-
Postów
10 -
Dołączył
-
Ostatnia wizyta
Treść opublikowana przez Rinimod Ikcyżuk
-
Ofiarny stos
Rinimod Ikcyżuk odpowiedział(a) na Simon Tracy utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
@Simon Tracy Naprawdę wciągające! Jak zazwyczaj egzotyczne klimaty takich kultów mnie nie przejmują jakoś specjalnie, tak utworzona tutaj atmosfera działała wręcz hipnotyzująco. Lubię literaturę grozy - utwór wywołał ten specyficzny dreszczyk tzw. morbid curiosity, chorobliwej ciekawości ciągnącej mnie, jak po nitce do kłębka ku nieznanemu fatum :D Uchwycił mnie też obraz wszelkiego robactwa, szkodników i zarazy, która jednocześnie w swój podły sposób tworzyła jakąś koherentną część tego tajemniczego miejsca, dając znać już na wstępie intuicji czytelnika, że to czego doświadczy może być makabryczne, ale stanowi naturalną część mistycznej całości, wykraczającej poza podstawowe zmysły ludzkie. Mam też pytanie. W jaki sposób decydujesz o podziale zdań na wersy w swoich utworach? Jest to proces bardziej intuicyjny, czy zwracasz uwagę na to, aby niektóre części były wyszczególnione intencjonalnie? -
Kruche kości to tylko spróchniałe drzewce Dla bladej skóry powiewającej na wietrze Jak biała flaga, oznajmiająca wszystkim Że się poddałem.
-
4
-
Nie ma mnie
Rinimod Ikcyżuk odpowiedział(a) na niolek utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
@niolek Po przeczytaniu wiersz ten został ze mną na dłużej, mimo jego przykrej natury. Pierwsza myśl, gdy je zauważam. Trzy to liczba nieparzysta, nie - ja, parzysta - one. Pierwsze wersy od razu sygnalizują o tym specyficznym uczuciu dysonansu - kiedy interakcja społeczna w naszej głowie ulega analitycznej dekonstrukcji. Sama forma wiersza przekazuje tę nerwową energię gonitwy myśli, kiedy fizycznie jesteśmy częścią rozmowy, lecz chaos w naszej głowie nie pozwala nam się skupić. Wyskakujące gdzieniegdzie pytania oraz przypuszczenia podkreślają bitwę z własną percepcją. W tym samym momencie możemy się zastanawiać, czy dwie pozostałe osoby nas wykluczają intencjonalnie, czy może nawet nie są tego świadome? Dla nich to kolejna pogawędka, a dla nas to cały poemat w naszym wnętrzu. Jeśli miałbym się czegoś przyczepić to detali gramatycznych - kiedy pojawiają się czasowniki w pierwszej osobie zapiszemy je z końcówką "ę" zamiast "e" np. "Chcę pokazać, że tu jestem, próbuję." Również zamieniłbym "tą", na "tę" w wersie "a widzę tą dwójkę ", ponieważ w piśmie, w bierniku poprawna forma to "tę". "Tą" w bierniku występuje bardziej w mowie potocznej. Ogólnie ciekawy wiersz, w jakiś sposób do mnie dotarł i został ze mną na dłużej. Pozdrawiam :) -
Poezja rodzi się z emocji
Rinimod Ikcyżuk opublikował(a) utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
Poezja rodzi się z emocji! Ja emocje naśladuję! Kiedy idzie coś napisać Jak się czuję? Jak się czuję?! Czy to łza się kręci w oku? Czy to dusza hula w niebie? Może gniew i krew zalewa? Jak się czuję? Nie wiem. Nie wiem! Skąd się wzięła tu u licha Taka klątwa podła, wstrętna, Że nim nowa myśl tu wyjdzie Ta już gnije niepoczęta? Jak z tym walczyć? Jak się chronić Przed czymś co tak nie istnieje? Rzucę włócznią w czarną dziurę. Grawitacja włócznię zwieje. -
Rozmowa poetów
Rinimod Ikcyżuk odpowiedział(a) na Rinimod Ikcyżuk utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
