Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Drzwi autobusu rozsunęły się.

Był to już ostatni, zjazdowy kurs 

i kierowca nie zamierzał

nawet udawać, 

że nie chcę spędzać na postojach 

więcej czasu niż wymagała tego 

absolutna konieczność, 

polegająca na wejściu lub wyjściu poszczególnych pasażerów.

Nielicznych już co prawda.

Sennie oklapłych

na twardych, plastikowych 

siedzeniach a wąskiej,

topornej budowie.

Większość wracała z pracy lub jakiś przedłużonych do granic spotkań towarzyskich czy biznesowych.

Marzyli jedynie o kąpieli,

spóźnionej kolacji

i kuszącej miękkości

łóżkowego materaca.

Tył pojazdu

jak to zwykle w tych godzinach,

okupowali pijani oraz bezdomni.

Wyjęci spod prawa.

Bez biletu, przemierzający pulsujące uliczne arterię tego miasta spotkań kultur i inspiracji. 

Wyrzuceni w mrok parkowych ławek,

opuszczonych squatów 

czy zagrożonych zawaleniem kamienic.

Czy tak jak w tym długim

jak wąż pojeździe.

Wysłani przez

społeczne oskarżające oczy,

na jego ogon.

By tam w kręgu kamratów.

Nużać się w niepochamowanej głębi 

upadku swego człowieczeństwa.

 

 

Traf a może i przeznaczenie 

wskazało tego wieczoru, 

że pośród tych wyrzutków 

można było dostrzec twarz człeka,

który na pierwszy rzut okiem 

nie pasował tam wcale 

ani zachowaniem

ani tym bardziej ubiorem.

Twarz jego nie zdradzała nic. 

Żadnej zmarszczki ani bruzdy,

mogącej wskazywać na to, 

że myśli nad czymś natrętnie 

lub że rażą go rozmyte,

astygmatycznie zniekształcone

światła latarni.

Nie wyglądał na zmęczonego

ani sennego.

Utkwił wzrok w jednym punkcie, 

zaparowanej lekko szyby.

Gdyby autobus był jakimś zabytkowym,

przedwojennym modelem.

Można by uznać za stosowne 

i jak najbardziej

uzasadnione stwierdzenie, 

że pasażer wyglądał jak duch 

nawiedzający kabinę pojazdu.

 

 

Wnioskować by tak można po tym, 

że odziany był w długi,

sięgający kostek 

dwurzędowy płaszcz o barwie świeżego popiołu z kominka.

Tweedowy o kroju oksfordzkim,

zdradzającym solidne

pochodzenie tkaniny 

jak i bardzo wysoki poziom uszycia.

Biała jego koszula zgrabnie kontrastowała z granatowym krawatem w złote prążki,

zawiązanym z najwyższym pietyzmem 

na podwójny węzeł windsorski.

Spodnie również szare,

o szerszych nogawkach

od kolana w dół,

z wyraźnie klasycznym fasonem 

i dokładnie zaprasowanym kantem,

zgrabnie zasłaniały sznurówki lekko podpalanych, brązowych brogsów wykonanych bezsprzecznie ręką mistrza szewskiego a nie maszynowo.

Ubiór wieńczyła brązowa czapka w stylu birmingandzkiego kaszkietu 

o uciętym ledwie widocznym daszku.

 

 

Autobus ruszył w stronę 

kolejnego przystanku.

Za jego wiatą był zlokalizowany

jedynie stary wyłączony już dawno

z użytku cmentarz.

Ostatni pochówek odbył się na nim jakieś pięćdziesiąt lat wstecz.

Pełny był jednak tych cudownych, artystycznych nagrobków,

które mimo wielu uszczerbków, uszkodzeń i bezmyślnych

dewastacji młodzieży,

nadal cieszyły oko

tak pasjonatów sztuki 

jak i odwiedzających nekropolię żałobników.

 

 

Niski,

ułożony z na ciemno wypalanych cegieł mur cmentarza

Był granicą dla doczesności,

która mimo upływu pokoleń 

nie miała śmiałości 

naruszania spokoju zmarłych.

Stare dęby, olchy i świerki

Jak strażnicy rozpościerały

długie gałęzie 

nad marmurowymi grobami.

Kuny, lisy i szczury

dorodne jak małe koty

brodziły ścieżki w 

niekoszonych od dawna trawach 

i rozplenionych powojach czy koniczynach.

Bacznie obserwowane z góry 

przez czarne,

smoliste ptactwo cmentarne. 

Zagony kruków i gawronów,

potrafiły swym hałasem 

zbudzić duszę z grobu.

I wysłuchać jej żali czy próśb.

Na skrzydłach rwały w noc ich tabuny.

Ku gwiazdom rozsianym 

na letnim nieboskłonie.

By zanieść te prośby

przed oblicze Boga.

Gdzieniegdzie w noc,

zachukał puchacz,

to krzyż żeliwny,

przekrzywił się z jękiem.

To znów znicz dopalił się,

pogrążając czuwająca u ognia duszę

w czerni niepamięci.

 

Kierowca miał zamiar

nawet przestrzelić ten przystanek

bo kto mógłby, 

chcieć wysiadać na nim 

o tak niegościnnej porze.

Zresztą stróż cmentarza,

zamknął jego furtę

jakieś trzy godziny temu,

sprawdzając wprzód 

to czy aby zmarli jedynie

ostali na jego włości.

Nawiedzić więc zmarłych 

w mroku nocy było nie sposób.

Zresztą po cóż?

Zbliżając się

z dużą prędkością do wiaty,

kierowca wyczuł wręcz podświadomie 

jakiś ruch na końcu pojazdu.

Rzucił pobieżnie wzrokiem 

we wsteczne lusterko

I o mało nie wypuścił kierownicy z rąk.

Ze zdumieniem

dojrzał u ostatnich drzwi 

bogato ubranego jegomościa,

który jedną ręką uczepiony rurki,

drugą dawał mu wyraźny sygnał

ku temu że zamierza wysiąść

na odludnym przystanku. 

