zawieziemy panią na USG.
- Pani doktor... proszę mi powiedzieć, czy matka - przyszła matka i jej nastawienie do dziecka ma na nie wpływ?
- Ma. I to spore znaczenie. Także proszę być dobrej myśli. – lekarka uśmiechnęła się do Beaty i dalej przeglądała wyniki morfologii. – Opowie mi pani, co się stało?
- Ech... To wszystko moja wina.
- Niekoniecznie, proszę mi dać to pod rozwagę.
- Jutro miałam mieć zabieg.
- Jaki? – dopytywała się lekarka, jednak Beata nie potrafiła ukryć łez. – Spokojnie pani Beato, proszę się nie denerwować. Na jaki zabieg miała się pani udać?
- Dziecko... jest chore. Moja ginekolog stwierdziła poważne wady i uznała, że najlepiej będzie... je usunąć – powiedziała niemal szeptem. – Prosiłam o powtórzenie badań, ale nic to nie dało. Ja nie chciałam tego dziecka. Nie jestem gotowa na bycie matką! – Beatę znów zaczęły ogarniać silne emocje – Ono wyczuło, że go nie chcę! I teraz...
- Pani Beato jest mi strasznie przykro, ale to nie pani wina. Zaraz wykonamy szczegółowe badania i zobaczymy, czy sprawa jest na tyle poważna, że trzeba się posunąć do tak drastycznych metod.
- To znaczy, że jest szansa..?
- Trudno mi ocenić. A jakie wady wykryto?
- Och... nie mam przy sobie tych wyników, tam były takie skomplikowane nazwy... jakiś zespół Pea... Och, naprawdę teraz nie pamiętam.
- Nie szkodzi, sami się dowiemy. Proszę teraz się położyć, zaraz przyślę do pani pielęgniarkę, która zaprowadzi panią do zabiegowego.
- Ale jak się dowiedziałam, jaka to jest straszna choroba...
- Proszę się nie denerwować, wszystko dokładnie sprawdzimy. A... powie mi pani jeszcze, z usług jakiego gabinetu ginekologicznego pani korzysta?
- Słucham? Ach... tak, oczywiście. Z prywatnego gabinetu ginekologicznego doktor Dobrawy Milewskiej.
- W takim razie skonsultujemy z nią wyniki badań. No, pani Beato, tylko spokojnie, bądźmy dobrej myśli.
- Dziękuję, pani doktor. – Beata słabo uśmiechnęła się do wychodzącej lekarki. Pomyślała, że może warto mieć jeszcze nadzieję?


Mateuszowi w końcu pozwolono odwiedzić Beatę. Na w pół leżała w sali z pięcioma innymi pacjentkami.
- Dzień dobry paniom.
- Dzień dobry – odpowiedziały niektóre.
Natomiast Beata spojrzała na niego tak, jakby nie poznawała. Zaskoczona, że zbliża się do jej łóżka spytała:
- Pan do mnie?
- No, a do kogo Beato?
- To my...? Och! Przepraszam Cię najmocniej. Zupełnie wypadło mi z głowy, że..
- Nic nie szkodzi, rozumiem. Jak się czujesz? – odpowiedziało mu ciężkie westchnienie.
- Czekam na wyniki...
- Ale co się stało? Dlaczego tak nagle...
- Jestem w ciąży. – przerwała mu. Mateusz nie zdołał ukryć zdziwienia. Jednak po chwili się opanował, jego twarz nabrała surowszego wyrazu.
- Czy... z dzieckiem wszystko w porządku?
- Nie wiem... – Mateusz bardziej się domyślił niż usłyszał dziewczynę.
- Na pewno wszystko jest dobrze.
- Nie jest.
- Jeszcze nic przecież nie wiesz.
- O to chodzi, że wiem.
- Więc? Co jest nie tak?