@Achilles_Rasti @hollow man @Proszalny @Zbigniew Polit Muszę przyznać, że przyjemnie się czyta dyskusję, którą wywołał mój utwór, ponieważ odbieram to jako oznakę, że wiersz ten nie jest jednolicie banalny :D Osobiście bardziej skłaniam się ku wspomnianej już postawie, gdzie wiersz po opublikowaniu staje się czymś więcej niż samą intencją autora, kiedy inni odbiorcy mogą go doświadczać i analizować na swój sposób. Dziękuję bardzo za Wasze komentarze, krytyki i własne interpretacje :) @Poet Ka Bardzo trafne skojarzenie. Jestem fanem ciężkich brzmień, zarówno tych oldschoolowych, jak i dzisiejszych, więc może nawet podświadomie coś się tutaj wkradło :d -
Nigdy nie przerobiłem. Siedem lat gniłem Pijąc swoją własną krew. Udław się kurwa łzami. Zdechnij pomiocie. Spłoń, nie chcę cię widzieć. Dostarczono: 01:27
-
Na zawsze Nadzieja w tej dziewczynie Przeminie Ból wszechogarniający Złapie, nigdy nie puści A ten kto Cię kochał Odejdzie w zapomnienie Smutek i żal Powróci ponownie Żar pierwszej miłości na zawsze stracony Lecz spójrz na to z innej strony
-
Pejzaż
Rinimod Ikcyżuk odpowiedział(a) na Rinimod Ikcyżuk utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
@Alicja_Wysocka @Stary_Kredens Dziękuję Wam za podzielenie się swoimi spostrzeżeniami. Odnosząc się do zaprzeczeń, które występują w wierszu - chciałem, aby służyły one nakreśleniu skonfliktowanych emocji "stwora". Widok jest ponury, lecz stwór odnajduje w nim swoiste piękno, co sprawia, że budzą się w nim sprzeczne odczucia. -
Gięła się pod stępem mym trawa. Szarość dnia moją pierś wypełniła. Mój oddech skracała obawa Przed mą duszą, która się zachwyciła. Czarne drzewa, co z szarej ziemi Ku niebiosom się wyciągały Mimo wagi tłamszących je śmieci Rosły prężnie, jakby się odgrażały. Nad nimi biel chmur górowała, Które podszyto całunem szarości, Że wisiały nad głową jak skała O kolorze spopielonych kości. Wiatr ciągnął je po nieboskłonie, Aby odkryć blade słońca promienie. Lecz nie było mu dane już wyjrzeć Na ziemi szarej smutne stworzenie. A stwór ten padłby na kolana, Gdyby było to w jego naturze. Głowa stwora ziemią obsypana, Gdy do gruntu słowa szepcze on duże: "Nienawidzę cię ziemio za torturę, Z której prosto się wyrwać nie mogę. Czemu musisz być tak piękna, Lecz ohydztwem swym budzisz mą trwogę? Czemu chociaż mam ciebie dosyć Zachwycasz mnie swoim urokiem Gdy dobro wszelkie pod tobą ginie Jak trawa gnąca się pod mym krokiem? Brudzisz szarość czernią i bielą Uciec od niej planuję latami Ponieważ ty jesteś mi celą, A ciało moimi kratami." Stwór uroni krople błękitu, Kiedy skończy prawić swe żale Czując głęboko w swym sercu Że szary grunt nie słuchał go wcale.
-
Wędruj ku obiecanej krainie
Rinimod Ikcyżuk opublikował(a) utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
Wędruj ku obiecanej krainie Najważniejsze – stawiać kroki. Miażdżyć butem zaspy śniegu. Wzrok przed siebie skierowany Czy to w marszu, czy to w biegu. Trzymam się obrazu boru Co majaczy tuż na skraju Bielistej połaci śniegu Leżącego w niemym kraju. Bo czarne wierzchołki sosen Tak horyzont okalają Jakby były kłami bestii, Które w niebo się wbijają. Niebo czyste, niebo puste Tak wyraźne w swym niebycie Że, gdy kładę się na śniegu To zatapiam się w błękicie. Po czym zerwę się do marszu, Kiedy śnieg znów zimnem sparzy. Zranić się igłami sosen - Taki ból bardziej się marzy. Ślad pozostanie, a ciało zginie Wielki ślad pozostawiłem Depcząc ciągłe warstwy śniegu. Dwa tysiące staj kroczyłem, Lecz nie bliżej mi do brzegu. Brzeg, gdzie czarne drzewa rosną I falują rozluźnione. Łokci sześć i stóp trzynaście - Drzewa nadal oddalone. Czy to kroczę w stronę wschodu Albo sunę ku północy, Zawsze zboczę do zachodu Mimo starań z całej mocy. Czasem spojrzę się do tyłu, Aby pojąć, czy ta droga, Którą idę jest właściwa. Wtedy mnie przejmuje trwoga. Bowiem gdzie mój wzrok nie spocznie Rosną sosny, jak zębiska Otaczając hen horyzont Na kształt ogromnego pyska Bestii, która leży w ziemi I cierpliwie tu czatuje, By pochłonąć niczym Fenrir Martwy punkt, w którym wędruję. Kroczysz do celu, kiedyś w końcu się uda Masyw dni przelanych w noce, Zorze błyszczą w płatkach śniegu. Ostry chłód ociepla bóle Ścięgien rozerwanych w biegu. Każdy krok pędzi nadzieja. Każdy krok tak bardzo boli. Kiedy spocznę pośród pni drzew, Każdy uraz się zagoi. Język kłuje pod oddechem, Który z wiatrem mgłą się wita. W skórze dawno już sczerniałej Płacze dusza nią spowita. A jej łzy w postaci juchy, Której brudem znaczę ślady Służą mi niczym atrament, Którym plamię pejzaż blady. I gdy zerknę na te tropy, Gdzie topiłem kiedyś nogę Błagam, by jak nić Ariadny Wskazały mi one drogę. Lecz nie ślad co zostawiłem Podyktuje mi kierunek, Tylko ślepe parcie naprzód Jest okazją na ratunek. Znalazłeś to, czego chciałeś Wędruję, przed siebie idę – Do lasu mi nigdy bliżej. Mrugnięciem cofam swe kroki, A mięśnie ciągną mnie niżej I niżej, aż się zatoczę - Twarzą padnę w śnieg dławiący. Zacznę mamrotać do gruntu O tym jaki los jest kpiący: „Kto mnie zesłał na te zaspy? Wiem, że złem swym zawiniłem, Lecz, by wysłać mnie w to miejsce – Na ten los się nie godziłem. Popełniłem siedem błędów, Z których się odkupić mogę. Kiedy skończę tę tortury? Bo rozumiem już przestrogę.” Dźwignąć chciałem się ze śniegu, A gdy głowę odchyliłem Ciepła krew wskazała miejsce, W którym twarz swą zostawiłem. Fizys pozbawiony oczu Wlepiony w śnieżystą formę Odwzajemniał smutny wyraz, Który mi stanowił normę. „Tak wyglądam?” – pomyślałem, Kiedy siadłem pośród bieli. „Nie, ja mam przed sobą wnętrze – Jego inni nie widzieli.” Chciałem wstać, lecz moje nogi Odmawiały siły woli. Stąd począłem z wolna pełzać, By już nie tkwić w tej niedoli. Długą chwilę tak pełzałem, Aby myśli się skupiły Na spinaniu tępych mięśni, Które w końcu ustąpiły. Bor się nadal nie przybliżył, Kiedy w śniegu tak leżałem, Lecz spostrzegłem obok człeka, Do którego zawołałem: „Nie pamiętam, jak trafiłem Na to miejsce tak odludne. Gdzie zacząłem ślad zostawiać – Te wspomnienia są mi trudne Do pojęcia, bowiem ślady Ciągną się w dal rozciągnięte, A gdy patrzę, to są krótkie, Jakby ledwo rozpoczęte.” Człowiek stał nade mną cicho. W czarny płaszcz był przyodziany. Wyraz jego obcych oczu - Kapeluszem przysłaniany. Wtem pochylił się z szacunkiem. Z płaszcza jakiś kształt wydobył. Kładąc go spokojnie przy mnie Na słowa w końcu się zdobył: „Świat, w którym tak wędrowałeś Nie jest w naturze Twej duszy. Dlatego, gdy tak kroczyłeś Przebyłeś tyle katuszy. Przykro mi, nie rozumiałeś, Że ciągłe to forsowanie Na koniec każdej wędrówki Warte jest tyle co stanie. Zostawiam Tobie pamiątkę - Nałóż ją w chwili zwątpienia. Oszuka ona Twą duszę, Lecz nie skróci Ci cierpienia.” Tak jak przybył, tak też zniknął Człowiek w płaszczu czarnej nocy. Ja dźwignąłem zaś pamiątkę, W ręce z całej swojej mocy, Aby unieść ją przed siebie I zobaczyć jej detale – Roześmiany, pusty fizys Maski, jak na karnawale. Położyłem ją na piersi. Wzrok swój w niebo skierowałem. Poczułem, że muszę wstawać, Gdy na plecach tak leżałem. „Lecz kroczenie jest mi staniem” – W głowie tak mi rozbrzmiewało. Coraz trudniej było myśleć, Jak mnie Słońce oślepiało. „Kiedy leżę, wtedy idę?” – Blask był wręcz rozpraszający. „Chciałbym jednak znów spróbować.” Dotyk śniegu był palący. Więc napiąłem sztywno mięśnie – Twarz i barki, ręce, uda. Moje serce nadal bije. Śnieżnobiała Solituda-
3