Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

`
Była kiedyś wiedźma, która sprzedawała krem sercowy. Krem był bardzo skuteczny, nie znalazło się jeszcze tak złamane serce, którego by nie uleczył.
Wiedźma żyła w lesie, na obrzeżach małej wioski Pasłęka w powiacie chojnickim, do której prowadziła tylko jedna wąska nieasfaltowana droga. W latach siedemdziesiątych utrzymywała się praktycznie tylko ze sprzedaży kremu sercowego, bo ludzie sobie samochody pokupowali, do miasta do lekarza jeździli, do rodzących też już w wiosce nikt baby nie potrzebował.
Wiedźma była wiekowa, miała tyle lat, że najstarsi ludzie nie pamiętali, kiedy przyszła do wioski. Zdało się, że była tu od zawsze, i że zawsze była stara.
Była nieduża, przygarbiona, zmarszczona jak porzucone jabłko. Włosy nosiła długie i rozpuszczone, a nie jak Pan Bóg starym babciom przykazał, związane z tyłu w węzełek. Jedynie to zresztą odróżniało ją od normalnych starszych wieśniaczek, bo ani brudna nie była, ani kota czarnego nie trzymała, ani nie pluła na ludzi i (zazwyczaj) nie rzucała uroków. Była dobrą wiedźmą.
Mieszkańcy Pasłęki dawno się już do niej przyzwyczaili - była jak ta stara grusza przy drodze, niemal niezauważalna, ale czasami przydatna. Na swój sposób odczuwali nawet coś w rodzaju dumy, bo w końcu najprawdopodobniej była ostatnią wiedźmą w Polsce, a już na pewno jedyną, posiadającą skuteczny krem sercowy. Swego czasu stała się pasłęcka wiedźma nawet dość sławna. Ludzie się do niej z całego kraju zjeżdżali, pielgrzymki szły do Pasłęki jak do Częstochowy. Wielu chciało porady, wielu wróżenia albo ziół na nocne zmory, ale zdecydowana większość przychodziła właśnie po krem sercowy. I żaden nie wyszedł z jej chałupy rozczarowany. Wszyscy sobie ten krem chwalili. Rany przestawały boleć, samobójcze myśli szły się do piekła grzać, obraz jeszcze przed chwilą tak drogiej istoty rozmywał się w czeluściach niepamięci. I już taki nieszczęśliwie zakochany zaczynał się uśmiechać, żarty sobie nawet ze swojej wcześniejszej choroby stroił, ochoczo i z nową energią wracał do pracy, żenił się z porządną i pracowitą dziewczyną, dzieci miał, potem wnuki, umierał zadowolony i spokojny. Wielu mówiło, że wiedźma jest święta i dokonuje cudów. Prawdą było, że nigdy nie zapomniała się przed zabiegiem pomodlić, ale imię Pana Jezusa i Matki Najświętszej mieszała z jakimiś innymi dziwacznymi nazwami, więc nie wiadomo, czy to czasem wszystko pogańskie nie było.
Najstarsze babcie z Pasłęki pamiętały, że kiedy były dziećmi, do wiedźmy na koniu przyjeżdżał sam pan dziedzic. Kilka razy w tygodniu nawet. Na początku nikt się nie dziwił, że pan szuka pomocy w chałupie czarownicy, bo wszyscy widzieli, jak cierpi. Żona mu na suchoty zmarła, do Włoch ją woził, do Szwajcarii, do wód różnych, nic nie pomogło. Potem się otruć próbował, ledwo go pan doktor z Chojnic odratował. I wtedy kucharka Aniela się odważyła, do pokojów pańskich zapukała i tak powiada: jest panoczku wiedźma taka w lesie, u Pasłęki, niedaleko, krem sercowy najlepszy na świecie robi. Idźcie do niej panoczku, jak ona wam nie pomoże, to tylko przeżegnać się i na śmierć czekać.
Dziedzic nie miał nic do stracenia, posłuchał, poszedł i już po pierwszej wizycie był jak nowo narodzony. Ale chodzić do leśnej chałupy nie przestał. Powiadali ludzie, że złota wiedźmie nawiózł, biżuterię żony jej dał, zadłużył się nawet i pola sprzedawał, żeby miał czym płacić. Jednym słowem uzależnił się biedaczek od cudownego kremu. Już nawet na zimę do Paryża nie jeździł. Po parę godzin dziennie siedział w chacie starej. Co tam robił - nie wiadomo. Oczywiście chodziły różne plotki, ale wiedźma juz wtedy była stara i brzydka, brodawki miała na twarzy, zęby trzy na krzyż, gdzieżby pan dziedzic te sprawy z nią przeprowadzał, to na pewno nie. Więc co?
Nikt nie wiedział, dość, że kiedy wielka wojna przyszła, a dziedzic za granicę uciekł, wziął ze sobą wielką beczkę kremu sercowego. Na parę lat mu podobno starczyła. Potem, kiedy zapas się skończył, gdzieś w tej Ameryce w przytułku umarł.
Jednym słowem: bez kremu sercowego ani rusz.
