Znajdź zawartość
Wyświetlanie wyników dla tagów 'zima' .
Znaleziono 48 wyników
-
Wstaje trawa, odżywa spod lodu, Po długim miesiącu siarczystego mrozu, Wstaje żywa zielona zapału pełna, Taka piękna, tak zielona, Prostuje się, miejscami plącze razem, Oddycha silnym tchem, Wie czego chce, I to osiągnie. Od autora: Ot taki mały tekst o ludzkości powoli podnoszącej się po pandemii (tak widzę to Ja ale interpretacja to osobista kwestia czytelnika).
-
Nawet bardzo sroga zima namiętności nie powstrzyma, seks na śniegu ma uroki, byle nie był za głęboki.
-
- Nawet kilofy nam nie pomogą, padniemy z głodu lub pożarci przez mrówki, nim się przekopiemy przez ten gruNawetz. Jesteśmy tu pogrzebani - rzucił w beznadziei Seweryn i przystawił czoło do lodowatej skały - potrzebuję czegoś na migrenę… Jegor opierał się o ścianę i przesuwał palec wzdłuż ostrza pałasza, całe stępione, lepiej poszukać nowego. Dzięki rozsianym zewsząd trupom mieli pokaźny zapas prochu, ale nie wystarczający by wysadzić nowe przejście. Mieli też tylko dwóch strzelców, cała reszta kopalni została wyrżnięta w pień. - Jest jeszcze jeden sposób by się stąd wydostać - rzucił lakonicznie Halyjczyk. - Jaki? Mówże na Peruna Wielkiego! - Kopalnia połączona jest z kolonią mrówek. One też muszą jakoś wychodzić na powierzchnię, by szukać pożywienia. Więc jeżeli wejdziemy do ich gniazda, możemy znaleźć inny wylot. - Po tym pogromie chcesz stawić im czoło tylko we dwójkę? - A widzisz inne wyjście? - spojrzeli po sobie przenikliwie. Obaj wiedzieli, że to szalony pomysł, ale obaj też wiedzieli, że innych nie rady znaleźć - wiemy już, że boją się ognia i że potrafią jakoś roztopić stal. Ich pancerz jest też nieco za gruby dla szabel, tępią się i szczerbią. - Więc jaki mamy plan? - Chodź póki co do głównej jamy, poszukajmy więcej gorzały… Albo czegoś jeszcze mocniejszego. - Mam nadzieję, że starczy dla mnie na ból głowy. Niegdysiejsza kopalnia zamieniła się teraz w pełnowymiarową nekropolię, porozszarpywane trupy walały się na każdym stopniu spirali. Tu i ówdzie leżała też szczęśliwie ubita mrówka, stosunek jednak strat między stronami, zgubnie przechylał się na stronę ludzką. Przetrwańcy wymienili swoje stępione ostrza, zebrali też zapas prochu. Za pazuchami znaleźli jeszcze dwie dorodne butelki z gorzałką. Jegor rozdarł również jeden z carskich mundurów, płaty tkaniny owinął wokół dogasającego łuczywa. Prawie każdy strażnik miał schowane w kieszeni krzesiwo, więc przetrwańcy zabrali dla siebie po sztuce. - Mam jeszcze jedno zadanie dla naszych starych kling, wpadłem na pewien pomysł - rzekł w trakcie szperania Jegor. Podeszli do trupa jednej z mrówek, było to jedno z najlepiej zachowanych ciał. Jegor nakazał przycupnąć Sewerynowi przy insekcie. Nagle ataman wzniósł szablę ponad głowę, Seweryn już łapał za rękojeść pałasza, chciał dobyć go z pochwy i sparować jak najprędzej nadchodzący cios. Klinga Seweryna zatańczyła w powietrzu, na nic jednak nie natrafiła. Jegor całkowicie minął ostrzem kapitana i maltretował tępą szablą ciało mrówki, dopóki nie urżnął jej łba. Lepki płyn trysnął z powstałej rany, ochlapał łańcuch, który spętywał Seweryna z Jegorem. Stalowe ogniwa topniały i kruszyły się przy szarpnięciu. Seweryn poczuł swobodę. - Teraz moja kolej - rzucił Jegor, prowadząc Seweryna do następnej mrówki. Cały proces powtórzył się, tyle że to Seweryn tym razem był oprawcą. Tępy pałasz bardziej rozdzierał, niż ciął pancerz mróki, ale szkoda było marnować na ten brutalny proceder świerzych ostrzy. Obaj mężczyźni stanęli teraz przed sobą w pełni swoich sił, w pełni własnej swobody i uzbrojeni po zęby. Lustrowali się oczami pełnymi uznania. Jeszcze rankiem rzucali się sobie do gardeł, teraz mogliby zrobić to samo, z lepszym, szybszym i śmiertelnym skutkiem. Zeszli na dno jamy, roztrzaskane skrzynie złota leżały tam nieruszone. Zwrócili się do skrzydła, w którym zaczął się pogrom. Ciała Sepentrionów, którzy tam legli zniknęły, na podłodze zostało tylko kilka krwawych smug. Szeroka szczelina ziała na poznaczonej bruzdami ścianie. Jegor nawilżył łuczywo alkoholem i skrzesał ognia. Obaj ocalali przestąpili na drugą, nieznaną stronę podziemi, stopa po stopie. Następne kroki stawiali z ostrożnością. Nawet Jegor wykazywał zachowawczość, z surowością kopalni zdążył już się oswoić, lecz wąskie tunele za roztrzaskaną ścianą były dla niego czymś zupełnie odmiennym. Bezkresna ciemność rozlewała się gdzie wzrok sięgnął, a mrok przecinały tylko nikłe płomienie dwóch łuczyw. Przewieszone przez barki arkebuzy klekotały, obijając się o ściskające podróżnych skały. Szable dygotały w pochwach w rytm ruchu bioder. Dłonie w rękawicach prześlizgiwały się po chropowatych nierównościach, pomagając utrzymać równowagę na pochyłej powierzchni. Echo oddechów mieszało się z basem tupotu baczmagów. Odsunęli dłonie od ścian i spostrzegli jak ich palce owija cienka, lepka substancja. Ta sama, która bryzgała z otworów gębowych mrówek, tyle, że rozcieńczona i nieszkodliwa. Tak samo i podeszwy butów lepiły się miejscami do podłogi, a delikatne mlaskanie zaczęło podążać za echem tupania. Ciche i odległe tykanie dało się usłyszeć przy postojach. Minęli po drodze kilka rozgałęzień, lecz starali się nie zbaczać i trzymać głównego, najszerszego korytarza. Wyszli do całkiem szerokiej jamy, w jednym z jej kątów spoczywał sporych rozmiarów głaz, albo półka skalna, trudno było ocenić w ciemnościach. Przemierzyli salę wzdłuż krawędzi. Nagle Seweryn spostrzegł osobliwy biały proszek walający się na ziemi. Pochylił się, by go zbadać. Jegor wkrótce zdał sobie sprawę z braku kroków podążającego dotychczas za nim towarzysza. Odwrócił się z wilgotnym od potu czołem. Doznał ulgi, gdy zobaczył kapitana żywego. Wkrótce biały proszek przykuł i jego uwagę. - Wiem już chyba z czym się mierzymy - mruknął ataman cicho pod nosem. - Tak? Czym więc jest ten proszek? - To mączka kostna. Jesteśmy w mrowisku lodowych grabarzy. - Co takiego? - To gigantyczne mrówki, które potrafią obgryźć człowieka do gołego szkieletu, ale to im nie wystarcza. Żuwaczkami mielą również i kości, taka mączka znacząco wzmacnia ich pancerz. Tuż nad nami jest… To znaczy był obóz pełen ludzi, nic dziwnego, że urosły do takiej liczebności. - Perunie chroń nas… - Słusznie. Musimy być obecnie w jednej z ich spiżarni, a to znaczy, że jesteśmy coraz bliżej ich leża. Zapadła chwilowa cisza, jednak cisza ta była złudna. Dotarło do nich, że już od jakiegoś czasu podczas ich rozmowy, do ich uszu dobiegał narastający szmer. Lekką wibrację podłoża dało się już odczuć pod podeszwami. Jegor i Seweryn wyciągali płonące łuczywa we wszystkie strony, by tylko dostrzec zagrożenie. W końcu dojrzeli blady błysk gładkiego pancerza owadów. Zwrócili się w przeciwnym kierunku, przebiegli parę kroków, lecz mrówki wyłoniły się i z tej strony. Miarowym krokiem wycofywali się pod ścianę, nie mieli dokąd pójść. Seweryn z desperacji spojrzał w górę, zachłysnął się nagle powietrzem, nadzieja wypełniła ponownie jego członki. - Półka skalna! Wspinaj się! I chyżym susem wciągnął się w górę, podał w mig rękę Jegorowi. Byli wyżej, ale wciąż w kącie bez wyjścia. Machali łuczywami, mrówki cofały się parę kroków, ale wkrótce nadrabiały, gdy ogień zwracał się w inną stronę. - Wznieś pochodnię! - niespodziewanie rozkazał Jegor - Niech podejdą! - Oszalałeś!? - Wznieś mówię! Seweryn wahał się z początku, lecz po srogim spojrzeniu towarzysza, usłuchał. Ogień jarzył mu się ponad głową. Jegor z początku uczynił to samo, lecz wkrótce sięgnął do kieszeni pod kożuchem. W ręku błysnęła butelka gorzały. Przycisnął szyjkę do warg i napełnił usta po brzegi. Wtedy opuścił łuczywo przed siebie i bryznął z gęby alkoholową chmurą prosto w ogień. Fala gorąca rozlała się na potwory, znów rozległo się żałosne kwilenie, a cokolwiek przetrwało, pierzchło z powrotem w głąb jaskiń. - To twój kolejny szalony plan, który uratował mi skórę, ale mówże mi na przyszłość, co chcesz zrobić - wycharczał Seweryn w przypływie adrenaliny - gdybym nie usłuchał, obaj byśmy zginęli. Ale przynajmniej jesteśmy teraz bezpieczni. - Nie przesadzałbym, zostało mi tylko półtorej butelki na takie sztuczki. - W takim razie lepiej ruszajmy, wolałbym zostać z nadmiarem gorzały, ale być na powierzchni. - Czekaj chwilę, widzisz tamten kokon na ścianie? Chciałbym go obaczyć, będę miał alkohol w gotowości. Seweryn nie spostrzegł wcześniej osobliwego kokonu, zastanawiał się, czemu tak paskudna rzecz mogłaby interesować Jegora. Podchodzili miarowymi krokami do uwitego z mrówczej wydzieliny bąbla, a im bliżej byli, tym Sewerynowi coraz częściej się zdawało, iż pod jego powierzchnią dostrzec można drobne drgania. Przystanęli z dwóch różnych stron. Jegor z gorzałą i łuczywem w rękach, Seweryn z obnażoną szablą. Lechita wbijał delikatnie sztych między włókna, sunął ostrzem w dół, aż gdy szczelina była wystarczająco duża, grawitacja zrobiła swoje. Z kokonu wypadł wprost na ziemię jakiś duży obiekt. Po chwilowej konsternacji, okazało się, iż jest to człowiek! Spowity w sepentrioński mundur wartownik kopalni! - Nie na taki łup z kokonów liczyłem… - oznajmił nonszalancko Jegor. - Spójrz! Jeszcze dycha - ryknął Pilecki. - Mrówki zostawiły świeże mięso na później. - Pomóż mi go obrócić na plecy, dajmy mu dobrze złapać powietrza i postawmy go na nogi. - Będzie dla nas zbędnym obciążeniem, lepiej go zostawić. - Im większa grupa, tym łatwiej będzie nam przetrwać. No dalej, pomóż mi. My cię rannego na stepie nie porzuciliśmy. Jegor się przemógł, zrobili tak, jak ustalił Seweryn. Oparli na nieprzytomnego strażnika o ścianę. Klepnęli go po parę razy po policzkach, by nieco przywrócić mu kontakt ze światem. Strażnik mruknął parę razy i uniósł leniwie powieki. Rozglądał się chwilę, nie rozumiał zbytnio co się dzieje, dopiero co był na warcie, ktoś otworzył szczelinę i ostatnie co pamięta to dźwięk szurania i płynący mu przed oczyma sufit. - Zostałeś porwany i uratowany, teraz musimy się stąd jak najprędzej wynieść - wyjaśniał Sepentrionowi Jegor, postanowił zachować szczegóły masakry w kopalni dla siebie. - Pułkownik pewno mnie zleje za obijanie się, długo tu siedziałem? - Zbyt długo, rusz zad! - Chwila, ale wy jesteście więźniami. Jakim prawem mi rozkazujecie? - I jesteśmy uzbrojeni, więc wstawaj jeśliś oleju we łbie nie utracił. Nowy towarzysz coś pomamrotał pod nosem, lecz wkrótce ruszyli dalej w głąb jaskiń. Ku ich niezadowoleniu, poziom groty schodził pochyło w dół. Szli powolnym krokiem, zważając na każdy szmer. Powietrze zrobiło się nadwyraz duszne, ale czy to przez strach, czy wszechobecny śluz mrówek, żaden nie chciał przed sobą przyznać. Uratowany Sepentrion począł z wolna odzyskiwać równowagę, coraz pewniej stawiał kroki. Umysł otrzeźwiał mu się coraz bardziej z każdym pokonanym metrem. - Jak cię zwą? - zaczepił strażnika Seweryn. - Arkadij. - Słuchaj Arkadij, mam nadzieję, że pojmujesz w jakiej sytuacji się znajdujemy? - Nie pamiętam zbyt wiele. - Jesteśmy w jądrze niebezpieczeństwa, musisz odpuścić swoje dawne nawyki i słuchać nas, jeśli chcesz przeżyć. - Mam się bratać z Lechitą? Za żadne klejnoty Cara. Czuję wasze zimne lufy na karku, tylko dlatego z wami podążam. Poczekajcie tylko, aż dotrą do nas posiłki, doigracie się za pojmanie sepentriońskiego sołdata. - Odpuść, to nie ma sensu - wtrącił Jegor, nagle wytrzeszczył oczy i zawołał do towarzyszy - stop! Tuż przed nimi zionęła niezgłębiona otchłań, szeroka wyrwa w ziemi, która niemal pochłonęła ich podczas marszu. Chyląc łuczywa nad przepaścią, nie sposób było dostrzec jej dna, dało się jednak zauważyć przeciwległy brzeg, urywający się stromo spadającą ścianą. Jegor poburkiwał niezrozumiale pod nosem i rzekł wkrótce do reszty. - Powinniśmy dać radę to przeskoczyć. Ja pójdę na pierwszy ogień, skaczę z was najlepiej i pomogę wam utrzymać się na drugiej stronie. Drugi niech skoczy Arkadij, jeszcze trochę kuśtyka i trzeba go asekurować - podszedł blisko Seweryna i szeptem rzekł mu do ucha - i pilnuj go, by nie zwiał. Po tych słowach Jegor przeciął powietrze i bez problemu znalazł się na przeciwległym brzegu urwiska. Obrócił się na pięcie, kazał Arkadijowi szykować się do skoku. Sepentrion zrobił drobny i niezgrany rozbieg, mięśnie jego nóg jeszcze się na dobre nie rozbudziły, tor jego lotu zataczał ostry łuk w dół. Przed oczyma