Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Widziałem jak dajesz mu pieniądze 

a ledwie wczoraj 

gdy ja chciałem od Ciebie pożyczyć, 

zbyłeś mnie tym, 

że nie masz tyle 

by jeszcze pożyczać innym.

I ja bynajmniej

nie potrzebowałem na wódkę

a po drugie

oddałbym Ci te drobne już dziś

a on, zerknął przez ramię na kloszarda,

który ściskał pięciodolarówkę, 

tak mocno niczym 

kochanego syna

albo wyśnioną kochankę,

będzie miał u Ciebie

wieczny dług w piekle.

Dziękuję, że traktujesz żuli spod sklepu,

lepiej niż starych przyjaciół.

 

 

Wykonał ruch jak gdyby chciał,

obrócić się i ruszyć do bezdomnego,

wyrwać mu banknot 

i wsadzić go sobie do kieszeni kurtki.

W tym czasie 

pozostawiony sam sobie kloszard, 

skierował swe posuwiste, 

niepewne kroki do sklepu.

Mi w tym czasie udało się 

ukierunkować rozmowę znów 

na poprzednie, przyjemniejsze tory.

Gdy wróciliśmy do dialogu 

o dzisiejszej próbie naszego zespołu

i zaczęliśmy omawiać koszta 

związane z

wynajęciem sali koncertowej,

bezdomny opuścił sklep.

Teraz w jego dłoni 

zamiast dolara z Lincolnem,

spoczywała niewielka butelka 

najtańszej whisky.

 

 

Widać byłem

finalnym darczyńcą tego dnia.

Jego oczy śmiały się wręcz 

do rubinowego płynu w środku.

Alkohol widział w nim kogoś więcej 

niż istotę z marginesu.

Nie widział w nim ofiary 

ani rzuconego w 

otchłań choroby uzależnionego.

Był naczyniem, 

które skupiało w sobie procenty.

Mistrzem powolnych, 

wymierzonych dokładnie łyków.

Lekarzem swej duszy.

Szamanem inicjacji.

Wyzwolonym z 

systemu praw społecznych bytem.

Był plamą na honorze krajobrazu,

lub plamą honoru 

pośród upadku ideałów społecznych.

 

 

Usiadł z butelką na niskim murku

i pociągnął z niej solidny łyk.

Dlaczego mu się tak przyglądasz?

Liczyłeś na to

że kupi sobie burgera i colę?

Nie znasz go? 

Zapytałem wybijając go lekko z rytmu.

Że co? Czy z nim kiedyś gadałem?

Nigdy w życiu.

Raz, kilka lat temu 

podszedł do mnie 

i poprosił o drobne. 

Kazałem mu spadać

i grzebać w śmietniku.

Czekaj, czekaj … a niby dlaczego 

miałbym go znać?

Gość jest legendą. Jeszcze żywą.

Mój rozmówca

zrobił wielkie, zdumione oczy.

Legendą? Pijaków? 

Pobił jakiś

miejscowy rekord promili i przeżył?

Czy obudził się w kostnicy 

i kazał się zawieźć

z powrotem na imprezę?

 

 

Pamiętasz sezon Sfinksów w dziewięćdziesiątym trzecim?

Zbiłem go z tropu zupełnie.

Wybacz ale jak przez mgłę, ironizował, miałem wtedy dwa lata i Ty zresztą też.

A co to ma z nim wspólnego?

Bo ten oto gość, 

zapewnił nam wtedy 

wicemistrzostwo stanu.

Jedyne jak dotąd w historii.

Do niego również należy 

nie pobity rekord

przebiegniętych jardów i celnych podań

w historii klubu.

Oto przed Tobą 

James Crighton we własnej osobie.

 

 

Mój kolega nie dał się nabrać,

choć była to czysta prawda.

Pieprzysz! Crighton zarobił miliony 

przez lata gry.

Mam gdzieś jego

platynową kartę w domu.

Mój ojciec miał piłkę 

podpisaną przez niego

na jakimś festynie.

Zrobił sobie z nim zdjęcie.

Stało na kominku

w zaszczytnym miejscu.

Bliżej jego oczu niż własna rodzina.

Crighton był bogiem.

Kasyna, fury, kobiety,

modelki, apartamenty.

Kasa lała się jak szampan.

Fakt, chyba miał tutaj kiedyś dom.

Przepisał na syna, wtrąciłem, 

tylko on mu został.

Cały czas próbuję go wyciągnąć z ulicy 

ale stary zawsze wraca pod sklep.

A kasa?

Nie da się przepić milionów.

Ostatni majątek,

który miał przepisał na syna.

On nie nosi nazwiska ojca lecz matki.

Jednej z setek kochanek Crightona.

A kasa poszła w butelki, koks i ruletkę.

 

 

Normalnie historia na film,

ironizował dalej,

ktoś może kiedyś mu pomoże 

na pewno nie ja.

A ja tak.

Pamiętam każdą noc i zimę 

spędzoną na ulicy.

Rękawice bez palców 

nad rozpalonymi koksownikami.

Napady na pustostany 

jakiś miejscowych gówniarzy.

Pożary i bójki.

Godziny na komisariatach.

Chociaż tam było ciepło.

Jeden z policjantów 

zawsze poratował świeżą kawą 

a czasami wczorajszym donutem.

Pamiętam odór wyziewów 

z kratek ściekowych.

Spało się na nich

w plątaninie starych szmat i kocy,

wyciągniętych ze śmietnika.

Błagało się o resztki

z restauracji albo drobne.

Przeszukiwało budki telefoniczne 

i kosze na przystankach.

Cały dobytek mogłem zmieścić w marketowym wózku na kółkach.

I broniłem go jak niepodległości.

Pisałem dziesięć lat 

z poziomu bruku i o bruku.

Tragedie i dramaty o ludziach duchach.

O swoim utraconym człowieczeństwie.

Nie znałeś mnie wtedy

i postąpiłbyś ze mną 

tak jak dziś z Crightonem.

 

 

A ja mam wobec niego i innych dług.

I spłacam go w tych kilku dolarach.

Nie piszę o tym

co ludzie chcieliby czytać

a o tym czego nie chcą widzieć

i czego nie chcą być świadkami.

A ja nie boję się już żyć.

Nie boję potknąć się

i zderzyć z brukiem.

Bo wiem, że na Crightona 

i innych mogę liczyć.

A ludzie niech dalej żyją sobie 

na swoim biegunie.

Chyba nie słyszał ostatnich zdań.

Podszedł szybko do Crightona.

Dał mu kilka banknotów z portfela.

Uścisnął dłoń.

Wyjął marker z torby na ramię

a były gracz umieścił na niej

swój autograf.

Tak powinno czcić się legendy.

 

 

 

 

 

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


×
×
  • Dodaj nową pozycję...