Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Pamięci wspaniałego pisarza

Dana Simmonsa 

za jego "Pieśń bogini Kali"

i inne wybitne pozycję.

 

Jechałem tutaj najpierw 

przepełnionym do

granic absurdu pociągiem.

Sprzed budynku dworca zabrał mnie umówiony wcześniej kierowca.

Jechaliśmy wiele kilometrów na północ.

Zatrzymaliśmy się

pod wskazanym adresem.

Kolejny mężczyzna 

po okazaniu mu pieczęci 

jaką dostałem jeszcze przed tym 

gdy znalazłem się w pociągu,

wyprowadził mały crossowy motor 

z prowizorycznej szopy

i kazał mi wsiąść.

Wyjechaliśmy z miasta 

i pod wieczór stanęliśmy pośrodku 

jednej z pomniejszych wsi.

Mężczyzna zniknął w pobliskim domu

a mi kazał czekać

i nigdzie nie odchodzić.

Czekałem dobrą godzinę

aż nastała noc.

 

 

Wreszcie drzwi otworzyły się 

i stanął w nich mój kompan.

Zaprosił mnie gestem do siebie.

Chwycił za głowę i wyszeptał na ucho.

Pieniądze nic nie dały.

Nie pomogą nam. 

Za bardzo się boją.

Mieli załatwić przewodnika 

i słonia do transportu.

Jednak spanikowali

i nic ich nie przekona 

do zmiany decyzji.

Musimy iść sami pieszo.

 

 

Czy ktoś Cię widział?

Żartujesz?

Chyba cała wioska się zleciała.

Wszyscy mieszkańcy mnie widzieli.

Rozmawiałeś z kimś?

Nie.

Wymieniłem tylko kilka grzeczności.

Widzieli Cię wszyscy,

ale jeśli coś się stanie 

i służby zaczną węszyć 

to każdy zapomni o tym 

by kiedykolwiek widział tu 

białego europejczyka.

A więc nie pokładaj nadziei

w ich uśmiechach.

Nie będzie ratunku ani odwrotu.

Wyruszamy natychmiast.

Oni już wiedzą i oczekują.

 

 

Więc ruszyliśmy w drogę.

Noc nie dawała ukojenia.

Było duszno i gorąco.

Lekki wietrzyk nie dawał ukojenia 

a pył wymieszany z potem 

pokrywał odsłonięte części ciała 

i niemiłosiernie powodował 

uczucie świądu.

Księżycowy rogal 

dopiero wstawał nad horyzontem.

Wzrok zawodził zmęczone oczy.

Wyostrzył mi się za to słuch i węch.

Smród był nieznośnie mdły.

Oleisty i zawieszony 

w każdej cząstce skażonego powietrza.

Sterty śmieci

zastępowały trawniki i skwery.

Dosłowne wieże ery konsumpcjonizmu,

wznosiły się, wsparte o ściany domów.

 

 

Głodne psy i koty.

Walczyły zażarcie 

o każdą reklamówkę resztek,

każdy worek odpadów.

Szczury piszczały wśród tych stert.

Były w amoku podniecenia.

Były królami, którzy rządzili tu 

ostrymi pazurami i zębami. 

Miało się wrażenie, 

że przestrzeń ciągle się porusza.

I w istocie tak było.

Muchy, larwy, szczury,

karaluchy, myszy,

bezdomni starcy a także małpy i bydło.

Wszyscy byli świętym ekosystemem.

Religią i porządkiem starszymi 

niż moja cywilizacja zachodu.

 

 

To było mrowisko dusz.

Slums złożony z pojedynczych trybików systemu kast i zależności.

Każdy był tutaj po coś

i spełniał swą rolę,

choć ja nie widziałem nic 

poza wykraczającą za ludzkie zrozumienie nędzę

i upadek człowieczeństwa.

Miliard istnień żyjących w matni nieskończonego koszmaru.

Ciekawe ilu z nich zagląda do świątyni?

O co proszą boginię?

Czy są na tyle zdesperowani 

by składać jej ofiary?

Czy ona słucha i spełnia prośby?

Teraz wolałbym już nie znać odpowiedzi.

Za późno.