mignął mu tylko bury bohomaz skał, zderzył się ciałem ze ścianą, lecz w tej samej chwili Jegor chwycił jego miotające się swobodnie w powietrzu ręce. Wciągał oszołomionego Sepentriona, nagle, gdy ciało Arkadija znajdowało się już niemal w całości na stałym podłożu, spory kawał skały ukruszył się pod ciężarem dwóch mężczyzn. Jegor uskoczył przez zawalającą się ziemię, ciało Arkadija znów wisiało. Ataman skupił w sobie całe siły i jednym szerokim ruchem przyciągnął strażnika do siebie, tym razem bez przeszkód. Seweryn stanął przy krawędzi, jego skok nabrał dodatkowych trudności. Trasa znacząco się wydłużyła przez skruszenie się skały. Kapitan kręcił głową w beznadziei, mógł się tylko cofnąć i poszukać innej drogi, w samotności. - Nie dam rady przeskoczyć, szczelina zrobiła się zbyt szeroka - krzyknął do Jegora. - Musisz, nie mamy innego wyjścia. - My? - Bądź co bądź, potrzebujemy się wzajem. To jak, zaufasz mi? - Nie mam innego wyboru. Gdy to mówił, cofnął się o parę kroków, zrobił tak mocny rozpęd, jak tylko mógł. Powietrze gładziło go po skurze, gdy szybował tuż nad przepaścią, nie czuł kompletnie żadnej materii pod podeszwami baczmagów. Dłoń trzymał otwartą, wysoko w górze, strach tym razem nie zamalował mu twarzy. Z gruchotem zbił się ze ścianą, czuł mocny ścisk na przedramieniu, on także zacisnął na czymś równie mocno dłoń. Linię podłoża miał przy piersi, skulonymi nogami odpierał się od skalnej ściany, jedną ręką podciągał się o krawędź przepaści, za drugą wciągany był przez Jegora. Stanął na równe nogi, obaj mężczyźni byli zdyszani. Między nimi na podłożu, plątał się wracający do przytomności Arkadij. Jego również postawili w pionie. Szli ramię w ramię, Halyjczyk i Lechita. Sepentrion chwiał się przed nimi. Wkrótce wkroczyli do nietypowej groty, której ściany mieniły się pod ogniem łuczywa niczym gwiazdozbiory. Ten widok z miejsca oczarował by kogoś z wrażliwą artystyczną duszą, ba nawet może i zainspirował do spisania ambitnego poematu. Lecz nie to grało w duszy obecnych tam ocaleńców, to byli zahartowani żołnierze, skupieni jedynie na przetrwaniu obecnej sytuacji. Beznamiętnie maszerowali pod gwieździstym sufitem, nie zważając na obecne tam piękno nawet na krótką chwilę. Wtem powróciło tykanie, ale tym razem różniło się ono, było wyraźnie cięższe. Byli teraz w dość wąskim korytarzu, łatwiej byłoby się im obronić ogniem, niż w otwartej grocie. Czekali więc na impakt w najwęższym odcinku. I wtedy z gęstej ciemności ponownie wyłonił się rój, ale Jegor odczuwał dużo większe zagrożenie. Czuł to, ale nie mógł jeszcze świadomie pojąć, z czym się musi zmierzyć. Umysł Halyjczyka rozjaśnił się w końcu, gdy przez korytarz śmignęło kilka mrówek obok siebie, a jedna większa od drugiej. - To żołnierze! - wydusił z siebie ataman. Chwycił za pełną butelkę alkoholu i bryznął zawartość hen przed siebie, rzucił pochodnię. Ogień buchnął niemal pod sufit, lecz tym razem kwilenie usłyszeć było można sporadycznie. Wielkie mrówki kroczyły przed siebie niepowstrzymane. Zdawało się już, że to koniec, że tym razem trzeba niechybnie salwować się ucieczką. Mrówki przestępywały przez pląsające płomienie i były coraz bliżej. Jegor próbował się już wycofać, ale nagle na przód wyskoczył Seweryn. Wyciągnął spod kożucha zgrabioną prochownicę i cisnął ją prosto w ogień. Grzmot podobny do gniewu Peruna odbijał się między ścianami. Mrówczy łeb roztrzaskał się na drobne kawałki, gdy styknął się z eksplozją prochu. Jegor wrócił na front korytarza, razem z Sewerynem rzucali następne wory pełne prochu, mieli ich niemały zapas z głównej jamy kopalni. Rzucono chyba z sześć prochownic, mrówcze ciała latały w strzępach po jaskini, obryzgując twarze ocaleńców rozgrzaną w ogniu krwią. Reszta roju ponownie się wycofała w głąb. Byli ocaleni. Obaj mężczyźni dyszeli teraz przeraźliwie, ich zapasy kurczyły się z każdym starciem. Jegor ruszył już do przodu, Seweryn łapał jeszcze chwilę powietrze, a Arkadij stał cały ten czas osłupiały ze strachu. Halyjczyk zajrzał w głąb korytarza, przystawił ucho do ściany. Nie widział nic, ani nie słyszał żadnych nadchodzących kroków. Odwrócił się do towarzysza, lecz nagle bach! Coś przyćmiło mu widok, runęło na niego z sufitu, a on wierzgał się teraz na podłodze. Jeszcze jeden żołnierz ostał się, gdy próbował ominąć płomienie. Jego żuwaczki bezlitośnie próbowały zgnieść czaszkę Jegora, lecz ataman w ostatniej chwili zdążył je złapać w dłonie. Całą siłę skupił teraz w ramionach, ale ścisk żuwaczek był niewyobrażalnie mocny. Mimo wszelkich prób rozszerzenia uścisku, te zwężały się coraz bardziej. Mięśnie ramion Jegora bolały, jakby były rozrywane na strzępy. Jego kończyny wiotczały, siła go opuszczała. Nagły trzask, Jegor zwolnił ramiona i zapadła ciemność. Otworzył oczy, wciąż leżał na ziemi. Na nim zwiotczałe truchło mrówczego żołnierza, zrzucił je z siebie. Odsłaniając sobie widok, dotarło do niego, że nad nim stoi Seweryn ze wzniesioną lufą arkebuza, jeszcze dymiła od świeżego wystrzału. Seweryn opuścił broń i wyciągnął rękę do Jegora, tamten stanął na nogi. Niespodzianie do tej dwójki dołączył Arkadij, jego wzrok zmienił się nieco, nie przepełniała go już aż tak pogarda. - Muszę jednak przyznać, że mości panowie uratowali mi już niejednokrotnie życie. To… jak panowie nieugięcie walczą… Proszę odpocząć, pójdę na zwiad. Arkadij oddalił się, a Seweryn z Jegorem przycupnęli na ziemi, musieli nieco ochłonąć. - Czemu tym razem nie działał na nie ogień? - pytał Seweryn otrzeźwiony już po akcji. - To żołnierze, mają znacznie grubszy pancerz, do tego jeszcze nie mają gruczołów kwasowych. Robotnice używają łatwopalnego kwasu, by zmiękczać skały i drążyć w nich tunele. Przy okazji, gdy nie mogą znaleźć pożywienia, wchłaniają w ten sposób minerały. Ten kwas nie potrafi jednak trawić złota. - Złota? A co ma złoto do tego? - Spójrz wokół siebie, na tę grotę. Wszędzie w skale rozproszone są pyłki złota, mrówki zlepiają w samorodki i wydalają całkowicie oczyszczone. O spójrz tam w kąt! - i Jegor wskazał kilka drobnych, błyszczących kulek leżących pod ścianą. - To znaczy, że jeśli wybilibyśmy całą kolonię, pozbawilibyśmy Sepentrionów wydajnego źródła złóż dla tej kopalni? I nie mieliby jak finansować wojny! - Dokładnie tak. Seweryn powstał, przestępował z nogi na nogę. Drapał się po głowie, wyglądał, jakby dostał kolejnego ataku migreny, nic jednak bardziej złudnego. Stanął nagle sztywno przed Jegorem, wziął głęboki wdech i rzekł stanowczo. - Jesteśmy już głęboko w mrowisku, może głębiej niż powinniśmy być. Zmierzyliśmy się już kilkukrotnie z zagrożeniem, o niemało przepłaciliśmy to życiem. Mam jednak prośbę. Zejdźmy jeszcze głębiej i wyplewmy te cholerstwa do gołej ziemi. Potrzebuję twojej pomocy, sam nie dam rady. Złożę do wojewody wniosek o twoje ułaskawienie jeśli się na to zgodzisz. - Daruj sobie swoje łaski, jeszcze nie jedno narozrabiam na stepach. Jeśli chcesz wybić całą kolonię, najłatwiej będzie uderzyć w królową. Bez matki, wszystkie mrówki pomrą w najwyżej tydzień. - Czyli zgadzasz się? - I tak chciałem zabrać stąd kilka samorodków, a przy gnieździe królowej jest coś znacznie cenniejszego. Wchodzę w to. - Nie marnujmy w takim razie czasu. - Tylko Arkadij nie może się o tym dowiedzieć, może wciąż być lojalny wobec cara i z pewnością przeszkodzi nam, jeśli coś wypaplamy. - Racja, ale chyba wiem jak wywieźć go w pole. I zmierzali w głąb gniazda, a na karkach czuli narastające napięcie. Wkrótce napotkali wracającego z patrolu Sepentriońskiego towarzysza, złączyli się na powrót w jedną grupę i nie zatrzymywali się już więcej. Pomniejsze korytarze przecinały się coraz częściej, główny korytarz przekształcał się w coraz szerszą jamę. W końcu jama przekształciła się w główną salę, z której wybiegały odnogi tak liczne, że przetrwańcy zapomnieli, z której przybyli. Jedno z przejść było znacznie większe od pozostałych, kończyło się ono skrajną pochyłością, oblepioną w całości śluzem o osobliwej woni. To właśnie tą drogą postanowili ruszyć dalej wojownicy. Zbliżyli się doń i spojrzeli po sobie. To był czas ostatecznych wyjaśnień. - Arkadiju - zaczął Seweryn - nie chcieliśmy ci mącić w głowie, lecz nadeszła pora ci coś wyjaśnić. Gdy kopalnia została opanowana przez mrówki, niemal wszyscy zginęli podczas szturmu. Wszyscy poza nami dwoma. Chcemy pomścić naszych poległych pobratymców, a tam w dole znajduje się właśnie źródło całego zamieszania. Czy zechcesz nam towarzyszyć? - Wszyscy? - głos zadrżał Arkadijowi - nie, nie mogę z wami tam pójść. To nie moja walka, to czyste szaleństwo. Ledwo sobie daliśmy radę podczas przeprawy, a tam ma być coś gorszego? Mogę dla was jednak zostać na czatach. Będę pilnował tyłów, jednak jeśli nie wrócicie do mnie w kwadrans, odejdę stąd bez was. - Niech i tak będzie - rzekł beznamiętnie Jegor - czas nagli, pora ruszać. Zjechali na podeszwach po stromiźnie. Zjeżdżalnia miała dobre kilkanaście metrów. Dotarli do dna, a ich oczom otwierało się leże królowej kolonii. Sama monarchini zdawała się być w uśpieniu, lecz zbudziła się, wyczuwając nadciągające, obce zagrożenie. - Bogowie, to coś jest wielkie jak żubr! - wydukał z siebie Seweryn. Bestia powstała na swych sześciu odnóżach. Wielka królowa poczęła szarżować w kierunku kapitana i atamana, obaj mężczyźni dobyli szabel. Seweryn uskoczył w trymiga na bok, Jegor stanął teraz naprzeciw wielkiej mrówki, mierząc ostrzem prosto w łeb. W ostatniej chwili wymachu, królowa zakleszczyła jednak klingę Halyjczyka między żuwaczki. Ataman siłował się, by wyciągnąć szablę z potrzasku. Czuł jak żyły pulsowały mu w ramionach, gdy napinał mięśnie do kresu swej wytrzymałości, magma lała się mu przez tętnice. W tym czasie Seweryn podbiegł od boku i niestępioną jeszcze szablą odciął jedną z nóg mrówki. Ta zaryczała z bólu i rozstrzaskała ostrze Jegora. Na ten ryk wezbrało się rozległe szmeranie, tykanie patyków o kamienną podłogę. Halyjczyk nie dał się zdezorientować nagłym obrotem sytuacji, królowa wychynęła łeb w jego stronę i kłapnęła żuwaczkami, niczym dwie iskrzące o siebie kosy, tamten jednak uskoczył w prawo. Do sali ześlizgnął się nagle Arkadij. - Nadciągają! - krzyczał wypluwając płuca - Nadciągają! Pomocy! Sepentrion był w panice, jego twarz była jak z najgorszego malowidła. Wbiegł wprost przed rozwścieczoną monarchinię mrówek, ta znów kłapnęła żuwaczkami, a Arkadij został przecięty na pół w pasie. Krew bryznęła jak z rozbitego jajka, twarz Sepentriona zamarła, nie wydał z siebie nawet jęku bólu. Jego dwie połówki padły na ziemię poszerzając taflę szkarłatnego bajora. Tuż za Arkadijem zbiegło się kilku mrówczych żołnierzy. Jegor odwrócił się gwałtownie. Wypalił do jednego z potworów z arkebuza, z trzema następnymi musiał zmierzyć się ostrzem pękniętym. Seweryn rzucił się natomiast na ziemię i przeturlał pod tułowiem królowej. Wstając z kolan, zamachnął się i odrąbał czystym cięciem drugą środkową nogę. Królowa nie mogła już utrzymać własnego ciężaru i padła z hukiem na ziemię, unieruchomiona. Kapitan nie marnował czasu, gdy tylko zauważył, że Jegor ma kłopoty, ustrzelił żołnierza z arkebuza i skoczył na pomoc. Zostało jeszcze dwóch mrówczych żołnierzy. Jegor nie mógł się za żadne skarby przebić złamaną szablą przez ich pancerz. Wtem jednak Seweryn wpadł na jednego ze stworów z uzyskanym w biegu impetem. Żołnierz wywrócił się plecami do ziemi, a Seweryn wbił sztych szabli prosto w miękki brzuch. Została ostatnia mrówka, która szarżowała wprost na Jegora. Ataman odpędzał się resztkami klingi, lecz roztrzaskane ostrze za żadne skarby nie potrafiło choćby zarysować pancerz owada. W końcu jednak Jegor postanowił wetknąć między żywaczki potwora palące się łuczywo. Mrówka chwilę próbowała przegryźć drewniany trzonek, lecz w tym czasie Jegor odbiegł na kilka metrów, Seweryn widząc co się dzieje, rzucił wprost w ogień swoją ostatnią prochownicę. Mały worek prochu przefrunął po sali, zatoczył w powietrzu łuk i niechybnie zbliżał się do źródła żaru. Już jeden jęzor ognia musnął go lekko i nagły błysk oświetlił salę. Nastąpił huk, a łeb żołnierza rozwarł się na dwie połówki. Zagrożenie zostało zażegnane, lecz w kącie sali kwiliła jeszcze ranna królowa. Dwaj mężczyźni podeszli do niej i gdy ta rozwarła żuwaczki w przypływie bólu, wojownicy wbili w jej gardło swe szable po sam jelec. Stwór szybko