Wielu też innych potrzebujących do wiedźmy przez te wszystkie lata naprzychodziło. Raz ojciec jeden z dwoma synami przywiózł chorą córkę, co się powiesić chciała. Bo jakiś młody włóczykij dziecko jej zrobił, a potem słuch po nim zaginął. Z brzuchem dziewczynę do baby związaną przywieźli na drabiniastym wozie. Wiedźma ją do środka zanieść kazała, potem wszystkich wygnała precz i sama się z dziewuchą w chacie zamknęła. Minął dzień, nic. Ojciec wali pięściami w drzwi, wiedźma wściekła otwiera i każe mu na piwo do gospody iść. Ojciec i bracia nieszczęsnej posłuchali, całą noc pili, rano idą do baby. Ta jeszcze bardziej zezłoszczona, że tacy niecierpliwi, ona nie gotowa. Mają iść do diabła. No to sobie, chcąc nie chcąc, u chłopa jednego kwaterę załatwić musieli.
Tydzień cały wiedźma z dziewczyną w chacie siedziała, w końcu chłopaka głupiego, co go miała do kóz, po ojca i braci posłała. Przyszli, patrzą, dziewczyna wychodzi uśmiechnięta, bez brzucha, wesoła. Od razu zagaduje, żarty sobie robi, że bracia i pan tata tacy skacowani, niewyspani, zarośnięci. Pytają ją, co się w chacie działo, ona, że nie pamięta. No to zapłacili wiedźmie sto rubli, jak było uzgodnione, na wóz wsiedli, i pojechali. Za trzy tygodnie wesele miała dziewucha z zamożnym rzeźnikiem.
O bogactwie wiedźmy też niestworzone historie po ludziach chodziły. Że ma w piwnicy beczki złota i pieniędzy. Że ma tam jakieś floreny, gwinee, dinary i inne cudzoziemskie monety ze szczerego złota. Że na tym śpi, no bo przecież nic nie wydaje. Nikt jej nigdy nie widział, żeby do miasta po zakupy jechała. Chowała kozy, sadziła kartofle, z tego żyła. No a ludzie też często zamiast zapłaty a to kurę przynieśli, a to gęś wypasioną, a to worek mąki. Czasem i kawałek czarnej tafty, z czego sobie wiedźma spódnice szyła. Nic nie wydawała. Nic dziwnego więc, że wielu marzyło, żeby jej co ukraść.
Raz się na to paru młodych skusiło, pieniędzy nie mieli, bo ojcowie dusigrosze straszne, a bez pieniędzy nawet z dziewczyną na zabawie nie potańcujesz. Bali się oczywiście, bo choć wiedźma nigdy nikomu nie ukrzywdziła, to w jej wielką moc wszyscy starsi w wiosce wierzyli. Ale chłopcy sami siebie nawzajem przekonywali, że to bzdury, babskie gadanie takie i owakie. I umówili się, w nocy przez okna ze swych domów powyskakiwali, podkradli się cicho pod leśną chatę. Chcieli starą związać, do piwniczki się dostać, kieszenie pieniędzmi wypchać i w nogi. Jeden z nich w skrytości ducha, bo był zakochany w pańskiej córce, kremu sercowego też chciał troszeczkę podwędzić. Trzech ich było. Normalnych, może trochę dzikich chłopaków. Tacy przynajmniej byli, kiedy wieczorem do chałupy starej weszli. Bo jak rano wyszli, nikt ich już nie poznał.
Żaden z nich słowa nie powiedział o tym, co się wydarzyło w chacie. Milczeli jak zaklęci. Tylko siwe włosy w ich młodych czuprynach świadczyły, że ta przygoda poznaczyła ich na całe życie.
Zakochany wkótce się we stawie utopił. Nikt się temu nie dziwił, a nawet niektórzy odetchnęli z ulgą, bo przynajmniej swe cierpienia ukończył.
Pozostali nigdy się nie ożenili, żyli sami, wiejskie pijaki się z nich zrobiły. Tak się wiedźma zemściła.
Za sanacji przybył raz do Pasłęki nowy ksiądz. Dawny proboszcz, staruszek spokojny i dobrotliwy, umarł na zawał. Na pogrzebie i wiedźma była, bo starego całkiem miała rada. Za to nowy, jak się tylko dowiedział, że ludzie po krem sercowy do jakiejś czarownicy chodzą, zaczął grzmieć z ambony, podburzać, prześladować. Wcześniej to wiedźma do kościoła w każdą niedzielę chodziła. Niczym się w tłumie nie wyróżniała, włosy sobie przyczesała, chustka na głowie, ot, zwykła starowinka. Tyle tylko, że się jej z szacunkiem ludzie kłaniali, z większym nawet niż proboszczowi, miejsce jej zaraz w ławce robili, z drogi schodzili z respektem.