Trzeba ruszać.

 

 

Ominąłem ostrożnie truchło krowy,

odarte ze zgniłych resztek mięsa 

prawie do gołych kości.

Było ucztą dla larw.

Nawet po śmierci 

było namaszczone świętością.

Absolutnie nikt 

nie odważyłby się usunąć go z drogi.

Przewodnik ponaglił mnie 

i skręciliśmy za

szereg ostatnich chałup,

zanurzając się w las.

 

 

Włączyliśmy słabe czołówki

w ich bladym świetle

próbowaliśmy kluczyć 

i wyrzynać dziką ścieżkę maczetami.

Las cały czas rozmawiał 

nie tyle z nami 

co z całą otaczającą materią.

Dźwięki te nie były straszne 

a raczej hipnotyczne.

Duchy nie opuszczały nas na krok.

Ci którzy nas oczekiwali,

potrafili władać 

dowolnymi ciałami ludzi i zwierząt

a nawet wchodzić

w drzewa, krzewy i wiatr.

Ich oczy były wszędzie wokół,

ukryte za wiarą w rozum 

a nie świat magii i rytuałów.

 

 

Szliśmy nie rozmawiając.

Byłem tu przecież

pierwszy raz w życiu 

a moje nogi jakby idealnie 

znały każdy cal drogi.

Znów pomyślałem

o ich obcej ingerencji.

Byli kłębkiem a ja jedynie 

lichym kawałkiem sznurka.

Pozwalałem bezbronnie by nawijano mnie szybciej i szybciej ku prawdzie.

 

 

Po jakiś dwudziestu minutach 

las przerzedził się na tyle 

byśmy nie szli gęsiego 

a stanęli obok siebie ramię w ramię.

Wydawało mi się, że przed nami czerniał zarys jakiegoś budynku

a raczej świątyni.

I nie myliłem się.

 

 

Wyszliśmy centralnie na jej front.

Nie zapomnę jej widoku już nigdy.

Miała wysokość około czterech pięter

a szeroka była

na jakieś osiemdziesiąt metrów.

Kamień do jej budowy 

pamiętał z pewnością

i Buddę i Krysznę.

Była majestatyczna i mitycznie, 

olśniewająco piękna.

Od razu można było poznać,

że była poświęcona kobiecie.

Najstraszniejszej demonicy.

Bóstwu nocy i śmierci.

Szaleństwa i krwi.

Obłędu i zemsty.

Cudownej bogini Kali.

Tej która tańczy

w gniewnym uniesieniu 

na ciele Śiwy.

Tej która jest wielką matką czasu.

Pas jej z czaszek i odciętych dłoni

a dziewięć par rąk

dzierżą ofiarne ram dao.

Błagając o ofiarę z życia.

Tej, której z pola

ustępują Wisznu, Kryszna 

a nawet Ganga.

Jej krzyk oznacza wyrok.

A spojrzenie śmierć.

 

 

I patrzyła na nas

z dziesiątków posągów.

Objął mnie nieludzko silny lęk.

Nie tyle o życie co o duszę.

Byłem tylko marionetką w jej szponach.

Byłem tak mocno przerażony, 

że nawet nie dostrzegłem 

dwóch postaci stojących u podnóża 

schodów na szczyt świątynny.

Żaden z nich nie rzekł nic 

przez cały ten czas 

lecz wreszcie ten niższy 

i ubrany jedynie w przepaskę na biodra 

zbliżył się do mnie 

dzierżąc w dłoni 

małą jutową sakiewkę.

 

 

Nie podał mi ręki, nie pozdrowił mnie.

Był kapłanem Kali.

Gardził ludźmi mojego pokroju.

Tymi, którzy błagają o jej wstawiennictwo.

O jej matczyną opiekę.

Uciekają w kult

by rozwiązać doczesność.

Wyciągnął dłoń i podał mi sakiewkę.

Zaczął mówić

a mój przewodnik tłumaczył.

Oto obiecane prochy wroga, 

wymieszane z jadem kobry 

i trucizną znaną jedynie nam.

O świcie wejdź na dach świątynny.

Tam czeka Wielka Matka Kali.

Zjedz na jej oczach prochy.

Uleć do jej miasta.

Miasta Umarłych.

Tam czeka stos.

Spłoń bez strachu.

Wtedy Kali weźmie Twe prochy 

i wsypie je do Gangi.

Wskrzesi Cię i wrócisz do ciała pozostawionego tutaj.

Obudzisz się z transu.

A dusza Twego wroga 

nie znajdzie nigdy wyjścia 

z Twego wnętrza.

A jego kości i czaszka 

upiększą naszyjnik bogini.

 

 

Wziąłem od niego sakiewkę 

i rozpocząłem żmudną wędrówkę 

na szczyt świątyni.

 

 

 

 

 

Opublikowano

@Simon Tracy

 

Tekst wciąga jak najlepsze kino grozy -  świetnie budujesz  atmosferę grozy. Ten smród, kurz, szczury, truchło krowy - to przygotowywanie czytelnika na coś, czego rozum nie ogarnie. Czy będzie następna część? 

 

Dan  Simmons  zmarł w tym roku - nie znam jego twórczości. 

Opublikowano

@Berenika97 Nie planowałem tego w formie podziału na części, ale możliwe że coś w klimacie indyjskiej mitologii kiedyś napiszę.

 

Polecam "Pieśń bogini Kali" to nie tyle horror co mroczny kryminał grozy.

Debiutancka powieść Simmonsa.

Dla mnie najlepszą jego powieścią jest "Abominacja" horror oparty o historię pierwszego zdobycia Mount Everestu.

Opublikowano

@Simon Tracy

Naprawdę wciągające! Jak zazwyczaj egzotyczne klimaty takich kultów mnie nie przejmują jakoś specjalnie, tak utworzona tutaj atmosfera działała wręcz hipnotyzująco.

Lubię literaturę grozy - utwór wywołał ten specyficzny dreszczyk tzw. morbid curiosity, chorobliwej ciekawości ciągnącej mnie, jak po nitce do kłębka ku nieznanemu fatum :D

Uchwycił mnie też obraz wszelkiego robactwa, szkodników i zarazy, która jednocześnie w swój podły sposób tworzyła jakąś koherentną część tego tajemniczego miejsca, dając znać już na wstępie intuicji czytelnika, że to czego doświadczy może być makabryczne, ale stanowi naturalną część mistycznej całości, wykraczającej poza podstawowe zmysły ludzkie.

 

Mam też pytanie. W jaki sposób decydujesz o podziale zdań na wersy w swoich utworach? Jest to proces bardziej intuicyjny, czy zwracasz uwagę na to, aby niektóre części były wyszczególnione intencjonalnie?

Opublikowano

@Rinimod Ikcyżuk Głównym założeniem mojej literatury grozy jest to szczególne odwrócenie symetrii i ról.

To przestrzeń i głęboko zepsuty, makabryczny realizm świata są głównym bohaterem a sam bohater jest tylko bezwolną marionetką zależną od ruchów tej przestrzeni.

To atmosfera i przestrzeń jest bytem myślącym i przebiegłym a człowiek jest niewolnikiem nie mającym wolnej woli ani możliwości wyjścia innego niż zostało zaplanowane niezależnie od jego woli.

Elementy samej grozy czy nadprzyrodzonej fantastyki są nie zakłóceniem a nierozerwalną częścią tego systemu.

Czytelnik nie myśli w sposób - przecież to niemożliwe.

Myśli raczej - wszystko wokół wskazywało na to, że tak to się skończy.

Nazywam to realizmem ontologicznie odpornym gdzie świat jest skonstruowany tak solidnie, że element fantastyczny nie działa jak „zakłócenie”, tylko jak kolejny fakt tego samego porządku rzeczywistości.

Hipnotycznie powtarzane wersy i frazy.

Oddziaływanie na wszystkie zmysły czytelnika.

Utrzymywanie go w ciągłym poczuciu zagrożenia.

Jak sam zauważyłeś to czytelnik ma być nitką i musi podążać ustaloną z góry ścieżką do makabrycznego często finału.

W moich historiach łącze świat takich pisarzy jak Lovecraft, Grabiński, Schulz z elementami dekadentyzmu, nihilizmu czy nawet greckiego fatum.

U mnie nie straszą potwory 

a psychologia nadszarpniętej natury ludzkiej i pozorne lub nie szaleństwo zmysłów.

A jest to bardziej przerażające niż największy nawet potwór.

 

 Co do wersów to staram się zachowywać wyważone tempo i akcentować wybrane fragmenty.

Tutaj dodaje się to bardzo różnie a mi nigdy nie chcę się tego edytować.

 

Bardzo dziękuję za naprawdę konstruktywny i rzetelny komentarz.

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    • MÓJ SZLOCH NAJ!


      Kochać cię to nie był trud
      Nie trzeba było silić się zbyt
      Kochać cię to nie był znój
      Ja piąłem się do twych ud
      A jemu zbyt szybko opadł mit 
      Och, mój ból, ból cud


      Wzięli cię na posterunek
      Nie pytałem, dlaczego, jak
      Nie wołałaś na ratunek
      Nie myślałem dlaczego tak
      Miał cię przez chwilę na wznak
      Och, mój o mój męki szlak


      Wszyscy chłopcy machają
      Próbujesz im w oko wpaść
      Wszyscy chłopcy wołają
      Chcesz czułą chwilę skraść
      Miał cię na liście "Na zaś"
      Och, mój deszczowy płaszcz?


      Kochać cię łatwo przyszło mi
      Lekko też odeszło w dal
      Kochając, byliśmy ciężcy, źli
      Serca były harde od dni
      Mieliśmy się przez parę chwil
      Och, mój ból, twardy jak stal

       


      (Opuszczanie zielonych rękawów)
      WRZESIEŃ, WRZESIEŃ, I CIĄGLE WRZESIEŃ


      Wojna w klęskę zmieniła się
      Traktat jest spisany krwią
      Lecz nie wpadłem im do rąk:
      Przekroczyłem linie swe


      Bardzo chcieli złapać mnie
      Lecz im zbiegłem i jak zbieg
      Żyję tu, w dzielnicy złej,
      Pod przykrywką szpieg


      Musiałem iść, całkiem sam
      I życie porzucić swe
      W szafie zbiór szkieletów mam,
      Lecz nigdy nie znajdziesz gdzie


      Snuję życia wątek, a w nim
      Tam fakt, a tu mit
      Kiedyś miałem imię lecz
      Nieważne to, poszło precz


      Nieważne to
      Nieważne co
      Ponieśliśmy zwycięstwo
      A akt spisano krwią
      Nie wpadłem do ich rąk
      Chodzę po linie Być


      Jest prawda, co ma żyć
      I ta, co ginie w mrok
      Nie wiem, w którą mam iść
      Lecz nieważne to


      Bo twój triumf miał
      Tak miażdżącą moc,
      Że niektórzy z nas
      Myślą, jak zachować choć


      Strzęp kronik o tym, jak
      Odbywamy marny byt swój;
      Beret, znoszony płaszcz
      Łyżkę nóż i stół


      Igrzyska i chleb
      W które gladiator gra
      Kamień, który rzeźbiarz tnie
      Pieśni ku chwale, niech trwa..


      Nasze prawo to wciąż
      Pokój, rozumie, że
      Chociaż strzela mąż
      Żona kule nosi mu


      I wszystko to w duszy mej
      Wyrazy, co obrazem są
      Słodkiej obojętności tej
      (Są tacy, co miłością ją zwą)


      Jej wysokości czczonej w krąg
      Niektórzy mówią na nią Los
      Lecz mieliśmy nazwy, co
      Ciut bardziej intymne są


      Nazwy te co wchodzą w głąb
      I tak prawdziwe są,
      Że dla mnie są krwią
      A dla cieby jak proch


      Nie potrzeba nam
      By uchowały się
      Jest prawda, co żywa jest
      Prawda, co żyje w nas...
      I ta, co umiera bez dram


      Nieważne, z kim
      Nieważne, czym
      Żyję życiem tym
      Które zostawiłem im


      Zabić wciąż jest wrogiem mi,
      I Nienawiść obcą też,
      Chciałem nauczyć się kochać je,
      Lecz całkiem nie wyszło mi


      Raz chciałeś mnie oddać im
      Lecz to nie dziwi mnie -
      Stajesz wciąż po stronie tych,
      Którymi gardzi serce twe


      Twoje serce było o tu
      Tu gdzie rój much masz
      To jest kuweta Twych ust
      A to twoja miska kłamstw


      Dobrze służysz im, wiem
      Lecz nie dziwi mnie to
      Oni to twoja krew
      A Ty - ich z kości kość


      Nieważne, gdzie
      Nieważne, że
      Serwujecie historii bieg
      W pasztecie faktów i kłamstw
      Do was należy świat
      Więc to nieważne i tak


      Nieważny klan
      Nieważny świat
      Żyję pełnią mych lat
      I pełnią każdego dnia
      Przez przestrzeń i czas
      Nie dam ich rozdzielić wam


      Moja kobieta sprzyja mi
      Me dzieci pójdą za mną w noc
      Ich groby bezpieczne są 

      Od horroru takich jak wy
      Od upiorów snów złych


      W głębiach pocałunków ich
      Korzeń mocno wbity mam
      Żyję wciąż pełnią dni
      Które zostawiłem wam


      Zostawiłem igrzyska o chleb
      W których nasz żołnierz grał
      Kamień, który grabarz tnie
      Piosenki, pisane na chwał..


      Lewo ponad prawem, zabawa trwa
      Pokój to wojna, wojna cały czas
      Chociaż strzelam ja
      Kule robi Diabeł w was


      Bo ważne, z kim
      Ważne Iść
      Żyć całym życiem swym
      I nie oddać go za nic
      Ani Berlin, ani Rzym, ani Krym


      Jak ty, co z Zabić zrobiłeś fach
      Chciałem go uczynić kompanem mym
      I nienawiść też, lecz tak chciał traf
      Że całkiem nie wyszło mi


      Raz przedstawiłeś mnie im
      Próbowałeś, bo wiem, że -
      Stajesz wciąż po stronie tych,
      Którymi gardzę.


      Je t'aime,
      L. Cohen


      PACTUS DIABOLICUS


      Znam cud przemienienia w wino wody stągw
      I obrócenia go w wodę znów, więc daj,
      Bym, zasiadłszy do twej uczty w tę noc,
      Wreszcie dostąpił Lucy in the Sky


      Stwórz pakt, gdzie będę mógł złożyć podpis swój
      Jestem wściekły i zmęczony wciąż
      Więc ześlij taki pakt, ten traktat, co na zawsze już
      Zwiąże kochanie me z miłością twą


      Pękł nowy wiek, więc ulica tańcem gra -
      Duszę zaprzedaliśmy, lecz jesteśmy wolni już
      Tylko jedno z nas było naprawdę - ja
      Tak mi przykro, lecz to nie ty, to Twój duch


      Nie powiedziałem słowa, odkąd odeszłaś w dal,
      Którego kłamca by nie powstydził się
      Nie mogę uwierzyć, że idą zakłócenia fal
      Byłaś mą ziemią, mym "przy zdrowych zmysłach jest"
      Byłaś Dedalem moich lat


      Pola wołają - pękł nowy wiek!
      Duszę zaprzedaliśmy, lecz jesteśmy wolni już
      Tylko jedno z nas było naprawdę - ja
      Ty to nie ty, tylko Twój duch


      Tylko jedno z nas było prawdziwe - to byłem ja


      Mówią, że, grzechotnik gorzko żałował za swój grzech
      Zrzucił łuski, by znaleźć, że w środku wciąż wąż jest...
      Ale narodzić się na nowo to w obskurność wejść
      Jad przenika samą ciała treść


      Stwórz pakt, gdzie będę mógł wreszcie złożyć podpis swój
      Jestem ciągle wściekły i zmęczony każdym dniem
      Więc ześlij taki pakt, ten traktat, co na zawsze już
      Przywiąże mnie do miłości Twej 


      Jestem zły i cały czas zmęczony
      Chciałbym, by był traktat albo pakt
      Między tym co ocalono
      Z naszej miłości, z wpisem do akt

      ───

       

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...