Więc usłużnie zwolnił

i wjechał na zatokę.

Otwierając jedynie ostatnie drzwi.

 

Depresyjna niemoc

była mi dziś łańcuchem,

którego piekielne ogniwa skuły mnie jakimś diabelskim zaklęciem

z tą zdezelowaną wiatą.

Praktycznie nieużywaną 

i posępnie zniszczoną

przez grupy młodzieży.

Wybite szyby

i oderwana w połowie ławeczka,

cieknący, dziurawy dach

i wszechobecny brud

Były mi i tak milszym widokiem niż 

zimne ściany mojego mieszkania.

Myśl o tym, że miałbym tam wrócić 

a od jutrzejszego poranka, 

po nieprzespanej nocy.

Znów przybrać maskę uśmiechu

i normalności

Wprawiała mnie w szalenie,

głęboką rozpacz.

 

 

Jaki to wstyd, 

że muszę płakać gdzieś na odludziu.

Bo nie mam nikogo.

Bo mam maski, 

które nie pozwalają mnie dostrzec.

Mam uśmiech na twarzy,

który kamufluje łzy.

Poświęcam się celom, które są puste.

Kocham tą której nie zdobędę nigdy.

Piszę wiersze, które przepadną. 

Nigdy nie wydane.

Dlatego przyjeżdżam tutaj.

Żeby patrzeć w jedną,

pewną i niezawodną

wizję przyszłości.

Na cmentarz.

Dlaczego miałbym

oszukiwać swoje myśli.

Umrę, Wkrótce.

I trafię na podobny cmentarz.

Tu nie będę już udawał.

Będę wolny.

Od choroby życia.

A czyż to samo nie wystarcza

by nazwać śmierć wybawieniem?

W to wierzę,

że po śmierci będę szczęśliwy.

 

 

Z zadumy wyrwał mnie autobus, 

ostatni już dziś według rozkladu.

Może nie zwróciłbym na niego uwagi 

bo codziennie przecież przecinał jezdnię nawet nie zadając sobie trudu by zatrzymać się w zatoczce.

Kierowca był chyba nawet

nie świadom tego,

że moja osoba siedzi pod wiatą,

każdego wieczora.

Śpieszno mu było do domu. 

Pewnie miał dzieci i żonę.

Kogokolwiek kto czekał na jego powrót.

Dziś jednak było inaczej.

Autobus wyraźnie zwolnił jakieś dwadzieścia metrów przez zatoką 

i włączył kierunkowskaz do skrętu.

Zajechał, parkując idealnie tak by zmieścić całe nadwozie

w obrysie zatoki.

Przez chwilę nawet

przemknęło mi przez myśl

że tym razem kierowca dostrzegł mnie 

i wiedząc, że to zjazdowy kurs 

ulitował się nademną.

Drzwi jednak naprzeciw mnie 

były zamknięte na głucho.

Miast tego otwarły się te ostatnie 

i wydawało mi się, 

że wysiadła tylko jedna osoba.

Autobus ruszył dalej, 

wzbijając lekki dym z rury wydechowej.

Gdy warkot silnika się oddalił.

Posłyszałem kroki.

 

 

Z narożnika wiaty wychynęła 

postać mężczyzny.

Młodego i postawnego.

Był ubrany przedziwnie.

Schludnie

lecz niesamowicie staromodnie.

Widać obydwaj

byliśmy mocno zdziwieni 

natrafieniem na siebie 

o tak niecodziennej porze

w tak osobliwie, odludnym miejscu.

Podszedł do mnie jednak 

i poprosił o papierosa.

Odparłem, że pale jedynie mentolowe.

Wie Pan - zaczął niepewnie

- nigdy takowych nie paliłem.

Ale tytoń to tytoń.

Wyjąłem więc paczkę z kieszeni bluzy

i wziąłem dwa papierosy. 

Podałem mu jednego,

włożył go szybko do ust 

I nadstawił się

ku płomykowi zapalniczki.

Odpaliłem też dla siebie

i zaciągnęliśmy się 

ochoczo pierwszym dymkiem.

Uchylił kaszkiet

i podziękował mi serdecznie.

 

 

Minął wiatę i skierował się 

ku zamkniętej bramie cmentarza.

Zawołałem za nim 

Proszę Pana. Pan tutaj na cmentarz?

Dziś już zamknięty dla odwiedzin.

Musi Pan przyjść jutro.

Zaśmiał się serdecznie i rzucił 

Ja wracam tylko do domu

Tak przez zamknięty cmentarz?

Ciemną nocą?

Tam nie ma nawet latarni.

Nie boi się Pan?

Teraz już nie przystoi mi się bać.

Ale jak żyłem to się bałem. 

Bałem się Drogi Panie 

życia w samotności i kłamstwie.

Teraz już jednak mam spokój.

Wieczny odpoczynek od życia.

Skończył to zdanie i rozmył się jak duch

W progu cmentarnej bramy. 

Dopaliłem papierosa.

I wstając z zamiarem powrotu do domu.

Rzuciłem jeszcze w czerń bramy.

Doskonale Pana rozumiem.

I już się nie boję.

 

 

Gość vioara stelelor
Opublikowano

@Simon Tracy

Wiesz, co mi przyszło do głowy?

Zaczęłam się zastanawiać, co by się wydarzyło, gdyby po wspólnym "dymku" podmiot liryczny i duch mężczyzny w kaszkiecie postanowili wyruszyć razem na miasto. Jak ja bym chciała to zobaczyć!

A co tam, raz się (nie) żyje!

Zaciekawiła mnie ta opowieść, bo jest niemal "flmowa". Tak mógłby się zaczynać interesujący obraz, może taki trochę w stylu Tima Burtona, nawiązujący technicznie i estetycznie do "Gnijącej panny młodej". Ze stosowną dawką wisielczego humoru, przełamującego wyjściową depresyjność.