Beata jednak nie miała sił znów o tym rozmawiać. Odwróciła głowę w stronę okna. Mateusz zrozumiał, że nie powinien naciskać.
- W takim razie poczekamy na dokładniejsze wyniki.
- Nie musisz tu ze mną być.
- Muszę. Chcę. – dodał po chwili.
- Dziękuję...
- Powinnaś zawiadomić rodzinę. – Beata uświadamiając sobie, co by to oznaczało przestraszyła się.
- Nie, przecież nie mogą wiedzieć!
- Nic nie wiedzą o ciąży?
- Och, nie patrz tak na mnie. Wiem, co sobie myślisz. Młoda, głupia i naiwna dziewczyna! Boi się powiedzieć własnym rodzicom o tym, że zostaną dziadkami. Na pewno wpadła! I to z jakimś nieodpowiedzialnym szczeniakiem i teraz...
- Przestań, na Boga! Co Ty dziewczyno wygadujesz? Nic takiego nie myślę. – skołowana Beata patrzyła na niego z niedowierzaniem. – Wcale tak nie uważam.
- Nie..?
- Nie. Połóż się, powinnaś odpoczywać. Nie możesz się tak unosić. Masz w sobie nowe życie.
- Mam... – Beata dała się ułożyć wygodniej w łóżku. Położyła ręce na brzuchu i przymknęła na chwilę powieki. Mateusz dotknął jej czoła, ale w tym momencie otworzyła oczy i z przerażeniem krzyknęła – Nie! – Mateusz przytulił ją do siebie.
- Spokojnie. Nie możesz się denerwować. Masz myśleć o czymś przyjemnym.
- Ale ja...
- Nic już nie mów. Najważniejsze byś wróciła do równowagi. Spróbuj zasnąć.
- Nie mogę. Od razu widzę... Och, to jest takie straszne! – Beata wtuliła się w niego i nie chciała puścić. Czuła się bezpiecznie zapominając o tym, że jeszcze rano nawet nie znała tego człowieka.

- Pani Krzemieniecka?
- Tak? To ja. – Beata ożywiła się z nadzieją wpatrując się w nowoprzybyłą lekarkę.
- Mam już rezultaty wszystkich badań. A pan, to...?
- Nikt z rodziny, właśnie wychodziłem. – po czym dodał do Beaty – Będę czekał na korytarzu.
- Dzięki. – obie poczekały, aż Mateusz zniknie za drzwiami od sali. – I jak pani doktor?



c.d.n.

Opublikowano

Niezła kontynuacja, choć wciaż nie rozumien tytułu.

"zaprowadzili snującą się na nogach dziewczynę do karetki." chyba "słaniającą."

"Kwadranse ciągnęły się Mateuszowi niczym ser z gorącej pizzy"

Skojażenie dosc trafne, ale jakos nie pasuje mi do reszty opowidania, które utrzymane jest w tonie dość poważnym, nie żartobliwym.

Pisz dalej i nie kończ happyendem, bo to rzadko dobrze wypada. Przynajmniej wedłóg mnie.

Opublikowano

nie podoba mi się kilka zdań:

1)"Dziewczyna jednak słysząc opis filmu straciła kontakt z rzeczywistością i wróciła myślami do gabinetu lekarskiego" tu chyba nawet jest zła składnia prawda? Możę się mylę ale to "jednak" mi tu nie pasuje wyraźnie.

2) Kwadranse ciągnęły się Mateuszowi niczym ser z gorącej pizzy,

Nie podoba mi się to porównanie...

I tam gdzieś powtarza się jeszcze: po sobie zemdlał i mdli,

jakoś tak nie bardzo, choć przyznaję, że przeczytałem pobieżnie bo temat ten kompletnie mnie nie interesuje. "Ono" czytałem kilka razy, a film jest beznadziejny jak "aktorka", która tam występuje, bo do gry jej strasznie daleko". Chyba Bella jak dobrze pamiętam.

Pozdrawiam.

Opublikowano

dodałbym tylko zabłąkane ''w'' do wytknięć poprzedników:
- Na pewno wszystko jest w dobrze.

pierwszej części nie komentowałem, bo rozpisali się miszczowie i chyba mój koment wówczas był zbędny zupełnie. Jeżeli chodzi o tę część, jest świetnie napisana, poza paroma potknięciami, wciąga niesamowicie, dialogi poprowadzone szybko, nie da się zasnąć, krótko mówiąć: dziejesie. Świetnie.

pozdr.

Opublikowano

Przeczytałam właśnie obie części.
Wspomnę tylko, że ja też interesowałam się tą tematyką (napisałam scenariusz do sztuki tetralnej właśnie o tytule "Ono" :).
W Twoich tekstach jest rzeczywiście dużo dialogów, ale mnie to nie razi, ponieważ są bardzo dobre. Dialogi niedość, że zgrabnie nakreślają akcję, to jeszcze świetnie i celnie charakteryzują postaci. Ja też chcę umieć tak pisać... Czekam z niecierpliwością na ciąg dalszy. Podoba mi się.
Acha, ta pizza też mi zgrzytnęła :)

Opublikowano

akcja nabrała zdecydowanego tempa.
wplotłaś juz wątki mowiące i wygladzie u uczuciach postaci. barwne, kilku watkowe, ciekawe! i naprawde ciekawsze, czyta się jednym tchem!
pozdrawiam.

