Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

`
Była kiedyś wiedźma, która sprzedawała krem sercowy. Krem był bardzo skuteczny, nie znalazło się jeszcze tak złamane serce, którego by nie uleczył.
Wiedźma żyła w lesie, na obrzeżach małej wioski Pasłęka w powiacie chojnickim, do której prowadziła tylko jedna wąska nieasfaltowana droga. W latach siedemdziesiątych utrzymywała się praktycznie tylko ze sprzedaży kremu sercowego, bo ludzie sobie samochody pokupowali, do miasta do lekarza jeździli, do rodzących też już w wiosce nikt baby nie potrzebował.
Wiedźma była wiekowa, miała tyle lat, że najstarsi ludzie nie pamiętali, kiedy przyszła do wioski. Zdało się, że była tu od zawsze, i że zawsze była stara.
Była nieduża, przygarbiona, zmarszczona jak porzucone jabłko. Włosy nosiła długie i rozpuszczone, a nie jak Pan Bóg starym babciom przykazał, związane z tyłu w węzełek. Jedynie to zresztą odróżniało ją od normalnych starszych wieśniaczek, bo ani brudna nie była, ani kota czarnego nie trzymała, ani nie pluła na ludzi i (zazwyczaj) nie rzucała uroków. Była dobrą wiedźmą.
Mieszkańcy Pasłęki dawno się już do niej przyzwyczaili - była jak ta stara grusza przy drodze, niemal niezauważalna, ale czasami przydatna. Na swój sposób odczuwali nawet coś w rodzaju dumy, bo w końcu najprawdopodobniej była ostatnią wiedźmą w Polsce, a już na pewno jedyną, posiadającą skuteczny krem sercowy. Swego czasu stała się pasłęcka wiedźma nawet dość sławna. Ludzie się do niej z całego kraju zjeżdżali, pielgrzymki szły do Pasłęki jak do Częstochowy. Wielu chciało porady, wielu wróżenia albo ziół na nocne zmory, ale zdecydowana większość przychodziła właśnie po krem sercowy. I żaden nie wyszedł z jej chałupy rozczarowany. Wszyscy sobie ten krem chwalili. Rany przestawały boleć, samobójcze myśli szły się do piekła grzać, obraz jeszcze przed chwilą tak drogiej istoty rozmywał się w czeluściach niepamięci. I już taki nieszczęśliwie zakochany zaczynał się uśmiechać, żarty sobie nawet ze swojej wcześniejszej choroby stroił, ochoczo i z nową energią wracał do pracy, żenił się z porządną i pracowitą dziewczyną, dzieci miał, potem wnuki, umierał zadowolony i spokojny. Wielu mówiło, że wiedźma jest święta i dokonuje cudów. Prawdą było, że nigdy nie zapomniała się przed zabiegiem pomodlić, ale imię Pana Jezusa i Matki Najświętszej mieszała z jakimiś innymi dziwacznymi nazwami, więc nie wiadomo, czy to czasem wszystko pogańskie nie było.
Najstarsze babcie z Pasłęki pamiętały, że kiedy były dziećmi, do wiedźmy na koniu przyjeżdżał sam pan dziedzic. Kilka razy w tygodniu nawet. Na początku nikt się nie dziwił, że pan szuka pomocy w chałupie czarownicy, bo wszyscy widzieli, jak cierpi. Żona mu na suchoty zmarła, do Włoch ją woził, do Szwajcarii, do wód różnych, nic nie pomogło. Potem się otruć próbował, ledwo go pan doktor z Chojnic odratował. I wtedy kucharka Aniela się odważyła, do pokojów pańskich zapukała i tak powiada: jest panoczku wiedźma taka w lesie, u Pasłęki, niedaleko, krem sercowy najlepszy na świecie robi. Idźcie do niej panoczku, jak ona wam nie pomoże, to tylko przeżegnać się i na śmierć czekać.