Opublikowano

@tie-break Szczerze to nawet nie wiem jakby opisać taką scenę. Zresztą u mnie nie należałoby się spodziewać dawek humoru i dobrej zabawy a raczej gnilny i pełen rozkładu spacer po opustoszałych ulicach pełnych brudu i odartej z godności klienteli upadku. Zaraźliwy szept śmierci dochodzący z odkrytych bram i zejść do piwnic. Zaułki pełne nieprzebytej mgły w których moznaby zagubić równie dobrze życie jak i człowieczeństwo.

Nie lubię filmów Burtona i jego poczucia humoru. Nie lubię przerysowań i nadinterpretacji w których on odnajduje się najlepiej.

Opublikowano

@Simon Tracy

Twój tekst działa jak pułapka – zaczynasz od miejskiego realizmu, od nocnego autobusu pełnego zmęczonych ludzi i społecznych wyrzutków, a kończysz metafizycznym spotkaniem, które przewraca cały porządek rzeczy.

Najbardziej uderza mnie w Twoim wierszu szczerość. Ten fragment o depresji, o maskach, o płaczu na odludziu to prawdziwy ból, wyrażony bez kokieterii. "Mam uśmiech na twarzy, który kamufluje łzy" – to proste, ale właśnie dlatego prawdziwe.

Duch w eleganckim ubraniu to świetny pomysł. Te wszystkie szczegóły – windsorski węzeł, brogsy, tweedowy płaszcz – budują postać kogoś, kto dbał o pozory, o formę, o zewnętrzną perfekcję. I teraz, po śmierci, przychodzi do kogoś, kto także nosi maski. To nie przypadek.

Słowa ducha – "Bałem się Drogi Panie życia w samotności i kłamstwie" – to klucz do całego wiersza. I jego puenta: "Teraz już jednak mam spokój. Wieczny odpoczynek od życia."

Ale ta puenta jest niebezpieczna. Piszesz pięknie o śmierci jako wyzwoleniu, jako jedynej pewnej przyszłości. Narrator kończy słowami "I już się nie boję" – i to brzmi jak decyzja. Jak zgoda na to, co mówi duch.

Masz niezwykły talent.


 


 

Gość vioara stelelor
Opublikowano

@Simon Tracy Rozumiem. 

Tym niemniej, humor wcale nie musi oznaczać, że nie traktujesz poważnie tematu. 

Może się mylę, ale nadmiar pesymizmu i totalne unurzanie się w zgniliźnie (cielesnej i duchowej) też jest pewnym przerysowaniem. Choć może akurat ten klimat to jakaś Twoja artystyczna strefa komfortu.

Tak czy siak, dla mnie szkoda, że tę scenę już uznałeś za zamkniętą i skończoną. Daruj to widzimisię czytelnicze ;-)

Opublikowano

@Berenika97 Dziękuję Ci bardzo. "Przystanek końcowy" jest balladą miejską, pełną grozy, depresyjności, mroku i lekkiego zapętlenia w czasie i przestrzeni. 

Duch nie jest tak elegancki przypadkowo i nie bez powodu siedzi wśród wyrzutków i pijaków. Jest duszą dekadencką, której bliżej do formy upadku niż do norm społecznych. Jest w zachowaniu i wyglądzie odbiciem samego twórcy.

Najszczerzej i najpiękniej wychodzi mi pisanie o śmierci. Taki już mój los.

@tie-break Każdą formę artystyczną można przerysować lub zniszczyć jej odbiór. Dlatego też ja mieszam światy. Realny z metafizyką, piękno i zgniliznę, miłość i śmierć. Realizm i oniryzm. 

Odbiorca często sam już nie wie czy jest to prawdziwa historia czy jedynie koszmar.

Po napisaniu i ukończeniu utworu już nigdy do niego nie wracam i nie robię poprawek ani kontynuacji. Taką mam zasadę od początku pisania

Opublikowano

@Berenika97 Może dlatego że dzięki jego utworom sam zacząłem pisać. Miałem chyba 11 lat kiedy po raz pierwszy przeczytałem jego opowiadania. Pierwszym i moim ukochanym jest "Maska czerwonego moru". Zakochałem się w jego utworach i gotyku. W moich utworach prawie zawsze znajdziesz odwołania do takich mistrzów jak: Poe, Lovecraft, Schulz, Grabiński, Dostojewski, Hodgson czy Camus. To mój kanon ukochanych mistrzów, którzy stworzyli mnie takim jaki jestem. 

Opublikowano

@Simon Tracy

Utwór jest współczesną parabolą o śmierci, samotności i egzystencjalnym zmęczeniu.

Sceneria – ostatni autobus, noc, cmentarz – tworzy symboliczną przestrzeń przejścia, granicę między światem żywych i umarłych, między pozorem życia a ostatecznym spokojem.