Po pogrzebie wiedźma, jak zwykle w niedzielę, do domu bożego się wybrała, ubrana jak zawsze: różaniec w ręce, na szyi amulety, a na nogach trepy. Ale nowy ksiądz już był poinfomowany co i jak, przy kazaniu ją palcem wskazał, że niby jak się swych brudnych i diabelskich praktyk nie wyzbędzie, do spowiedzi nie pójdzie i się kajać za grzechy nie będzie, ma z kościoła wyjść i miejsca świętego nie profanować. I tak wiedźma musiała przez cały kościół pełny ludzi przemaszerować. Pod laską jeszcze wtedy nie chodziła, ale już trochę kulała. Tylko stukanie jej trepów było słychać. Ludzie głowami kręcili, gadali o tym wydarzeniu aż do zimy i tylko czekali, jak wiedźma tę zniewagę pomści.
Czekać długo nie musieli. Nowy ksiądz się zakochał.
Była w wiosce dziewucha jedna, co każdemu dupy dawała za kawałek chleba. Nikt nie wiedział skąd przyszła. Spała chyba w lesie, choć słuchy chodziły, że w chlewiku wiedźmy zawsze się dla niej znalazło miejsce. Dziewczyna była trochę na głowę chora, jak się do niej mówiło, to tylko się śmiała. Gospodynie się nad nią kiedyś litowały, ale odkąd się pod gospodą z ich mężami kurwić zaczęła, psami ją szczuły, jak tylko się pojawiała w obejściu.
I w takim to pomiotle zakochał się nasz ksiądz.
Ludzie nie mieli wątpliwości. Wiedźma rzuciła urok. Nie było innego wytłumaczenia.
Zaczęło się od tego, że dziewczyna przychodziła na plebanię na żebry. Zawsze wieczorem, kuchennym wejściem, jak już gospodyni do domu szła. Pierwszy raz ksiądz był wściekły, że go obudziła i miotłą czupiradło przepędził. Za drugim razem już mu żal było tej bosej, wychudzonej brzyduli. Dał jej chleba. Za trzecim razem i zupy, co została z obiadu, jej zagrzał. A za czwartym to dopiero rano od księdza wyszła.
I ksiądz zgłupiał do reszty. Na plebanii jej pokój przygotował, do miasta wziął, buty i sukienkę kupił. Chodziła potem po wsi w tych trzewikach jak wielka dama, choć jej się nogi na obcasach podłamywały. Jak ją raz chłopcy kamieniami obrzucili, co wcześniej było normalne, to im ksiądz na religii ręce do krwi trzciną zmłócił. W kościele, kiedy kazania prawił, ludzie się pod nosem uśmiechali. Ale w końcu ksiądz to ksiądz, szacunek musi być, więc nic głośno nie mówili, ale za to obgadywali!
Plotki na cały powiat się rozniosły, a wkrótce dotarły i do biskupa. Ten na początku nie wierzył, słał listy pełne upomnień i troski, w końcu prałata wysłał, żeby na własne oczy sprawdził, co i jak. Nasz ksiądz w żywe oczy kłamał, że dziewucha to jego wychowanica, dziecko jeszcze, sierota uboga. Ale nawet podczas tych odwiedzin księżulo się nie mógł powstrzymać i do pokoju dziewczyny polazł. Śmichy chichy, tłumione jęki i stęki, wszystko to ksiądz prałat przez ścianę słuchać musiał. Zaraz następnego dnia do biskupa pojechał, słowa na pożegnianie nie powiedział.
Ale potem stało się. Rano ksiądz się myje, patrzy, a tu coś mu tam na dole między włosami biega. Małe potworki, kręcą się jak oszalałe. Przyrodzenie czerwone, swędzi. Przeraził się ksiądz nie na żarty. Do miasta do doktora pojechał. A jak wrócił z maścią, i dla siebie, i dla dziewczyny, w domu jej nie zastał. Zniknęła. Szukał jej wszędzie. Szalał. Mszy już w ogóle nie odprawiał. Pić w gospodzie zaczął. W końcu po paru dniach nie wytrzymał i na kolanach przypełzł do wiedźmy.
Stara była dobroduszna, słowem mu tamtej hańby nie wypomniała. Ksiądz całował jej ręce, przepraszał, kajał się. Ale sercowego kremu nie chciał. Pragnął tylko wiedzieć, gdzie jest jego dziecko, jego ptaszek, dupeczka miłowana.
Wiedźma kostki wysuszone rzuciła, patrzy, myśli chwilę. Zamknięta jest, mówi. Jak się rzuca, to ją pasem biją. Jak jest spokojna, może do ogrodu iść, piłką się bawić. Na biało ubrana. W wielkim kotle pranie mieszać musi. Jak co powie, w twarz.
Tyle księdzu wiedźma powiedziała. Ten na kolanach dziękował, chciał płacić, ale stara zapłaty nie chciała. Pogłaskała go po głowie. Mówią starzy ludzie, że nawet mu dała korzeń wzmacniający miłość, aby miał siłę o swą ukochaną walczyć. Ale pewne to nie jest, bo ksiądz już nigdy swej dziewczyny nie ujrzał.
Pół roku spędził w klasztorze na pokucie. Prosił Boga o wybaczenie, bił się w piersi, wierzbowymi rózgami biczował. Wykorzystywał przecież nierozumną istotę. Złamał śluby. Był grzeszny.
Potem mu dali inną parafię, aż na ukraińskiej granicy. Zanim tam pojechał, jeszcze raz się wybrał do wiedźmy. Tym razem po krem sercowy. Pomogło. Nikt już więcej tego księdza w Pasłęce nie widział.