znieruchomiał i ucichł. Kroczyli obok siebie na koniec sali. Ściana, brak wyjścia. Seweryn chciał się wycofać na rampę, lecz Jegor nie zatrzymywał się. Coś małego i białego wiło się po kątach. Jegor uniósł to przed swą twarz, było wielkości jego przedramienia i nieustsnnie się poruszało. - To larwy mrówek? - pytał Seweryn. - Nie inaczej. Jegor wzniósł oburącz lawrę ponad głowę i niespodziewanie ścisnął ją w dłoniach. Przezroczysty sok wypływał z miękkiego, pomiętego ciałka, a Jegor spijał każdą kapiącą kroplę. - Co ty wyprawiasz!? Te larwy karmione były ciałami górników, obok których pracowałeś! - Taka jest natura, ich materia wróciła do obiego, a ja chcę znów tę energię zapożyczyć. Czy wiesz ile takie larwy muszą w sobie trzymać składników odżywczych, by wyrosnąć na takie bydle, jak tamte? Jestem wykończony po całym dniu walki, a to działa jak niezwykły otrzeźwiacz. Jegor przetarł nadgarstkiem wyrastające spod jego nosa, wilgotne krucze pióra, kilka kropel larwiego napoju spływało mu jeszcze z warg na zarośniętą brodę. Wyciągnął zza pazuchy pustą butelkę po gorzale, podszedł do następnych larw i wycisnął jeszcze dwie. Butla była napełniona po sam korek przezroczysto zielonkawym płynem. - A to na później. Chcesz trochę? - To poniżej jakichkolwiek norm! - Hah - Jegor zaśmiał się pod nosem - nie umoralniaj mnie. Właśnie wyrżnąłeś całą kolonię mrówek na swoje widzimisię. Ja po prostu też chcę coś z tego mieć. Niejeden szlachcic z zachodnich stepów zapłaci mi fortunę z choćby naparstek tego napoju. - Robiłem co musiałem dla swej ojczyzny, by na tych ziemiach mógł panować spokój i porządek. Ty z kolei nie kierujesz się absolutnie żadnymi zasadami poza własnym dobrobytem. - Porządek? Zasady? Czy nie widzisz do czego one prowadzą? Tam ponad nami, wznosi się obóz ciemiężców, czy takiego porządku szukasz? Rygoru? - Istnieje jednak umiar. Nie wszystko musi być sprowadzane do ekstremów. Dudniący szmer przerwał im niespodziewanie rozmowę, nie byli pewni skąd dobiegał. Czy po drugiej stronie ściany była jeszcze jedna komnata? Czy coś nadbiegało z rampy? - Mniejsza z kłótniami - uciął Jegor - coś nadchodzi i powinniśmy się stąd jak najszybciej ulotnić. Ruszyli wspinać się po rampie. Lepka powierzchnia pomagała się im utrzymać w miejscu, lecz wzrastał w nich niepokój. Nie mieli już prawie żadnych zapasów, a szmer stawał się coraz bardziej donośny i rozległy. Gdy byli już u szczytu, od razu rzucili się do biegu. Kręcili się po korytarzach, raz w prawo raz w lewo, raz ciaśniej, raz szerzej, ale nigdy wstecz, gdyż szmer nie odstępował ich na krok. Znaleźli się nagle w ślepej uliczce, desperacko rozglądali się i macali ściany w poszukiwaniu szczelin. Seweryn spojrzał w górę. Na końcu korytarza znajdował się szyb prowadzący pionowo w górę. Jegor pierwszy zaczął się wspinać. W szybie było jak w kominie, jego pierś i plecy nieustannie stykały się ze skałami. Trudno było zgiąć kolano, czasem wisiał w powietrzu, tylko dzięki sile swych ramion. Byli prawie u szczytu, jasność blado przebijała się przez sufit, lecz nagle Jegor spostrzegł, iż wyjście zapieczętowane jest lodową czapą. - Wyjście zamarzło na kość! - Jegor rzucił informację w dół. - Kuj sufit szablą! - krzyczał Seweryn - Szybko, są już tuż, tuż! - Nie mam, królowa mi ją roztrzaskała. - Dam ci swoją, czekaj! Seweryn oparł się stopami i zadem, by nie runąć w kominie. Ciężko było wyprostować u szczytu ramiona w łokciach, a co dopiero wyciągnąć sztywną szablę z równie sztywnej pochwy. Szło to mozolnie, Pilecki co rusz musiał zmieniać ustawienie ramion, a płaz szabli niebezpiecznie prześlizgiwał mu się. Najpierw po piersi, a później po karku. Pałasz w końcu był wyciągnięty, lecz trzeba było go jeszcze podać i obrócić sztychem do góry, nie dźgając przy tym towarzysza, ani siebie. Kapitan wyprostował rękę najmocniej jak mógł, trzymał szablę za płaz, aż Jegor wreszcie złapał. Sztych i głownia obijały się o ściany pionowego szybu. Jegor próbował obrócić pałasz raz trochę wyżej, raz trochę niżej, ale nie mógł znaleźć dość szerokiego miejsca. W końcu chwycił za sztych rękawicą, okazało się, że miejsca starczy, ale tylko tuż przy obojczykach Jegora. Ostrze niemal ocierało się o gardło Halyjczyka, a gdy już pionowo je prostował, zaciął nawet lekko skórę. Teraz jednak nie zważał na stróżkę krwi, rył z całych sił sztychem w lodzie. Drobne promienie przedzierały się już przez czapę, szczelina nad głowami powiększała się, była już na tyle duża, by pomieścić Jegora, a więc i Seweryn się zmieści. Ataman wystawił rękę ponad jaskinię, rzucił w śnieg szablę i kurczowo złapał się krawędzi szczeliny. Podciągnął się, był na powierzchni. Podał rękę towarzyszowi, postawił go obok siebie. Rozświetlona jama ukazywała gnające za nimi chmary mrówek. Jegor chwycił szablę i wraz z Sewerynem pierzchli hen za horyzont. Biegli chyba z dwa kwadranse, nie oglądali się, w końcu jednak i halyjski hart ducha się wyczerpał i Jegor przystanął, odwrócił się do zostawionych przez nich na śniegu śladów. Nie widział nic, prócz okalających ich drzew. - Chyba je zgubiliśmy, jesteśmy bezpieczni - mówił zdyszany ataman, próbował złapać oddech. - A co teraz? Sam w obozie mówiłeś, że jesteśmy na pustkowiu. - Nie zostało nam nic innego, niż iść na zachód, aż do skutku. Chyba, że chcesz tu siąść, zamarznąć i umrzeć z godnością. - Nie, godnie by było walczyć do końca. - Też tak sądzę - Jegor rozpiął najwyższy guzik kożucha i wyciągnął coś zza pazuchy - obiecałem ci chyba zostawić coś na ból głowy. Masz, zostało jeszcze pół butelki gorzały. - Ha! Przydałoby się czymś rozgrzać - Seweryn pociągnął łyk z gwinta. I ruszyli wkrótcę ku zachodowi, torując baczmagami śnieg, wprost do chylącego się za horyzont różawego Słońca.
-
- Wstawaj natychmiast! - krzyk nieznanego mu głosu wyrwał go ze snu - namiestnik cię wzywa, no już, nie ociągaj się! Siłą postawiono Seweryna na nogi, wszyscy inni wewnątrz jeszcze spali. Z izby wyciągnęło go dwóch sepentriońskich strażników, ciągnąc go za ramiona. Słońce dopiero wspinało się ponad horyzont, malując szarówkę na śnieżnym płótnie. Rzucono go za próg murowanej chaty i wskazano jedno z pomieszczeń. Seweryn odchylił drzwi, w pomieszczeniu za nimi siedział namiestnik Gorbunow. Strażnicy posadzili kapitana przy stole. Gorbunow przeciągnął się na krześle i stęknął cicho, gdy jego stare kości strzelały jedna po drugiej. - Mamy sprawę do szanownego pana kapitana. - Czego mości pułkownik carski może chcieć od prostego, lechickiego żołnierza? - Nie zgrywaj durnia, wojna jest i lepiej byś waść docenił moją łaskę. Sprawa jest prosta, możemy nieco ulżyć kapitanowi cierpień, jeno języka potrzebujemy. Daj nam świeże informacje o ruchu wojsk lechickich. - Nie zrobię tego, choćbym miał w kopalniach umęczon paść. - Nawet u boku swego śmiertelnego wroga? - O czym pułkownik rzecze? - Pilecki uniósł brew lekko skonsternowany. - Jegor Dynmo, Krwawy Ataman, przypomniało mi się - rzucił zadowolony namiestnik - od niego słyszałem pierwej twoje nazwisko. Siarczystej mowy przy tym używał. Na twoim miejscu, drogi kapitanie, bałbym się o własne gardło. To jak będzie? Zdradzisz nam to i owo o swoich rodakach? Seweryn trawił wewnątrz siebie tę informację. Milczał dłuższą chwilę, wpatrując się w blat stołu. Dynmo… Wszystko by się zgadzało… - Domyślałem się już tego. Odpowiedź brzmi nie. Gorbunow cmoknął ustami i westchnął głęboko, również i on miotał się z myślami. Palcami wybijał na stołowym drewnie stały rytm. Rzucił w końcu złowrogie spojrzenie na Pileckiego. - Przetasujcie nieco mości kapitanowi myśli. Wtedy jeden ze strażników chwycił Seweryna za tył głowy i gwałtownym ruchem przybił jego czoło do stołu. - I jak teraz? Powiesz coś więcej? - Idź do Welesa. - W porządku, ale z naszej dwójki to ty będziesz znacznie bliżej Welesa - odwrócił głowę do strażnika - rzućcie go znów na roboty w kopalni, do następnego ranka zmięknie. Jeśli nie, to rano będziemy naszego gościa przypiekać - Sepentrionowie ruszyli z Sewerynem za próg pokoju, nagle jednak namiestnik zatrzymał ich na jeszcze jedną chwilę - i pamiętaj, że wydobywając dla nas złoto, znacząco przyczyniasz się finansowo do wygranej cara! Odprowadzono Seweryna do izby. Gdy wepchnięto go za drzwi, więźniowie budzili się już do życia. W powietrzu dało się momentalnie wyczuć, jaka beznadzieja panuje w pomieszczeniu. Ci ludzie doznawali katorgi znacznie dłużej, dla Seweryna wciąż zdawało się nierealne, iż wkrótce cały dzień robót powtórzy się, a potem znowu i znowu, przez miesiące lub lata, nim ciało całkowicie odmówi. Przyglądając się wszystkim, jego wzrok w końcu padł na prycz w ustronnym kącie izby, gdzie pełen sił prostował się nieznajomy kompan. Siedział na krawędzi, gdy Seweryn zbliżył się do niego. Spojrzeli po sobie, jakby obaj już wiedzieli co każdy z nich powie. - Czemuś mi wczoraj pomógł? - Tobie? A co miałem zrobić? Postawili cię tuż obok mnie, sypaliśmy złoto do jednej skrzyni. Gdybym przez ciebie nie zdołał jej napełnić do końca dnia, wybatożyli by mnie. Zwyczajnie dbałem o własny interes - spojrzał teraz w górę na Seweryna, jego w włosy rozczesały się, ukazując kapitanowi dobrze znaną mu twarz. Za czupryną nie krył się nikt inny jak Jegor Dynmo. - Zapomniałeś już chyba jak moi chłopcy musieli cię ongiś połatać. I z jaką wdzięcznością się odpłaciłeś? Gdzie jest Włóczka Doli? - Nie trudno na stepie znaleźć kupca artefaktów, już pewnie nie jedno może przebyła. Miło było widzieć w jamie jak ucieka z ciebie żywo duch. - Ostatnim razem to ty skomlałeś jak pies, gdy stanęliśmy do szabli. - Gdybym nie był wówczas poharatany, skończyłbyś bez gardła. - Takiś pewien? A rzekomo to w Lechitach jest niezdrowa duma. Jegor powstał raptownie z pryczy. Jego oczy buchały żywym żarem. Dwójka mężczyzn pożerała się wzrokiem, obaj byli zdeterminowani do wszystkiego. - Chcesz się przekonać? Wiedz, że tym razem jeno jeden z nas ujdzie żyw. - Gdybyś tylko ciął tak szablą jak językiem. Pewno znów pierzchniesz jak zając! Na to Jegor już nie wytrzymał. Krew gotowała się w atamanie, cała para buchnęła w jednym momencie. Szybki wymach ręką i złożona w stalowy uścisk pięść wystrzeliła prosto w żuchwę Lechity. Seweryn jednak nie dał się zaskoczyć, dobrze wiedział, że prędzej czy później Jegor skoczy mu do gardła, wolał więc sam przyspieszyć ten moment. Odskoczył w tył, choć cios atamana był na tyle szybki, że Seweryn zachwiał się nieco z pośpiechu na nogach. Kolejne ciosy leciały w jego stronę, a on póki co mógł się tylko wycofywać. Tłum począł zbierać się wokół nich, wynudzeni własnym żywotem skazańcy wyczuli krew. Jak hieny na żer, nakreślili wkrótce własnymi ciałami krąg, tworząc granicę ringu dla tego baletu śmierci. Seweryn nie miał już miejsca na ucieczkę, musiał wnieść gardę i kontratakować. Kapitan Lechitów dobrze wiedział, że Jegor góruje nad nim czystą, brutalną, stepową siłą. Nie byłoby to problemem w walce na szable, gdzie od siły ważniejsza jest finezja. Tutaj jednak nie był pewien swojego wyszkolenia. Nie walczył ze zwykłym człowiekiem, walczył z ucieleśnieniem najdzikszego żywiołu, które stało się jednocześnie jego śmiertelnym nemesis. Przyją w końcu cios na przedramię, oddał w bark atamana, ten nie czekał i grzmotnął w bok torsu. Cios za ciosem, wymieniali się jak w kantorze. Seweryn odczuwał to oczywiście bardziej, musiał się dotkliwiej naprzykrzyć przeciwnikowi. Udało mu się w końcu przebić i zetrzeć knykcie o zarośnięty policzek Dynmo, ten splunął naonczas krwią. Jucha spływała mu z warg grubymi kroplami, ten cios wyraźnie Halyjczyka rozsiarczył. Zaraz obaj się splątali, jeden drugiego próbując obalić na ziemię lub przydusić. Seweryn przy tym przyjął kilka kopniaków w brzuch, czuł już, że słabnie i jego wygrana miała coraz to niklejsze szanse. Zamroczyło go gdy Jegor rozkwasił mu prawym prostym nos. Ponownie się splątali, gdy całe zajście przerwało przybycie strażników. Sepentrionowie widząc co się dzieje, ustawili się w dwa rzędy. Strażnicy na tyłach wystrzelili z arkebuzów w sufit, na przedzie z wyrachowaną gotowością czekali na rozwój sytuacji. Więźniowie, którzy wiwatowali w kole podczas walki, teraz się rozstąpili. Czwórka strażników wyskoczyła naprzod, by rozdzielić zwaśnionych więźniów, obaj szamotali się jak dziki w sidłach. Jegor dostał kolbą przez głowę, Seweryn oberwał w brzuch. Obaj rzuceni