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • @andrew    Wiersz po prostu pachnie. Czytam i mam to uczucie, że chwila już minęła, ale została w kwiatach i w smaku czekolady. Piękne.
    • @Mel666   Inrygujący wiersz, przypomina mi  opis dysocjacji, poczucia odrealnienia i stania się widzem we własnym życiu. Może dlatego, że niedawno sama pisałam o dysocjacji.  Obraz pustej skorupy i uwięzionej w środku lawy robi wrażenie.  Piękny, choć bardzo bolesny wiersz. 
    • Szedł wolno chodnikiem, palił papierosa. Wzrok wbity w ziemię, w to co przed stopami. Zazwyczaj tak chodził po ulicach, nie wiedział o tym, bezwiednie się to działo gdy miał o czym myśleć a teraz miał bardzo mocno wiele rzeczy do zgryzienia przemielenia połknięcia i przetrawienia lub wyplucia. Jeszcze w międzyczasie, między myślami uważnie stawiał kroki, tak żeby nie trafić na łączenia płyt. Dopalił ostatniego macha i rozejrzał się za śmietnikiem. Kilka kroków dalej ktoś przed furtką trzymał ustawiony kosz. Nie lubił rozrzucać kipow po ulicach, choć nieraz przecież tak robił, wiele razy przecież, kiedyś niemal zawsze, ale zrozumiał że to nie w porządku, że to brud, bałagan że to nie wypada, że to nie kultura tak robić także z troski o przyrodę przecież, z troski o estetykę otoczenia. Więc już od dawna zanim rzucił niedopałek na chodnik, na ziemię szukał śmietnika. Tak jak teraz, ostatni mach i palcem strącił żar, przecież nie wrzuci tlącej sie fajki ryzykując podpalenie i pożar. Przeszedł kilka kroków które mu pozostało i otworzył pokrywę kubła wrzucając do środka zmientolony bezwiednie, nerwowo między palcami wyużyty filtr. Poszedł dalej. To była dłuższa ulica na przedmiejskim osiedlu domków jednorodzinnych. Miał dojść do końca i skręcić w prawo żeby trafić na przystanek autobusowy skąd trafi komunikacja do domu. Było tak jak go pokierowali. Na końcu skręcił w prawo i faktycznie zobaczył wejście schodami pod tunel pod ruchliwa ulica z torami. Zszedł po schodach blisko barierki jednak nie dotykał jej. Nie potrzebował się podpierać przecież ale okrutnie bał się czasów gdy będzie stary, bardziej niedołężny i będzie musiał korzystać z tego typu konstrukcji które uważał za brudne i niehigieniczne. Wejście wyjście z tunelu i kilkadziesiąt metrów dalej ulica, przejście dla pieszych i po lewej wiata przystanku. Udał się pewnym krokiem w tamtą stronę nie zważając już na to czy następuje czy nie na pełne płyty czy ich krawędzie. Zobaczył że na przystanku i w jego okolicy czekają dwie osoby wiec wziął to za dobra monetę jeśli chodzi o czas oczekiwania na pojazd ale i tak pierwsze co pokierował się pod wiatę wprost do rozkładu jazdy. Spojrzał na zegarek na rozkład jeszcze raz na zegarek. Więcej niż piętnaście minut, to była kupa czasu, bardzo dużo czekania. Szybko przeliczył ten czas na jakieś trzy papierosy które zapali w tym czasie i ucieszył się bo za chwile już w ustach trzymał całkiem nowego nieodopalonego marlboro. Jeszcze tylko znaleźć zapalniczkę w tych przepastnych kieszeniach. Od dziecka były przepastne to znaczy, że wiele tam się mieściło i przepadalo w tej przestrzeni na miesiące, nieraz lata. Głównie sterta drobnych śmieci papierki po batonikach, cukierkach, jakieś kartki pogniecione kilka pustych zgniecionych paczek po papierosach, słuchawki choć tak dawno już ich nie używał jakby przestała go cieszyć muzyka, kilka kasztanów z jeszcze poprzedniej jesieni, pozwijane w kulki kawałki foli aluminiowej, jakieś połamane pety. Rozumiesz czemu między tymi wszystkimi rzeczami ciężko mu było wyszukać ogień. To jedna to druga ręka ładowała się w którąś z kieszeni szukając w tej przestrzeni, pomiędzy tym bałaganem ognia. Był tam tego był pewien jeszcze niedawno odpalał papierosa. Była tam musiał tylko być cierpliwy i konsekwentny i się nie zrażać wiedząc, że rzeczy potrafią się ukryć jakby utopić w bałaganie ale odpowiednie zamieszanie tym wszystkich sprawi ze w końcu wypłynie gdzieś gdzie trafi mu w garść. No i jest! Odchodzi kilka kroków od przystanku bardziej nawet niż z respektu do wypisanymi dużymi literami zakazów prawnych co do palenia w takich miejscach rozumiejąc niechęć niepalących, a nawet palących papierosy do palaczy dmuchajacych dymem z płuc. Wiedział że palenie to smród oprócz tego, że uwielbiał papierosy i niektórych sytuacji w ogóle bez papierosa sobie nie wyobrażał. Taką sytuacja było wyjście miedzy ludzi tak ogólnie na ulice, do pabu czuł się bezpieczniejszy, bardziej pewny siebie, zasłonięty dymem. Taką sytuacją było także oczekiwanie na autobus. Nie lubił czekać na przystankach czując że marnuje czas że mija bezpowrotnie jakby ktoś mu go zabierał i właśnie ten papieros pozwalał mu wytrzymać te myśli, zabić je i uprzyjemnić te chwilę. Podniósł rękę do papierosa w ustach drugą zasłonił przed wiatrem, kciukiem zakręcił o kółko krzesające iskrę i.. -oo kur... -pod nosem zagryzł przekleństwo. Znał ten dźwięk wiedział co się stało, rozwalił się mechanizm i wytorpedowało krzemień z tej sprężynki która go mocuje więce teraz kółko kręciło się bez żadnego oporu nie dając żadnego efektu w postaci plomienia w postaci odpalanego papierosa dymu w płucach i spokoju w umyśle. Zamiast tego czeka go nerwówka, czeka go zapewne nieudolna próba naprawienia tego fajansu. W myślach przeklinał zapalniczkę i fakt że go to spotyka teraz