Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Znajdź zawartość

Wyświetlanie wyników dla tagów 'niewidzialność' .

  • Wyszukaj za pomocą tagów

    Wpisz tagi, oddzielając je przecinkami.
  • Wyszukaj przy użyciu nazwy użytkownika

Typ zawartości


Forum

  • Wiersze debiutanckie
    • Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
    • Warsztat - gdy utwór nie całkiem gotowy
  • Wiersze debiutanckie - inne
    • Fraszki i miniatury poetyckie
    • Haiku
    • Limeryki
    • Palindromy
    • Satyra
    • Poezja śpiewana
    • Zabawy
  • Proza
    • Proza - opowiadania i nie tylko
    • Warsztat dla prozy
  • Konkursy
    • Konkursy literackie
  • Fora dyskusyjne
    • Hydepark
    • Forum dyskusyjne - ogólne
    • Forum dyskusyjne o portalu
  • Różne

Szukaj wyników w...

Znajdź wyniki, które zawierają...


Data utworzenia

  • Od tej daty

    Do tej daty


Ostatnia aktualizacja

  • Od tej daty

    Do tej daty


Filtruj po ilości...

Dołączył

  • Od tej daty

    Do tej daty


Grupa podstawowa


Znaleziono 3 wyniki

  1. Widziałem jak dajesz mu pieniądze a ledwie wczoraj gdy ja chciałem od Ciebie pożyczyć, zbyłeś mnie tym, że nie masz tyle by jeszcze pożyczać innym. I ja bynajmniej nie potrzebowałem na wódkę a po drugie oddałbym Ci te drobne już dziś a on, zerknął przez ramię na kloszarda, który ściskał pięciodolarówkę, tak mocno niczym kochanego syna albo wyśnioną kochankę, będzie miał u Ciebie wieczny dług w piekle. Dziękuję, że traktujesz żuli spod sklepu, lepiej niż starych przyjaciół. Wykonał ruch jak gdyby chciał, obrócić się i ruszyć do bezdomnego, wyrwać mu banknot i wsadzić go sobie do kieszeni kurtki. W tym czasie pozostawiony sam sobie kloszard, skierował swe posuwiste, niepewne kroki do sklepu. Mi w tym czasie udało się ukierunkować rozmowę znów na poprzednie, przyjemniejsze tory. Gdy wróciliśmy do dialogu o dzisiejszej próbie naszego zespołu i zaczęliśmy omawiać koszta związane z wynajęciem sali koncertowej, bezdomny opuścił sklep. Teraz w jego dłoni zamiast dolara z Lincolnem, spoczywała niewielka butelka najtańszej whisky. Widać byłem finalnym darczyńcą tego dnia. Jego oczy śmiały się wręcz do rubinowego płynu w środku. Alkohol widział w nim kogoś więcej niż istotę z marginesu. Nie widział w nim ofiary ani rzuconego w otchłań choroby uzależnionego. Był naczyniem, które skupiało w sobie procenty. Mistrzem powolnych, wymierzonych dokładnie łyków. Lekarzem swej duszy. Szamanem inicjacji. Wyzwolonym z systemu praw społecznych bytem. Był plamą na honorze krajobrazu, lub plamą honoru pośród upadku ideałów społecznych. Usiadł z butelką na niskim murku i pociągnął z niej solidny łyk. Dlaczego mu się tak przyglądasz? Liczyłeś na to że kupi sobie burgera i colę? Nie znasz go? Zapytałem wybijając go lekko z rytmu. Że co? Czy z nim kiedyś gadałem? Nigdy w życiu. Raz, kilka lat temu podszedł do mnie i poprosił o drobne. Kazałem mu spadać i grzebać w śmietniku. Czekaj, czekaj … a niby dlaczego miałbym go znać? Gość jest legendą. Jeszcze żywą. Mój rozmówca zrobił wielkie, zdumione oczy. Legendą? Pijaków? Pobił jakiś miejscowy rekord promili i przeżył? Czy obudził się w kostnicy i kazał się zawieźć z powrotem na imprezę? Pamiętasz sezon Sfinksów w dziewięćdziesiątym trzecim? Zbiłem go z tropu zupełnie. Wybacz ale jak przez mgłę, ironizował, miałem wtedy dwa lata i Ty zresztą też. A co to ma z nim wspólnego? Bo ten oto gość, zapewnił nam wtedy wicemistrzostwo stanu. Jedyne jak dotąd w historii. Do niego również należy nie pobity rekord przebiegniętych jardów i celnych podań w historii klubu. Oto przed Tobą James Crighton we własnej osobie. Mój kolega nie dał się nabrać, choć była to czysta prawda. Pieprzysz! Crighton zarobił miliony przez lata gry. Mam gdzieś jego platynową kartę w domu. Mój ojciec miał piłkę podpisaną przez niego na jakimś festynie. Zrobił sobie z nim zdjęcie. Stało na kominku w zaszczytnym miejscu. Bliżej jego oczu niż własna rodzina. Crighton był bogiem. Kasyna, fury, kobiety, modelki, apartamenty. Kasa lała się jak szampan. Fakt, chyba miał tutaj kiedyś dom. Przepisał na syna, wtrąciłem, tylko on mu został. Cały czas próbuję go wyciągnąć z ulicy ale stary zawsze wraca pod sklep. A kasa? Nie da się przepić milionów. Ostatni majątek, który miał przepisał na syna. On nie nosi nazwiska ojca lecz matki. Jednej z setek kochanek Crightona. A kasa poszła w butelki, koks i ruletkę. Normalnie historia na film, ironizował dalej, ktoś może kiedyś mu pomoże na pewno nie ja. A ja tak. Pamiętam każdą noc i zimę spędzoną na ulicy. Rękawice bez palców nad rozpalonymi koksownikami. Napady na pustostany jakiś miejscowych gówniarzy. Pożary i bójki. Godziny na komisariatach. Chociaż tam było ciepło. Jeden z policjantów zawsze poratował świeżą kawą a czasami wczorajszym donutem. Pamiętam odór wyziewów z kratek ściekowych. Spało się na nich w plątaninie starych szmat i kocy, wyciągniętych ze śmietnika. Błagało się o resztki z restauracji albo drobne. Przeszukiwało budki telefoniczne i kosze na przystankach. Cały dobytek mogłem zmieścić w marketowym wózku na kółkach. I broniłem go jak niepodległości. Pisałem dziesięć lat z poziomu bruku i o bruku. Tragedie i dramaty o ludziach duchach. O swoim utraconym człowieczeństwie. Nie znałeś mnie wtedy i postąpiłbyś ze mną tak jak dziś z Crightonem. A ja mam wobec niego i innych dług. I spłacam go w tych kilku dolarach. Nie piszę o tym co ludzie chcieliby czytać a o tym czego nie chcą widzieć i czego nie chcą być świadkami. A ja nie boję się już żyć. Nie boję potknąć się i zderzyć z brukiem. Bo wiem, że na Crightona i innych mogę liczyć. A ludzie niech dalej żyją sobie na swoim biegunie. Chyba nie słyszał ostatnich zdań. Podszedł szybko do Crightona. Dał mu kilka banknotów z portfela. Uścisnął dłoń. Wyjął marker z torby na ramię a były gracz umieścił na niej swój autograf. Tak powinno czcić się legendy.
  2. Taki mały jak OKRUSZEKChodzi gdzieś po świecieNie ma domuNie zna ludziNic o nim nie wieciePisze, śpiewa, tańczy, skaczeDobrze zna się na tymLecz nikt tego w nim nie widziNawet siostra z bratemGdy tak żyje ten malutkiKtoś w niego uwierzyI pokaże, że okruszek może dotknąć wieżySpojrzeć w góręI powoliChoć to niemożliweDotknie jej najmocniej, tej prawdziwejDowie się, że zmieni się w okruch ten okruszekI jak będzie już tak wielki... ten maluszekStanie w górze i pomyśli: przecież ja na dole byłemSpojrzę teraz, może ujrzę tampiękneMOTYLE.
  3. mówię głośniej choć stoisz niedaleko mówię głośniej bo chcę żebyś usłyszał mój błyskotliwy żart mój dźwięczny śmiech mój głos po prostu mówię głośniej bo chcę żebyś mi odpowiedział
×
×
  • Dodaj nową pozycję...