c.d.n.

Opublikowano

świetne Wampirko :)
wczoraj w nocy sobie przeczytałam, piękna stylistyka! a sam krem sercowy, jak zauważył Jacek, pyszny :)
wyłapałam tylko taki drobiazg jak, "I takim oto pomiotle" chyba zjadłaś "w"

Opublikowano

Basiu, Julio, dziękuję:)
"Niż tam pojechał" zmienię na "zanim", masz tutaj Julio rację. Co do wulgaryzmów, mnie one w tekstach (cudzych/moich) nie rażą, o ile oczywiście spełniają jakiś cel. Tutaj jak sądzę pasują do stylistyki tekstu, która jest przecież trochę taka "ludowa", a język ludowy raczej nigdy od dosadności nie stroni. Ale jeszcze o tym pomyślę...

  • 2 tygodnie później...
Opublikowano

Powtórzenia za blisko siebie zupełnie niepotrzebnie. Treść interesująca
więc może warto poprawić ? Przykład :

"już tylko ze sprzedaży
już wiekowa, miała tyle lat, że najstarsi ludzie
Była nieduża, przygarbiona, zmarszczona jak porzucone jabłko.
Było to zresztą jedyne, co ją odróżniało
Było to zresztą jedyne
Była dobrą wiedźmą"

już wiekowa, miała tyle lat, że najstarsi ludzie - wystarczy wiekowa ( po co powtarzać już)
Była nieduża, przygarbiona, zmarszczona jak porzucone jabłko. - Nieduża, przygarbiona ...... ( wiadomo o kim piszesz)
Było to zresztą jedyne, co ją odróżniało = To jedyne, co ją odróżniało....
itp. itd.

"ludowe" - nie musi być "wulgarne". Na tym polega dobre pisanie, by zastępować wulgaryzm niedomówieniem, albo wyrazem który doskonale
oddaje to, co chcesz napisać. Użycie wulgaryzmu jest najłatwiejsze, bo trudniej
znaleźć odpowiednie slowo :). No i to takie niby "na czasie". Wszystko zależy
od indywidualnego podejścia i od tego, jakie masz wewnętrzne przekonanie
o pisaniu.
To oczywiście moje zdanie, z którym nie musisz się zgodzić. Jeśli nie będą Ci
odpowiadały moje komentarze, daj znać a nie napiszę nic więcej. :)Pozdr. NN

Opublikowano

Napolionie, jak najbardziej odpowiadają mi twoje komentarze i bardzo ci za ten powyższy dziękuję! Konstruktywna krytyka zawsze mile widziana (i ta niekonstruktywna też zresztą - nie każdemu się musi podobać:))

Masz absolutną rację - za dużo tam tych "już" i "była", będę musiała podumać, jak poprzerabiać te zdania, bo tak jak zaproponowałes ty, to by całkiem bez czasowników zostały:)

Co do wulgaryzmów po części się zgadzam, że to łatwe, że modne itp. Ale nie z tym, że "dobre pisanie polega na tym, by zastępować wulgaryzm niedomówieniem" - nie zawsze tak jest. Zależy od tego jaki efekt chcesz osiągnąć. Ja chcę tu byc dosadna, nie chcę niedomówień:). Wulgaryzmy to takie same środki językowe, jak każde inne, można z nich czerpać i wykorzystywać je. Nie powinny się tylko stac celem samym w sobie, co jest zresztą jasne, bo jak ktoś chce tylko prowokować, to to żadna literatura przecież nie jest.