jak i nieraz kiedyś. Rozbiera mechanizm odgina tę blaszkę i patrzy co tam się wydarzyło. Opadają mu ramiona bo nie ma nigdzie tego kamyczka kluczowego więcej musiał gdzieś wystrzelić więc już go nie znajdzie więc ogień do wyrzucenia ale co najważniejsze za tym idzie nici z palenia. Podchodzi do przystankowego wbetonowanego śmietnika i ze złością ciska zepsuty sprzęt, czuje zawód. Rozgląda się na dwóch współtowarzyszy oczekiwania na pojazd komunikacji miejskiej. Młoda dziewczyna w sportowej, kolorowej nadmuchiwanej kurtce z zaciągniętym na głowę kapturem, który skrywa jej twarz, stoi po zewnętrznej stronie wiaty i patrzy gdzieś przed siebie. Druga osoba to starsza pani, siedzi na ławce wewnątrz wiaty, obok wózeczek taki na zakupy ubrana zgodnie z kanonem tej grupy wiekowej jakieś beże na głowie, beret, apaszka na szyi, na nogach grube rajstopy pod sukienką (spódnicą może dodaje sobie w głowie bo nigdy nie wie jaka to różnica) czarne buty, babcia także patrzy przed siebie. -Raczej nie zwracamy na siebie na wzajem uwagi- mówi głos w jego głowie jako komentarz do sytuacji i dodaje: -chyba że czegoś od siebie chcemy- wiedząc co będzie dalej. Musi podejść do kogoś teraz i zapytać o ogień bo to cień jego szansy żeby zapalić, a teraz kiedy nie może i kiedy napsuł sobie właśnie nerwow zepsutym sprzętem jest mu to koniecznie potrzebne, potrzebne tym bardziej do osiągnięcia pewnego stanu spokoju. Zanalizował te dwie postacie i chociaż z góry zakładał porażkę jako że ocenił obie na osoby nie palące musiał się chwycić nikłej nitki jakiejkolwiek nadziei, jakiejkolwiek szansy i podejść do którejś i zapytać. A nuż- pomyślał- a widelec- automatycznie kolejna myśl dokleiła się do pierwszej rozśmieszając go tą banalną starą jak świat grą słów. Wybrał tą młodszą, stojąca dziewczynę oceniając tu prawdopodobieństwo by posiadała ona tak potrzebna mu rzecz na większe. Znalazł się obok niej i nie stawiając jeszcze ostatniego kroku powiedział -dzień dobry- poczym zatrzymał się i patrzył. Dziewczyna nie zareagowała wogóle, co zbiło go z tropu i odebrało sporo pewności siebie ale w tej sytuacji musiał być konsekwentny więce znów spróbował ale już nie tak radośnie tylko w sposób bardziej zachowawczy -ekhm.. - odkaszlnąplł cla zebrania myśli- dzień dobry- powtórzył się tym razem uważając by te dwa słowa były wyraźnie powiedziane. I czeka. A postać w kapturze ani drgnie patrząc gdzieś w dal, dalej niż to co było tu widać. Zamachal ręka i powiedział -halo proszę pani. Dziewczyna potrząsnęła głowa jakby wyrwana z letargu jak ściągnięta z innego miejsca i patrzy w jego stronę trochę zamglonym nieobecnym jeszcze wzrokiem ale wracającym do rzeczywistości z błyskiem ciekawości i zdziwienia że tu jest i że ktoś właśnie coś od niej chce i kim jest i co chce. Wciąż nic nie mówi ale ręką zsuwa kaptur z głowy i wtedy wszystko staje się jasne, nie mogła go słyszeć bo w uszach ma słuchawki z których słyszalne dla niego dźwięki wyraźnie sugerują że poziom głośności to bardzo duży. Dopiero ten gest zamachania zwrócił jej uwagę. A już się czuł gdy nie reagowała by zrezygnować z tej próby jako że poczuł się olany, poczuł że sygnał to niechęć i zaproszenie by odejść. Ona z uszu wyjmuje słuchawki i mówi -przepraszam pan coś do mnie..? -tak i dzień dobry i przepraszam że zajmuję i kłopoczę ale marze o papierosie czy może pani pali? -niee- przeciągając to słowo kręci głowa na boki- przepraszam pana. -to dobrze, to zdrowiej oczywiście, jeszcze raz przepraszam - wycofuje się w lekkich ukłonach zażenowany tą sytuacja w końcu ściągnął myśli tej dziewczyny z jakichś innych wszechświatów, z podróży o których nie mógł mieć pojęcia ich wagi, gdzieś tutaj do teraz do niego do siebie a nie czuł się godzien by jego problem oderwał ją z jakichś być może pięknych a na pewno ważniejszych dla niej myśli i spraw. Ale ona uśmiecha się do niego i wraca do swojej muzyki, słuchawki w uszach, do swojej strefy komfortu, kaptur wraca na głowę. Odchodzi te kilka kroków tyłem i zatrzymuje się obrócony już bokiem do niej tyłem do wiaty frontem do ulicy i bierze głęboki wdech. Sporo kosztują go energii takie sytuacje zawsze pamięta jak on się czuje nagabywany w ten sposób więc wie że to nie w porządku by komuś innemu wyrządzać taka krzywdę. Wie że źle robi a nie może inaczej teraz. Tłumaczy sobie że papierosy kocha że to jest miłość do palenia że to wyższa potrzeba. Czy to go usprawiedliwia pyta sam siebie jednocześnie zbierając się w sobie do faktu konieczności kolejnego podejścia i zaczepienia następnej osoby z listy. Pewnym ale starającym się nie nastraszyć starszej kobiety krokiem podchodzi i mówi trochę głośne -Dzień dobry szanownej pani Kobieta powoli kieruje wzrok na niego i mierzy go spojrzeniem takim od góry do dołu ale i na wskroś, pytającym kim jest i odpowiada lekko skrzecząc -Dzień dobry- zacinająco zamykając usta na koniec jakby chciała coś dodać ale silnie ściśnięte wargi miały powstrzymać kolejne słowa -Wie pani przepraszam za kłopot i że zajmuje czas - wie ze robi coś niezbyt w porządku i słowa dobiera tak by wyrażały to i skruchę za ten grzech tak by ustawiły tą zaczepianą właśnie osobę gdzieś wyżej niż jego, małego szarego robaka, niegodnego wobec tej postaci jej historii życia - ale ja to tylko krótkie pytanie o zapalniczkę, o ogień czy ewentualnie