Opublikowano

Tam jest takie zdanie:
'Pomyślała, że może warto mieć jeszcze nadzieję?'
Może lepiej będzie:
- Może warto jeszcze mieć nadzieję. - Pomyślała.
To taka mała techniczna uwaga.
No i ten ser, też jakoś tu nie pasi.

Poza tym czyta się szybko, wciąga, nie powiem, i pozostaje mi tylko czekać na kolejne części:)

Pozdrawiam.

Opublikowano

Znakomicie. Śiwetne dialogi, interesująca akcja. Ser z pizzy, choć lekko żartobliwy, według mnie nie psuje całości. Czasami konieczny jest żart, choćby przez łzy.
Tylko dwie, drobne uwagi:
„to nieuleczalne, ...dziecko na pewno będzie chore”, „...chyba nie chce go pani skazać na męki?”, „Skrzywdziłaby je pani...”. - powinnwś być konsekwentna i rozpoczynać cytaty z małej litery
- Powinnaś zawiadomić rodzinę. – Beata uświadamiając sobie, co by to oznaczało i przestraszyła się. - tutaj usunąłbym myślnik (drugi) i przeniósł zdanie do następnego wiersza.
Z niecierpliwością oczekuję na kontynuację.

Opublikowano

tak, diolog toczy sie gładko, zero "drewna" chociaż cała historia zmierza zbyt wyraźnie w strone wyciskacza łez. kobieta, jej problem, jest jak najbardziej z krwi i kości, gorzej z Mateuszem, mam wrażenie że zesłał go na ziemię sam Bóg . mam nadzieję że się mylę...że facet nie okaże się kimś o anielskim sercu(bo na razie każdy jego ruch , zbliża go w tym kierunku ) i nie powie:słuchaj dziewczyno, zajmę się tobą i dzieckiem i będziemy razem szczęśliwi , bo to było by najgorsze wyjście. oklepane. cholera, nie lubie czytać w odcinkach...
poczekam z końcowa opinią do ostatniej częsci.

Opublikowano

uff, poprawione :)
zastosowałam się do wielu rad, za które pięknie dziękuję!
bo to taki brudnopis właściwie...

ser, kochani, usunięty! co chyba większosć cieszy :)

co do filmu "Ono", to naprawdę epizod, który nasunął mi się zupełnie przypadkowo, nawet nie oglądałam tego filmu, choć chorowałam na niego i zarzekałam się, że obejrzę :) ale...

względem kierunku w jakim z malachitem podążam.. cóż, chyba nie powinnam nic mówić, sami na koniec (kto dotrwa!) ocenicie jak wyszło, póki co wszystko jest jeszcze płynne :)

Krzyś, pracuję nad Mateuszem :) dzięki za wskazówki.

Leszku, te litery wielkie-małe (cytowane) miały oznaczać urywki zdań, ich początki, wyrwane fragmenty... miałam nadzieję, że to czytelne, pomyślę jeszcze czy by nie zmienić.

Veggo, to zdanie akurat chyba w zapisie nie jest znów takie złe, bo wyżej zastosowałam podobne względem Kubickiego, gdy wspomina o rybach, też kończę znakiem zapytania. Pomyślałam, że właściwie czemu nie. Dzięki za zwrócenie uwagi na to, jeśli w dalszej części nie będę tego powtarzać to tu zmienię jak radzisz.

Aksjo, cieszę się, że już barwniej :)

Gosiu, dzięki za opinię, miło że dialogi spełniają swoją rolę :)

Jay, jakie potknięcia?! jak mi ich nie pokażesz palcem to nie zauważę, już taka ze mnie gapa :)
Dzięki za to "w" gdzieś mi wypadło... i śmielej do mnie, ja przecież każdego głosu słucham uważnie :)

Piotrze, masz rację, "jednak" usunięte, pizza też, a mdli-zemdli...hmm, jeszcze pomyślę, czym by to wymienić :) dzięki

Pedro, słaniająca, no jasne... dziękuję bardzo za wyłapanie tego,
a malachit niedługo zabłyśnie :)


Dziękuję raz jeszcze wszystkim za pomoc :)