Dziedzic nie miał nic do stracenia, posłuchał, poszedł i już po pierwszej wizycie był jak nowo narodzony. Ale chodzić do leśnej chałupy nie przestał. Powiadali ludzie, że złota wiedźmie nawiózł, biżuterię żony jej dał, zadłużył się nawet i pola sprzedawał, żeby miał czym płacić. Jednym słowem uzależnił się biedaczek od cudownego kremu. Już nawet na zimę do Paryża nie jeździł. Po parę godzin dziennie siedział w chacie starej. Co tam robił - nie wiadomo. Oczywiście chodziły różne plotki, ale wiedźma juz wtedy była stara i brzydka, brodawki miała na twarzy, zęby trzy na krzyż, gdzieżby pan dziedzic te sprawy z nią przeprowadzał, to na pewno nie. Więc co?
Nikt nie wiedział, dość, że kiedy wielka wojna przyszła, a dziedzic za granicę uciekł, wziął ze sobą wielką beczkę kremu sercowego. Na parę lat mu podobno starczyła. Potem, kiedy zapas się skończył, gdzieś w tej Ameryce w przytułku umarł.
Jednym słowem: bez kremu sercowego ani rusz.
Wielu też innych potrzebujących do wiedźmy przez te wszystkie lata naprzychodziło. Raz ojciec jeden z dwoma synami przywiózł chorą córkę, co się powiesić chciała. Bo jakiś młody włóczykij dziecko jej zrobił, a potem słuch po nim zaginął. Z brzuchem dziewczynę do baby związaną przywieźli na drabiniastym wozie. Wiedźma ją do środka zanieść kazała, potem wszystkich wygnała precz i sama się z dziewuchą w chacie zamknęła. Minął dzień, nic. Ojciec wali pięściami w drzwi, wiedźma wściekła otwiera i każe mu na piwo do gospody iść. Ojciec i bracia nieszczęsnej posłuchali, całą noc pili, rano idą do baby. Ta jeszcze bardziej zezłoszczona, że tacy niecierpliwi, ona nie gotowa. Mają iść do diabła. No to sobie, chcąc nie chcąc, u chłopa jednego kwaterę załatwić musieli.
Tydzień cały wiedźma z dziewczyną w chacie siedziała, w końcu chłopaka głupiego, co go miała do kóz, po ojca i braci posłała. Przyszli, patrzą, dziewczyna wychodzi uśmiechnięta, bez brzucha, wesoła. Od razu zagaduje, żarty sobie robi, że bracia i pan tata tacy skacowani, niewyspani, zarośnięci. Pytają ją, co się w chacie działo, ona, że nie pamięta. No to zapłacili wiedźmie sto rubli, jak było uzgodnione, na wóz wsiedli, i pojechali. Za trzy tygodnie wesele miała dziewucha z zamożnym rzeźnikiem.
O bogactwie wiedźmy też niestworzone historie po ludziach chodziły. Że ma w piwnicy beczki złota i pieniędzy. Że ma tam jakieś floreny, gwinee, dinary i inne cudzoziemskie monety ze szczerego złota. Że na tym śpi, no bo przecież nic nie wydaje. Nikt jej nigdy nie widział, żeby do miasta po zakupy jechała. Chowała kozy, sadziła kartofle, z tego żyła. No a ludzie też często zamiast zapłaty a to kurę przynieśli, a to gęś wypasioną, a to worek mąki. Czasem i kawałek czarnej tafty, z czego sobie wiedźma spódnice szyła. Nic nie wydawała. Nic dziwnego więc, że wielu marzyło, żeby jej co ukraść.