zostali przed izbę i zakuci w łańcuchy. Dzień wracał do normy, po jakichś dwudziestu minutach cały obóz ruszył w marszu do kopalni z linami ciągnącymi sanie w dłoniach. * * * Huk i trzask niósł się echem po wilgotnych korytarzach. Tylko huk i trzask, gdyby nawet mogli to nie pisnęliby do siebie słowem. Jeden drugiemu mógłby teraz rozłupać czaszkę kilofem, żadnemu jednak nie przeszło to przez myśl. Obaj mieli ambicję, by pokonać oponenta w uczciwym pojedynku, cała więc energia płynąca z nienawiści, skupić się musiała na ryciu w skale. Grudy złota padały wokół stóp, mieszając się wśród pyłu i kamieni. Co jakiś czas wynosili pod dźwig skrzynię pełną odpadów, a w międzyczasie rosło również bogadztwo drugiej skrzyni, połyskującej złotą zawartością. Niejeden chichot Doli splątywał już ku sobie losy na pozór nieodpowiednich ludzi, zawsze zdawała się ona boginią nadwyraz cyniczną. Mało kto jednak potrafił dostrzec w tych figlach szersze znaczenie. Z dali zdawało się dobiegać nagminne wołanie, dochodziło bodaj z jamy po drugiej stronie dna. Kilku sepentriońskich strażników potruchtało w tamtą stronę, będąc wyraźnie zaalarmowani. Rytmiczne grzmoty kilofów ustały w tamtych okolicach, zamiast tego między ścianami odbijał się gwar. Coraz więcej chaotycznych głosów, coraz więcej skonsternowania, coraz więcej niewiadomych i niepewności. Zeszło jeszcze trochę strażnikow, każdy tym razem niósł ze sobą rozżażoną pochodnię. Zaaferowane głosy nasilały się. Skrzynia Jegora i Seweryna była już po brzegi wypełniona złotem. Strażnik, któremu kazano zostać na stanowisku zezwolił na wyniesienie skrzyni. Odpiął ich od reszty górników. Zataszczyli skrzynię tuż pod dźwig, skorzystali wtedy z okazji, by sięgnąć wzrokiem do drugiej jamy. Nie ujrzeli jednak zbyt wiele, poza tym czego mogli się domyślić z dochodzących dźwięków. Duże skupisko ludu skotłowało się w jednym punkcie korytarza, strażnicy przepchnęli się przez gawiedź i rzucili nieco światła, przychylając pochodnie do ściany. Ciche tykanie przebijało się przez głosy górników, jakby ktoś kijkami stukał o skałę. Kilkoro górników przepchnęło się ma zewnątrz zgromadzenia. Ich twarze były wykrzywione w groteskowy grymas, który mógł zaistnieć tylko u człowieka oszalałego z przerażenia. Ci ludzie uciekali, lecz nie tyle biegli, co raczej miotali się między skalnym pyłem. Do uciekinierów dołączali kolejni, aż w końcu górników ogłuszył nagły huk wypalonego arkebuza. Wszyscy poczęli wycofywać się z tunelu, w prześwitach między ludźmi Seweryn zauważył głęboką szczelinę w ścianie, zaraz wybiegło z niej kilku strażników. Rozległ się kolejny huk, Sepentrionowie, którzy wyłonili się ze szczeliny, nieśli rannego towarzysza, z jego gardła wyzierał się agonalny wrzask. Ktoś padł na ziemię, wybiegając ze skalnej wyrwy. Tykanie patyków zmieszało się z dudniemem obijających się obcasów baczmagów, ale to tykanie zdawało się coraz bliżej. Wtedy po truchle zalegającym w szczelinie przepierzchło stworzenie, o'ciemnym obliczu, więc zlewało się z mrokiem jamy, ale z dala wyglądało na rosłego psa. Zaraz za nim wyłoniło się drugie, potem trzecie, a za nimi wylazło ich tyle, że każdy stracił już rachubę. Jegor i Seweryn porzucili skrzynię, pierzchli wspinać się po spirali głównej jamy. Strażnicy wrzeszczeli, by się nie zatrzymywać, wskakiwali jak najszybciej na spiralę, ponaglając górników. Jeden ze strażników został na dnie, wbiegł do przeciwnej jamy, by ostrzec tamtejszych górników, lecz było już za późno. Stwory wbiegły do głównej groty, ukazały się wtedy w pełni swojej okazałości. To były ogromne mrówki, które przebierały patyczkowymi nóżkami z potworną prędkością. Zalały one całą główną jamę i gdy górnicy z niedawnego stanowiska Jegora i Seweryna chcieli ratować swe życie, zostali w trymiga odcięci od jakiejkolwiek drogi ucieczki. Żuwaczki mrówek rozszarpywały kończyny, ich smukłe ciała obalały górników na ziemię. Pogrom był już nieunikniony. Ku zaskoczeniu uciekinierów, kończyny poległych kompletnie znikały, gdy mrówki dorwały już nieszczęśnika. Zdawało się również, że niektórym brakowało sporych połaci ubrań i skóry. Czy owady tak szybko ich pożerały? Wraz z wznoszeniem się spirali, strażnicy alarmowali kolejno pomniejsze jamy, tłok na pochyłej powierzchni utrudniał coraz bardziej poruszanie się. Mrówki w tym czasie poczęły wspinać się po pionowych ścianach, błyskawicznie doganiając górników. Seweryn i Jegor biegli na przedzie, nagle się jednak zatrzymali, gdy kilka stworów stanęło tuż przed nimi. Garstka górników wyprzedziła zwaśnionych wojowników, jednak również i oni stanęli jak wryci na widok zagrożenia. Nie zdążyli już jednak uniknąć śmierci, mrówki rzuciły się na nich. Teraz z bliska Seweryn widział, jak z między żuwaczek mrówki spluwały osobliwym gęstym płynem. Struga mrówczej śliny oblepiła przedramię jednego z górników, nagle płyn zaczął się przepalać przez jego ubrania, a gdy zabrakło już tkaniny i wełny, skóra ofiary odzielała się od ścięgien. Warstwa po warstwie, żywa tkanka rozpuszczała się, aż o ziemię stuknęło kilka wygładzonych fragmentów kości. Pozbawiony ręki górnik padł jak rażony piorunem, wrzeszcząc z bólu przez cały proces topnienia ręki. Jegor skorzystał z okazji, wyrwał kilof z drugiej, zdrowej ręki górnika. Mrówkia wspinała się po jeszcze wijącym się ciele swojej ofiary, wtedy ataman zamachnął się ponad swoim barkiem, roztrzaskując jednocześnie mrówcze cielsko i klatkę piersiowę nieszczęśnika, zamykając w ten sposób mu rozdartą gębę. Dziób kilofa ugrzązł w ciele. Gdy Jegor szarpał za trzonek, próbował go wznieść, głowica wkrótce jednak się ułamała, była cała przepalona i narzędzie stało się bezużyteczne. W końcu w przód wyskoczyli strażnicy. Próbowali przebić się przez potwory pałaszami, chwilami dochodziło to do skutku, lecz szable po paru ciosach poczęły się gwałtownie tępić i szczerbić. Małej grupce przetrwańców, złożonej ze straży, udało się jednak przebić. Dwóm więźniom operującym dźwig kazali wciągnąć zebrane dotychczas złoto. Kilku z nich stanęło przy kołowrocie, by pomóc wynieść skrzynie, większość jednak pobiegła od razu do wyjścia. Kołowrót turkotał, a masy ludzkie zagęszczone na spirali powoli topniały. Jegor rozglądał się za ratunkiem, mrówki były już coraz bliżej niego, aż nagle coś sobie uświadomił. Dał susa ku krawędzi spirali, sięgnął wzrokiem w dół, platforma ze złotem niezgrabnie gramoliła się wzyż, to była ostania szansa ma zachowanie życia. Cofnął się o parę kroków, chciał już wziąć rozpęd i dać następnego susa, jednak nagły doraźny dźwięk powstrzymał go. Uświadomił sobie, że przez ten cały czas przykuty był do Seweryna, a po całym tym zamieszaniu nic nie zmieniło się w tej kwestii. Szarpnął gwałtownie za łańcuch, wyrywając swojego nemesis z oszalałego tłumu. Stety bądź niestety Seweryn jeszcze dychał i był szarpnięciem łańcucha bardzo zaaferowany. - W takim momencie porachunków ci się zachciało? - wybuchnął Pilecki do Jegora. - Słuchaj mnie teraz szlachetko - odszczekał dosadnie ataman - martwy będziesz dla mnie tylko większym obciążeniem, a ja mam sposób, by się z tego zamieszania wykaraskać. Dźwig się wznosi, a my jesteśmy do siebie przywiązani. Na mój znak skaczemy na tamtą w dole platformę. Musimy tylko skoczyć w ostatniej chwili, by nikt za nami nie podążył, inaczej lina nie wytrzyma i wszyscy polecimy na żer mrówkom. Skaczemy na mój znak. Seweryn skinął tylko głową porozumiewawczo. Stanęli obok siebie, gdy śmierć kroczyła tykając na patyczkowatych nogach. Cierpienie rozsiane było po wszystkich stronach, swąd palonego przez kwas mięsa uderzał do nozdrzy. Tylna krawędź platformy ze skrzyniami wyłoniła się już przed ich oczami. Jegor odliczył, “Na trzy!” i skoczyli niemal w równym czasie. Podeszwy baczmagów uderzyły o drewno platformy, całość zachybotała się na linie, dwie skrzynie wypadły i rozbiły się o chitynowe, mrówcze cielska. Seweryn złapał się chyżo liny, Jegor jednak wylądował bliżej krawędzi, chwiał się na nogach, a platforma uchylała się zdeczka pod jego ciężarem. Seweryn wciąż ściskając linę w dłoni, wyciągnął wolną dłoń w kierunku przymusowego towarzysza. Tym razem to on szarpnął za łańcuch i postawił Jegora na nogi, stali tuż obok siebie. Razem wznosili się ponad głowy całej reszty, ponad panujący w lejku chaos. Żywoty rzedły na ich oczach, wszyscy pozostawieni w beznadziei i tylko oni, samotni na platformie. Turkot ucich, gdy byli już na szczycie. Operatorzy dźwigu zdawali się być skonfundowani niespodziewanymi pasażerami. Owi wyskoczyli jak rysie na stały grunt, ponownie wprawiając platformę w dygotanie. Wtem Sepentriońscy strażnicy wymierzyli do nich zimnymi lufami arkebuzów. - Brać się za skrzynie! - krzyknęli do kapitana i atamana. Jegor jednak nie zamierzał słuchać. W mig skoczył za plecy jednego z dźwigowych i pchał go w przód, by skrócić dystans. Sepentrionowie odpowiedzieli na to ogniem. Cztery lufy buchnęły żywym ogniem, wypluwając z siebie rozgrzany ołów. Dźwigowy nieszczęśnik posłużył atamanowi za żywą tarczę. Nim z ciała uleciał jeszcze duch, Jegor rzucił dźwigowego wprost na jednego ze strażników. Sepentrion padł przygnieciony nagłym ciężarem. Reszta zaczęła uciekać, spostrzegli nowe zagrożenie, mrówki wspinały się już na szczyt jamy. Powalony Sepentrion próbował się wygramolić spod trupa i gdy już wstał i chwiejnym krokiem zwócił się do wyjściowego korytarza, Jegor oplątał jego szyję łańcuchem. Szli tak wzdłuż korytarza, Sepentrion wierzgał się, bił gryzł, ale nie potrafił uwolnić się z uścisku, nie ważne jak się starał. W końcu siły go opuściły, ciało zwiotczało. Ataman chwycił w dłonie arkebuz pokonanego, rzucił szybko pałasz Sewerynowi i obaj biegem ruszyli do wyjścia. Biegnąc tunelem usłyszeli jednak przed sobą następny turkot. Śnieżny blask oślepiał ich przyzwyczajone do półmroku pochodni oczy. Nie widzieli co dokładnie, ale byli pewni, że coś przed nimi stoi. Wzrok się na chwilę wyostrzył. Jegor zauważył na wylocie rząd Sepentrionów z wzniesionymi lufami. Tuż przed nimi biegli jednak jeszcze strażnicy, którzy porzucili swego pobratymca. - Padnij! - wrzasnął Jegor. I obaj z Sewerynem rzucili się płasko na ziemię. Słyszeli tylko salwę arkebuzów i ciche jęki rozstrzelanych wartowników. Nie przesłaniali już widoku, Jegor przyzwyczaił się do bieli świata zewnętrznego. Widział jak strażnicy u wylotu ściągają płachtę z tajemniczego urządzenia. To armata! - Strzelać w sufit! Zawalić tunel! - krzyczał ktoś na końcu tunelu. I ryknęła ognista bestia, a po ryku zapanowała głuchota. Jegor i Seweryn leżeli oszołomieni, trzymając się za głowy, chroniąc je przed spadającymi kamieniami. Pył uderzył ich po oczach, prawie nic nie było widać. Czuli tylko jak podłoga się trzęsie, cyklicznie coś wibrowało tuż obok ich ciał. Gdy wszystko ustało i przetarli powieki, jasność śnieżnej bieli już zniknęła, tunel był zatkany gruzami. Słuch powoli wracał, znów tykanie patyczków narastało zza ich pleców. Zguba nadchodziła w nadwyraz szybkim tempie. Stanęli obaj na nogi, by śmierć przyszła z godnością, twarzą w twarz z potwornościami z głębin podziemi. Nim jednak Jegor się odwrócił, zauważył, że pogrzebane zostały z nimi ciała rozstrzelanych wartowników. Dał susa do jednego z nich, rozpiął mu kożuch, szukał czegoś za pazuchą. W głowie modlił się do Doli, by stereotyp okazał się prawdziwy. Jest! Butelka pełna gorzałki. Parę metrów dalej leżała niedopalona pochodnia. - Chwyć w rękę łuczywo i rzuć je na mój znak! - zakomendował Sewerynowi. W tym czasie rzucił gorzałę w głąb tunelu, butelka roztrzaskała się, obryzgując ściany i podłogę płynem o ostrym i otrzeźwiającym zapachu. Skoczył jeszcze do drugiego trupa i trzeciego, rozpinał kożuchy. Pusto! Mrówki tykały nóżkami coraz głośniej. Czarna chmara wyłaniała się z ciemności, niemal zlewając się ze wszystkim wokół. Seweryn podbiegł do Jegora z łuczywem w ręku. - Widzisz te odłamki szkła? Rzucaj ogień! No już, teraz! I sprężystym zamachem ramienia, kapitan cisnął tlące się łuczywo w otchłań. Nagła fala ciepła buchnęła przetrwańcom w twarze, czoła spłynęły im potem. Ogień tlił się w ich oczach, wypełniając przestrzeń, a kopalniane potwory kwiliły trawione przez pląsające jęzory żaru. Reszta mrówek wycofała się, wyczuwając wyraźnie podwyższoną temperaturę. Zagrożenie oddalało się, a Jegor wraz z Sewerynem siedli zdyszani na ziemi.