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • @Magdalena Właśnie, dokładnie, w pewien sposób jest. 
    • @Berenika97 To  dobry wiersz — mroczny, gęsty i konsekwentny od początku do końca. Podoba mi się, że tutaj wszystko powoli gaśnie, osuwa się, rdzewieje i znika, ale dzieje się to bez histerii, tylko z jakąś chłodną godnością. Najmocniej zostają mi w głowie: ślepe okno, okuty kufer i klucz połknięty przez rdzę — świetne obrazy. Wiersz ma klimat i ciężar. Ja tak nie potrafię.  U mnie chaos -  usprawiedliwia mnie tylko  to, że jestem mężczyzną - archaicznym. 
    • Zobaczyłem dzisiaj kota W towarzystwie z kociętami Leżącego na środku drogi   Ich wnętrzności były czarne Padły na piekący asfalt A ich koniec był ubogi   Przy zapachu jajecznicy Odór smażonego truchła Przywołuje czarną dziurę   Postać jej zagina światło Jakby czernią emanuje Kiedy wzrokiem ją świdruję   Białe oczy niewzruszone Dwa to punkty w jej sylwetce Pusto patrzą na kocięta   Kiedy dusze ich wysysa Ścierwo gnije i rozkłada Lecz czerń nie jest tym przejęta   I po chwili gdy już skończy Każdy chce by sobie poszła By zniknęła każdy prosi   Lecz ta ciemność nie zanika Tylko wciąż dalej żeruje I na innych się przenosi   A ja stałem tak ciągle otępiony Gdy widziałem kolejne to demony Przyczepione do każdej tak istoty Miały ludzi, rośliny, nawet koty   Te od spodu kwiaty już wąchały Czarne byty wszystko rozkładały Gdy na głowie poczułem to ciążenie Zrozumiałem że wszystkim jest cierpienie   Śmierć - panowie rozkładu To oni nas hodują Mija krótki żywot Oni wciąż żerują   Mam nadzieję, że umrę Choć nie jestem gotowy Ot małe marzenie  Dawno ściętej głowy Nabitej na kark.
    • w mieszkaniu pachnącym rosołem i lekko przypalonym snem który ktoś próbował uratować dolewką wody stoi ona królowa klamek które same się naciskają  i drzwi które przestają należeć do was Pelagia wchodzi jak rachunek za cudze życie z odsetkami liczonymi od waszego pierwszego oddechu wchodzi z reklamówką która szeleści jak wyrok w zawieszeniu niosąc w środku mrożonki które nigdy nie zaznały wybaczenia jej włosy to tłuste kable pod napięciem gdyby je dotknąć można by zasilić pół osiedla w poczuciu winy i jeszcze zostałoby na oświetlenie waszych błędów twarz ma jak garnek po bigosie niby umyty ale zapach zostaje na zawsze wygląda jak protokół powypadkowy  każda zmarszczka to paragraf na waszą radość a usta zaciśnięte tak mocno że mogłyby prostować gwoździe. Pelagia arcykapłanka domowego porządku odprawia nabożeństwa nad waszym zlewem jakby tłuszcz był grzechem pierworodnym głosi że zbawienie przychodzi w płynie do naczyń a grzech najlepiej zeskrobać druciakiem i polać Domestosem aż zacznie skrzypieć z czystości jej głos to łyżka stukająca o zęby to odgłos żwiru sypanego do trumny waszego wolnego popołudnia suchy rytmiczny i ostateczny mówi długo jak czajnik który nie wie kiedy przestać gwizdać bo nikt go nigdy nie zdjął z ognia po trzech zdaniach nie oddychasz po pięciu przepraszasz za rzeczy których jeszcze nie zrobiłeś po siedmiu zaczynasz planować winy na przyszłość Pelagia nie pyta o zdrowie ona jest patomorfologiem waszej niedzieli w różowym fartuchu w bratki przeprowadza sekcję zwłok waszego entuzjazmu wsadza wam palec w przełyk żeby sprawdzić czy wasze sumienia mają odpowiedni odczyn ph i czy nie strawiliście przypadkiem resztek własnej godności którą podała wam w sosie na kolację w zeszły wtorek w jej obecności zegary zaczynają chodzić wstecz aż lądujecie w kącie z rękami za głową przepraszając za to że wasz ślub nie był mszą żałobną za jej młodość wypluwa waszą radość na spodeczek bo twierdzi że jest niedopieczona i ma w środku jeszcze krew waszych marzeń o ucieczce które według niej powinny być już dawno ścięte fileciarka