Raz się na to paru młodych skusiło, pieniędzy nie mieli, bo ojcowie dusigrosze straszne, a bez pieniędzy nawet z dziewczyną na zabawie nie potańcujesz. Bali się oczywiście, bo choć wiedźma nigdy nikomu nie ukrzywdziła, to w jej wielką moc wszyscy starsi w wiosce wierzyli. Ale chłopcy sami siebie nawzajem przekonywali, że to bzdury, babskie gadanie takie i owakie. I umówili się, w nocy przez okna ze swych domów powyskakiwali, podkradli się cicho pod leśną chatę. Chcieli starą związać, do piwniczki się dostać, kieszenie pieniędzmi wypchać i w nogi. Jeden z nich w skrytości ducha, bo był zakochany w pańskiej córce, kremu sercowego też chciał troszeczkę podwędzić. Trzech ich było. Normalnych, może trochę dzikich chłopaków. Tacy przynajmniej byli, kiedy wieczorem do chałupy starej weszli. Bo jak rano wyszli, nikt ich już nie poznał.
Żaden z nich słowa nie powiedział o tym, co się wydarzyło w chacie. Milczeli jak zaklęci. Tylko siwe włosy w ich młodych czuprynach świadczyły, że ta przygoda poznaczyła ich na całe życie.
Zakochany wkótce się we stawie utopił. Nikt się temu nie dziwił, a nawet niektórzy odetchnęli z ulgą, bo przynajmniej swe cierpienia ukończył.
Pozostali nigdy się nie ożenili, żyli sami, wiejskie pijaki się z nich zrobiły. Tak się wiedźma zemściła.
Za sanacji przybył raz do Pasłęki nowy ksiądz. Dawny proboszcz, staruszek spokojny i dobrotliwy, umarł na zawał. Na pogrzebie i wiedźma była, bo starego całkiem miała rada. Za to nowy, jak się tylko dowiedział, że ludzie po krem sercowy do jakiejś czarownicy chodzą, zaczął grzmieć z ambony, podburzać, prześladować. Wcześniej to wiedźma do kościoła w każdą niedzielę chodziła. Niczym się w tłumie nie wyróżniała, włosy sobie przyczesała, chustka na głowie, ot, zwykła starowinka. Tyle tylko, że się jej z szacunkiem ludzie kłaniali, z większym nawet niż proboszczowi, miejsce jej zaraz w ławce robili, z drogi schodzili z respektem.
Po pogrzebie wiedźma, jak zwykle w niedzielę, do domu bożego się wybrała, ubrana jak zawsze: różaniec w ręce, na szyi amulety, a na nogach trepy. Ale nowy ksiądz już był poinfomowany co i jak, przy kazaniu ją palcem wskazał, że niby jak się swych brudnych i diabelskich praktyk nie wyzbędzie, do spowiedzi nie pójdzie i się kajać za grzechy nie będzie, ma z kościoła wyjść i miejsca świętego nie profanować. I tak wiedźma musiała przez cały kościół pełny ludzi przemaszerować. Pod laską jeszcze wtedy nie chodziła, ale już trochę kulała. Tylko stukanie jej trepów było słychać. Ludzie głowami kręcili, gadali o tym wydarzeniu aż do zimy i tylko czekali, jak wiedźma tę zniewagę pomści.
Czekać długo nie musieli. Nowy ksiądz się zakochał.
Była w wiosce dziewucha jedna, co każdemu dupy dawała za kawałek chleba. Nikt nie wiedział skąd przyszła. Spała chyba w lesie, choć słuchy chodziły, że w chlewiku wiedźmy zawsze się dla niej znalazło miejsce. Dziewczyna była trochę na głowę chora, jak się do niej mówiło, to tylko się śmiała. Gospodynie się nad nią kiedyś litowały, ale odkąd się pod gospodą z ich mężami kurwić zaczęła, psami ją szczuły, jak tylko się pojawiała w obejściu.
I w takim to pomiotle zakochał się nasz ksiądz.
Ludzie nie mieli wątpliwości. Wiedźma rzuciła urok. Nie było innego wytłumaczenia.