-
- fantasy
- magia i miecz
-
(i 3 więcej)
Oznaczone tagami:
-
Kibitka podskakiwała nieustannie na skostniałych grudach śniegu, a za tym wtórował niczym echo brzdęk łańcuchów. Również i co raz rozbrzmiewał cichy jęk, gdy obolałe barki skutych jeńców obijały się o siebie. Turkot gramolących się po nierównościach płóz, huczał im po czaszkach, dopełniając kakofonię. Sunęli nieprzerwanie w dal, na północny-wschód od stepu, już dawno przestępując granice kraju Sepentrionów, a im większą odległość przemierzyli, tym coraz bardziej rzedły gwary przejezdnych wiosek. Wzmagał się też mróz, szczypiący najbardziej po nosie, uszach i koniuszkach palców. Spodziewano się, iż kilku więźniom może ubyć nieco paznokci jeszcze przed kresem podróży. Więźniowie kibitki byli mieszanką odmiennych losów i narodowości. Nie brakowało halyjskich zbójów, sepentriońskich obywateli, oskarżonych o szpiegostwo, czy zdradę cara, byli też lechiccy i estowscy jeńcy, którym udało się uniknąć śmierci na polu bitwy, choć przyszłość żadnemu z nich nie wydawała się łaskawa. - Mamy tu okaz specjalny - mówili do siebie z zadowoleniem sepentriońscy strażnicy - lechicki oficier, nasi chłopcy się umęczyli, by go porwać żywcem z bitwy. - Jak mu było? Kapitan Pilecki? - Jakoś tak. Mało znany sołdat, choć pono rębacz nie ciemięga. Ale co my się będziem głowić, imionami zajmą się urzędasy na miejscu. Ta krótka wymiana zdań przeleciała mimo uszu samemu pojmanemu oficerowi. Próbował on w tym czasie rozkrzesać choć odrobinę ciepła w swych dłoniach, będąc jednocześnie wyczerpany z głodu. Wszystko, co się wokół niego działo przez ostatnie kilka dni, zdawało się być tylko niewyraźnym snem. Myślał tylko, jakie miał szczęście, że zachował jeszcze pełen komplet palców. Był świadkiem, jak jeden z Sepentrionów w kibitce, nie widząc już więcej pożytku ze zdrętwiałych mięsnych patyków, sam je sobie odgryzł, by tylko zapełnić żołądek na jeden dzień dłużej. Pilecki wtedy obiecał sobie, że taki nie będzie, jeśli musi umrzeć, to przynajmniej spróbuje zachować swoją godność. Niespodziewanie, kibitka zatrzymała się, za ścianami rozlegało się rytmiczne chrupanie ugniatanego baczmagami śniegu. Nagły błysk światła przyprawił kapitana o chwilowy ból głowy, drzwi kibitki rozwarły się na oścież, i tylko ciemna, niewyraźna plama o kształtach strażnika majaczyła wśród bezkresnej bieli. - Postój - krzyknął stanowczo, lecz bez emocji sepentrioński strażnik - możecie się odlać, jeśli wciąż macie czym. Kości więźniów strzelały, niczym łamiące się belki, pierwszy raz od kilku godzin mogli powstać ze swoich miejsc. Słaniali oczy rękawami, ciemność panująca w kibitce kontrastowała ze śnieżną jaskrawością zewnętrznego świata. Wiatr był nikły, jak przez całą drogę. Każdy korzystał z okazji, by zaciągnąć jak największy wdech, choć wszechobecny, skrajny chłód kłuł ich w płuca. Nie zważali jednak na to, uwolnili się, choć na chwilę od woni zmurszałej stęchlizny i potu. Odeszli niewielki kawałek od wozu, pobrzękując łańcuchami przy każdym kroku. Dwóch strażników nie odstępowało ich na krok, ściskając arkebuzy w otulonych w wełniane rękawice dłoniach. Trzeci został przy wozie, by wymienić konie w uprzęży. Kapitan Pilecki myślał już, iż za chwilę ich dotychczasowi stróżowie odegrają rolę katów, rozstrzelają ich i porzucą na tym lodowym pustkowiu. Tak się jednak nie stało, strażnicy rzeczywiście chcieli przy okazji postoju zadbać o potrzeby więźniów. Stojąc tak w rzędzie, zwróceni w jedną stronę, kapitan Seweryn spostrzegł coś osobliwego na horyzoncie. Niemal czarna plama pośród rozległego puchu. Szturchnął łokciami sąsiadów, wskazał wzrokiem na obiekt. Para ulatniająca się z ust przesłaniała im nieco widok, lecz nie było wątpliwości, iż nie jest to żadna fantasmagoria. Coś rzeczywiście znajdowało się hen na środku pustkowia. - Wszyscy widzą to co ja, prawda? - Szepnął do towarzyszy w niedoli Seweryn Pilecki - Jak maczek w worku mąki, nie da się przeoczyć. - Prawda to, jak Peruna kocham, ja też widzę, jest tam co! - odpowiedział jeden Halyjczyk. - Powinniśmy to sprawdzić, co panowie strażnicy na to? - Dobra, naprzód! - powiedział jeden z Sepentrionów po namyśle - Nie ociągać się tylko, bo nie płacą mi za szperanie po pustkowiach. Dobre pół godziny minęło nim przebrnęli przez zaspy. Obiekt jednak stopniowo zwiększał się na ich oczach, choć początkowo trudno było ten fakt zauważyć. Pocieszało ich jedynie, że po już utorowanej drodze, łatwiej będzie im wrócić. Czarny obiekt nabierał już coraz wyraźniejszych kształtów, zaraz byli już tuż obok niego, część więźniów patrzyła teraz z niedowierzaniem. Stanęli ledwie kilka kroków od zamarzniętej czarnej bryły. To, co ujrzeli, było skorupą wychłodzonego stworzenia, wielkości wyrosłego psa. Ciało jednak nie miało sierści, jego powierzchnia była cała gładka i przypominała organiczny pancerz. Ciało miało trzy główne segmenty, z czego środkowy był najsmuklejszy i wyrastało z niego sześć patyczkowatych odnóży. - Czy my patrzymy na gigantyczną mrówkę? - szeptał do siebie skołowany Seweryn. - Starczy ferajna, zbieramy się z powrotem w trasę, zmarnowaliśmy tu tylko czas! - krzyknął sepentrioński strażnik. Nim się spostrzegli, byli już na powrót w kibitce. Krótki spacer otrzeźwił nieco ich umysły. Ruszyli wkrótce i ponownie rozległ się turkot obijanych o grudy śniegu płóz. * * * Kibitka gnała, ciągnięta wciąż i wciąż siłą końskich mięśni, gnała resztę dnia i całą noc, a zatrzymała się dopiero, gdy nastał ranek. Wtedy też się okazało, iż są już u celu. Drzwi ponownie otworzyły się przed więźniami, strażnik kazał wszystkim wysiadać. Znaleźli się teraz u wrót obozu, brama właśnie się za nimi zamykała, a zewsząd otaczała ich palisada. Wewnątrz fortyfikacji wznosiło się kilka podłużnych domków, po drugiej stronie obozu stał krótszy, ale szerszy i piętrowy budynek. Nieopodal było też kilka mniejszych, bądź większych budynków, wyglądających na coś w rodzaju składów. Wzdłuż palisady wznosiły się też w szerszych odstępach wieże strażnicze. Ludzi nie było zbyt wiele, jak na rozmiary tego miejsca. Kręciło się kilku wynędzniałych męczenników, dokonujących napraw, przenoszenia ładunków i podobnych robótek. Wszędzie rozstawieni byli l strażnicy, lecz również było ich mniej, niż można by się tego spodziewać. Gdy wszyscy wgramolili się z kibitki i wyprowadzono ich na główny plac, z piętrowego budynku wyszedł mężczyzna w dostojnym, ciepłym kożuchu. Ludzie w sepentriońskich mundurach stawali przed nim w rzędach i salutowali z mechaniczną precyzją, nikt nie śmiał przed nim drgnąć palcem, choćby i na milimetr. Ustawiono nowo przybyłych w rzędzie, dostojnik zatrzymał się przed nimi, stawiając ciężko kroki, srogo rzucił wzrokiem od jednego końca na drugi, po czym odchrząknął. - To nowy nabytek? - zwrócił się do jednego ze strażników, a gdy ten kiwnął twierdząco, dostojnik kontynuował - Nazywam się pułkownik Aleksiej Gorbunow, jestem namiestnikiem tego obozu. Ludzie, których widzicie są moimi uszami, oczyma i rękoma, ale to ja jestem własnymi ustami i tylko ja, ponieważ to JA tu rządzę i MOJE słowo jest niepodważalne. Musicie wiedzieć jedno, przyzwyczajcie się do życia tutaj, ponieważ innego już nigdy nie zaznacie, chyba, że na Bezkresnych Polach Welesa. Póki co jednak, macie mi się głośno i wyraźnie przedstawić, po kolei! Namiestnik przestępował powoli z nogi na nogę, każdy musiał wypowiedzieć swoje imię i zawód z czasów wolnego życia. Jak lustrzane odbicie podążał za namiestnikiem tęgi wartownik, tyle, że był za plecami więźniów. Cały czas ściskał kurczowo arkebuz, jakby miał być gotowy do oddania strzału. Więzień za więźniem wykrzykiwał swe nazwisko, namiestnik zdawał się z tego zadowolony, aż do czasu. - Kto ty? - pytał więźnia Gorbunow. - Grigori F-F-Fio-dorow. Namiestnik skinął głową na swojego towarzysza. Strażnik dotychczas spokojnie podążający za Gorbunowem, wznósł arkebuz ponad głowę i stłukł kolbą jąkającego się więźnia, tamten kulił się pod naporem ciosów, a gdy strażnik skończył, postawił go z powrotem na równe nogi. - To może jeszcze raz. Kto ty? - Grigori Fiodorow - tym razem odpowiedział całkowicie płynnie - cieśla ze stolicy. - Tak lepiej, bierzcie wszyscy przykład! - i podszedł do następnego - Kto ty? Namiestnik wypytywał tak każdego, aż doszedł w końcu w szeregu do Seweryna. Przeżarł go uważnie wzrokiem i stanął w zadumie, od razu poznał, że to nie byle obdartus przed nim stoi. - Kto ty? - rzucił udając brak zaciekawienia. - Kapitan Seweryn Pilecki, w służbie mości wojewody, Witolda Nadgórskiego. - Pilecki… Pilecki… obiło już mi się gdzieś w obozie to nazwisko o uszy - i stanął w zamyśle przed Sewerynem. - Mości namiestniku, co robimy z nowymi więźniami? - przerwał strażnik po krótkiej pauzie dostojnika. - Sam ranek jest, więc rzućcie ich od razu na roboty, szybciej się zaklimatyzują - po czym ruszył dalej wzdłuż szeregu - a tego bez palców pod ścianę. Wkrótce namiestnik odszedł do swojej kwatery. Straż porwała mężczyznę z odgryzionymi palcami z szeregu, reszta więźniów zaciągnięta została do jednego z pomniejszych budynków, po przekroczeniu progu okazało się, iż wewnątrz znajdował się skład sprzętu górniczego, dość opustoszały. Każdy nowy więzień dostał do rąk swych kilof, następnie większa grupa straży odprowadziła wszystkich na drugi kraniec obozu, gdzie znajdowała się kolejna brama. Przemierzyli piechotą mały lasek, droga była dobrze ubita, wyglądało na to, iż duże grupy ludzi regularnie z niej korzystały. Kilkunastominutowy marsz dowiódł grupę do zbocza góry, z której zionął wydrążony w śniegu i skale tunel. Przed nim ustawione były sanie, załadowane skrzyniami. Niektóre z owych skrzyń były częściowo wypełnione urobkiem. Zalegały tam żółtawe i błyszczące bryłki, to z pewnością było złoto. Obok wejścia do tunelu stało też urządzenie ukryte pod płachtą, nikt z więźniów nie domyślał się, co dokładnie może się pod nią kryć. Co czas jakiś mała grupka ludzi wyłaniała się z ciemności, a w dłoniach ciążyły im kufry z wydobytym surowcem. Wszystko składowali na saniach, nigdzie jednak nie było widać koni do zaprzęgu. Wtem z tunelu zaraz za grupą wyłoniło się kolejnych dwóch górników, nie nieśli jednak oni urobku. Górnicy rzucili coś bezwładnego w śnieg, między drzewa. Seweryn przyjrzał się tej sytuacji bliżej, a to, co ujrzał, wprawiło go w niemały dyskomfort, który objawił się bólem głowy. Mianowicie poza tunel wyrzucono zwłoki skazańca, padłego z wycieńczenia. Wmieszali się teraz wszyscy, tragarze i nowo przybyli, w jedną grupę. Przekroczyli próg tunelu i wokół zapanowała ciemność, kilku z tragarzy zapaliło dzierżone łuczywa. Wnętrze było duszne, skalny pył unosił się po całej przestrzeni, a im dalej i głębiej schodzili, tym było go więcej. Gęstniał nieustannie, metr za metrem, krok za krokiem. Wkrótce wszyscy mimowolnie zaczynali kasłać. Wkrótce otworzyła się przed nimi jama-gargantua, na tyle obszerna i głęboka, że praca wymagała zamontowania dźwigu, wznoszącego się naprzeciw wejścia. Chyląca się stopniowo w dół spirala. Prowadziła aż do samego dna, a wraz ze spadkiem mnożyły się boczne korytarze, wiodące do kolejnych pomniejszych jam, wypełnionych górnikami, ryjącymi w poszukiwaniu żył szlachetnych metali. Wiadomo już było, czemu obóz wydawał się opustoszały, większość więźniów pracowała tutaj, pod powierzchnią ziemi. Strażnicy rozpięli łańcuchy nowoprzybyłym i rozdzielili każdego do innego stanowiska. Dwóch zostało na górze, przy dźwigu, by zostać tragarzami. Właśnie rozległ się turkot kołowrotu i pod żurawiem wciągana była kolejna porcja złota. Seweryn odprowadzony został na samo dno, do jednej dwóch tamtejszych jam. Nie był pewien, gdzie przydzielona została reszta jego dotychczasowych towarzyszy. Kapitana przypięto do nowego łańcucha, stał się teraz kolejnym ogniwem wśród zniewolonych górników. Spojrzał wkrótce na swoich nowych współwięźniów, wymarniałych, zarośniętych, zalanych potem, a czasem nawet krwią, obdartych z godności, lecz nieugięcie pracujących. Ubijanie skały kilofem w żadnym stopniu nie przypominało cięć szablą. Narzędzie zdawało się Sewerynowi nieporęczne i tęsknił za finezją, z jaką przyszło mu niegdyś władać ostrzem, choć nadrabiał teraz nieco resztkami swojej wojskowej krzepy. Trach! Dziób kilofa wbijał się głęboko w ścianę, skała odłupywała się kawałek po kawałku, gruz turlał się między butami. Trach! Jedno uderzenie za drugim. Pot ściekał mu po ciele, dłonie robiły się śliskie, ale ściskał nieugięcie trzon narzędzia. Trach! Który to już raz? Jeszcze wiele razy przyjdzie mu ryć w tej ścianie. Może lepiej przestać liczyć? Nagły szmer wybił go z rytmu. Coś jakby lawina za ścianą, multum zmieszanych, lecz jednakowych dźwięków, przeobrażających się w jednolity i ciągnący się szum. Reszta górników zdawała się nie zwracać na to uwagi. Nie wiedział już ile czasu zleciało od kiedy zszedł pod ziemię, jednak siły poczęły go już gwałtownie opuszczać. Strażnik ciągle wartował na drugim końcu łańcucha, gotowy, by zbić górnika kijem, gdy tylko upadnie ze zmęczenia. Kilof nie wbijał już się w skałę, a tylko szurał po niej czubkiem. Coraz ciężej przychodziło Sewerynowi wznoszenie głowicy ponad bark. Nie wytrzymał, padł na kolano i podpierał ociężałe ciało na kilofie, dyszał ciężko. Strażnik to wkrótce spostrzegł, tupał ciężkimi butami, echo było coraz wyraźniejsze, lecz w ostatniej chwili, ktoś Seweryna postawił na nogi. Podtrzymywał go dyskretnie, opierając dłoń na piersi kapitana, to był sąsiedni górnik, w zmierzwionej, czarnej czuprynie. Nie było do końca widać jego twarzy, gęste i długie kosmyki opadały poniżej czoła i zlewały się z równie gęstym i czarnym zarostem. Wyglądał niczym widmo, lecz dotyk jego ręki był jak najbardziej realny, choć jego ramię wyglądało na zaskakująco silne, jak na warunki żywieniowe więźniów. Gdy strażnik zbliżył się do nich, nieznajomy górnik odwrócił się błyskawicznie bez słowa i rył dalej w skale. Seweryn starał się sprawiać pozory, że wszystko jest w porządku, temu też strażnik wyglądał na zdezorientowanego. - Co tu się dzieje? - pytał ściskając kij. - Sprawdzaliśmy tylko ile skrzyni już napełniliśmy - odparł nieznajomy. - Hmmm, niech wam będzie. Po czym odszedł nieco zawiedziony. - Musisz się w tym wyrobić, jeśli chcesz przeżyć - odezwał się niespodzianie sąsiad Seweryna - za dużo już widziałem dobrych ludzi, wyniesionych stąd bez sił. - Prędzej mi chyba głowę rozsadzi - odparł z cicha Seweryn - och, gdyby tylko nie ta migrena! - Mogę ci wyjaśnić parę kwestii, by było ci nieco łatwiej się przyzwyczaić, ale nie tutaj. Mamy już uzbieraną niezłą ilość złota, zawołam strażnika, by nas odpiął i