Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Znajdź zawartość

Wyświetlanie wyników dla tagów 'legenda' .

  • Wyszukaj za pomocą tagów

    Wpisz tagi, oddzielając je przecinkami.
  • Wyszukaj przy użyciu nazwy użytkownika

Typ zawartości


Forum

  • Wiersze debiutanckie
    • Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
    • Warsztat - gdy utwór nie całkiem gotowy
  • Wiersze debiutanckie - inne
    • Fraszki i miniatury poetyckie
    • Haiku
    • Limeryki
    • Palindromy
    • Satyra
    • Poezja śpiewana
    • Zabawy
  • Proza
    • Proza - opowiadania i nie tylko
    • Warsztat dla prozy
  • Konkursy
    • Konkursy literackie
  • Fora dyskusyjne
    • Hydepark
    • Forum dyskusyjne - ogólne
    • Forum dyskusyjne o portalu
  • Różne

Szukaj wyników w...

Znajdź wyniki, które zawierają...


Data utworzenia

  • Od tej daty

    Do tej daty


Ostatnia aktualizacja

  • Od tej daty

    Do tej daty


Filtruj po ilości...

Dołączył

  • Od tej daty

    Do tej daty


Grupa podstawowa


Znaleziono 9 wyników

  1. Asterion lśnił jak Syriusz pośród wszechobecnego błękitu fal. Wyspa za dnia była niczym afrodyzyjska, piękna muza, wygrzewająca się w okręgu stad mew. W ciszy gajów oliwnych i krzewów winorośli. Rozgrzany, prawie biały piach plaż, perlił się niczym diamentowe łzy. Z rzadka pobudowane chaty, przycupły na stokach delikatnych wzgórz. Kamienne drogi, sunęły mlecznymi wstęgami po bezkresie pól i łąk, ukwieconych letnią byliną. Asterion był rajem. Ogrodem wiecznej szczęśliwości. Leżał z dala od utartych szlaków. Korsarskie wilcze stada, zazwyczaj polowały na wschód od niego pomiędzy Akhratos a Nekyrą. Dlatego większość kupieckich karawan, zwłaszcza francuskich, płynęło do i z Tulonu na zachód od wyspy, A umarli kapitanowie i admiralicja? Cóż, powiadają, że Asterion był ich wieczną tawerną dającą wytchnienie po bólach i wyrzeczeniach marynarskiej doli. A kto lepiej przypilnuję skarbu niż martwi kamraci. Mimo przeszło dwudziestu lat słonej niedoli losu, utraty dłoni i oka oraz kilku statków i większości starej załogi, pamiętałem jakby to było ledwie wczoraj, gdy sporządzałem mapę nad zakopanym świeżo dołem. W nim spoczywały dwie dębowe skrzynie. Jedna pełna złotych monet, druga drogocennych klejnotów za których wartość niejeden mąż oddałby swój cały honor, pozycję i duszę. W dole spoczywały też świeże ciała mych niedawnych towarzyszy drogi. Ich piersi rozprute ołowianymi kulami, sączyły podłą, piracką krew na deski skarbu. Miałem jedynie nadzieję że kiedyś mi wybaczą a ich dusze nie będą gnębić mnie w snach. Zresztą śniłem głównie o władzy i bogactwie a nie o zapijaczonych, bezzębnych gębach, urwanych kikutach rąk i nóg i kordelasach tak tępych jak umysł większości parszywej braci. Miejsce kazałem oznaczyć, usypanym naprędce kopczykiem do wysokości bioder, kładąc jeszcze na szczycie dwudziestofuntową kulę armatnią. Której nie strawi żaden ogień, nie zmiecie wiatr ani nie zmyje rzęsisty deszcz. Obiecałem sobie wrócić jak najrychlej. Jednak Bóg piractwa miał dla mnie długą pokutę za grzechy. Zasadzki, pułapki, obławy, ucieczki. Blokady czy oblężenia. Przeżyłem wszystko oprócz własnej śmierci. Przeżyłem piekło. Morze ognia i wybuchy prochu. Złamane maszty i rozbite taranem kadłuby. Drogi prowadzące w gardziel szaleństwa. Szlaki błądzące pośród zielonkawych, trupich mgieł psiej wachty. Za ten skarb jednak mogłem odkupić wszystkie winy. Kupić kolejny okręt i porzucić piractwo na rzecz uczciwej kompanii. Taki był plan przybywając o świcie na Asterion. Jednak piracka dola to czasem nieśmieszny acz całkiem udany żart losu. Mimo dwudziestu lat rozłąki z tym miejscem, pamiętałem każdy zakręt drogi, każde większe drzewo i majaczące nieśmiało w budzącym się przedświcie zarysy wzgórz na jaśniejącym z wolna horyzoncie. Doskonale wiedziałem do którego parowu wejść by zanurzyć się w ciemnym i chłodnym tyglu rozbudzonej obecnością człowieka przyrody. Pierwsze zdradziły mnie ptaki. Kolorowi