Zaczęło się od tego, że dziewczyna przychodziła na plebanię na żebry. Zawsze wieczorem, kuchennym wejściem, jak już gospodyni do domu szła. Pierwszy raz ksiądz był wściekły, że go obudziła i miotłą czupiradło przepędził. Za drugim razem już mu żal było tej bosej, wychudzonej brzyduli. Dał jej chleba. Za trzecim razem i zupy, co została z obiadu, jej zagrzał. A za czwartym to dopiero rano od księdza wyszła.
I ksiądz zgłupiał do reszty. Na plebanii jej pokój przygotował, do miasta wziął, buty i sukienkę kupił. Chodziła potem po wsi w tych trzewikach jak wielka dama, choć jej się nogi na obcasach podłamywały. Jak ją raz chłopcy kamieniami obrzucili, co wcześniej było normalne, to im ksiądz na religii ręce do krwi trzciną zmłócił. W kościele, kiedy kazania prawił, ludzie się pod nosem uśmiechali. Ale w końcu ksiądz to ksiądz, szacunek musi być, więc nic głośno nie mówili, ale za to obgadywali!
Plotki na cały powiat się rozniosły, a wkrótce dotarły i do biskupa. Ten na początku nie wierzył, słał listy pełne upomnień i troski, w końcu prałata wysłał, żeby na własne oczy sprawdził, co i jak. Nasz ksiądz w żywe oczy kłamał, że dziewucha to jego wychowanica, dziecko jeszcze, sierota uboga. Ale nawet podczas tych odwiedzin księżulo się nie mógł powstrzymać i do pokoju dziewczyny polazł. Śmichy chichy, tłumione jęki i stęki, wszystko to ksiądz prałat przez ścianę słuchać musiał. Zaraz następnego dnia do biskupa pojechał, słowa na pożegnianie nie powiedział.
Ale potem stało się. Rano ksiądz się myje, patrzy, a tu coś mu tam na dole między włosami biega. Małe potworki, kręcą się jak oszalałe. Przyrodzenie czerwone, swędzi. Przeraził się ksiądz nie na żarty. Do miasta do doktora pojechał. A jak wrócił z maścią, i dla siebie, i dla dziewczyny, w domu jej nie zastał. Zniknęła. Szukał jej wszędzie. Szalał. Mszy już w ogóle nie odprawiał. Pić w gospodzie zaczął. W końcu po paru dniach nie wytrzymał i na kolanach przypełzł do wiedźmy.
Stara była dobroduszna, słowem mu tamtej hańby nie wypomniała. Ksiądz całował jej ręce, przepraszał, kajał się. Ale sercowego kremu nie chciał. Pragnął tylko wiedzieć, gdzie jest jego dziecko, jego ptaszek, dupeczka miłowana.
Wiedźma kostki wysuszone rzuciła, patrzy, myśli chwilę. Zamknięta jest, mówi. Jak się rzuca, to ją pasem biją. Jak jest spokojna, może do ogrodu iść, piłką się bawić. Na biało ubrana. W wielkim kotle pranie mieszać musi. Jak co powie, w twarz.
Tyle księdzu wiedźma powiedziała. Ten na kolanach dziękował, chciał płacić, ale stara zapłaty nie chciała. Pogłaskała go po głowie. Mówią starzy ludzie, że nawet mu dała korzeń wzmacniający miłość, aby miał siłę o swą ukochaną walczyć. Ale pewne to nie jest, bo ksiądz już nigdy swej dziewczyny nie ujrzał.
Pół roku spędził w klasztorze na pokucie. Prosił Boga o wybaczenie, bił się w piersi, wierzbowymi rózgami biczował. Wykorzystywał przecież nierozumną istotę. Złamał śluby. Był grzeszny.
Potem mu dali inną parafię, aż na ukraińskiej granicy. Zanim tam pojechał, jeszcze raz się wybrał do wiedźmy. Tym razem po krem sercowy. Pomogło. Nikt już więcej tego księdza w Pasłęce nie widział.