zaniesiemy urobek do dźwigu, tam pogadamy - po czym nieznajomy odwrócił się do wartownika i krzyknął - Mamy tu już pełną skrzynię, możemy ją odnieść? Zostali odpięci od reszty. Złapali we dwóch za uchwyty po przeciwnych stronach kufra i ruszyli z urobkiem do wielkiej jamy. Na dnie czekała platforma, na której złożono już kilka pełnych skrzyń, obok znajdowało się również kilka pustych. Wkrótce platforma poczęła się wznosić, a do ich uszu dobiegał chrzęst pracy kołowrotu żurawia. Porwali za puste pudło i ruszyli do swoich stanowisk. - Nie musisz aż tak mocno wbijać kilofa w skały, jego ciężar sam powinien wystarczyć, by w niej drążyć - zaczął mówić nieznajomy - oszczędzaj energię, by go wznosić i utrzymać równo dziób przy wbijaniu. - Powinienem coś jeszcze wiedzieć? - Seweryn stęknął ze zmęczenia pod nosem. - Nie wolno nam rozmawiać podczas pracy, dlatego wyciągnąłem cię pod dźwig. Za gadanie, omdlenie i nieuzbieranie choć jednej skrzyni złota na dzień obrywa się kijem, a jak się to często powtarza, to zamieniają kij na kolbę arkebuza. - Co to był wcześniej za szmer? Jakby za ścianą maszerowała piechota. - Często się to powtarza, pewno to tylko wody gruntowe. Obawiam się, że wkrótce mogą nas zalać, już jakiś czas drążymy w tym miejscu. - Długo już tu siedzisz? Jak udało ci się utrzymać taką tężyznę? - Wystarczająco długo, by wiedzieć jak przetrwać. A tężyznę mam w naturze. * * * Godziny mijały, Seweryn padał już z wycieńczenia, pracując w pocie czoła w głębinach kopalni. Tylko skromny posiłek dał mu chwilę wytchnienia, teraz jednak owa przerwa zdawała się aż nadto odległa w czasie. Huk uderzeń kilofa dźwięczał mu w uszach, nawet w chwilach, gdy otaczała go absolutna cisza. Niespodzianie przez korytarze przebijało się ciche, metaliczne echo szmeru. Dźwięczny brzdęk, kołatanego dzwonu, wszystkich postawiło to do pionu. Górnicy zastygli w ruchu, jakby skamieniali i tylko ich nagminne dyszenie dawało znak o ich życiu. - Koniec roboty! - zakomendował wartownik na końcu jamy - Zbierać się wszyscy na górę! Wspięli się już po spirali i zmierzali ostatnim prostym korytarzem ku światu na powierzchni. Gęstniejąca ciemność wyraźnie zaznaczyła upływ czasu, choć śnieg w dalszym ciągu błyszczał jaskrawo. Seweryn miał już nadzieję na koniec dnia, na odpoczynek, lecz przeliczył się niezmiernie. W natłoku pracy całkowicie zapomniał, że przed wejściem do kopalni stały jeszcze sanie, całe wypakowane skrzyniami pełnymi złota. Co jednak było najgorsze, nikt od czasu zejścia do kopalni nie sprowadził w to miejsce koni, Seweryn już domyślał się czemu. Cała kompania górników z dolnej jamy, do których był przypięty Seweryn, ruszyła złapać za przymocowane do pojazdów liny. Kapitan nie miał więc wyjścia, musiał ruszyć za resztą. “Na trzy”, brzmiała komenda i gdy wszyscy w zaprzęgu dali jednocześnie krok w przód, sanie podążyły za nimi, trzeba to było tylko powtórzyć kilkaset, a może i tysiąc razy. Mijała minuta po minucie i kwadrans po kwadransie, a koniec drogi był jeszcze odległy, tylko biel zmieszana z szarością rysowała się przed nimi. Onegdaj śnieżne podłoże już dawno przed przybyciem Seweryna ubiło się w lód, który dodatkowo utrudniał podróż. Lecz skuci więźniowie nie odpuszczali, dla zdecydowanej większości z nich to nie był pierwszy raz, to katorżnicza codzienność. Był to dopiero pierwszy dzień Kapitana, a zdążył zaznać większość rutyny, jaka obowiązywała w tym miejscu. Zastanawiał się, czy tak będzie wyglądała reszta jego życia i jak długo będzie ono jeszcze trwało. W końcu był szlachcicem, w wąskich kręgach nawet dość wpływowym. Łudził się nadzieją, że o ile ktoś dowie się o jego dokładnym losie, jest szansa, że przyjaciele i rodzina się o niego upomną. Seweryn rozejrzał się wokół siebie, po raz pierwszy od przyjazdu w to miejsce mógł zobaczyć prawie całą populację obozu w jednym miejscu. Teraz liczba ludzi odpowiednio oddawała rozmiary tej otoczonej palisadą wioski bólu. Z czasem zdawać mu się zaczęło, że wraz z parą, z ust ulatują mu również stopniowo cząstki jego ducha. Patrzył tylko na mijane powoli drzewa, wszystkie zdawały się ciągnąć w nieskończoność. Jednak po krótkim przyćmieniu świadomości, gdy jego ciało samo z siebie ciągnęło już za linę, niczym echo przeszłego życia, zbudził się nagle u progu wrót, wśród palisady. Ten dzień już się powoli kończył, tym razem naprawdę. Słońce zdążyło już zajść, a więźniów na koniec dnia czekała jeszcze wieczorna zbiórka. Długie rzędy wymęczonych górników ustawiły się na głównym placu. Namiestnik opuścił swoją piętrową chatę, jedyny murowany budynek w okolicy. Krążył po głównym placu, wysłuchiwał raporty strażników, przyjmował straty w ludziach z obojętnością, a po przeliczeniu skrzyń złota kręcił nieco nosem. Wkrótce opuścił zgromadzenie. Po tym więźniowie byli wolni, mogli udać się do izby, na swoje prycze. Każdy z podłużnych budynków mieścił w sobie izbę sypialną, długie rzędy łóżek ciągnęły się wzdłuż obu ścian. Więźniowie ustawiali się przed drzwiami do swoich izb w kolejkach, przed przestąpieniem progu, sepentriońacy strażnicy wręczali do rąk kawałek chleba. Następnie rozpinali łańcuchy i wpuszczali do środka. Seweryn po paru minutach kręcenia się po pomieszczeniu, zdołał znaleźć pustą pryczę. Część skazańców tuż po wejściu do środka od razu zasiadała właśnie na nich i spożywała swój skromny posiłek. Większa część więźniów organizowała jednak wewnątrz schadzki, w których to wymieniano się plotkami oraz uczestniczono w prostych grach hazardowych, gdzie stawką oczywiście była cząstka porcji chleba. Seweryn zaczął właśnie objadać swoją porcję, gdy usłyszał od boku ciche syczenie, odwrócił się i spostrzegł, iż jedna ze schadzek wzywa go do siebie. - Psst, hej nowy, podejdź no. Kapitan zbliżył się nieufnym krokiem, dobrze wiedział, że ci upodleni ludzie są już od dawna zezwierzęcenii. Grupa składała się z pięciu osób, każdy był umazany w pyle skalnym i pocie, zarośnięty i wychudzony, niektórym doskwierały poważne ubytki włosów, czy uzębienia. Gdy Seweryn podszedł już do nich i przykucnął, na twarzach współwięźniów pojawił się ponury grymas. Spod łóżka wyłonił się szósty, najbardziej rosły z nich mężczyzna, z rysią zwinnością skoczył do Pileckiego, próbował przydusić go do podłoża i brutalną siłą wyrwać mu niedojedzony chleb z ręki. Lecz sprawny i dość jeszcze świeży Seweryn nie dał się zaskoczyć. Szybko się wywinął z uścisku i w oka mgnieniu to on przygniatał kolanami ciało przeciwnika do ziemi i przyciskał dłonią jego głowę. Ciągnąc go za resztki włosów, Seweryn rozbił napastnikowi nos o drewnianą podłogę. - Dobrze, puść już mości panie, prosim nam wybaczyć - skomleli koledzy napastnika. - Jaką mam pewność, że nie rzucicie się na mnie, gdy go puszczę? - Obiecujem, mości pan z Fatum Stepu trzymasz, my się go boim. - Fatum Stepu? Co to za bełkot? - Tak na niego mówią, na tego czarnowłosego. Mówi się, że gdziekolwiek się nie zjawi tam Zło na powierzchnię wylizie. On taki silny jak i waćpan. - Kim on dokładnie jest? - My nie… Nagle coś cicho w izbie trzasnęło, prawie nikt tego nie słyszał, jednak służba wojskowa na stepie wyczuliła już nieco Seweryna na ciche szmery. Obejrzał się wokół, widział w dali puste, odizolowane od reszty łóżko. - Zaraz sam się dowiem - po czym wypuścił swego niedoszłego oprawcę z uścisku. Zostawił wszystkich za swoimi plecami. Gdy udowodnił swoją siłę, nie musiał się bać o swoje życie, przynajmniej póki nie śpi. Nie zaprzątał sobie jednak tym głowy, stanął przed samotną pryczą i dokładnie próbował ją zbadać, nic jednak nie rzucało się w oczy, do czasu. Schylił się, by zajrzeć pod łóżko, nic wówczas nie zauważył, jednak by się podeprzeć, przystawił dłoń do ściany. Wtedy poczuł jak kości jego dłoni, przeszywane są przez niemiłosierny mróz, wbijał się on w ciało jak igły. Odsunął lekko rękę i zrozumiał, między deskami jest niewidoczna, ale nieszczelna szczelina. Szurał teraz paznokciami po krawędziach, by oszacować, jak wielka może owa przegroda być. Znalazł przeciwległą krawędź, udało mu się nawet zahaczyć paznokcie. Malutkie przejście było otwarte, nie do wiary, że tak rosły mężczyzna, jak ten nieznajomy górnik mógł się przez nią przecisnąć. Seweryn był zdeczka szczuplejszy, temu nie miał aż dużych problemów z przejściem na drugą stronę. Znalazł się na zewnątrz, zamknął za sobą po cichu przejście. Ciemność otulała go z każdej strony, o świecie widzialnym przypominały tylko tu i ówdzie rozpalone pochodnie, reszta świata jawiła się jakoby zatopiona w atramencie. Myślał teraz, że mógłby może uciec, ale czy palisada nie jest zbyt wysoka i ostra? Pierwej musiałby też znaleźć solidną i długą linę. Na obecną chwilę próbował wyśledzić nieznajomego, lecz na utwardzonym śniegu dużo ciężej jest odczytać ślady, chyba tylko Halyjczyk dałby radę to zrobić. Poszedł jednak wzdłuż ściany, w stronę głównego placu, z nadzieją, że może przypadkiem jeszcze natknie się ma swojego sąsiada z jamy. Doszedł do zewnętrznej krawędzi izby. Tu i ówdzie powtykane pochodnie zdradzały, iż obóz również i w nocy dość jest żywy, by przemknięcie się niezauważonym należało do wymagających zadań. Seweryn wychylił się delikatnie poza krawędź, przy drzwiach do izby również wartował Sepentrion, był on wręcz niebezpiecznie blisko. Wycofał się na powrót do cienia, chcąc już wracać do środka, zauważył drobny ruch w okolicach chaty namiestnika, coś się poruszało w cieniu, tak samo jak on. Jedyny sposób, by dotrzeć w tamto miejsce niepostrzeżenie, to przejść na około. Po drugiej stronie budynku było zdecydowanie mniej światła, droga jednak wiodła tuż przy palisadzie, gdzie śnieg nie był już aż tak udeptany, a strażnice rosły gęsto. Serweryn stawiał kroki z niebywałą dotąd ostrożnością. Pozostawienie podejrzanych śladów mogłoby zgubić całą izbę, jednak rozsiane wszędzie posterunki wcale w tym nie pomagały. Uskoczyć na bok, by zanurzyć się w ustronną kryjówkę, należało do zadań ciężkich. Jedynie miejscami była taka możliwość, gdy udeptane już wcześniej ślady prowadziły do szopek, czy podobnych, niewielkich konstrukcji. Mróz chrupał pod baczmagami, echo niosło się w niezgłębionej ciszy, tylko sporadyczne porywy wiatru ratowały Seweryna przed słuchem strażników. Kapitan zdołał dojść pod bramę, wtenczas nadszedł dla niego moment przełomowy. Kompletnie otwarta przestrzeń stanowiła ogromne ryzyko wykrycia. Wrota były najbezpieczniejszym miejscem, by przerzucić linę i zbiec poza obóz, temu też tam w minimalnej odległości stały dwie strażnice. Jednak w tym miejscu była też szansa, by przedostać się do stróżówki namiestnika. Między bramą, a izbami więźniów była dość szeroka i ociemniona przestrzeń, gdyby Seweryn położył się w tamtym miejscu plackiem, rozmyłby się się strażnikom z otoczeniem. Jedyne co, to musiał się tam wystarczająco szybko przeczołgać na drugą stronę, nim tę przestrzeń przemierzy jeden z nagminnie szwędających się patroli. Plan wdrożony został z większą łatwością, niż Seweryn mógł się spodziewać. Na ubitym podłożu kapitan bezproblemowo prześlizgiwał się na przeciwną stronę. Jedyny problem stanowił donośny odgłos szurania, jaki dobiegał z ocierającego się o lód kożucha. Wkrótce był już na drugiej strone, zdążył się podnieść z ziemi i wskoczyć za zaspę, nim minął go patrol. Podążał wzdłuż tyłów magazynów, patrole z rzadka tu się zapuszczały, była tylko jedna para śladów na śniegu, dość świeżych. Przeszedł za nimi dość swobodnie, nie martwił się już o zbyt wiele. Mijał już ostatni magazyn, wychynął zza winkla, ujrzał chatę namiestnika, a za nią pląsającą, cienistą plamę. Zmierzył w jej stronę, a wraz z skracaniem dystansu, nasilał się subtelny odgłos mlaskania. - A więc to stąd czerpiesz siłę? - szepnął Seweryn za plecami nieznajomego. - Knur poluje regularnie na renifery - odpowiedział nieznajomy, jednocześnie powoli przeżuwając i przełykając - sam wszystkiego nie zeżre, ale też i z nikim się nie dzieli. Wyrzuca za chatę siła resztek, rano straż wynosi wszystko za bramę. - W imię czego się tak upadlasz? Żyjesz jak wytresowane zwierzę! - W imię skręconego karku Gorbunowa, pewnego dnia opuści gardę a wtedy… - Skoro się regularnie wykradasz z izby, to czemu stąd nie uciekniesz? - Wszędzie za tą palisadą obóz otoczony jest fosą, nie da rady bezpiecznie przeskoczyć. Z resztą nawet gdyby, jesteśmy hen na pustkowiu w środku zimy. Ktokolwiek by się wymknął, zamarzły, nim dojdzie do jakiejkolwiek wiochy - nieznajomy milczał chwilę, po czym obrócił lekko głowę do Seweryna - Muszę przyznać, że zaimponowałeś mi. Myślałem, że tylko Halyjczyk dałby radę mnie wytropić. W dowód uznania, mogę podzielić się z tobą kawałkiem pieczeni. - Uprzejmie odmawiam, obiecałem przed samym sobą umrzeć z godnością. - A więc lechicka duma wcale z ciebie nie uszła. - Kim waść właściwe jest? Znamy my się? - Sza! Patrol! Schylili się w zaspę, tuż przed ich nosami przetupało trzech uzbrojonych Sepentrionów. Oddalali się miarowym krokiem, wystawiając cierpliwość zbiegów na próbę. W końcu zniknęli za rogiem jednego z magazynów, a Seweryn wraz z towarzyszem powstali na równe nogi. - Czas nadszedł, by stąd pierzchnąć - wycedził przez zęby nieznajomy - idź krok w krok za mną. Nie ręczę za siebie, jeśli przez ciebie stracę źródło pożywienia. Droga powrotna wyglądała niemal identycznie. Oczywiście we dwójkę trzeba było się dodatkowo zsynchronizować ruchami, było więc nieco trudniej przedostać się między izby. Byli już u kresu wycieczki, szli wzdłuż drewnianej ściany swojej noclegowni, gdy zza pleców dobiegł ich nikły głos. - Poczekaj tu chwilę, muszę sobie ulżyć - brzmiały przytłumione słowa. Uciekinierzy odwrócili się, zobaczyli, jak w okolicy strażnicy, w blasku pochodni futrzasty kształt upuszcza się w dół drabiny. Na ten widok przyspieszyli nieco kroku, słyszeli już, jak chrobocze ugniatany śnieg. - Jest tam kto? - zabrzmiał głos. Kroki się zbliżały, a nieznajomy górnik grzebał jeszcze przy ścianie, pchnął deskę dłonią w kilku miejscach i tajemne wrota obluzowały się. Tężysta sylwetka z niespodziewaną giętkością wślizgnęła się w szczelinę, potem przeciskał się Seweryn, z mniejszą nieco gracją. Nieznajomy zamknął po cichu wyrwę w ścianie i odczekał chwilę. Przystawił ucho do drewnianej ściany, a na jego twarzy malowało się nieme skupienie. Potem odsunął się bezszelestnie. - Przeszedł obok, nie zauważył nas - szepnął ze stoickim spokojem - odejdź już dzisiaj, nie zwracajmy na siebie więcej uwagi. Seweryn zgodził się z kompanem, był już zmęczony po pełnym wrażeń dniu. Izbowe schadzki rozchodziły już się powoli, mieszał się więc w powracające do prycz masy. Ułożył się ze skrzypem na pryczy i dość szybko zasnął.