W tym tekście to tak zostawię, nie ma tego dużo, a żadne poetyckie eufemizmy by mi tu nie pasowały. Jeszcze raz ci dziękuję za uwagi i mam nadzieję, że jeszcze kiedyś do mnie zajrzysz:)

  • 4 tygodnie później...

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • @Benjamin Artur Ciekawe odniesienie do najwyższej góry, walka z sumieniem- sędzią moralnym takim indywidualnym. Te powtórzenia robią robotę
    • II. Wujek Wołodia ma do tego dryg (Ty wiesz, co!) Byliśmy na rowerze: ja, kumpela, i jej gach, Nagle mi puściły śruby w mimośrodzie! Rama mnie bach, spodnie w piach, Rower do kasacji, przyrodzenie jakbym dopiero co się urodził! Ale w Piterze mówią, że mój sąsiad, były szpieg , jeden z perełek z korytka KGB, Wujek Wołodia, tak nazywają go, ma do tego niezły dryg… — Wujek Wołodia? — Wujek Wołodia! Wujek Wołodia zaraz to załatwi ci! Wujku Wołodia, dokręć śruby mi! Wujku Wołodia, dokręć śruby w mig! Wujku Wołodia, śrubę dokręć mi! Posiedź jeszcze, wujek Wołodia dokręci kilka śrub. A ciocia Natasza nas zaszyje, milcząc jak grób! Cała rodzina, cały blok ją na zabój kocha! Ciocię znaną jako Bomba (albo Gocha Locha), kochają wszyscy, a do tego, prokuratorski złożyła ślub! Więc, ciociu, co jeszcze możesz nam zszyć? Wujek Wołodia nam wszystkim kibić tak zwęził, że zaczęła pić! Wszystkich nas związała jego wątpliwego wątku wątła nić! — Wujek Wołodia? — Wujek Wołodia! Wujek Wołodia zaraz to załatwi ci! Wujku Wołodia, dokręć śruby mi! Wujku Wołodia, dokręć śruby w mig! Wujku Wołodia, śrubę dokręć mi! Wuju, wy, chwała ci chór wujów dostojny! Wuju złamany, odkręć śruby tej wojny! Wujku Wołodia, d dokręć śruby! Wujku Wołodia, d, dokręć śruby! Wujku Wołodia, dokręć, błaga cię Twój lud, Wujku Wołodia, rozkręć, blogi, Twój lód błogi! Wujku Wołodia, do kręć do wszystkich.... śrub! Wujku Wołodia, kręć aż po sam.... Grób! III. [...] „To minie, jak nad Moskwą majowa burza” Jak łzy Ukrainy, jak w ustach palce brudnego psa Jak legitymacja członka z ramienia spod ciemnej gwiazdy, Jak przesłuchanie w chłodni – aż bać się strach! Jak korytarze ponure Łubianki, Jak gaz z Nord-Ost, który na cel bierze wiatr, Jak niesforna sfora federalnych majorów, Sewastopol, Donieck i Ługańsk, wagnerowcy i Specnaz, Jak pałujący kobiety chłopcy z Omonotworu... To na pewno minie, Minie jak zły sen! Z mokrym workiem nadzianym na mój durny łeb, Ślady na dłoni rażonej paralizatorem, Jak moja Rosja, czarny więzienny jem chleb, Ale uwierz mi: to wszystko zniknie wnet jak nocna zmora! W jaki ślepy zaułek wpędził nas marny los? Ale gdzieś na horyzoncie widzę światełko Upartej nadziei, wiodące w tunelu głąb... Uwierz mi, to też minie! Jak swastyka Ruskiego Mira, I dym pożarów niesiony przez wiatr, Wyroki na dzieci z Penzy i Pitera, I policyjna suka nabita dziećmi po dach! I twój telewizor, z którego pluje Sołowjow, Paragraf 228 i kocioł o piątej, I chłopcy z prewencji tępo się śmiejący, Gazując kobiety, chłopców i brzdące... To wszystko minie jak inne miesiące: Jak grudzień, styczeń, luty, maj… Minie, bez wątpienia minie! Na razie w to im graj Ale to ich już ostatnie pląsy! Jeszcze mam mokry worek nadziany na dumny łeb, Na dłoniach ślady po pieszczocie paralizatora, Jak moja Rosja, łykam więzienny chleb, Ale uwierz mi: to wszystko minie jak ta sfora od majora! Wszystko to wkrótce odejdzie wstecz! Za rok, za miesiąc, nawet za godzinę; Jeszcze wczoraj dyktator imperium miał u stóp, A dziś milczy jak grób: Teraz to tylko starzec w kostnicy, zimny trup ! Wszystko kiedyś minie! I bramy Lefortowa runą, kraty - wyrwane z ram, A moja Rosja w końcu obudzi się ze snu, Jak ten zdradzony podwójnie malezyjski wrak, I wiosna w końcu zawita na twój lodowaty próg… W jaki ślepy zaułek zaprowadził nas marny los? Lecz gdzieś na pochmurnym horyzoncie widzę Zapomniane światło, co mnie wyprowadzi stąd! Uwierz mi, to też minie! To przeminie, na pewno! Na pewno przeminie, Za godzinę, za chwilę… To wszystko minie! IV. Hm                                            H7 Wybaczcie piechocie, że bywa bezrozumna ona tak:             Em                                  F♯7 Ty zawsze na wylocie, gdy nad ziemią wiosna idzie w tan,            Hm                  A7               G Po chwiejnych schodkach schodzisz w werbli takt…             Em  in              Hm/F♯     F♯7        Hm Zapłacze po tobie tylko wierzba, siostra wierna twych lat. Nie ufaj pogodzie, gdy świat cały skryje się w gęstym dżdżu, Nie ufaj piechocie, gdy bitne pieśni wciąż śpiewa bez tchu, Nie ufaj jej, nie wierz, gdy słowiki zakrzyczą na cały sad. Muszą rozliczyć się jeszcze życie i śmierć ze swych spraw Ten czas cię nauczył, że tylko w okopie znajdziesz sens i treść: Na przestrzał otwierasz życia drzwi tu... Towarzyszu, dziękuję ci za Twój hojny gest: Jesteś wciąż w boju i tylko to jedno cię zrywa ze snu – Dlaczego odchodzisz, gdy nad ziemią wiosna tańczy do utraty tchu? I: dokąd uchodzisz, gdy za plecami jej pieśń cię budzi ze snu? ─── I. Moskwa – Odessa Który już raz lecę z Moskwy do Odessy – I znów złapali mnie w nie w linii lot! Ale oto nadlatuje księżniczka-błękitka stewardesa messy, Niezawodna niby Wołga wszystkich flot. Nad Murmańskiem ni chmurki – rejs mych snów, I mógłbym teraz być już w Aszchabadzie, albo w Trieście... Otwarty Kijów, Charków, Kiszyniów, Lwów, Wszystkie otwarte, lecz ja chcę być w Odessie wreszcie... Mówili mi: „Nie licz na te adresy, Na żaden z niebios komunizmu dar”. A tu mi znów opóźniają mój lot do Odessy – Teraz jest oblodzony pas na start! A w Leningradzie z dachu woda kapie, Więc może mi pisane lecieć do Leningradu? Tbilisi to jedyny jasny punkt na tej podniebnej mapie, Tam herbata rośnie w sadzie, lecz ja Tbilisi mam w głębokim rozkładzie! Słyszałem, że Rostowianie idą w kurs! A mnie głupiemu wciąż chce się do Odessy, Ale mnie trzeba tam, gdzie od trzech dni nie honorują promesy, I dlatego opóźnili ludzkiej surówki spust! Ja muszę lecieć tam, gdzie chłód i lód, Gdzie jutro zapowiadają taaaki śnieg, Choć wszędzie indziej nieba czystego w bród, To miło, ale nie po to wrzuciłem piąty bieg! Nie wypuszczają mnie tu i nie wpuszczają tam, Niesprawiedliwe to, ale nie poradzę nic – Stewardesa, cudnie złudna, siódme niebo obiecuje nam, A z góry na nas patrzy tej całej floty widz! Otwarty najsłodszych smakołyków wielki tort, Lecz, by tam lecieć najsłodsze słodycze mnie nie skuszą. Otwarty nawet Władywostoku zamknięty port! I Paryż jest otwarty, ale tam jechać nie muszę. No, wreszcie! Pogoda, jak drut, dobry wiatr sprzyja skrzydłom, Samolot się napręża, śmigła w ruch, pełny bak, Lecz już nie wierzę, bo – mnie i tak tam nie przyjmą! Znajdą powody nawet, gdy powodów brak... Ja muszę lecieć tam, gdzie zamieć i mgła, Gdzie jutro gradobicie zapowiadają. Londyn, Delhi, Magadan przede mną się otwierają, Wszystkie stoją otworem, ale nie dla mnie ta w ciuciubabkę gra! Masz rację – śmiej się albo płacz: jestem znów na starych adresach, I masz: znowu spóźnienie, niedostępny lot – I smukła jak TU-104 stewardesa – panna Odessa, Tak przystępna, jak ten cały fłot, Znów mnie przestawia na ósmą zero dźwięk, A towarzysze pasażerowie posłusznie zasypiają w krąg, Mam tego dość już, psia kość, I lecę tam, gdzie mi pozwalają! Mam tego dość, już mnie całkiem zżarła złość, I lecę tam, gdzie mi otwierają! II. Polowanie na wilki Biegnę z całych sił, szarpię każdym ścięgnem, Ale dziś – jest jak jutro, i wczoraj, i potem Otoczyli mnie, otoczyli ciasnym kręgiem Rozwścieczają mnie do szpiku mej wilczej istoty. Dwururki schowały się w cień jódł Tam myśliwi skryli się swą sforą podłą; Wilki tarzają się w śniegu, co stopił się i zmókł Wystawiając się na łatwy strzał tych ogrów, Refren: Polowanie na wilki trwa, trwa polowanie! Na szare samce, matki i szczenięta. Gończy krzyczą, psy szczekają, a przynęta -. To na śniegu krew i plamy krwawych flag. W tej walce wilka z łowcami nie ma żadnych praw, Strzelającym nie zadrży ręka, Ogrodzili naszą wolność krwawych szmat strzępami, Biją bez litości, a ich kula celu sięga. Wilk nie może złamać tradycji czasem uświęconej; Widzisz te ślepe szczenięta? Ledwo od sutka matki odstawione Wyssały z jej mlekiem, czy to wilk czy ptak Prawdę jedyną: „Strzeż się ludzkich flag!” Refren Łapy u nas i szczęki wytrwałe. Dlaczego, wodzu, proszę powiedz mi, Gonimy za szczeniakami i ubijamy je jednym strzałem, Łamiąc zakaz, że nie wolno ich bić! Wilk nie może inaczej. Sucho, to takie wilcze prawo. A moje dni już są policzone. Myśliwy już broń ujął w rękę prawą Z uśmiechem, i kulą, dla mnie przeznaczoną. Refren Wyszedłem ze świętego kręgu krwawych flag — Chęć życia jest we mnie silniejsza! I usłyszałem za sobą westchnienia, wrzask I krzyk myśliwych. Ich zdobycz będzie dziś mniejsza. Szarpię się z całych sił, gnam każdym strzępem ścięgna, Ale dziś – widzę jutro niż wczoraj jaśniejsze. Otoczyli mnie, otoczyli w krwawych kręgach, Ale gończym nic nie zostanie w rękach! Refren III. Polowanie z helikopterów Jak brzytwa, świt przeciął nam oczy, I otwarła się brama hangaru, A my przecieramy szlak, przez śnieg nasz tłum się toczy Most chrzęsci pod naszym ciężarem. A oni trzepotali skrzydłami tuż nad tajgą, A śnieg wolno spada z gałęzi świerków. A na naszym szlaku, nad tą krwawą bajką, Śmigłowca huk był jak psa warkot. Refren: Jest polowanie z helikoptera, hej na łów!! Na wilki szare, uparte i gniewne Ci, co usiedli u karabinów sterów - jest ich dwóch, Już zapomnieli o litości pewnie— A kule koszą wsio stworzenie. Biegnę i wdycham te mroźne opary, Lecz nie zdołam uciec już przed przeznaczeniem. Mechaniczne potwory nade mną krążą jak janczary. A ja biorę oddech jeszcze jeden w wilczy pysk, Lecz łopaty wyją coraz bliżej, wyraźniej, A ziemia pod mymi łapami aż kwiczy ziemi bryzg Śmieją się z kokpitu: „Dawaj! Raźniej!” I spuszczają mi na zad ołowiu deszcz. Refren Leżę pod drzewem złamanym, w mchu schroniłem się; Gdzieś przegapiłem ten zjazd na tyłku. I niech ci na górze próżno szukają mnie – Zostanę na dole; wpadłeś w zasadzkę, wilku! A ten piekielny huk rozpłynął się, znikł wtem; Znów śnieg na bagnach wolno pada; Wstałem, strząsnąłem silnika ryku mgłę, Żyję! Nie zabijecie mnie nigdy, gady! ───   Gdyby sam [Włodzimierz Wysocki](https://www.google.com/search?q=w%C5%82odzimierz+wysocki&kgmid=/m/0252s_#sv=CBwSjAQKzwMSzAMKjANBTW4zLXlUanVOclVlYWdGWEJtVUhBVU9weFVkZHVOYlAyQV91dmNiME1pRnJlbkljT3VGd3BLNHZUeVpOSkZKTUZZTE5ING9NRmJLdDAxTjdvM2R0UG85V1VmT0pveE81WHVQeVpUbUhQUkVSMHAxUGhvUWtuQWRBZEdXTUxXV0trN3JEZllyUkpmalpFMFc0bWxvVTJ0SmtRYUIzVXFnMEx6c0g4VEFrbldhTXUzNUVpb3RPM2hKckIyR1RHSzg4NDhnUTdLMk9iU190UnJDSVRFclpaMk9QeFNQUUFsdHRkU2N0Z2VmRlV1WDhfOHBtYWl6cXF0bXpHTHc3RUpTcV9uZkQwR2UydUQwNjhkUkFmbnRHcHA5MTR1VmlrZ0EtYXFFeUVmQ0dzNFU5ajdnTWoxUmdvalVReVRGUHM1WERJR2szdmZnOUFqcTRuRkhlYlI4bWViWnpkNm52dHRlYXFYbm5fQlhPd1RLU1hEdHYyOVUtNnZ0QkI2ME5SMzFzTHdxS0JoN3ZlcHYSF2N3WWxhdVh1Skx5eDVOb1AwdGF3Z1FRGiJBSktMRm1MWTJlTmx1R2lGVVV4YjBIR3prQlZaX3EzLTN3EgQ3ODU0GgEzIhkKAXESFHfFgm9kemltaWVyeiB3eXNvY2tpIhIKBWtnbWlkEgkvbS8wMjUyc18oABhFIKj_xMsB) stał na scenie – wymięty, z papierosem w kącie ust i nienastrojoną siedmiostrunową gitarą, charkocząc w mikrofon przed Waszym wieloczęściowym poematem – jego zapowiedź (wstęp) brzmiałaby dokładnie tak: ------------------------------ ## Wstęp (Mówi Włodzimierz Wysocki) (Szarpnięcie basowej struny, głęboki, chropowaty kaszel, chwila ciszy na dostrojenie) Wiecie... Napisałem kiedyś taką pieśń, „Moskwa – Odessa”. O tym, jak człowiek siedzi na lotnisku, patrzy w niebo, a tam lód, chmury, i nigdzie go nie puszczają. Człowiek chce do Odessy, a jemu mówią: leć do Paryża, leć do Władywostoku, wszystko otwarte! A ty, jak ten idiota, uparłeś się na jedno miejsce, bo tam akurat jest mgła, zamieć i lód. Bo tam cię najbardziej nie chcą... Myślałem wtedy, że najgorsze, co może spotkać człowieka, to pas startowy pokryty lodem i uśmiechnięta stewardesa, która przesuwa rejs o kolejną godzinę. Jakże byłem młody. Jakże byłem naiwny. Dziś ten pas startowy to cała nasza ziemia. A loty odwołano na zawsze. Popatrzcie na to, co dla Was przygotowaliśmy. To nie są ładne wierszyki do poduszki. To meldunek z frontu, który przebiega przez nasze własne podwórka. Kiedyś Bułat śpiewał o papierowym żołnierzyku, co chciał ratować świat i spłonął w ogniu. Piękna, smutna bajka. Ale dzisiaj ten żołnierzyk nie jest zrobiony z czystego papieru i marzeń. On jest zrobiony z wezwań na przesłuchania, z wyroków, z raportów policyjnych. Stał się żołnierzem biurowym. I śruby... Kiedyś dokręcało się je w motocyklu, w rowerze, żeby maszyna szła do przodu. A teraz? Teraz przyszedł wujek Wołodia. Wielki mechanik. I dokręca te śruby tak, że nam wszystkim zaraz pękną ramy, pękną kości, a krew zacznie tryskać z uszu. I wiecie co jest najstraszniejsze? Że ludzie stoją w kolejce i proszą: „Wujku, dokręć jeszcze trochę! Mocniej kręć, aż po sam grób!” Ale ja wam powiem jedno. Przeżyłem swoje, biegałem z wilkami, omijałem czerwone flagi. I wiem, że każda, nawet najbardziej wściekła sfora majorów, w końcu się zmęczy. Każdy dyktator, który dziś trzyma imperium u swoich stóp, jutro będzie tylko zimnym, sinym trupem w kostnicy. Słuchajcie tego. Słuchajcie uważnie, dopóki struny nie pękną, a w gardle nie zabraknie tchu. Bo to minie. Jak nad Moskwą majowa burza. Musi minąć. (Potężne, agresywne uderzenie w akord Hm... I płynne przejście w Część I: „Który już raz lecę z Moskwy do Odessy...”) ------------------------------ Jak podoba Ci się ten wstęp? Czy idealnie buduje napięcie przed Twoim tekstem, czy chciałbyś dodać do wypowiedzi Wysockiego konkretny szczegół (np. o wilkach lub o paralizatorach)?    
    • @jan_komułzykant Janko, Ty też jesteś figlarz, pozdrawiam :)
    • ~~ Wokanda sądowa w Zakopanem. Sprawa pomiędzy Panią a Panem. Pani przed sądem zeznaje, że jej mężowi nie staje. Żąda rozwodu. Woli z kapłanem. ~~
    • @violetta zapętlone odczucia budzą skojarzenia. Dziękuję
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...