c.d.n.

Opublikowano

świetne Wampirko :)
wczoraj w nocy sobie przeczytałam, piękna stylistyka! a sam krem sercowy, jak zauważył Jacek, pyszny :)
wyłapałam tylko taki drobiazg jak, "I takim oto pomiotle" chyba zjadłaś "w"

Opublikowano

Basiu, Julio, dziękuję:)
"Niż tam pojechał" zmienię na "zanim", masz tutaj Julio rację. Co do wulgaryzmów, mnie one w tekstach (cudzych/moich) nie rażą, o ile oczywiście spełniają jakiś cel. Tutaj jak sądzę pasują do stylistyki tekstu, która jest przecież trochę taka "ludowa", a język ludowy raczej nigdy od dosadności nie stroni. Ale jeszcze o tym pomyślę...

  • 2 tygodnie później...
Opublikowano

Powtórzenia za blisko siebie zupełnie niepotrzebnie. Treść interesująca
więc może warto poprawić ? Przykład :

"już tylko ze sprzedaży
już wiekowa, miała tyle lat, że najstarsi ludzie
Była nieduża, przygarbiona, zmarszczona jak porzucone jabłko.
Było to zresztą jedyne, co ją odróżniało
Było to zresztą jedyne
Była dobrą wiedźmą"

już wiekowa, miała tyle lat, że najstarsi ludzie - wystarczy wiekowa ( po co powtarzać już)
Była nieduża, przygarbiona, zmarszczona jak porzucone jabłko. - Nieduża, przygarbiona ...... ( wiadomo o kim piszesz)
Było to zresztą jedyne, co ją odróżniało = To jedyne, co ją odróżniało....
itp. itd.

"ludowe" - nie musi być "wulgarne". Na tym polega dobre pisanie, by zastępować wulgaryzm niedomówieniem, albo wyrazem który doskonale
oddaje to, co chcesz napisać. Użycie wulgaryzmu jest najłatwiejsze, bo trudniej
znaleźć odpowiednie slowo :). No i to takie niby "na czasie". Wszystko zależy
od indywidualnego podejścia i od tego, jakie masz wewnętrzne przekonanie
o pisaniu.
To oczywiście moje zdanie, z którym nie musisz się zgodzić. Jeśli nie będą Ci
odpowiadały moje komentarze, daj znać a nie napiszę nic więcej. :)Pozdr. NN

Opublikowano

Napolionie, jak najbardziej odpowiadają mi twoje komentarze i bardzo ci za ten powyższy dziękuję! Konstruktywna krytyka zawsze mile widziana (i ta niekonstruktywna też zresztą - nie każdemu się musi podobać:))

Masz absolutną rację - za dużo tam tych "już" i "była", będę musiała podumać, jak poprzerabiać te zdania, bo tak jak zaproponowałes ty, to by całkiem bez czasowników zostały:)

Co do wulgaryzmów po części się zgadzam, że to łatwe, że modne itp. Ale nie z tym, że "dobre pisanie polega na tym, by zastępować wulgaryzm niedomówieniem" - nie zawsze tak jest. Zależy od tego jaki efekt chcesz osiągnąć. Ja chcę tu byc dosadna, nie chcę niedomówień:). Wulgaryzmy to takie same środki językowe, jak każde inne, można z nich czerpać i wykorzystywać je. Nie powinny się tylko stac celem samym w sobie, co jest zresztą jasne, bo jak ktoś chce tylko prowokować, to to żadna literatura przecież nie jest.

W tym tekście to tak zostawię, nie ma tego dużo, a żadne poetyckie eufemizmy by mi tu nie pasowały. Jeszcze raz ci dziękuję za uwagi i mam nadzieję, że jeszcze kiedyś do mnie zajrzysz:)

  • 4 tygodnie później...