lotnicy otworzyli oczka i dzioby. Rozwinęli pierzaste skrzydła. Zerwali się do ucieczki w wyższe partie drzew. W gęste, gałęziste wnyki, krzewistych, kolczastych i chropowatych form matki natury. Stamtąd obserwowały moje przedzieranie się głębiej do serca lasku. Mały, jutowy worek na moich plecach, haczył się o wystające patyki, sęki i popękaną, starczą korę. Miałem w nim kilof, łopatę a także rum, chleb i łuczywo z hubką. Początkowo miałem wędrować w jego świetle lecz kto wie jakie licho bym tym na siebie zwołał. Na wyspie mieszkało kilka może kilkanaście osób. Żadna z nich z pewnością nie mieszkała tu gdy zakopywałem skarb w ziemi. I chciałem by nadal był on tajemnicą. Wreszcie teren zaczynał delikatnie się wznosić. Pod moimi butami rodziła się stromizna wzgórza. Wyszedłem na otwartą przestrzeń. Byłem już na tyle wysoko względem tafli morza, że widziałem je jak na dłoni. Północna zatoka a na jej środku zacumowany mój bryg. Ostatni jaki ocalał z walki z angielską flotą. Morze było niespokojne. Silny wiatr dął z południa, chcąc jakby pozbyć się natrętnych żagli okrętu i wypchnąć jego kadłub na otwarty akwen. Trupia bandera stąd niewidoczna, powiewała zapewne mocno, niczym wisielcze ciało buntownika uczepione do foka na reji. A pod pokładem zebrani moi ostatni ludzie. Pijący i palący na umór. Liczący się z każdym moim słowem. Chcieli tutaj płynąć. Liczyli na odpoczynek po ostatnich fatalnych miesiącach. Zdziwili się jednak okrutnie, gdy kazałem zacumować w zatoce, spuścić szalupę na wodę po czym wsiadłem do niej samotnie i z rozkazem na ustach, by nie podążać za mną pod żadnym pozorem, zacząłem wiosłować ku piaszczystej plaży. Może obgadywali właśnie to że oszalałem i opuściłem okręt z własnej woli. A opuszczona załoga ma prawo powołać nowego szypra i oddalić się w sobie jedynie znanym kierunku. Istniało takie ryzyko. Ale i tak było ono mniejsze od dalszego przechowywania tu skarbu. Skarb wróci dziś ze mną. Jakież było moje zdziwienie gdy po chwili stanąłem w miejscu ukrycia skrzyń. Bezsprzecznie nie było mowy o pomyłce. Stara kula leżała u moich stóp. Nie było jednak kopca a jedynie głęboki wykop i rozsypana wszędzie wokół świeżo rozkopana ziemia. Była wilgotna i przeraźliwie zimna. Jak północna mgła lub dłoń topielca. Skrzyń nie było nigdzie. Ani poza wykopem ani tym bardziej w nim. Lecz nie zionął on pustką… przeciwnie. Na jego dnie leżała postać przedziwna. Ni to człowiek ni karzełek, wpierw myślałem nawet, że to porzucona, okropnie szpetna lalka. Miał wzrost butelki rumu. Był chudy, brodaty a głowę miał przewiązaną marynarską chustą. Uszy nieproporcjonalnie wielkie, były wręcz jak przyklejone do boków głowy. Nos krótki i haczykowaty, zgarbiony jak plecy marynarza przy wciąganiu żagli. Od pasa w górę był nagi a portki do kolan miał zszyte z jakiś przypadkowych gałganów materiału. Był bosy a stopy jego od dawna nie widziały ożywczej toni wody. Spał w najlepsze gdy zbliżyłem się do wykopu. Podniosłem nieduży acz dość ciężki kamień i cisnąłem go w pierś karzełka. Otworzył leniwie oczy i z marynarskim, pijackim akcentem rzucił po holendersku. Czego?! Rzuciłem jeszcze jednym kamykiem. Tym razem trafiłem go w potężne ucho. Zaklął szpetnie i wstał. Rysy jego stały się wściekłe i groźne. Jedynie miną mógł nadrabiać pozostałe swe braki. To ja ju zadaje pytania psie. Gdzie moje złoto i kamienie? Gdzie są skrzynie z tego wykopu? Mów po dobroci pomiocie a nie skrócę Cię jeszcze bardziej tym razem o głowę. Karzeł zaśmiał się jedynie. Zimno i okrutnie. Wczorajszy świt je zabrał. To było niedorzeczne. Świt!? Świt nie kradnie bo niby jak? Pytam ostatni raz kto zabrał skrzynie? Karzełek patrzył na mnie ni to z poczuciem wyższości ni to ze współczuciem. Przyszli po niego piraci. Rzucił wręcz wesoło. Jacy piraci? Nazwiska, miano okrętu jeśli Ci wiadome!? Karzeł zrobił nieśmiałe dwa kroki i powtórzył. Świt ich zabrał. Nie dogonisz ich. Sięgnąłem po kordelas i wbiłem ostrze pod stopy karzełka. Nie pieprz!!! O jaki