-
spadł puch swym ramieniem przytulił rozżalonych rozjarzone brylanty na ziemi tliły się w oczach białe morze wzburzyło się po raz pierwszy od dawien dawna chcąc byśmy przypomnieli sobie, jak to jest płynąć po nim saniami potajemnie zmówił się nieboskłon z chmurami urwiska stanął się przystankami drogi porwą pojazdy chwalić będziemy się i ogrzewać śmiejąc z gniewu, niekiedy i radości przytulnie będzie aniołem zostać bo w końcu biel nas zewsząd otacza byle dłoni nie zajechać po całości, czymś musimy postawić posągi z węgli i marchewek wieczór dziś jest specjalny inny niźli zawsze tańczymy nieświadomie pod jednym płaszczem bawimy się jak niegdyś i tylko to się liczy wszystko to, gdy palą się lampy pomimo tego, że marzniemy uwieczniona kamera taśma przygotowana na niby nijak wszystko dlatego że dnia dzisiejszego, zwykłego jak inne, spadł puch
- 2 odpowiedzi
-
3
-
- zima
- melancholia
- (i 25 więcej)
-
Świat pod puchem już śpi Drzewa kołyszą swe dzieci Śnieg okrywa czuło budynki Zmęczone pośpiechem ulice Nawet kamienie smutne i zimne Spijają blask wieczornych gwiazd
-
Bywa, że zima doskwiera i na nic z niebiosów promienie, duszę płatami mróz ściera siarczyste kąsa cierpienie. A bywa chłody dokoła a w tobie przebiśnieg zakwita i radość duchowa cię woła i wiosnę ożywiasz w zachwytach. I bywa, że gubisz swe myśli i lecą z czerwienią i złotem i tylko się cały zamyślisz ochoty odkładasz na potem. A czasem jak słońce zachwycasz rozświetlasz, zmarzniętych ogrzewasz i wszędzie to światło przemycasz i Bogu dziękczynny hymn śpiewasz. Tak mija lato za wiosną i zima odchodzi z jesienią. Ty zostań tą cząstką radosną, niech serce twe iskrzy zielenią.
-
I. Czasami nachodzi mi myśl do głowy przeznaczenie? powiedziawszy sobie, idę raz kolejny na fotel Za oknem, stado białych pól, rozrzuconych niedbale; gałęzie przybrały wystrój nagi, wręcz miejscami na miarę ludzkich dłoni surowo zaś poczynione, gdy sypią się chłodne podmuchy, a kołnierz wydaje się być wilgotny na ulicach, podstępnie kryje się cisza jak przystało, ze stylem gonią płaszcze się wzajemnie śmiech rozbrzmiewa głośniej niż zazwyczaj Po domowym powrocie, ukojenie ciepłem koc już wita lampa świeci w kącie wszystko znajome, przy drzwiach powódź na podłodze topi się puch przyniesiony z zewnątrz ciemność opowiada o kończących się szmerach i przekręcaniu zamków herbata w kuchni, zdążyła się zaparzyć Na co więc jeszcze czekać? A w tym wszystkim, serca tulą się wzajemnie odnalazłszy coś więcej szyldy zapraszają na poranną kawę para z ust wyznacznikiem dróg byle zabrać rękawiczki, czapkę szalik tak bym powiedział o tym, gdyby prawdą było: “Przyjdzie gwiazda pierwsza, ujrzymy się przy stole, powiem Ci co nie co, Ty mi to samo odpowiesz” II. znowu wyczekane zachmurzenie wczorajsze kałuże stoją nam na drodze pierwszy listek strzęk po głosie gdzie się jest w nadzwyczajny dzień marcowy? pogoda jedynie w zakłopotanie wprowadza niby zima jednak już nie zupełnie inny obraz ukazuje kartka z kalendarza w takim razie w kwietniu się ujrzymy maju maj kwiatów czar co znaczy przebiśnieg? co znaczy zmiana? odmieniona kartka, oddana porada odejście przygotowanie na zdarzenie nadchodzące ja w tym wszystkim? taki obraz mój na wiosnę? III. wielu rzeczy nie powiedziałem głównie dlatego, że zapomniałem pobudka o czternastej haczyk w tym, że jasno jest od czwartej biurko lśni od odbitego słońca wiecznie to samo zaproszenie Miejscowe szlaki, choć znam, odkryć chcą być raz kolejny tutejsze owocowe drzewa malin stosy Jakżeby się nie zadurzyć w dobrobycie? Chciałbym odpornym być na gorąca życie tonąc w swej koszulce pląsam w pokoju czując podmuch wiatraka marząc o byciu na szczycie opieram się na ekstazie tkwiąc głową ponad czterech pieśni chmurami, dumam czy dziś będę gdzieś dalej oddalę się nie myśląc nie tkwiąc będzie następny transport z powrotem czuję, że ślepnę, bo nie dostrzegam dopełnienia przepływam przez tydzień kryjąc się za mylnym rachunkiem ogromnie bym chciał powiedzieć, że ruszam po kładce dalej jednak stoję tu z rowerem zachód jest czymś czego w głębi siebie, nie mogę ominąć w radiu lecieć będzie, któryś z kolei, przebój minionego lata IV. Gdy to piszę, spaceruje utrzymuje się w stwierdzeniu, iż tutejsze domy mają zadziwiające firany jedynie sylwetki kątem oka dostrzec można Powróciwszy do mych zajęć, więcej plecaków i toreb widuję Głównie w winklach, za sklepami Lecz jest jakoś ciszej spokojnej szare są budynki duch ducha pogania a ja sam, duchem w mieście owych Czyż marnieję? Och, prawie bym w drzewo wszedł, nie mądrze pisać, idąc chcę powiedzieć jednak, że niedoszły mój opresor, piękną koronę włożył dokładniej mówiąc, taką z odcieni czerwieni Czasem przyznam, potrafi być gorzej umiem zagubić się na dobrze znanej ulicy pragnąc mieć pragnienie Nawiedzę biblioteki, rozpoznam coś co minione na chwilę wrócę choć sprawunków niektórych już nigdy nie odrobię znajdę sposób na życie nadzwyczajne wyrwę się, by wpaść w palący się płomień tylko na moment na pojedynczą chwilę Gdy to kończę, już w swym domu, snuje się nocną porą począwszy szukać siebie dalej. I tak co roku.
-
Mróz się niesie w borze, Knieja w kożuchu z bieli, Ścieli mi koce na łoże, Panna blada z zawiei, Nagie jej stopy w puchu, Szkarłat ma po kostki, Kładzie mi na brzuchu, Lodowatą dłoń z troski, Srebrzą się jak perły, Oczy bielmem skryte, Na głowie wianek przymarły, Usta czerwono krwiste, Daję jej czarną różę, Wkłada ją w bujny bukiet, W ramionach się zanurzę, Ból koi i mój smutek, Widzę własne tchnienie, W mrozie ulotną parę, Niknie o mnie wspomnienie, Mocniej się tulę w Marę, Jestem już równie zimny, Odsuwa mnie od piersi, W łożu mym kamiennym, Nie boję się już Śmierci.
- 4 odpowiedzi
-
10
-
pytasz mnie czyim jestem więźniem odpowiadam: - miłości która przebrzmiała już w cieple gorącego lata i dogorywa teraz opromieniona umierającym słońcem jesieni tu powiew ciepła tam wieje chłodem lecz zima nie nadchodzi ni lato nie przybywa czekam wypatruję oznak odradzającej się wiosny 17 III 2025
-
Z nieba sypnął mi łupież Boga O jak sypnął! Ugrzęzła mi w nim prawa noga O jak zimno! Jeszcze tylko wstać jak co rano, Marząc, by był to czas na dobranoc, By biały puch głowy obsypał, Swoją zawieją głowy przerypał, By nowy dzień nam dano. Zima na ramiona mi spadła, Ciężkie macki bezwstydnie pokładła, Okryła swym szalem, Zakryła woalem, Że noc szybko zapadła. Noc się chyli ku sennej zadumie, Rozprasza, widnieje, nic nie rozumie, A słońce wstaje, Nad świata skrajem, Rozlewa swe szaty w cichym poszumie. Nowy dzień do życia się budzi, Szepcze cichutko, że nas potrudzi, Tak było i będzie, Tak jak i wszędzie, Niech tylko nikt nie marudzi... 16 stycznia 2024r.
- 5 odpowiedzi
-
4
-
Zimowy śnieg otula uśmiech jej, płatki śniegu spadają na nią z drzew. Ziemia czuje od niej śmiech, ciepła aura bije z oczu jej. Krajobraz podkreśla jej wdzięk, szelestny wiatr wciąż zawiewa, gdy zakochany bałwan patrzy na nią z nieba. Ona patrzy na bałwana, momentami zażenowana, bałwan – na kant pusty, ona jedyna widzi jego upusty. Styczeń się kończy, luty zaczyna, lecz jej cudowny blask nigdy nie przemija. Troszczy byczy wzrok za zarzuci, zima nie minęła, a bałwan się roztopił.