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

        Julia z Kurlandii   Kim jestem? Śladem po mnie w pospiesznie rzuconej mikrohistorii, w starym śpiewniku ewangelickim, w filmie o kimś podobnym do mnie, w tajemniczych literach, w czyimś allelu, w chemicznym znaczniku. W strasznej historii o czyimś odejściu i w trychterze do karmienia na siłę niejadków.   W słowie grynszpan, sepia. W starych aktach narodzin i śmierci. W cytacie biblijnym „Ich bin das Brot des Lebens” na świętym obrazku zagubionym między stronami.   To ja. Przypominam o sobie we wspomnieniu wnuka o ojcu i jego matce – samobójczyni lub ofierze. W Weronalu kupionym w starej aptece na Chmielnej.   Przypominam o sobie w starym śpiewniku i w słowach dokumentu: młoda kobieta w wieku dziewiętnastu lat przyniosła swoje dziecko do chrztu. Ojciec nieznany. Później zastygam w milczeniu syna. Wstydliwym i bolesnym milczeniu. Co potrafiłam? Nakrywać stół potrafiłam, zarządzać domem swoim.   Wyszłam za mąż. Syn dostał nowe nazwisko. Żyliśmy sobie w Alejach. Dwoje małych nam umarło – córka, której imienia nie pamiętam, i syn Zygmunt. Odeszli.   Rozwód zasądził sąd kościelny. Nie dałam rady. Józio poszedł do szkoły. Wrócił, a mnie już nie było. To był jeden z mroźnych dni lutego 1909 roku. Weronal, włamanie, nienapalone w piecu… Nie wiem. Nie pamiętam.  
    • @.KOBIETA.