świt chodzi? Karzeł znów rzucił wesoło. Vissingen, rok pański tysiąc siedemset siedemnasty, dok drugi, finansowany z pieniędzy kompanii wschodnioindyjskiej i jego przyszłego kapitana. Oto kapitanie bryg De Dageraad Świt… wyszeptałem… Lecz teraz lepiej jest znany ze zdobytego przydomku, kontynuował karzeł. Teraz zwą go De Dageraad … der Doden… Świt Umarłych… wyszeptałem po raz wtóry. Karzełek roześmiał się diabelsko. Jeśli chcesz kapitanie odzyskać złoto to Świt Umarłych wędruję zawsze z pierwszym brzaskiem ze wschodu na zachód. Rodzi się i umiera wraz ze słońcem. Jeśli będziesz go śledził po tym gdy ostatni blask tarczy słonecznej zajdzie za horyzont, to biada Ci i Twojej załodze. Z tej nocy nie wychodzi już nikt. Bo dowodzi nim syn nocy. Gerrit van der Nacht I pamiętaj moje słowa. Wszystko co człowiek zakopuję, wcześniej czy później rozkłada się w ziemi. Wszystko co wrzuca do morza, rozmywają jego fale. A wszystko co zabiera umarłym. Umarli zabiorą jemu. Pozdrów ode mnie kapitana. I wszystkich umarłych. Powodzenia. Przyda Ci się. Widziałem moje skrzynie ułożone na jego pokładzie. Widziałem złoto. Monety. Kamienie. Klejnoty. Widziałem wszystko, co przez pół życia odbierałem innym ludziom. A pomiędzy skrzyniami siedzieli moi dawni towarzysze. Ci, których pochowałem. Ci, których zostawiłem na wyspach. Ci, których morze zabrało bez pytania o nazwisko. Jeden z nich podniósł głowę. Wracaj, kapitanie. Oddajcie mi moje złoto! Nie jest twoje. Ukradłem je. Właśnie dlatego należy do nas. Statek odpłynął. Ruszyłem za nim. Płynąłem za Świtem Umarłych aż zniknęły gwiazdy. Płynąłem, aż ocean zrobił się ciężki i czarny jak ołów. Płynąłem, aż pod kilem usłyszałem głosy. Nie z pokładu. Z głębi. Wołały mnie. Jednym głosem. Moim własnym. Wtedy spojrzałem w wodę. I zobaczyłem otchłań. Nie miała dna. Nie miała końca. Nie miała nawet ciemności, bo ciemność jest przecież czymś, co można zobaczyć. To było miejsce, w którym nawet śmierć wydawała się zbyt mała. A Świt Umarłych płynął ku niemu. I wtedy ujrzałem przed jego dziobem wykop w morskiej toni. Tożsamy z tym z Asterionu. Statek wracał do grobu. A jego grób był moim grobem. Nagle na jego rufie pojawił się liliput z wyspy. Śmiał się i uderzał co chwila w marynarskiej dzwonki. Odliczając czas do wiecznej tułaczki. Wachty umarłych. Świt Umarłych wpłynął do swego grobu a my uczyniliśmy to w ślad za nim.
  2. Widziałem jak dajesz mu pieniądze a ledwie wczoraj gdy ja chciałem od Ciebie pożyczyć, zbyłeś mnie tym, że nie masz tyle by jeszcze pożyczać innym. I ja bynajmniej nie potrzebowałem na wódkę a po drugie oddałbym Ci te drobne już dziś a on, zerknął przez ramię na kloszarda, który ściskał pięciodolarówkę, tak mocno niczym kochanego syna albo wyśnioną kochankę, będzie miał u Ciebie wieczny dług w piekle. Dziękuję, że traktujesz żuli spod sklepu, lepiej niż starych przyjaciół. Wykonał ruch jak gdyby chciał, obrócić się i ruszyć do bezdomnego, wyrwać mu banknot i wsadzić go sobie do kieszeni kurtki. W tym czasie pozostawiony sam sobie kloszard, skierował swe posuwiste, niepewne kroki do sklepu. Mi w tym czasie udało się ukierunkować rozmowę znów na poprzednie, przyjemniejsze tory. Gdy wróciliśmy do dialogu o dzisiejszej próbie naszego zespołu i zaczęliśmy omawiać koszta związane z wynajęciem sali koncertowej, bezdomny opuścił sklep. Teraz w jego dłoni zamiast dolara z Lincolnem, spoczywała niewielka butelka najtańszej whisky. Widać byłem finalnym darczyńcą tego dnia. Jego oczy śmiały się wręcz do rubinowego płynu w środku. Alkohol widział w nim kogoś więcej niż istotę z marginesu. Nie widział w nim ofiary ani rzuconego w otchłań choroby uzależnionego. Był naczyniem, które skupiało w sobie procenty. Mistrzem powolnych, wymierzonych dokładnie łyków. Lekarzem swej duszy. Szamanem inicjacji. Wyzwolonym z systemu praw społecznych bytem. Był plamą na honorze krajobrazu, lub plamą honoru pośród upadku ideałów społecznych. Usiadł z butelką na niskim murku i pociągnął z niej solidny łyk. Dlaczego mu się tak przyglądasz? Liczyłeś na to że kupi sobie burgera i colę? Nie znasz go? Zapytałem wybijając go lekko z rytmu. Że co? Czy z nim kiedyś gadałem? Nigdy w życiu. Raz, kilka lat temu podszedł do mnie i poprosił o drobne. Kazałem mu spadać i grzebać w śmietniku. Czekaj, czekaj … a niby dlaczego miałbym go znać? Gość jest legendą. Jeszcze żywą. Mój rozmówca zrobił wielkie, zdumione oczy. Legendą? Pijaków? Pobił jakiś miejscowy rekord promili i przeżył? Czy obudził się w kostnicy i kazał się zawieźć z powrotem na imprezę? Pamiętasz sezon Sfinksów w dziewięćdziesiątym trzecim? Zbiłem go z tropu zupełnie. Wybacz ale jak przez mgłę, ironizował, miałem wtedy dwa lata i Ty zresztą też. A co to ma z nim wspólnego? Bo ten oto gość, zapewnił nam wtedy wicemistrzostwo stanu. Jedyne jak dotąd w historii. Do niego również należy nie pobity rekord przebiegniętych jardów i celnych podań w historii klubu. Oto przed Tobą James Crighton we własnej osobie. Mój kolega nie dał się nabrać, choć była to czysta prawda. Pieprzysz! Crighton zarobił miliony przez lata gry. Mam gdzieś jego platynową kartę w domu. Mój ojciec miał piłkę podpisaną przez niego na jakimś festynie. Zrobił sobie z nim zdjęcie. Stało na kominku w zaszczytnym miejscu. Bliżej jego oczu niż własna rodzina. Crighton był bogiem. Kasyna, fury, kobiety, modelki, apartamenty. Kasa lała się jak szampan. Fakt, chyba miał tutaj kiedyś dom. Przepisał na syna, wtrąciłem, tylko on mu został. Cały czas próbuję go wyciągnąć z ulicy ale stary zawsze wraca pod sklep. A kasa? Nie da się przepić milionów. Ostatni majątek, który miał przepisał na syna. On nie nosi nazwiska ojca lecz matki. Jednej z setek kochanek Crightona. A kasa poszła w butelki, koks i ruletkę. Normalnie historia na film, ironizował dalej, ktoś może kiedyś mu pomoże na pewno nie ja. A ja tak. Pamiętam każdą noc i zimę spędzoną na ulicy. Rękawice bez palców nad rozpalonymi koksownikami. Napady na pustostany jakiś miejscowych gówniarzy. Pożary i bójki. Godziny na komisariatach. Chociaż tam było ciepło. Jeden z policjantów zawsze poratował świeżą kawą a czasami wczorajszym donutem. Pamiętam odór wyziewów z kratek ściekowych. Spało się na nich w plątaninie starych szmat i kocy, wyciągniętych ze śmietnika. Błagało się o resztki z restauracji albo drobne. Przeszukiwało budki telefoniczne i kosze na przystankach. Cały dobytek mogłem zmieścić w marketowym wózku na kółkach. I broniłem go jak niepodległości. Pisałem dziesięć lat z poziomu bruku i o bruku. Tragedie i dramaty o ludziach duchach. O swoim utraconym człowieczeństwie. Nie znałeś mnie wtedy i postąpiłbyś ze mną tak jak dziś z Crightonem. A ja mam wobec niego i innych dług. I spłacam go w tych kilku dolarach. Nie piszę o tym co ludzie chcieliby czytać a o tym czego nie chcą widzieć i czego nie chcą być świadkami. A ja nie boję się już żyć. Nie boję potknąć się i zderzyć z brukiem. Bo wiem, że na Crightona i innych mogę liczyć. A ludzie niech dalej żyją sobie na swoim biegunie. Chyba nie słyszał ostatnich zdań. Podszedł szybko do Crightona. Dał mu kilka banknotów z portfela. Uścisnął dłoń. Wyjął marker z torby na ramię a były gracz umieścił na niej swój autograf. Tak powinno czcić się legendy.
  3. Każdego jednego roku, ten sam rozkaz z dowództwa. Głupi, niedorzeczny i zupełnie pozbawiony sensu. Celu również. Bo od zarania ta droga jest zamkniętym szlakiem. A dla miejscowych jest drogą do samego piekła. Nie wychynie na nią nikt z pobliskich wsi. Choćby ją wybrukować studolarówkami a żwir zamienić na bryłki złota. Konie płoszą się gdy tylko poczują jej dotyk pod kopytem. Samochody psują się lub zachłystują nagłym odcięciem paliwa. Nie ma śmiałka co przemierzył Lincoln Road na stopach. A jeśli nawet kto kiedy próbował, to jego szkielet pewno nadal bieleje pośród dzikiej kniei lub w nurcie potoku Manson. Droga oficjalnie figuruję na mapach i przewodnikach. Mało tego, byłaby świetną, miejscową atrakcją. Lecz nikt nie chce igrać z siłami, których w pełni nie potrafi wyjaśnić. Z żywą legendą o starych czasach. Dziś jest ten szczególny dzień w kalendarzu. Dwudziesty siódmy grudnia. A kto tego dnia utknie na Lincoln Road, szczególnie niedaleko mogiły i starego mostku na Manson. Ten jest stracony dla świata. Jest to tak niedorzeczna acz wryta w świadomość miejscowych legenda, że od przeszło dwudziestu lat, wojskowi z pobliskiej bazy trzymają wartę na całej jej długości w tym jednym dniu. Od kilku lat panuje spokój, choć różnie bywało. Wiele patroli przepadło bez wieści. Odnajdywano po nich broń, mundury, czasem zbłąkane i przerażone konie. Inni odnajdywali się po wielu tygodniach lub nawet miesiącach. Odarci nie tylko z ubioru ale i zmysłów. Lądowali w szpitalach dla obłąkanych. Bredzili w kółko o Lincoln Road. O mostku na Manson. O postaci, która pojawia się na jego spróchniałych deskach, dwudziestego siódmego grudnia. O masakrze z czasów secesji. O dziejach przeklętej kompanii konfederatów. Może to tylko głupia legenda. A może fakty w postaci zaginionych i pomylonych żołnierzy, są dostatecznym dowodem ku temu, że w te końcowe dni roku, patrolowanie Lincoln Road jest koniecznością. Dla spokoju duszy i sumienia żyjących. Był to ich ostatni nawrót, niedaleko rogatek Pinehead w stronę mostku. a dalej za nim Lincoln wpadała i kończyła się na międzystanowej ku Chesterfield. Tam klątwa i legenda już nie sięgały. Wieczór przechodził powoli we wczesną noc. Śnieg znaczył drogę szeroką, białą wstęgą. Nie było go wiele. W tym roku zima nie przyszła jeszcze w całej swej pełni. Światła ich ciężarówki wrzynały się jak noże, daleko w pustą przestrzeń. Las wydawał się wtedy jeszcze mroczniejszy i pełen złych przeczuć i istot, którym zupełnie nie w smak była obecność ludzi. W szoferce jechało ich dwóch a pięciu pod bronią jechało na pace pod płachtą z brezentu. Na figlarzy, głupców i rozbójników wystarczy, lecz czy takie środki będą skuteczne na przeciwdziałanie klątwie. Żaden z nich wolał tego nie sprawdzać. Pokonali ostrożnie, wyboisty łuk i wyjechali naprzeciw zjawisku, które całkowicie ich zaskoczyło. I nie, nie było to nic nadprzyrodzonego. Wręcz przeciwnie, były to rażące ich światła osobowego wozu zaparkowanego na poboczu. Obok otwartych drzwi od strony kierowcy, dostrzegli ludzką postać, gdy oświetlił ją błysk reflektorów, żołnierze rozpoznali w niej nie potwora a niewiastę o bardzo przerażonej lecz naznaczonej ulgą ratunku minie. Zatrzymali się praktycznie u jej stóp. Wysiedli dopiero po dłuższej chwili. Nie byli pewni w środek czego tak naprawdę trafili. Jadąc tym odcinkiem pół godziny wcześniej natrafili tylko na pustkę. Czy kobieta była tu zupełnym przypadkiem? A może słyszała o tym co dzieje się tutaj w tym dniu i szukała mocnych wrażeń. Jedno było pewne. Nie znali jej, więc nie mogła pochodzić z Pinehead. A do tego jej samochód był wyssany z paliwa do cna. Gdyby wjechała tutaj godzinę później, musiałaby wracać na własną rękę przez las i uważać na postać jeźdźca zza plecami. Mogła to być też podpucha albo pułapka. Nie mogli tego wykluczyć. Kapral wysiadł pierwszy i uderzył kilka razy otwartą dłonią w karoserię dając znak tym z tyłu by ich osłaniali. Nie minęła nawet minuta a już muszki pięciu garandów były wycelowane w przerażoną kobietę. Nie wyglądała jakby zamierzała walczyć a raczej uciekać gdzie pieprz rośnie. Nie przejmując się wycelowanymi w siebie karabinami, rzuciła się z płaczem ku kapralowi. Nieważne dokąd prowadzi ta przeklęta droga ale chcę jak najszybciej znaleźć się jak najdalej stąd. Zabierzcie mnie stąd błagam. Kapral dał jasny sygnał by opuścić broń. Wykonali rozkaz. Lecz nadal byli w niemałym szoku, że w tym dniu natrafili tu na żywą osobę. Niech Pani wsiada czym prędzej do szoferki, droga jest zamknięta … szczególnie dzisiejszej nocy… po drodze wszystko Pani nam opowie. Niestety na wstępie zaznaczę, że jesteśmy zmuszeni dokończyć wykonanie patrolu. Przejedzie z nami Pani jeszcze kilka kilometrów do drogi stanowej a potem zawrócimy do Pinehead gdzie zostanie Pani u nas w bazie. O samochód proszę się nie martwić. Odholujemy go jutro za dnia do Pinehead. Kobieta wpadła w histerię już po kilku pierwszych słowach kaprala. Wracać do drogi stanowej!? Przez ten stary most, który mijałam jadąc tu!? Więc proszę mnie zastrzelić tu i teraz, bo nie wrócę na ten most choćby i z uzbrojoną po zęby dywizją wojska. Zresztą na nic Wam te śmieszne karabiny. Tam mieszka coś, czego kule się nie imają. Zastrzelcie mnie albo zostawcie tutaj. Wolę czekać na śmierć tutaj, niż jechać prosto w jej objęcia. Jeśli wjedziecie na most, nie wrócicie już. Macie moje słowo. Byliśmy na nim tylko tego dnia co najmniej dziesięciokrotnie i jak widać żyjemy. Boi się Pani w nagłym szoku, własnego cienia. A cieni nie należy się bać. Cienie to cienie. A jeśli to cienie przeklętych dusz!? Widziałam ich jak teraz widzę Was. Kompanię pod bronią, lecz bez głów. Nie wrócę na most. Nie ma Pani wyjścia. Mam rozkaz odstawiać wszelkich cywili do bazy tak by nikt nie włóczył się po tej drodze. Nic dziwnego to przeklęta droga! Niebezpieczna i stara, ze skruszałym mostem, który grozi zawaleniem. Pilnujemy porządku a nie śledzimy duchy droga Pani. Dał znak dwóm podkomendnym a Ci bez zbędnych wyjaśnień i ceregieli, siłą wrzucili wręcz kobietę do szoferki. Poza wzrokiem kaprala ale jeden z nich wracając na pakę dyskretnie się przeżegnał i ucałował krzyżyk zawisły na szyi...
  4. Nigdy nie wróżono mi przyszłości. Nie sądzono, że będzie ze mnie człowiek światły, życzliwy i towarzyski. Nie wróżono mi z dobrych kart. Nie myślano o tym, że dojdę gdzieś. Będę kimś z właściwymi tytułami i rangą. A może po prostu bano się czytać koniunkcję gwiazd z dnia mojego narodzenia. Może szeptuchy i wiedźmy, dobrze wiedziały, skąd i po co przybyłem. Świat symbolizuję równowaga sił dobra i zła. Czasami jednak pojawia się na nim coś co burzy wszelki ład i porządek harmonii. Byt z wymiaru gehenny piekieł, którego cień jedynie, sunący między leśnymi konarami, płoszy opętane jarzmem grozy wilkołaki. Wyją dziko i jęczą. Chcą czym prędzej zejść z drogi istocie, którą śmierć sama, naznaczyła na swój katowski miecz. Ludzie czują dobrze jego wpływ na otoczenie. Sączą się słowa nic nie znaczących modlitw. Całują suchymi wargami, rany Zbawiciela, którego krzyż rzymski pozbawił władztwa. Palą się wyświęcone w egzorcyzmie grzechu klechów świece. U zamkniętych na głucho drewnianych okiennic. A omen wilczy, śmieje się przez krwawe kły. Spaceruje u rozdroży, woła zagubione dusze. Leszy wyszedł zza dębów prastarego siedliska. I ukląkł z uśmiechem ojcowskim nad swym wiernym dzieckiem. Z bagien i torfowych zapadlisk, powstały wodniki i upiory utopców. By oddać hołd i pokłon. Najstarszemu z demonów. On nigdy nie był człowiekiem. Nie ma w nim uczuć i współczucia. W jego oczach jest pustka i popiół. Z ran nie płynie krew. Nie je strawy człowieczej a tylko cierpienie i ból z dusz zgubionych wysysa. To jego pokarm, który daje mu moc. Lubi zjawiać się jak duch u stojących nad grobem. Nad ich łóżkiem czuwa. Kiedy wreszcie wstanie i ucałuję w usta ofiarę, to wiedz, że duszę jej wykradł i na wieczną żałość i ogień skazał. I czas wtedy trumnę heblować i krzyż strugać cmentarny, bo żywego nikt już, chorego nie zobaczy. Raz jeden na wiosenne roztopy, Cyganie rozbili swój tabor na opłotkach wsi. I młode cyganki spraszały by wróżyć niewiastom i kawalerom co komu pisane. Przypadkiem czy celowo, zjawił się i on przed obliczem najpiękniejszej z nich. Trwoga ją objęła i pot zrosił czoło a dłonie drgały jak w gorączce. Bo patrzył na nią anioł, którym była sama śmierć. Wystawił zimną jak lód dłoń w jej kierunku i rzucił tylko, co widzisz? Rzuciła wbrew sobie jedynie okiem na jego wyraźne jak nożem wyrysowane linie. I padła bez ducha obok wozu. Tydzień cały trwała na granicy śmierci. A w malignie, krzyczała takie rzeczy, że najgorsze deliryczne koszmary, byłyby dla niej większym błogosławieństwem. Wtem zjawił się po raz wtóry i wybłagał u jej ojca spotkanie. Był przy niej dzień i noc. Trzymał za dłoń. Karmił i poił. A ona zapadała się w najdalsze rubieże mroku. Słabła, marniała, bredziła aż wreszcie trzeciej nocy gdy wszystkich zmorzył głęboki sen. Wstał, nachylił się nad jej prawie już zastygłą w śmierci twarzą i złożył gorący pocałunek na jej zimnych ustach. Cygan zakochany w dziewczynie i pełniący miłosną straż u jej wozu widział jedynie wilka, uchodzącego przez okno w las. Gdy dopadł do jej ciała. Życie skończyło się również dla niego. Ruszył w las z liną konopną. Nie po to by spętać przeklętą bestię a po to by zawisnąć na najgrubszej gałęzi starego grabu. Wilk minął jego ciało i śmiał się przez kły. Nikt już więcej nie pojawił się nigdy we wsi. Przeklął ją cały świat. Dziś jest tylko ruiną ukrytą w powoli odradzającym się w jej trzewiach lesie. Wyrastające z niedawnych klepisk i palenisk drzewa i krzewy obejmują ją ramieniem śmierci. Całują, skruszałe ściany wysysając z nich dusze i życie. Ludziom wróżymy do dziś. I wszystko jest w porządku, dopóki na pytanie czy co widzisz, usłyszysz słaby i drżący głos. Śmierć Twoją widzę. A w kuli ustawionej na zasłanym satynowym obrusem stole ujrzysz postać wilczego omena, co szczerzy do Ciebie swe krwawe kły.
  5. W zbutwiałym domostwie, gdzie czas wykrwawił się wieki temu - pająki - niemi grabarze tkają w oczodołach okien lepkie całuny. To nie firanki, lecz sieci na zbłąkane dusze. Cisza tu nie koi - ona ogłusza - ciężka jak wieko dębowej trumny. Słodki fetor jaśminu wycieka z pękniętej wazy, mieszając się z wonią starej krwi, która udaje wiśniową słodycz na odłamkach porcelany. Pod stopami skomle zdarta podłoga - każdy jęk deski to wydech potępieńca, który nie może skonać pod ciężarem cienia. W mroku, za oziębłym piecem mieszka Smętek - pan beznadziei. Zaciska na gardłach intruzów pętlę z mrocznych wizji. Tu uczucia zostają pożarte przez wieczność, gdy Smętek wymazuje ich imiona z rejestru żywych. * Smętek - złośliwy diabeł trapiący ludzi, występujący w ludowych legendach mazurskich.
  6. Raz podniesie habra a czasem też bratka Lubi zbierać kwiaty ta piękna Agatka Wianuszek zielony skromnie zdobi skronie Mogłaby ta nimfa zasiąść i na tronie Lecz nie myśli o tym z zaświatów jej siła Kto ją zauważy temuż też mogiła Biega wieczorami w zwiewnej sukieneczce Przez zamglone łąki po wąskiej kładeczce Tam gdzie boso stąpi lilja wzejdzie zaraz A gdy już przebiegnie cichną ptaki naraz Bielutkie ramiona prawie świecą w mroku Pukle ciemnych włosów splecione w warkoczu Tak się stało w maju przed kilkoma laty Za późno przybyły silne ręce taty Gdy ją wydarł rzece duch uleciał w łąki Nie chciał do Światłości nie chciał znieść rozłąki Kowalskiego syna serce jej kochało A kiedy wyjechał to nie zapomniało I w rozpaczy w gniewie zawiodło Agatkę Po piaszczystym brzegu na nadrzeczną kładkę @goździkPodziękowania!
  7. Ballada Słuchajcie mojej ballady dziatki, I wy słuchajcie młodzieży. Śpiewały waszym ją babkom matki I wam ją śpiewać należy. Gdy bogiem było słońce nad nami, Puszcze jak morza zielone, Biły w widnokrąg liści falami Buczyną, wiązem spienione. Gdy chleb pszeniczny był wagi złota, Gdy świat się kąpał w piosence, Gdy kiedy kogo naszła ochota Na przełaj gnał ku jutrzence. Za tamtych wiosen, razu pewnego Mrok nocy przecięła łuna Z słupa światłości, rdzawobiałego Niczym od ciosu pioruna. Cisza zapadła aż do świtania. Co zaszło z ludzi nikt nie wie. Matka wyjść dzieciom z chaty zabrania. Kto mąż, się zbiera przy drzewie. Był to prastary dąb rozłożysty; Własność samego Peruna. W jego pobliżu stanął słup krwisty, To tam zrodziła się łuna. Co odważniejsi podeszli ludzie I patrzą co to za dziwy. Ci będą świadczyć potem o cudzie, Bowiem to był cud prawdziwy. Jak gdy najgorszy koszmar się ziści Niemożnym zdaje się stanie, Tak widząc drzewo bez żadnych liści Padali na twarz poganie. I wielki lament był w zgromadzeniu, I rozpacz, zgrzytanie zębów. Uległa boska włócznia stępieniu, Więc usechł najstarszy z dębów. Biada ci ludu, po stokroć biada! Sam jesteś, nikt cię nie dźwignie. Czekać ci tylko, przyjdzie zagłada Pochylisz czoła malignie. Drzewo runęło zrywając ziemię, Szponami uschłych korzeni. Znów się zatrzęsło słowiańskie plemię, Głaz wielki w ziemi się mieni. Ma krzyż wyryty na szorstkim czole A obok dziwne litery, Płytkie wgłębienia w obwodu kole Ozdobne niczym rajery. "Bogowie z nami! Ach sława, sława!" Kto żyw gna ziemię odwalać. Chwila, pod gruzem zgina się trawa, By już kamienia nie kalać. Wtem ptasia chmara pikuje z góry I szturmem osiada skałę. Ucztę tam mają skrzydlate chóry, Trzewia od jadła zbolałe. Widząc to starzec, brany za mędrca, Co w bogów miał wstęp dziedziny, Zdrowy na ciele, przykładny żerca, Wyjaśniał owe terminy. "Po stokroć sława!" Tu dźwignął laskę, "Widzicie te niebożęta? Są zdane tylko na bogów łaskę A karmi je skała święta." "I my z niej czerpmy! My braci miła! Niech nikt z nas głodny nie chodzi. Że ją nie ludzka ręka zrobiła, Pokarmem zawsze obrodzi." Po czym pochwycił jedno ptaszysko I złożył z niego ofiarę. Opuścił w pełni strach zbiegowisko Choć drzewo runęło stare. I tak od tamtej pory bywało, Bogom pogańskim na chwałę, Że kiedy komu czego zbywało Przynosił tę rzecz na skałę. Z tego zaś brali ludzie ubodzy Składając Potęgom dzięki, Że nie są dla nich zanadto srodzy, Że głodu nie znają męki. Każdą równonoc przy głazie czczono Oraz każdego Kupałę. Śpiewano hymny, zioła palono Wieczory i noce całe. Minęły wieki, dni i dekady, Zanim z dalekiej krainy, Przybyły straże Nowej Armady, Pawłowe nadeszły syny. Chcąc Duchem Prawdy natchnąć ciemnotę, Nie rozłupali kamienia. Nie poruszyli nawet o jotę Zmienili nic z przeznaczenia. Tyle że święta były już inne, I inne hymny śpiewano. Nie ucierpiały żebraki gminne, Bo im jałmużnę składano. I tak jest dotąd, dziateczki moje Że na pobliskiej polance Która na oścież ma swe podwoje, Lśni kamień całej Głupiance. A rzeka Świder płynie jak drzewiej, Wiosny tak samo czekamy. Gdy przyjdzie nowe, może być lepiej O stare ważne, że dbamy. *** Niechaj czytelnik sam już poduma O czym to świadczy jeżeli, Już od stu laty Głupianki duma, Ozdabia kościół w Kołbieli.
  8. Czcij bohaterów, którzy oddali Krew pieśni swoją co wołali, "Wygramy bój, wygramy bój, Nie pójdzie na marne syn twój!" Ciemność goni ich, Nie oszczędza los, Ktoś zadać może ostateczny cios. Czcij bohatera, pana uwielbienia, Męża narodu i syna cierpienia. Miecz zakrwawiony, głowa wciąż w chmurach, Usłyszą o nim nawet w wielkich górach. Wino, chwała, sekrety i kochanki, To dla tych co staną z wrogiem w szranki. Zawzięci i uparci, Bardziej niż siebie, Bronią dusze tych co dawno są w niebie. Czcij bohatera, pana uwielbienia, Męża narodu i syna cierpienia. Być herosem gotowym na rzeź, Wolności, dobra dla wszystkich chcieć. Żyć na zawsze jako historia, To jest właśnie Twoja wiktoria! Strach duże oczy ma, Lecz kruszy go jak zimowa kra. Czerwienią splamione zwycięstwo, Oto jest właśnie jego męstwo. Tłumy idą za nim, Nie wybaczą mu tych win. Słodycz się wylała, A ona zawołała, Najpiękniejsze imię...
  9. Freya – bogini nordycka Freja (także Freyja, Freya, Frøya, staronord. Pani) – bogini nordycka należąca do wanów asgardzkich, bliźniacza siostra Frejra. Była bóstwem wegetacji, miłości, płodności i magii. Ponadto patronowała wojnie, 1/2 poległych wojowników podlegała jej władzy na polach Fólkvangr (reszta należała do Odyna – w Walhalli). Jej mężem był Od (letnie słońce), córkami Hnoss ("skarb") i Gersimi ("klejnot") w blasku poranka - ruszyła zimną zorzę dłoń pieści kota wiatr włos rozwiewa - biała suknia spokojna światłem bogini łkają gałęzie - zabierając porządek magicznej wojny całość jest równa - dotyk Pitagorasa cud wegetacji na rękach złoto - dogania kamienny czas twardej miłości tło drążą skały - migotanie krasnala dane zamkowi letnie słońce Od - czystym Skarbem Klejnotem rodziną Frei mijają lata - szron jest ozdobą bogów zawsze tak będzie
×
×
  • Dodaj nową pozycję...