Znajdź zawartość
Wyświetlanie wyników dla tagów 'bieda' .
-
Był środek nocy. Nie spałem ani nawet nie leżałem jeszcze w łóżku. Byłem jednak zmęczony i ziewałem szeroko raz po raz. Czułem opadające samoistnie powieki. Nieprzyjemny, gryzący piasek pod nimi. Jedna sekunda, dwie, trzy. Otwierałem szeroko załzawione oczy. Kolejna rozbita butelka, wywrócone w szale krzesło, czyjeś ciało obijane z impetem o ścianę. Krzyki i wyzwiska, latające w powietrzu jak pociski. Szamotanina pod drzwiami pokoju, moment uderzenia i trzask wybitych ciężarem bezwładnie lecącego ciała drzwi. To była moja matka. Pijana prawie do nieprzytomności. Leżała w progu, podkulając nogi i próbując doczołgać się w stronę okna, do mnie. Uciekała jak zbity pies. I faktycznie była pobita. Ręką zasłaniała twarz i rozcięty uderzeniem policzek. Wargi miała spuchnięte, pełne zaschniętej, prawie czarnej krwi. Bełkotała coś nieskładnie przez łzy, wijąc się coraz prędzej. W progu stanął mój setny w tym miesiącu wujek. Krępy blondyn w wyciągniętej ze spodni, lnianej koszuli. Jego lewa dłoń ściskała butelkę burbona. Prawa była zaciśnięta w mocarną pięść o czerwonawych palcach i wystających żyłach. Dopadł do niej, uchwycił jej jasne włosy i jednym brutalnym pociągnięciem prawie postawił ją na nogi. Po czym pchnął jej bezwładne ciało. Runęła pomiędzy mnie a łóżko, uderzając głową o podłogę. Krzyczała i błagała by ją zostawił. Podszedł powoli z delikatnym, triumfalnym uśmiechem na twarzy. Jego czarne derby połyskiwały świeżą warstwą pasty. But wylądował władczo na jej skroni i przydusił ją do podłogi na dobre. Patrzyła na mnie ni to z obłędem ni to ze strachem. Była cała we łzach. Jej oczy dawały sygnały, żebym uciekł. Nie tylko one. Jego wzrok wreszcie mnie odnalazł. Obawiam się chłopcze, że dalsze przebywanie w tym pokoju nie przyniesie Ci nic dobrego. Zrobisz lepiej, jeśli się teraz ulotnisz a ja dokończę rozmowę z tą su…, z twoją mamą. Rozbił z impetem butelkę zaraz obok jej głowy. Ryknęła na cały głos bym się wynosił. Nie trzeba mi było tego powtarzać. Uskoczyłem wolną przestrzenią przy ścianie i chwilę później już byłem przed kamienicą. W głowie nie miałem myśli, czy wujek zabiję mamę. Mojego ojca podobno zabito. Ale to z pewnością była sprawka innego wujka. Martwiłem się o siebie. Niestety takie było prawo ulicy. Dbaj jedynie o siebie. Inni muszą żyć tak by przeżyć. Do jutra, do rana, do kolejnej libacji. Dbaj o to by mieć co jeść i gdzie spać. Prawie nie jadłem przez cały dzień a teraz pozbawiono mnie miejsca na sen. Ale gen przetrwania w tym miejscu, potrafi nieść nogi wbrew potrzebom umysłu. Nie wiedzieć czemu stojąc tak pośrodku czerni zabójczej, nocnej przestrzeni, pomyślałem że na Olimpie będę bezpieczny. Bogów nie dotykano, nie odwiedzano. Mieli ciszę i spokój w swej sekretnej siedzibie. A ja chciałem tylko przetrwać noc. Udałem się w mrok dzielnicy. Cicho i bezszelestnie jak mały szczur, pragnący zobaczyć swych bogów. O tej porze mogłem spodziewać się tego, że dziedziniec pubu i sam murek, będą już zupełnie opustoszałe. Dodatkowo było nieznośnie zimno a wiatr choć niezbyt mocny to jednak pozostawiał na skórze lodowate uczucie cierpnięcia skóry. Nie miałem na sobie kamizelki, swetra ani