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

      A gdybym, mimo woli, kiedyś Ci dopiekł - pomyśl: "rodziny" się nie wybiera
    • Zamknąłem oczy na chwilę i chyba przysnąłem. Obudził mnie dźwięk tłuczonego szkła więc zerwałem się z fotela w którym uciąłem drzemkę by sprawdzić przyczynę hałasu ale tak szybko jak wstałem pojąłem co się stało. Że to był sen w którym zbiłem lustro, pięścią z całej siły, i byłem kobietą w tym śnie to dziwne i był ten obleśny nieznany mi mężczyzna po którego wyjściu za drzwi uwolniłem swoje emocję rozbijając lustro. A więc moja wyobraźnia zbiła lustro? Zażartowałbym pytaniem czy to się wlicza do lat nieszczęścia ale bardzo ciężkie negatywne emocje które towarzyszyły sennym wizjom, które przeżyłem w śnie jakoś nie opuściły mnie wraz z otwarciem oczu. Czuję się fatalnie, jak czarna nicość, jak coś najgorszego i to z powodu kilku krótkich scen we śnie. Dzwoni telefon który wyciszam bez sprawdzania kto to, nie mam ochoty na ludzi, gaszę światło, zasuwam firany. Siedzę tak w ciszy i ciemności a wgłowie krzyczy mi płacze żali się wypomina. Nie zaznam spokoju wiele godzin aż wstanie dzień i pójdę sobie zrobić kawę. Dziś nie jem śniadania żołądek mam ściśnięty tym zdarzeniem ze snu jakby wydarzyło się naprawdę, nie mam apetytu i choć nieraz zmuszam się zdroworozsądkowo do odżywiania wiedząc że to dobre dla mojego organizmu tym razem dusza wygrywa nad ciałem i tylko wypalam dwa papierosy do mojej kawy. Pójdę do pracy i mi przejdzie- myślę bo wiem że tam myśli zajmą się czymś innym a jednak wbrew sobie poddaje się chyba swojej podświadomości i wybieram numer do firmy informując przez sekretariat że dziś mnie nie będzie. Zasłaniam szczelnie okna stawiam popielniczkę możliwie blisko wyciszam się w ciemnościach. Medytacja nie przynosi skutku. Niepokoi mnie ta wizja ze snu. Nie tylko zbite lustro ale cały klimat tej sceny. NIe umiem nazwać ani emocji, ani uczuć jednak wiem że są złe, niedobre. To bardzo ciężkie i przytłaczające myśli choć niesformułowane niepokoją mnie jak krajobraz oceanu nocą. Szybko kończą mi się papierosy, musiałem wypalać jednego po drugim niezuważenie gdzieś goniąc myślami po zakamarkach tego czego doświadczam by to poznać. Nie poznałem i nie mam papierosów. Kim jestem bez tych szlugów? Chyba sam siebie bym nie rozpoznał mijając się na ulicy gdybym nie trzymał papierosa między palcami w ustach. Jakby tego było mało że w moim wieku nie wiem kim jestem to jedyna moja tożsamość jakiej jestem pewien w tej chwili niknie. Albo będę kłębkiem nerwów tu zamknięty w ciemnym pokoju mojego mieszkania i z każdą chwilą będę obserwował rosnące objawy napięcia i głodu nikotynowego jak drżące ręce i nerwowe oddechy albo będę kłębkiem nerwów w drodze do sklepu, po ulicy, do ludzi i w śród ludzi. Już dawno zrozumiałem że nie nikotyna mnie uzależniła a poczucie zasłony jaką tworzę tym papierosem, dymu którym odgradzam się od innych, skupienia na sobie które zapewnia mi palenie. Nawet nie musiałbym wciągać tego dymu wystarczy sama świadomość że ćmi mi się w dłoniach ten mój przyjaciel jak maska, jak dystans od świata. Minie czas i pójdę jak na skazanie po kolejną paczkę tymczasem uciekam się do wszystkiego by odwlec tą chwilę do jak najdalej od teraz. Do wszystkiego w moim stanie oznacza rozpadnięcie się w fotelu i wbicie wzroku w sufit i coraz wolniejszym miarowym zamykaniem powiek. Medytacja? Nie sądze medytacja oczyszcza myśli i rozjaśnia moje stają się coraz bardziej brudne i zabarwione na czarno, czuję coraz większy niepokój, mam wrażenie że słyszę szum krwi w sercu. Toksycznej nieczystej krwi, zamkniętę oczy podsuwają mi widok jak na tym samym fotelu ktoś taki jak ja siedzi patrząc w sufit a z otworów ciała oczu uszu nosa sączy się krew i kapie po dłoniach, palcach na podłogę w coraz większą kałużę. Przeciągam palcami po spodzie dłoni które są mokre przerażony otwieram oczy i patrzę na uniesione na wysokość twarzy swoje ręce. Są tylko spocone, albo aż spocone bo nigdy nie pociły mi się ręce. Muszę iść po papierosy myślę i wstaję by ruszyć do drzwi w korytarzu mijam lustro iprzyspieszam wiedziony jakimś dziwnym przeczuciem nie chce widzieć ani swojego w nim odbicia ani lustra jako przedmiotu. To nie jest rzecz z dobrą karmą podpowiadają mi myśli jest w nim wiele zła uwięzione. Chciałbym tego nie wiedzieć i nie rozumiem