-
Prędzej czy później musiało do tego dojść. no i mnie dopadło – przeznaczenie z łusek i mięsa wnętrze tej jamy poraża ciemnością ślepotą na słońce i wszelkie chęci do życia męczy migrena żre ducha jak kwas żołądkowy tegoż rybska żre wolę mocy dusząc konającego niemocą to przyszła zima – losu mojego i losu rocznego mróz ściska i rozlewa śnieżnobiałe pomyje zagwozdek typu „na co to wszystko?” 3 miesiące tak siedzę a wydawałoby się że minęły 3 wieczności 3 pokolenia 3 synów pogoni ucieczki i nirwany siedzę tu sam za towarzysza mam niestrawione resztki nadziei siedzę i trwam w błogiej (acz nieco jednak wymuszonej) kontemplacji nie ma tu za wiele do roboty tylko ja i licha maszyna mojego ciałka moje dwoje oczu mój wdech i wydech miałem iść do tej Niniwy ale wydało mi się to tylko snem wariata mrzonką potłuczonych miałem iść i zrobić coś absurdalnego sobą nawrócić inne dusze jakbym tylko ja mógł tego dokonać gwiazdy gdzieś nade mną ale ich nie widać przeznaczenie głęboko we mnie zza mgły puszcza do mnie oko nie wiem ile jeszcze przystanków etapów umartwienia i martwoty ale wiem tyle że stacja końcowa: z martwych wstać 27 I 2024
- 4 odpowiedzi
-
4
-
cześć, jestem nowa na forum, chętnie poczytam wasze opinie, podpowiedzi i rady. mogę porównać naszą relację z rozpalaniem w piecu i to nawet bez użycia kartek czy gazet rozpaliłaś coś we mnie spojrzeniem ale szum afer ugasił ten płomień pozostał po tym żar i tlił się długi czas uciszany przez rozum a potem w natłoku sytuacji i myśli żar znów zmienił się w płomień i nie wiem czy dbać aby nie zgasł czy zamknąć drzwiczki i odejść może ty znasz odpowiedź
-
prze-długa zima świstaka zdrowy sen wszystkim pomóc
-
Zimowy obłok mglistego sadu wsłuchany z wolna w śnieżynek szepty gałęzie splótłszy w dłonie bielone rysuje nuty wabiących śladów Perełki rozbłysk w błękitnej głuszy zatacza łuną kolisty promień ze snu urwany pies odlatuje spuszczany łańcuch swobodą milczy Na rogu nieba czeka wytrwale budę porzucił ziemskich marności z niejasnej dali wywęszył wolność wiecznie kuszącą zakrętem ciszy
-
Srebrzyste listowia opadną Przychylą się drzewa na wietrze Czasy jesieni nastaną Kości wypełni powietrze Światła coraz słabsze Krok coraz wolniejszy Pamięć coraz lichsza Nadejdzie wnet zima Zimnej trumny zgliszcza
-
4
-
- przemijanie
- jesień
-
(i 2 więcej)
Oznaczone tagami:
-
Z zacisza domostw uchodzi spokój Grudzień rozstraja ostatnią strunę Żywiczny szpaler na długość kroku Sypie igliwiem, jedynie nucę Treść pastorałki, pęcznieją uszka W polewce z barszczu gniotą przeponę Lichy półchórek nie dotrwa jutra Wypadł już z taktu i w bieli tonie
- 10 odpowiedzi
-
10
-
-Mistrzu, co byś poradził, jak przetrzymać zimę? -Ten się nie boi, który ma grubą pierzynę, a jeżeli do tego ma kogoś miłego. może go jeszcze spotkać niemało dobrego. Tu pozostałe sposoby: https://www.onet.pl/styl-zycia/morizon/sposoby-jak-zaoszczedzic-na-ogrzewaniu/t9qt83w,30bc1058
-
O nie! dziś bliskość tylko zdalnie
Igor Osterberg aliceD opublikował(a) utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
O nie, nie dzisiaj Dziś nie ruszę się z czterech ścian jednej sypialni, dwóch pomieszczeń kilku papierosów na balkonie Teraz nawet Żabka pod blokiem to wyprawa na Syberię Dzięki ci Covidzie za zdalność i aby tylko net nie kręcił młynka kręcić to ja będę w sieci Tylko ta lodówka woła ok, dam się przekonać do tego chłodu Ale ty nie patrz tak na mnie zdradziłem cię, dziś nie poczujesz mego ciała maszynko do golenia -
Wyblakłe obrazki w wyblakłych witrynach i wszechobecny zapach buraków dym biały, jakby ledwo co papieża wybrano a jedyne czego tu doświadczysz to papierzaki. Dwie twarze owite blond kosmykami To matka z córką - bardzo podobne Palimy? Pytają, a mnie konsternacja dopada Nie palimy, A, bo zapalniczki szukają Jakby dymu brakowało w powietrzu. cegiełkę chcą dołożyć do pejzażu miasta to nic, że (przeze mnie) niewyczekiwaną może ktoś inny lubi się dusić? Przecież w przeciwnym razie by stąd wyjechał
-
Okazało się, że Zygmunt czasem miał gościa na działce. Przybywała, zawoalowana w suknie przestrzennie rozwlekłe, biała i chłodna, blada nad wyraz o ustach niebieskich, a lśniących jak dwa rozciągnięte obłe topazy. Z wichurą śnieżnie białych włosów, stale w podmuchach mocy nieziemskiej rozwichrzonych. Witała tu, dzierżąc pałkę władzy pogodowej, Królowa Zima sama in persona. To właśnie Natalia, okazało się, raz przyuważyła Królową, gdy ta wręczała coś Zygmuntowi z wnętrza chaty działkowej. Dzierlatka podpytała wprost, czy mieli w tej kanciapie romans, ale nic nie mówili, Ziga tylko oddychał przemęczonymi pradrzewnymi ustami, a z oczu Zimy nic nie dało się wyczytać, jeno jakieś pstrokate plamki migały sobie lśniące w tęczówkach. Potem jednak przyszło do głowy o wiele ciekawsze zagadnienie. – Ja tak myślę – rzekła raz – że wuj Ziga zmienia się w drzewo przez to coś, co on od ciebie połknął wtedy. To przez ciebie tak się zmienia? – Nie, Natalio… – wujek natychmiast sapnął, walczył o oddech. – Nic z tych rzeczy, coś takiego nie stanie się ot tak, po łyknięciu magicznej pigułki. Jest ci chyba wiadome, że jestem podróżnikiem z dalekich krain, nigdzie dotąd nie miałem miejsca, nie miałem gdzie zapuścić korzeni, ale teraz zostałem zaakceptowany przez ziemię owej podmiejskiej działki, przez twoją rodzinę Natalio. Jestem niczym innym jak Efemerofitem. Zbłąkaną istotą przygarniętą przez przyjazny grunt. – Ale… skoro wuj jest efemerofitem, musiał się wuj zmieszać z obcym gatunkiem, aby móc tu… – Z Tobą. Zmieszałem się z Tobą, Natalio. – Och. – Choć wcale nie jesteśmy sobie tak obcy, jak ci się wydaje. Jednak twoja akomodacja na owym gruncie bardzo mi pomogła i może to właśnie przez nasze podobieństwo, a nie obcość, udało mi się osiąść tu jako drzewo. Dzięki naszemu podobieństwu wiedziałem, jak przedostać się przez pancerzyk do twej akomodacji i wdrożyłem ją na przestrzeni mego jestestwa. – No cóż, miło mi tedy. Spędzali nierzadko na działce miłe momenty pełne obrządkowości. Składali ofiary śnieżnym olbrzymom, paląc pokrzywę płomieniami, które po przefiltrowaniu przez soczewkę topazową w diademie Zimy nabierały agresywnie fioletowych barw. Diadem musiał tkwić na głowie Pani Mrozu, więc Początkowo Natalia bała się zionąć ogniem przez wypustkę z topazem, dodatkowo przysłoniętą pasami falującego naokoło śnieżnego włosia, ale ogień w obrządkowomagiczny sposób nie ranił Zimy – włosy samoistnie przeprowadzały zwinne manewry unikowe, zaś skóra głowy zdawała się być niezniszczalno-nieprzepuszczalna. Kiedy wichura wiała niemożebna, klękały Zima i Natalia i pieśni nordyckie wykrzykiwały, pozwalając by wiatr niósł je do Ymira oraz bóstw wszelakich. W przerwach od skowyczenia ciskały w Zygmunta gałązkami jemioły, a on tylko pochlipywał, by i jego płacz dotarł uszu bogów. Zima pałką władzy nie tylko pogodę kontrolowała, ale i zwierzynę. Tedy przyzywała zastępy wielkich dzików o sierści złocistej, które fruwały po niebie szybciej niźli jakakolwiek maszyna przez człeka czy boga wytworzona. Dziki ustawiały się sznurami, aby Królowa poklepała po ryju, a potem wzbijały się w przestworza jako rozwlekła przestrzennie linia, niosąc na grzbietach Panią Mrozu oraz Natalię. Racice młóciły po chmurach, a Pani wydmuchiwała mgłę i śnieżycę, zaś Natalia, przebrana za mężczyznę, obciążona napierśnikiem z nieskalanych ni na krztynę stopów, wykręcała młotem w dłoni zacne młyńce, zsyłając na ziemię wiązanki piorunów, karząc tych, którzy od obrządkowości stronili. Tedy również i spokojnie Zima z Natalią spędzały czas, bywało. Dziewka podczas owych mitingów odczuwała niemożebną oniryczność energetyczną, powieki ciążyły niezmiernie, dziwne obrazy przejmowały kontrolę nad wyobraźnią, a po ciele wiry czakralne rozprzestrzeniały równowagę poziomów witalnych. Działo się tak, dla przykładu, kiedy Zima wywierała presję pałką władzy na obojczyk Natalii. Stały tak, splecione w osobliwym zwarciu, dziewka z odchyloną głową śliniła się zmożona siłą Mrozu, a Zygmunt wzdychał pradrzewnie, zaś korzenie jego z ziemi wystające ożywały, wynurzały się bardziej i tworzyły sobą naokoło niesamowite kształty, fraktale spiral i spirale fraktali. Konstelacje o takich współzależnościach, od których poczytalność przestawała istnieć, a mózg wykręcało na drugą stronę wymiaru. Nie dziwota, że Natalię moc pałki skusiła. Tedy razu pewnego tako rzekła do Zimy: – Możesz zajrzeć w mą głowę i jeśli wcześniej ujrzałaś większe porypanie niż u mnie wywołane nietuzinkową relacją z siostrą, pałkę możesz zachować, jeśli jednak choć mrugniesz, zdziwiona tym, co tam w środku ujrzysz, pałkę mi oddasz. Pani Mrozu zatopiła w skroniach i kościach jarzmowych dziewki igły swych bladych paznokci i nie dość, że mrugnęła, to jeszcze usta rozwarła, z których to padł jęk słabowity, jakby z Białej Pani raz na zawsze coś uszło. Słabowity jęk chorej osoby, która ledwo może podnieść się z posłania. Natalia wygrała pałkę władzy i ku swej euforii posiadła kontrolę nad pogodą. Pierwsze co, uczyniła cieplny bąbel wokół Zygmunta-drzewa, aby nie marzł już więcej, nigdy przenigdy więcej. I po tym jednym akcie – nuda wszechpotężna jakaś przybyła, Natalia znudziła się zabawką. – Oddam ci – rzekła tedy – pod warunkiem jednym – ostawisz memu wujowi bąbel. Zima tylko się uśmiechnęła i przyrzekła, że tako będzie. – Bąbel i tak nie ma już większego znaczenia – tajemniczo wyrzekła, z pokorą przyjmując pałkę władzy. Natalia wtedy jeszcze nie mogła zrozumieć, o co Królowej Mrozu chodzi. Wszystkie te wydarzenia widać było z domu po drugiej stronie ulicy, jednak ani Tomek, ani Aneta, ani nawet Teodor specjalnie nie byli nimi szczególnie zaaferowani. Krzątanina dnia codziennego to ponadczasowe opium. Natalia przez zawirowania towarzyskie na działce w domu nieobecna duchem koczowała tylko między różnymi stacjami egzystencjalnymi – posiłek, łóżko, toaleta, posiłek, łóżko – te aspekty życia nie stanowiły już dla dziewki większej jakieś podniety. Wolała obrządkowość, pradrzewne westchnięcia, a nade wszystko kojący dotyk Zimy, z którą spotykała się nierzadko w kanciapie. Tak obecnie zawisł środek ciężkości jaźni, tam wokół niego rotowały podmuchy atencji. Jednak pewnego deszczowego dnia drugiej połowy zimy Natalia ujrzała w salonie, w nikłym światełku lampki coś, co częściowo wypchnęło ją ze strefy hipnotycznego oniryzmu. Pozornie zaczytana w lekturze co rusz zerkała na tajemniczą saszetkę przytwierdzoną do paska Teodora, który pod ową lampką również w czymś się zaczytywał. Deszcz bębnił o dach, krople spływały po szybach – Natalię szturmowała niesamowita wizja, iż deszcz pewnie chciałby wiedzieć, co się dzieje w domku tutaj, który aktualnie bombarduje, tak samo jak jej oczy atakują saszetkę skrywającą sekret. Może skrywa ona żywe istoty, plemię owadzich ciemnolubnych wynaturzeńców, lub może niewyklute jeszcze jaja, które pulsują, wydzielają duszący gaz oraz gnuśny swąd i nie wiadomo, co się z nich narodzi. Najprościej było córę-zastępczą spytać: – Co to za wór masz na brzuchu? – To saszetka brzuszna. Chowam w niej karteczki, na których spisuję różne pomysły udoskonalania naszej relacji. – Aha, czyli dopiekania mi. – Widzisz, siostro, chrzan piecze, a jest zdrowy. – Ty jak cos powiesz, zapisuj się na turnieje oratorstwa. Figurkę złotoustej masz jak w banku. Ta wymiana zdań zawisła w głowie Natalii niczym mrygająca żarówka podwieszona u sklepienia czaszki na łańcuchu, a z każdym rozbłyskiem w głowie przemykały scenariusze różnych nieprzyjemnych zajść z Teodorem. Coś w niej pękło, zasiadła do komputera, otworzyła dziwny chat, którego nie potrafiła nijak wyłączyć i napisała do Teodora. Dobra, zagrajmy w tego Walenia. Cieszę się, siostro. – Odpowiedź przyszła natychmiastowo. – Zanieś zgrzewkę wody do piwnicy, a potem z powrotem ją przynieś. Czy te zadania będą miały jakikolwiek sens, czy mają mnie tylko wkurwiać? Odczekała minutkę, może dwie, ale komunikacja obumarła. Wykonała zadanie, czując się po stokroć jak tłumok, gdyż Teodor nijak nie kontrolował, czy zgrzewka naprawdę została bez sensu dwukrotnie przetransportowana. Natalia co więcej czuła się, jakby wystawiła do ataku wyjątkowo ciężkiego skoczka, a następnie od razu wycofała go bez większego powodu na przynależne mu miejsce startowe na szachownicy. Zrobiłam to gówno. Ale nie mam pojęcia, jak ty możesz to, siostro, zweryfikować. Spokojnie, ufam Ci :) Natalię całe te zajście rozsierdziło. Konwersacja ponownie obumarła. Nazajutrz jednak Teodor z własnej woli zaoferował się jako masażysta, wykonał go solidnie, z mięskiem, a przez cały dzień nie wyciekła z niego ani przez chwilę Kamilowość. Pod wieczór Natalię zaskoczyła kolejna wiadomość na chacie: Nastąp ojcu na stopę. Mocno. Sama nastąp. Błąd – Teodor ponownie stał się córa-zastępczą w pełnej krasie, parę takich dni Natalia wytrzymała, koiła się codziennymi wypadami na rolki w teren, akurat pogoda dopisała. Ale gdy spadł śnieg i odciął ją od tej formy relaksu, ugięła się i zatopiła kolec pięty w stopie Tomka, kiedy krzątali się po kuchni. Tomek zaczął mruczeć coś o palu, jednak nic złego się nie stało, a Teodor nagrodził dziewkę masażem. Przychodziły kolejne wiadomości: Zerwij z wrzaskiem barbarzyńcy firany w salonie. Chodź przez tydzień w zielonych włosach. Zalej mamie herbatą dokumenty z pracy. Herbatą z sokiem malinowym. Wyczyść wszystkie USB ojca. Zrzuć laptop ojca na podjazd. Natalia wykonywała wszystko jak posłuszny pies, dostrzegła tendencję rosnącą, jeśli chodzi o poziom trudności zadań, wciągnęło ją jednak w ten wir, wlazła do tego kotła o niepodważalnej pokrywie. Bezwładność kierowała jej czynami i dzierlatka maglowała kolejne wytyczne córy Teodora, i chyba aż do przemaglowania miało się to ciągnąć. – Dużo jeszcze tych zadań? – spytała wprost przy kolacji. – Blady Waleń to najgłupsza gra, w jaką grałam. – Jakich zadań…? – No tych, które mi piszesz na chacie. Zaśmiał się. – Ale ja nic ci nie piszę na chacie. Natalia ścisnęła widelec, że aż knykcie pobielały, a mordę przyoblekła w szaty gniewu, bezgranicznego rozsierdzenia.
-
- opowiadanie
- groteska
-
(i 8 więcej)
Oznaczone tagami: