Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

@Berenika97 zawsze urzeka mnie metaforyczna czystość, sterylność wręcz. Tutaj jest ona przedstawiona jako koniec. To obrócenie logiki, gdyż śmierć kojarzona jest powszechnie z mrokiem i ciemnością. Mamy tutaj proces zapadania się człowieka w ową czystość, której początkiem jest drobinka szronu. 

Pięknie. 

Opublikowano

@Berenika97 Niestety nie czytałam książki, więc muszę odczytać wiersz intuicyjnie.

Raczej nie poszłam przy interpretacji w kierunku śmierci, a bardziej w kierunku wyzwalania się z różnych oplotów życiowych, chyba przede wszystkim w relacjach z ludźmi.

Tematyką utworu może być niszczący, destrukcyjny związek, w którym, jak piszesz - "słowo zamarzło", czyli zabrakło już nadziei na komunikację i wzajemne zrozumienie.

Krystalizacja ładnie pokazuje drogę od punktu zwrotnego do realizacji celu i samoświadomości.

Wszelkie toksyczne relacje mają to do siebie, że odbierają to, co każdy ma - z psychologicznej perspektywy - najcenniejszego, czyli poczucie własnej wartości.

Brak tegoż - uruchamia szereg lęków.

Kostka lodu pod językiem - najpierw rani, to pierwszy etap, kiedy wyjście z impasu wydaje się przerażające. Temu uczuciu towarzyszy stan bezradności (wyuczonej) - gdy codzienność traci smak, bo brakuje woli sprawczego wkomponowania się w nią.

Ale lód wygładza się - to symbolizuje odzyskiwanie siebie. Z upływem czasu w głowie otwierają się nowe, jasne możliwości.

Aż w końcu można podjąć ostateczną decyzję, uwolnić się - a podstawą jest wyzbycie się psychologicznych ograniczeń.

Pozostaje bezpieczeństwo i spokój.

Opublikowano

@vioara stelelor  Bardzo dziękuję! 

 

Jesteś genialna! Uświadomiłaś mi, że metafora wiersza okazała się na tyle pojemna, że pomieściła też relacje i wyzwolenie - to zresztą prawda, bo można tak odczytać. Przed opublikowaniem zrobiłam test na mężu i bracie - każdy z nich odczytał ten wiersz zupełnie odwrotnie. Mąż tak jak @Lenore Grey  a brat podał Twoją interpretację.  Zaczynam się zastanawiać nad tym dualizmem.    Serdecznie pozdrawiam! 

@Posem   Bardzo dziękuję!  Serdecznie pozdrawiam. :) 

Opublikowano

@Berenika97Można spróbować połączyć te dwie interpretacje.

Na przykład życie, z jego trudnościami, ciągłymi zranieniami, przeciwnościami losu - można w jakimś sensie porównać do toksycznego partnera, na którego jesteśmy skazani i który ciągle podejmuje działania, odbierające nam siłę, pewność siebie, nadzieję, radość.

To ktoś, kto ciągle na mówi "sprawdzam". Czy wytrzymasz, ile wytrzymasz.

Ale beze mnie ciebie nie będzie (to często powtarzają swoim ofiarom narcyzi, psychopaci).

Koniec życia może być postrzegany jako uwolnienie. Nie chodzi mi tu o myśli samobójcze, ale bardziej na dojrzewające, w miarę nabywania doświadczeń i krystalizowania się wewnętrznej siły, pogodzenie się z tym, że kiedyś nastąpi zmiana i że nie trzeba się jej bać.

Z tym, że oczywiście różnica tkwi w tym, na ile ten "kres" jest nieuchronny, ale poza naszą kontrolą, a na ile możemy sami go wywołać, bo wiersz oczywiście nikogo nie zachęca do desperackich kroków.

Opublikowano

@Berenika97 Niebezpiecznie przyjemny potrafi być moment, w którym przestaje nam zależeć. Zamiast dramatycznego krzyku, mamy tu „gładką kostkę” lodu pod językiem, która znieczula ból i zarazem odbiera smak światu.

 

Świetnie uchwyciłaś ten stan, gdzie lęk przed końcem zostaje zastąpiony przez estetyczny, biały spokój.

 

Bardzo mi się podoba!

 

Pozdrawiam

Opublikowano (edytowane)

@Berenika97 Ja odczytałam wiersz dosyć dosłownie, jako powolne "przyzwyczajanie się" do bólu, a może raczej stopniowe popadanie w depresje.

 

"znużenie było tylko przeciągiem" - rozpacz przestała zaskakiwać, przestała być stanem który przychodzi nagle i po jakimś czasie mija, stała się nieodłącznym elementem codzienności.

 

"kres" jest dla mnie dosłowną myślą o śmierci.


"słowo wreszcie zamarzło" - zamarznięcie słowa odczytuje jako smutek, który przestał być płynny i zmienny jak woda,
a zaczął być stały i wręcz namacalny, bardzo rzeczywisty. 


"Zaczęło się od drobinki
szronu na języku,
która zamiast tajać,
zaczęła narastać,
powoli wypełniając
sklepienie mowy." - przygnębienie zamiast być chwilowym stanem, dotyczącym np. jednej sfery życia, zaczęło ogarniać całą rzeczywistość. 


"jak przyjemnie
znieczula podniebienie,
jak odbiera smak
wszystkim innym sprawom." - człowiek, co niby trochę paradoksalne, ale jednak bardzo prawdziwe, zaczyna odnajdywać komfort w ogarniającej go apatii.

 

Przyglądasz się jej z bliska -
nie jest już ostra,
nie rani krawędzią.
Matowieje,
gęstnieje, - znużenie przestaje wydawać się wrogie, zaczyna być stanem, w którym człowiek odnajduje pewnego rodzaju równowagę i spokój.

 

Myśl o końcu rozumiem dosłownie, jako myśl o śmierci, która przynosi ulgę. 

Psychologicznie bardzo spójny wiersz.

 

Jeszcze dodam, że ta kostka lodu która staję się coraz gładsza jest genialną metaforą. Z początku jest ostra, człowiek wie, że jego stan się pogarsza, ale jest to świeże, jeszcze uwierające. Myśl o kresie przychodzi jako twardy kryształek lodu, myśl jest nowa, trudna, może nawet trochę straszna, ale z czasem robi się coraz bardziej znajoma, aż w końcu staje się taka "nasza", niepokojąco bliska i kojąca. 

Edytowane przez Myszolak (wyświetl historię edycji)
Opublikowano

@Berenika97

 

Dla mnie jest to wiersz o oswajaniu się z bolesną myślą, która przestaje być bolesna (ta kostka lodu - to taka myśl, pomysł) aby pożegnać się z dotychczasowym życiem, albo z życiem w ogóle. Przejmujący jest ten proces osuwania się w coraz głębszej depresji. 

 

 

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • @KOBIETA W sensie kocha/nie kocha? Czyli na zgodę kilka razy dziennie?
    • Momenty świetliste. Astralne błyski… Wyłaniam się znikąd. Z warstwy porzuconego czasu. Z kazachskich stepów, w których tkwiłem korzeniami stworzenia. W domu tym. W ostatnim skrawku zieleni.   Wśród ścian drewnianych. Przegniłych. Wśród okien wychodzących w przestwór nieistnienia…   Ojciec leżał pijany w obskurnym świetle żarówki. Na podłodze usłanej okruchami czerstwego chleba i grudkami zaschniętego błota. Leżał na wznak jak trup blady. Jak woskowa kukła. Sztywna, nieruchoma kłoda.   W pokoju tym. W kuchni...   … wszędzie odór rozkładu….   I wszędzie szarość dnia wpełzająca natrętnie wszelkimi szparami nieba.   Gdzieś spomiędzy chmur ciężkich od mroku. Od zwalającego się z hukiem deszczu.   I wtedy nastąpiło wniebowstąpienie. Na skraju.   Oślepiające zstąpienie z niebiesiech.   Coś na kształt nuklearnego grzyba.   Taka próba sięgnięcia mackami złotego tronu tego, co się w nim rozsiadł bezczelnie na szczycie tajemnicy czasu.   Wiesz o czym mówię? Bo mówię do ciebie. Więc nie odwracaj się.   Nie ignoruj. Nie traktuj tego jak powietrze!   Patrz na mnie!   Spójrz i współczuj. I płacz. I niech ten płacz niesie się echem na wskroś ciągnących się strumieni zimnego wiatru.   I tego wiatru szarpiącego za poły koszuli, za włosy. Tego wiatru wyjącego szaleńczą nostalgią unicestwienia.   Skąd tutaj tyle mroczności i smutku?   Korzenie wyrosły z wystygłej już dawno filiżanki herbaty. Gałęzie. Na stole. Na parapecie. Obrosłe mchem krzesła i pufy. Szuflady wypełnione kurzem i pyłem zapomnienia.   Książki zwalone na stos pod sufit wyrosły…   Gdzie ty jesteś? Nie ma cię, mimo że jesteś wszędzie...   Lecz cóż robił i robi wciąż tam mój ojciec? To lękiem wyrosły obraz. Nawarstwiony przez lata.   Szare niebo. Pochmurne.   Szara równina nasiąknięta wilgocią.   I to wszystko skurczone w oczekiwaniu, jakby szykujące się do skoku. Do gardła, aby je rozgryźć kłami. Rozszarpać…   Mój ojciec… Nie! To Sołżenicyn pełzający w skurczu boleści.   Wijący się w szponach atakującego raka. W pożerającej go okrutnej śmierci…   Uciekł jednej w łagrowych ostępach, wpadając prosto w ramiona następnej.   Gdzieś w szare mury rakowej kliniki.   „Panie! Czy tu się umiera?” Zapytał go jeden ze współcierpiących.   „Nie wiem” – odparł. – „Nie wiem… „ - już bardziej senny…   Szare, woskowe twarze wokół. Wykrzywione cierpieniem. Trwogą i nadciągającym nieubłaganie kresem.   Wokół trupy. Żyjące jeszcze, ale umierające za życia woskowe manekiny. Skórzane toboły leżące w milczącym spazmie agonii. Na skraju łóżek. Zgięte w znaki zapytania. Albo nieruchomo pod kołdrą. Nieruchome podłużne kształty…   Spójrz na mnie! Ja jestem tam. Daleko. Idący ku kresowi. Ku końcowej metamorfozie kształtu. Ku zmierzchowi obszytemu zasłoną nocy.   Spadam wciąż z bardzo wysoka w te zimne obszary. W objęcia niczyje. W niczyje ramiona i szepty przymilne ust przywartych do mojego ucha…   Kto tak tu szepcze nietrudzenie. Majaczy?   Widzę ciebie w przywidzeniach.   W majakach sennej maligny. W zapowiedzi śmierci.   Strasznie to wszystko bez logiki i sensu. Strasznie otumanione niemocą jesiennego mroku, w której jedynie wróble, gołębie… Wrony kraczą i kruki…   I chłód cmentarny niesie się z daleka. Spomiędzy rzeźb i krzyży.   Spomiędzy płyt marmurowych, lastryko. Z kamienia…   Idzie powoli, taplając się w błocie. W kałużach, w których chmury kłębią się nisko… Tak bardzo nisko, że aż zawadzają o wszystko. O wszystko…   Ach, to ty!   Podajesz mi rękę skostniałą.   Podajesz mi usta do pocałunku, zimne, lodowe bryłki. Nieruchome, oślizłe kamienie. Omszone zapomnieniem i ciszą…   Idziemy w niebyt. W śmierć idziemy pod rękę. Zakochani. Zakochani...   (Włodzimierz Zastawniak, 2026-02-22)    
    • @FaLcorN   mmm …jakie to zabawne, taka sztuczna opozycyjność;)  ja również nie lubię.!  i często zmieniam zdanie;) nawet kilka razy dziennie;)   
    • @KOBIETA kocham kwitnące śliwy, w takiej scenerii miałam pierwsza randkę:)
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...