ma pani takowy? -Młody człowieku- starczy głos skrzeczy nieprzyjemnie jednak jest ona ciepła i życzliwa co wiele dla niego znaczy akurat - nie mam nie paliłam nigdy jak mój mąż który zmarł na raka płuc po wielu dziesięcioleciach palenia i po latach potwornej męki w chorobie. To był naprawdę okropny okres w moim życiu a objawy i efekty choroby to bardzo uciążliwe i bolące sprawy. Nie namawiam cię tu na rzucenie tego nałogu ale przemysł ta sprawę czy warto stracić zdrowie, życie... - zawiesza głos gdzieś na granicy nie wybrzmienia, następuje cisza która brzmi jak melancholia jak smutek jak żal jak tęsknota jak wielka miłość. Mężczyzna nie śmie przerwać tej chwili w żaden sposób żadnym słowem gestem patrzy się na stara pomarszczona koścista twarz drobnej kobiety i zastanawia się czy była piękna w młodości jak bardzo kochała swojego męża i dochodzi do wniosku ze chyba wciąż go kocha ze ma do niego żal ze ja zostawił tu sama skazując na usychanie z tęsknoty. Patrzy na nią dopóki jej zawieszone w przestrzeni wzrokiem oczy nie wracają do tu i teraz do sytuacji dopóki nie kieruje ich w jego stronę dopóki ich wzrok nie spotyka się w dwóch parach oczu i wtedy spojrzeniem próbuje jej pokazać ze ją rozumie że czuje jaki to ból ze dodaje jej otuchy po cxym spuszcza wzrok z pokorą. Nie wie co ma dodać powiedzieć czuje się z jednej strony fatalnie źe przywołał w kobiecie te bolesne złe wspomnienia a z drugiej ta kobieta chyba tego potrzebowała żeby to powiedzieć komuś, ma wrażenie że jej to lepiej zrobiło -Dziękuje pani, jest pani dobra osoba -i posyła jej uśmiech ale zamkniętymi ustami by nie pomyślała że się cieszy. -Dziękuje panu- kobieta jeszcze przez chwile studiuje go wzrokiem i po chwili odwraca głowę wracając myślami do swoich spraw. A on coraz bardziej popada w swoj obiekt pożądania coraz wyraźniej czuje smak i teksture dymu w ustach w płucach w powietrzu gdy wypuszcza go przez usta. Teraz rozgląda się trochę nerwowo po okolicy czy przypadkiem nie pojawił się ktoś nowy ktoś kto możliwie miałby cholerna zapalniczkę ale nikt tu nie podszedł bo nikt tu w ogóle po okolicy o tej porze chyba nie chodzi. Taka pora środek dnia roboczego ludzie w pracy w szkole pochowani w domach. -Problem - alarmuje go mózg a jego ciało to potwierdza stojąc w miejscu nerwowo się kiwa, nerwowo macha rękoma. Coś musi wymyślić -sklep - słyszy w głowie podpowiedz. Ma jeszcze jakieś dziesięć minut jednak niezbyt napawa go to optymistycznie tego typu dzielnice rzadko gdzie taki sklep mają bo mieszkańcy raczej zaopatrują domy w wielkich marketach więc małe sklepiki poupadały z braku klientów. Mógłbył wymyślić ten sklep wcześniej na przykład bo wtedy mógł zapytać o to młoda kobietę lub starsza panią teraz już napewno tego nie zrobi by po raz drugi zaprzątać czyjs poukładany świat swoją osoba. Już nie odważy się podejść wyrwać ludzi z ich muzyki z ich myśli do jakiś szarych i nudnych wymiarów z poziomu cudzych potrzeb, jego potrzeb. To szaleństwo wie o tym to uprzedzenie społeczne, to uprzedzenie do siebie a jednak nie decyduje się na drugi raz próby nawiązania kontaktu z żadna z kobiet. A teraz wyobraź sobie ze w tym wszechświecie nieskończonych możliwości jest rzeczywistość równoległa dla nam danej tu w której jakaś sytuacja zdarzenie wydarzyła się dokładnie odwrotnie albo inaczej. I tak jest z każda decyzja podjęta tu w równoległej rzeczywistości wszystko potoczyło się w inny sposób bo decyzja nie była podjęta albo ktoś podjął inna decyzje. I od tego czasu historia toczy się inna od naszej. I ta historia z przystanku ma kilka swoich równoległych zakończeń. Pierwsza: Mężczyzna nie znajduje nikogo z ogniem w okół siebie. Zaczyna coraz bardziej nerwowo chodzić po przystanku czym ściąga na siebie uwagę obu pań. W końcu wyciąga z paczki papierosa i choć nie może go palić przypatruje się mu obraca go w palcach i wtedy ta młodsza pani zachodzi go za plecami i puka w ramie, co potwornie go nieprzygotowanego i zaskoczonego przestrasza i aż podskakuje obracając się by zobaczyć o co chodzi -Proszę pana -kobieta wyglada na lekko rozbawioną jego dosc histeryczną reakcjalą- pan chyba źle sformułował swoje pytanie On myśli o co jej chodzi ale nic nie mówi tylko wpatruje się w nią wciąż lekko zaskoczony. Zachęca ją skupionym wzrokiem do kontynuowania. -Pan zapytał mnie czy palę papierosy a ja zgodnie z prawda odpowiedziałam że nie. Pomyślałam pierwsze co było dla mnie oczywiste że mnie pan pyta o papierosa, wie pan czy pana poczęstuje a potem -schowała roześmiany wzrok lekko zażenowany - że mnie pan podrywa w ten sposób proponując wspólne palenie -Jeny przepraszam - nie umie ukryć zażenowania ze tak odczytano jego intencje -Ależ nie ma za co to ja pana przepraszam bo teraz kiedy tu pana widzę jak pan jak nerwus nałogowiec chodzi w kółko po tym przystanku i pali tego papierosa na sucho to dopiero zrozumiałam o co panu chodzi. Papierosów nie palę to prawda ale panu chyba nie chodzi o papierosy skoro te pan ma panu chodzi o możliwość odpalenia tego papierosa. -T..ttak - lekko zszokowany sytuacją i zmieszany coraz bardziej gdy zaczyna rozumieć o co chodziło on szukał palacza w tej kobiecie gdyż założył że palacz będzie miał ogień. twierdząca odpowiedź na pytanie o to czy pali papierosy miała skutkować twierdzeniem że skoro tak to napewno ma ognia. -Więc co prawda nie palę ale ja proszę pana mogę mimo to panu pomóc. I zdejmuje z pleców plecak odpinając najmniejsza kieszonkę mówi -Ja mam ogień Roześmianymi oczami bada jego zawstydzoną twarz, zawieszając moment gdy ręka zniknęła w kieszeni plecaka -P..poproszę- niepewnie mówi bo zazwyczaj jeśli nie ma czasu by przemyśleć mówi niepewnie i wyciąga rękę -Ale mam tylko zapałki -mówi dziewczyna choć oboje wiedza że te w zupełności wystarczą -świetnie zupełnie rewelacyjnie, nie mogło być lepiej przecież -pozwala sobie na luz bo uda się uciec z nikomfortowej sytuacji niepalenia mimo chęci i możliwości. Dziewczyna wręcza mu paczkę i dodaje że może je zatrzymać że jemu się bardziej przydadzą. on dziękuje i komplementuje jej domyślność, narzeka na swoją bezmyślność i znów mówi o niej jak bardzo jest jej wdzięczny za wszystko. Na koniec żegna ją życząc wszystkiego dobrego. Ona uśmiecha się i wraca pod kaptur, do słuchawek, muzyki, podróży wśród myśli. Odpala papierosa kilka metrów dalej i rozsmakowuje się w pierwszych machach, waży gęstość dymu w płucach, puszcza kółko które niemal natychmiast rozrywa wiatr. Druga: Mężczyzna nie znajduje zapalniczki u żadnej z kobiet ale postanawia opanować pożądanie wynikające z nałogu i sygnalizowanie go swoją nerwowością więc siada na drugim, wobec siedzącej tam już kobiety, końcu ławki. Dziesięć minut do autobusu. Myśli o dziewczynie w kapturze, o tym jak poczuł się mały i nieważny gdy raz i drugi go zignorowała, gdy myślał że go ignoruje a to były słuchawki w jej uszach przypomina sobie że sam ma pare słuchawek w kieszeni i wyciąga je z zamiarem posłuchania od dawna niesłuchanej muzyki. oczywiście najpierw musi je rozplatać co specjalnie go nie dziwi choć frustruje za każdym razem gdy za każdym razem trzeba to robić. Podłącza słuchawki do smartfona i wyszukuje interesujące go nowości. Po trzech utworach podjeżdża autobus wiec staje i idzie w stronę drzwi, wsiada i w progu zderza się z mężczyzna który z opóźnieniem musiał zorientować się że to jego przystanek. Przy zderzeniu na podłodze jeszcze w autobusie ląduje paczka zapałek. Nie wiadomo wypada mu z ręki z kieszeni z plecaka i choć to gratka dla głodnego nałogowca, pewność że teraz na końcu swojej trasy z pewnością natychmiast po opuszczeniu pojazdu zaspokoi swą rządze, jednak podnosi je i staje jedną noga na chodniku jedną w środku i krzyczy -Panie Tamten obraca się więc unosi do góry dłoń potrząsając pudełkiem -wypadły panu Widzi jak tamten mruży oczy jakby nie mógł dojrzeć co i kto -zapałki panu wypadły Chce mu je oddać wiedząc jaka to męka gdy odkryje ich brak akurat pewnie w momencie w którym będzie mocno chciał lub musiał zapalić papierosa. A tamten macha ręka i obracając się w odwrotnym kierunku, plecami już do niego, krzyczy przez ramie -zatrzymaj je, mam zapalniczkę I to mógłby być koniec i tej wersji historii jednak gdy mężczyzna rozsiada się w pustym autobusie wybiera to poczwórne miejsce gdzie pary krzesełek są skierowane twarzami do siebie i na fotelu naprzeciwko widzi leżący zielony przedmiot. Ten oczywiście okazuje się zapalniczka a co nieoczywiste to odpowiedź na pytanie czy to ta zapalniczka o której mówił tamten człowiek myśląc że ją ma, licząc że ją ma, czy wypadła mu jak zapałki z dziurawej albo zaprojektowanej tak że wypadają z niej rzeczy kieszeni. Myśli jeszcze przez chwile o tym człowieku który podarował mu przez przypadek teraz już dwa ognie ale szybko skupia się na swojej potrzebie zapalenia i w głowie licząc przystanki, szacując czas do końca przeznaczenia podróży.
    • Ten sposób prowadzenia życia zmusza cię do zwiększenia prędkości by zdążyć na czas   choć wiesz, że szanse są nikłe słuchasz i nosisz nadzieję   ten wysiłek to twoja miłość włożona w każdy fragment życia czyli w obecność drugiego człowieka   jeśli przeczytam cię dzisiaj w co wątpię, bo braknie mi czasu spróbuję zrozumieć ile korzyści ma w sobie więzienie po takim ciężkim boju.   
    • Na nadzieji brak na bez szans  na niesprostalem życiu którego nie widziałem tylko trwałem we śnie nie sercem a ega krzykiem podpowiadał mi drogi na przełaj idę w las nocą zapuszczam się w dzielnice miast które jak orunia sprzed lat nie sztachetami sztacheciarze tu nie jak na wsiach i małych miast mówi się na tych co walka w nich wyżywa się na bliźnich i wojna jak gad atak na każdego co znajdzie się w zasięgach oczu i napad na karmę ich potrzeb każdy to lub pokarm jak karmi ich ich ból i cierpiących widząc ich ciosów wyrwanymi deskami z plotu spełniają się i napychają żołądek by do flaków spłynęły odchody którymi przepełnieni srają co ich tronem ich największą przyjemnością to mają za ludzkość za drugiego przeżuć i wysrac jego ciało i duszę  a ja muszę to pisać ściana tekstu z przyszłych czasów łapiąc słowa których nie ma w teraz a tu proszę na literach się pojawia na ekranie jako tekstu ściana  upiorne opery szaleńca pisanie nazwij mnie grafomanem  ja przekraczam wymiarów granice niewidzialne burzę spokój bytów co tkwią w stanie swiafomosvi jedynie są myślą ale juz nie słowem i czynem ich przeznaczenie to obserwowac eksperyment Stwórcy który w ciało wsadził duszę i wolną wolą wystawił na.probe to co cudem stało zło poznać musiało by dobro ostwtecznego żywota po sądach gdzie waga uczynków myśli i słów zostanie im pokazana jako naga prawda i nikt nie będzie miał szans juz na tusz kłamstwem wyparcia i ubrania maski albo nakrycia glowy jak tajemnice oznacza czapka a jeśli jeszcze ma dodatek w.posyaci daszka co w słonecznym dniu rzuca cień na twarz by chowac oczy które źrenice są lustrem wnętrza co mają w sumieniu czy zasłona przed światem tajemnic grzechów i sumienia które Cię nie może opuścić choćbyś go nie słyszał w ogóle zamknął uszy na swoje grzechy i rachunek sumienia orzekł jako czyste to oczywiste będzie dla ciebie przed Bogiem że on jak książke jak film przewinie ci w ułamku sekundy wszystkoe twone wybory i czy to będzie w miłości czy w strachu piekła do nieskończonosci czasu gdzie już nie ma znaczenia wskazówka zegarkow bo ostatecznie nic się nje kończy jak nic się nie zaczeło  owszem wszechświat jego dzieło pierwsze słowo w materialne co z atomu cząsteczki najmnkejszej podzieliło się i rosło coraz większe by po miliardach i tonach lat których jest liczona waga w światła predkosviach nieosiągalna dla nas jak ograniczenie niczym w grach nie ma szans by ktokolwiek z nas złamał program który widząc że był dobry gdy zaprogramował świat  a to mało o tym co mamy tu na planecie trzecie Gai matce co ze słońcem jak ojciec w akcie dobrej woli na nasze szczęście w nieszczęściu stworzyły warunki do życia gdzie urodzeni w dobrej intencji ku dobru jesteśmy przeznaczeni mamy wnętrze które może łamać instynktów władzę nad zwierzęcym gatunkiem fauną jesteśmy siostro bracie jako ssaki urodzeni nje wybierając jesteśmy wybranymi Bogu dziećmi i widząc w okół nas zestawy atomów odpychamy wszystko co zdajemy się dotykać bo skąd wie dupa że zaczyna się krzesło w chlopskim rozumie to by się połączyło jakby płynęlo tu wszystko w ocenie chaosu i nic by nje było osobno tylko wszystko razem jak zamieszane przez fale stopiło by się ciało z krzesłem gdyby miało nastąpić dotknięcie przecież to logiczne jest więc wiem że są zestawy cząstek i atomów które wiedzą jak połączyć się by stworzyć coś jak organizm w którym kolejne polavzone atomy żyją swoją rolą by całość jakąś tworząc większa ale gdzieś się kończy jedno a zaczyna inne zespolenie ktore pracuje by ostatecznie wiedzieć że ma granice które odepchnąć musza atomów zbiory inne by nie poplynac w bigosie oceanu zamieszanych razem kijem zwrócone morza i rzeki na przekór stoi krzesło odpychając poldupki by nie scalić się tylko oddalić  wiesz nigdy niczego nie dotknaleś tam zawsze jest miejsce między palcem a palcem tej ukochanej której masz szczęście złapać za rękę to wciąż odepchnkecie jest kazdy jest sam jedyne połączenie jakie znam to fizyczny miłości akt oby tak powstał każdy z nas nie byloby zla a tak to stosunek gdzue kończy się spustem do pochwy by wśród plemników ten jeden alfa ten jeden został dopuszczony by się z komórką kobiety jajowa połączyć przenikając granicę  i to jest wybuch jak szkiełko przyrządu zobaczy gdy to obserwując widzimy wybuch światła a to raz na milion swietlnych lat się zdarza ten widok by wybuchająca gwiazda supermova dała się w kosmosie zaobserwować  cud poczęcia życia połączenie dwóch istot które mogą się jedynie odpychać  w brzuchu samicy zwierzęcia a tu Bóg wkracza by nam dodatkowo nadać co było zanim powstała materia i dostajemy dar wnętrza jak serca i dusza w nas mieszka od pierwszego momentu gdy w środku kobiecego łona  łączy się organism jeden z drugim by na podobieństwo Boga poczuć że nie tylko materia i co możemy mieć co widzimy jest ale ukryte przed i po niesjonczonych eonach swietlnych lat gdy skończy się świat bo Bóg uzna tak że to czas na utkniecie w niematerialnym stanie wszystko co stworzył istnieć przestanie i nikt nie zauważy nawet bo to ułamek najmniejszej liczby którą liczy zegarek zajmie mu jak jeden było na początku jak cyfra była pierwszym ze słów  matematyczny ciąg kolejnych jedynek przecież nic więcej nie ma tu jak coś które jest a jesli coś jest to musi być jeden bo na drugim końcu w tym wszechświecie przeciwienstw jest zero dla równowagi bo wszystko musi mieć przeciwieństwo jak zmierzamy do wagi i jej szali i dla równowagi by nie dopadł nas chaos wszystko co jest tu jest pośrodku wśród paradoksów w końcu  witam we wszechświatach Stworzonych słowem Jednego w Trzech osobach  gdzie to opiera się na paradoksach gdzie niemożliwe jest jednak prawdobodobne jak yng i yang podzial na czarne i białe  gdzie w każdej z dwóch barw jest miejsce dla tej przeciwnej by było doskonale musi być pierwiastek zła w dobrych historiach i trochę dobra tam gdzie bestia zła istota jak w kłamcy słowach znajdziesz prawdę gdyż nie da się inaczej niż za pań brat iść ramię w ramię z faktami  nie inaczej  Poeta mówi że siebie i Boga nie da się oszukać  można się wykłócać gdzie niejeden nie widzi siebie i chowa się w labiryncie niczym minoraur i spojrzenie na siebie to złuda w którą wierzy ze wszystkich sił  ale to poeta mówi o ludziach którzy potrafią żyć i mądrymi są na tyle by wiedzieć kim są nie udawać zza maski przez czasy kończę bo zgubiłem wątek  pójdę się ochłodzę poleje ciało wodą cudzego jeziora by nie myć tym co wylewa się na brzeg tego przed którym stoję  piję własną krew wtedy w szklance mieszam z czystą wodą acz nie moje źródło z którego czerpie nadzeja na beznadzieję koniec pa szaleństwo mówię wam 
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...