płaszczyka. Jedynie brudną i porozciąganą koszulę. Miałem jednak nadzieję, że bogowie będą nade mną czuwać i nie pozwolą mi złapać zapalenia płuc. Jeśli oczywiście przybędą mi na ratunek. Murek jawił się w ciemności swą skarlałą wypukłością już z daleka. Wokół Olimpu było pusto. Pub był chyba zamknięty a światło w nim zagaszono. Neon nie działał. Został rozbity już jakiś czas temu przez pijanych chuliganów w trakcie jednej z burd. Już miałem przeskoczyć przez murek gdy nagle moje wyczulone ucho wyłapało w ciemności jakiś dźwięk. A było to donośne chrapanie, dochodzące gdzieś na lewo ode mnie ze zbitej grupki pokrzyw wyrastającej wprost z kamienistego i krzywego podłoża fundamentu pubu. Wdrapałem się na chropowaty murek i spojrzałem uważnie w tym kierunku. Obok pokrzyw leżało kilka pustych butelek po piwie a w samym centrum jakaś wysoka sterta ubłoconych niemiłosiernie ubrań, z której to jednak dochodziło chrapanie. Wtedy zrozumiałem. Gdy bogowie odchodzą, Olimpu strzeże ich posłaniec. Cyklop? Minotaur? Czy faun? A może to utrudzony dzienną walką heros, któremu bogowie pozwalają odpoczywać w ich ogrodach. Nie byłem herosem ani faunem. Ale miałem nadzieję że bogowie nie obrażą się na mnie, gdy doczekam tu świtu a przy okazji rozmówię się z ich strażnikiem. Na paluszkach ruszyłem w stronę śpiącego. Błoto wokół śmierdziało moczem, alkoholem i zgniłymi jajkami. To nie była ambrozja. A może właśnie nią była. Strażnik też ohydnie cuchnął. Tak jak gdyby kąpał się w rynsztoku. Mdławy odór zatrutej rzeki był niczym przy jego sklejonej brudem kapocie i spodniom na których zostało chyba więcej śladów resztek i błota niż właściwej tkaniny. Jedynie jego kapelusz można by uznać za nie znoszony. Zakrył nim połowę twarzy, tak że jedynie długa, skołtuniona, siwa broda wystawała poza obręb cienia ronda. Leżał spokojnie na lewym boku i wychrapywał jakąś melodię a może pieśń o dawnych i współczesnych bogach Olimpu.
- 2 odpowiedzi
-
6
-
- dekadencja
- mit
-
(i 6 więcej)
Oznaczone tagami:
-
Za starym pubem istniał kiedyś Olimp. Nie ten z marmuru i złota, lecz z wapiennego murku, pokrzyw, błota i pustych butelek. Zasiadali na nim bogowie zapomnianego królestwa, którego jedynym bogactwem była nędza, a jedyną nieśmiertelnością — pamięć. To opowieść o dziecku, które pośród ruin codzienności odnalazło własną mitologię. "Bogowie Olimpu" Mój mały, chermetyczny, dziecięcy świat, zamknięty w nierównoległym czworoboku, starych, robotniczych uliczek. Śmierdzących rdzą, ropą, benzyną, trującymi wyziewami z kominów, nędzą, rozkładem i zamokniętym tytoniem z krajanki. Czułem się jak obcy, który wdarł się jakimś cudem do tej zapomnianej przez Boga dzielnicy a potem zapomniał w którym miejscu było przejście do świata na zewnątrz. Wszystko tutaj było tymczasowe. Domy, układy, przyjaźnie, praca i ten szczególny rodzaj ulicznej miłości. Większość rzeczy była nielegalna. Hazard, prostytucja, handel ludźmi i bronią, wszechobecne narkotyki i brudne, niedomyte, pękate butelki, ledwie przefiltrowanego bimbru. Dzieci traktowano tu jak ten bimber i butelki. Szmuglowano je nocą po suterenach. Przechodziły z rąk do rąk, z pokoju do pokoju. Między domami z dykty a kamienicami o wybitych drzwiach i oknach. Nie miały przypisanych mieszkań ani opiekunów. Wychowawcą był uliczny bruk i kodeks. Prawo pięsci. Ten szczególny rodzaj honoru, który dorastał w ciągłej degeneracji. Oko za oko byłoby okazaniem niepotrzebnej litości i słabości. Jeśli straciłeś oko miałeś obowiązek poderżnąć gardło brzytwą swemu oprawcy. Tak zdobywano szacunek, który był droższy od pieniędzy. Dzieci porzucano i bito. Kiedy i gdzie akurat popadło. Każdego ranka wychodziłeś z kamienicy z myślą, że możesz już nie wrócić żywy. Patrzyłem nieraz na kolonie szczurów, biegnących przy granicy ścieku i chodnika. Ich nikt nie bił ani nie mordował. Były poza marginesem a zarazem kastę wyżej od dzieci. Były niezauważalne. Dlatego żyły prawdziwie wolne. Postanowiłem więc pewnego dnia żyć niezauważalnie dla nikogo. A potem odkryłem, że jest na tym świecie grupa osób, którą możnaby określić jako duchy. Pojawiali się zawsze skoro świt a znikali późnym wieczorem lub nawet nocą. Zawsze w grupie. Zawsze w tym samym miejscu. Byli głośni i awanturni lecz nikt nie zwracał im uwagi. Nikt się z nimi nie witał ani nie rozmawiał. Każdy odwracał szybko wzrok gdy tylko wyczuł ich mętne spojrzenie. Wielu przechodziło na drugą stronę ulicy, bojąc się niepotrzebnej interakcji lub zaczepki. Czasami myślałem, że oprócz mnie jest jeszcze tylko jedna osoba, która cieszy się na ich widok a nawet z nimi rozmawia. Była to podstarzała właścicielka jednego z pubów, którego tylny dziedziniec, wybrali sobie na swą siedzibę i królestwo. Dziedziniec był ogołocony nawet z resztek trawy. Rosły tam jedynie pokrzywy, wystające jak zielone, strzeliste płomienie ze strert śmieci i odpadów. Błoto potrafiło uwięzić po kolana i nieraz dawało swe zimne wytchnienie tym których zmorzył tu pijacki sen. Lecz centrum stanowił tu stary, wapienny murek, pełen otarć, uszczerbień i rys. Miał około metra wysokości i ciągnął się jedynie dokładnie naprzeciw kuchennego wyjścia z pubu. Tak by wchodzący tu, mógł poczuć się jak wchodzący do sali tronowej emisariusz. Naprzeciw siedzieli na swym wapiennym tronie królowie, herosi i bogowie, królestwa którego jedynym bogactwem była nędza. Był to mityczny Olimp na którego szczycie, urządzali oni codzienne dionizję racząc się bez umiaru ambrozją w postaci wina, ciemnego piwa i bimbru. Jedynie dźwięki lutni apollińskiej zastępywały tu krzyki wszelkich przekleństw, inwektyw i pijackiej gorączki. Bogów nie zaczepiano ani nie szukano. Nikt ich nie odwiedzał i nie pragnął wejść do Olimpu. Nikt oprócz małego mnie.
- 2 odpowiedzi
-
4
-
- dekadentyzm
- wspomnienia
-
(i 7 więcej)
Oznaczone tagami:
-
Bywa, że głowa boli od cudzej aureoli. Bywa, że cieszą rogi gdy człowiek duchowo ubogi.
-
Potargały mną emocje Wyrzuciły w morze wzruszeń Tylu ludzi co dzień mijam Widzę tyle smutnych oczu Bieda miesza się z dostatkiem Głód się kłóci z przejedzeniem W kącie dziecko cicho kwili Jest zmarznięte nic nie jadło Obok matka gorzko płaczę Znów nic nie ma na kolację Nikt się przy nich nie zatrzymał Każdy w swoją zmierza stronę Tyle pustych stoi domów Już nie tętnią dawnym życiem Starsza pani w oknie siedzi Patrzy tęsknie na ulicę Znów samotność ją dotyka Dziś nikogo nie przytuli Wokół cierpień jest tak wiele A zbyt mało współczucia
- 4 odpowiedzi
-
3