relacji bierze wasz dzień kładzie go na desce i tnie w poprzek sensu aż zostaje tylko to co jej pasuje do obiadu i co da się łatwo przełknąć bez myślenia wasze plany lądują w misce jak odpadki a ona robi z nich "na szybko coś dobrego” co smakuje jak dożywotni obowiązek i zostaje w żołądku na zawsze wchodzi do waszej  sypialni z licznikem Geigera na grzechy; sprawdza czy wasze kołdry nie promieniują zbytnią swobodą i posypuje prześcieradła solą egzorcyzmowaną żeby namiętność nie wykiełkowała ponad normę unijną wasze łóżko traktuje jak stół do ping-ponga na którym rozgrywa mecz o waszą uległość  dezynfekuje was z intymności i przycina wasze sny sekatorem żeby nie wystawały poza krawędź jej przyzwolenia wasze "kocham” pakuje próżniowo w folię bąbelkową wyciska z niego powietrze i sens i opisuje flamastrem: do użytku po śmierci -  w razie braku innych atrakcji potem posypuje wasze ciała talkiem dla niemowląt żebyście nie mogli się do siebie przytulić bez poślizgu winy i lekkiego wstydu klienci czyli wy kiwacie głowami jak ziemniaki w gotującej się wodzie pękacie powoli od środka bo już nie macie siły się nie ugotować a ona bierze to za wdzięczność i dokłada soli aż zaczynacie smakować jak jej racja jej spojrzenie jak ręka wkładana do szuflady z nożami niby nic się nie stało a jednak krwawisz i nie wiesz skąd i zaczynasz podejrzewać siebie przesuwa talerze żeby głód miał odpowiednią hierarchię i wiedział gdzie jest jego miejsce a kiedy siada na kanapie meble jęczą w dialekcie staropolskiej męki i proszą o skrócenie wyroku jej śmiech to dźwięk widelca szorującego po dnie pustego garnka sygnał że właśnie zjadła wasze wolne popołudnie kiedy mówi "synku” powietrze gęstnieje jak sos zbyt długo gotowany robi się ciężkie tłuste i nie do odrzucenia oddychasz tym i zaczynasz smakować jak ktoś inny kto już dawno przestał mieć wybór otwiera okno i wpuszcza do środka zaduch z klatek schodowych roku osiemdziesiątego drugiego w którym każde wasze " chcę" brzmi jak zdrada stanu i powód do donosu Pelagia magazyn przeterminowanych prawd ma w torebce zamrażarkę turystyczną która buczy cicho jak wyrzut sumienia    trzyma tam wasze odcięte pępowiny z datą ważności: nigdy! żeby w każdej chwili móc was nimi poddusić gdybyście zachcieli odetchnąć bez jej zgody jej uśmiech to ekspozycja w muzeum patologii rodzinnej zwiedzanie obowiązkowe rzędy zębów jak nagrobki waszych wspólnych weekendów które osobiście zabiła ścierką do naczyń i kazaniem o wyższości firanek nad wolnością kiedy w końcu wychodzi nie zostawia pustki zostawia po sobie galaretę która tężeje na waszych twarzach to nie jest już dom to inkubator jej racji gdzie wasze kręgosłupy służą jej za szczebelki do drabiny po której wspina się by napluć Bogu w okno za zbyt małą ilość octu w waszej krwi zostajecie w tym rosole po kostki pływacie jak oka tłuszczu które nie mogą się połączyć bo ona już dawno was przesiała przez sito swoich oczekiwań wieczorami gdy próbujecie się dotknąć skóra schodzi wam płatami odsłaniając jej inicjały wypalone na waszych mięśniach jak znak jakości na mięsie armatnim Pelagia nie wraca do siebie Pelagia po prostu zmienia formę skupienia teraz jest waszą zgagą waszym bezdechem jest tym szarym nalotem na waszych językach który sprawia że każde wasze "kocham” smakuje jak stara ścierka do podłogi siedzicie cicho żeby nie zbudzić jej echa w rurach patrzycie w talerze gdzie wasze marzenia dogorywają w gęstym sosie a ona ta wielka pajęczyca w fartuchu w bratki już dawno was wypatroszyła wypchała trocinami waszych kompleksów i postawiła na meblościance swojego życia jesteście martwą naturą jej najsmaczniejszą bo podaną na żywca niedzielną ofiarą całopalną            
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...