skąd w mojej głowie takie myśli, wyrażane z taką pewnością jak oczywistość. Nie dyskutuje wtedy tylko słucham i mam wrażenie że ktoś kto je tam wkłada czerpie satsfakcję im bardziej przerażony żyję tą wiedzą. Przed drzwiami domu uderza mnie słoneczne światło upał ptaki liście na drzewach chcę się wycofać ale zdołałem już zamknąć drzwi na klucz zresztą potrzeba ucieczki w papierosa jest już nie do zniesienia więc zaciągam kaptur grubej bluzy jak najniżej na oczy a wzrok wbijam w chodnik. Kolejne kroki, byleby nikogo nie minąć byle nie zagadał byle nie spojrzeć w oczy byle uniknąć kontaktu choćby o kilkadziesiąt centymetrów. Sklep jest udręką. Niesamoobsługowy duży obiekt i jedna niskoopłacana kasjerka która z wyraźną niechęcią spełnia kolejne prośby z listy zakupu klienta który mówi by mu podać to i to ona idzie, wlecze się stękając i wzdychając bierze towar z półki przynosi na ladę nabija na kasę a klient że jeszcze to i to. Kolejka na kilka osób za długa dla mnie o wszystkie z kilku osób ale nie mam wyboru czekam i pocę się coraz bardziej płynę przerażony ogromem ludzi i ich bliskością. Niech nikt mnie tu nie zauważa proszę to w co wierzę w swoich myślach niech jestem niewidzialny, niech się nie oprze, nie przesunie obok niech nie trafi torbą z zakupami. Sekundy jak z gumy rozciągają się lepiąc każdy brud tego miejsca do mojego ciała. Zwymiotuje smrodem który nie jest zapachem a odorem myśli i sumień tych ludzi obok. Umiem oddychać ich moralnością. Zazwyczaj to okropny odór nie do wytrzymania smród z brudnych myśli, owrzodzonych czynów. Kto jest bez winy ten pewnie pachnie jak wata cukrowa, albo jak polna łąka. Nigdy mi się nie zdarzyło spotkać osoby przy której poczułem się dobrze i czysto. Zbiera mi się na wymioty ale nauczyłem się nad tym panować. Początek kolejki jest coraz bliżej, spokojnie znoszę niechęć sprzzedawczyni zza lady i nawet trochę jestem jej wdzięczny za tą szczerość z jaką traktuje klientów. Bo nie o to chodzi byśmy kogoś udawali albo coś przed kimś choć ktoś powie że lepiej być fałszywie miło potraktowanym mi jednak taka swoboda na jaką pozwala sobie ekspedientka pozwala na swobodniejsze oddechy, atmosfera choć ciężka i brudna jest jakby bardziej przejrzysta. Biorę kilka paczek i butelek wina i whiskey. Po tym doświadczeniu wiem że nie zbiorę się przez kilka dobrych dni do opuszczenia mieszkania, więcej nie odsłonie zasłon by przypadkiem nie dostrzec jakichś ludzi spacerujących po ulicach. Wracam do domu jak tylko szybko można chodzić z wzrokiem wbitym w chodnik. Kilkadziesiąt kroków i w prawo i już moją ulicą kolejnych kilkadziesiąt kroków, bramka podwórko zakręt kilka schodków nerwowo szarpie się z kluczem w zamku naciskam klamkę w pośpiechu od progu odkladam siatki z zakupami i rygluje czym prędziej drzwi. Odłączam dzwonek. Nie ma mnie dla nikogo. Niestety sam dla siebie tu będę choć wolałbym nie. Dla siebie i dla tego absolutu który pcha mnie przez tą wiedzę o nieczystościach, o brudzie, który wpycha mi w głowe te myśli śmierdzące rozkładającymi się trupami. To umiera ludzkość, gnije od wewnątrz już a zacznie gnić skóra niebawem jak mówi kolejne przeczucie. Uciec? Nie da się uciec wiem to. Mógłbyś powiedzieć że śmierć jest ucieczką jednak ja wiem że nie jest a potem jest jeszcze gorzej bo wrzucą cię w kolejne od nowa życie. Kurwa czemu ja tak sobie wierzę, czemu jestem pewien moich myśli, czemu one pojawiają się jako zdania twierdzące czemu nie jako przypuszczenia czy hipotezy tylko od razu z nastawieniem że tak jest właśnie. Czemu to moja wina a wiem że to moja wina. Myślę o pomocy jaką mógłbym otrzymać i wzdrygam się na samą myśl że obcej osobie miałbym przedstawić moje lęki, obawy, że miałbym jej opowiedzieć to wszystko o sobie. I co ktoś taki zrobiłby z taką wiedza? Napewno nie uwierzył. Akurat nie potrzebuje kolejnego nie dowiarka. Leki z apteki terapie może oddział zamknięty w związku z tym pewnie by zaordynował dla mnie. Więc nie pójdę i się nie przyznam bo i po co bo i tak ktoś uzna to za łgarstwo i zmyślone historię bo uwierzy sobie i wierzy w leczenie. To nie jest uleczalne to też wiem. Siadam w fotelu kieliszek wina dym z papierosa ciemność kilka chwil później usypiam.
    • @_M_arianna_W... Dzięki

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

       
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...