Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Znajdź zawartość

Wyświetlanie wyników dla tagów 'wspomnienie' .

  • Wyszukaj za pomocą tagów

    Wpisz tagi, oddzielając je przecinkami.
  • Wyszukaj przy użyciu nazwy użytkownika

Typ zawartości


Forum

  • Wiersze debiutanckie
    • Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
    • Warsztat - gdy utwór nie całkiem gotowy
  • Wiersze debiutanckie - inne
    • Fraszki i miniatury poetyckie
    • Haiku
    • Limeryki
    • Palindromy
    • Satyra
    • Poezja śpiewana
    • Zabawy
  • Proza
    • Proza - opowiadania i nie tylko
    • Warsztat dla prozy
  • Konkursy
    • Konkursy literackie
  • Fora dyskusyjne
    • Hydepark
    • Forum dyskusyjne - ogólne
    • Forum dyskusyjne o portalu
  • Różne

Szukaj wyników w...

Znajdź wyniki, które zawierają...


Data utworzenia

  • Od tej daty

    Do tej daty


Ostatnia aktualizacja

  • Od tej daty

    Do tej daty


Filtruj po ilości...

Dołączył

  • Od tej daty

    Do tej daty


Grupa podstawowa


  1. Kucnąłem nad nim. Nie przeczuwałem tego by gwałtowne budzenie herosa czy mędrca z głębokiego, ożywczego snu, było najwłaściwszym postępowaniem w tej sytuacji, ale z drugiej strony musiałem otrzymać pozwolenie na pobyt w krainie bogów. I tylko ten oto potężny strażnik mógł mi go udzielić. Wyciągnąłem swoje niewielkie dłonie z kieszeni spodni. Zawisły cal nad barkiem mężczyzny, już, już dotykając jego majestatu. Wtem odsunąłem je gwałtownie, patrząc ze strachem na to jak chrapanie zastępuję seria chrząknięć i mlasków, powieki delikatnie się rozwarły po czym strażnik obrócił się na wznak i zaczął wydawać z siebie charkotliwe westchnienia przez półotwarte usta. Nie miał połowy przednich zębów i wionął sfermentowanym piwem na milę Dodatkowo urzekły mnie jego świeże zadrapania, rany i siniaki, których nie brakowało na jego obliczu. Ślady walki w obronie Olimpu. Tylko potężny wojownik mógł nosić tyle ran i blizn. Musiałem podjąć decyzję. Lepiej zginąć z ręki zaskoczonego we śnie herosa, czy pijanego wujaszka, którego nawet nie znałem. Olimp był dla takich jak ja. Należało mi się na nim miejsce. Podjąłem decyzję. Jeszcze raz położyłem dłonie na jego piersi i zacząłem mocno uciskać, szepcząc przy tym gorączkowo. Halo! Wstawaj strażniku! Chcę uzyskać Twą zgodę by tu zostać! Wzdrygnął się i delikatnie rozchylił powieki. Jego wzrok błądził jeszcze we śnie. Uniósł palec lewej dłoni tak jakby chciał powiedzieć coś ważnego i wychrypiał nieprzytomnie. Ja już na dziś dziękuję. Nie polewajcie mi. Jestem zapitym pijakiem. I opadł z powrotem w sen. Nie dałem za wygraną i do szarpnięć dołożyłem lekki cios w policzek. Zaraz nad linią brody. Tym razem heros od razu otworzył szeroko oczy i krzyknął trochę bardziej przytomnie nie zapominając o dawce przekleństw nie boskich a tych zupełnie upadłych. Antony pusty kpie z brudnej suki zrodzony, nie dociera do Ciebie po angielsku? Jestem pijany. Chcę spać zgniły fajfusie. Idź męczyć kogoś innego. Gdy strażnik znów zapadł w półsen, dotarło do mnie, że wspomniany Anthony raczej nie był bogiem. To nie było imię dla Boga panteonu. Więc kim był? A w zasadzie nie warto zaprzątać sobie nim głowy. Skoro nie był Bogiem to z pewnością nie był nikim ważnym. Nie jestem żadnym Anthonym! Jestem Angus Davis! A czy Ty jesteś strażnikiem? Heros westchnął z rezygnacją, godząc się widać ostatecznie z niezapowiedzianą pobudką. Podciągnął swe mocarne ciało na łokciach i po chwili opadł bez sił na błoto. Zaklął szpetnie. Strażnikiem czego do diabła? Podejrzliwie zmrużyłem oczy No strażnikiem Olimpu oczywiście. Jakiego znowu pieprzonego Olimpu? Chłopcze jest środek cholernej nocy. Splunął na tyle daleko na ile pozwalała mu pozycja ciała. Był zdenerwowany. Czułem to. Za to ja czułem się skołowany. No tego miejsca. Czy jesteś obrońcą i posłańcem Bogów? Zaśmiał się krzywo. Bogów synku? Masz na myśli nasz wapienny tron i moich koleżków? Faktycznie bronimy dostępu do tego miejsca. A jeśli chodzi o posłannictwa, to zdarza nam się chodzić na posyłki na mety, do paserów, ewentualnie do tego pubu by kupić sobie coś na wzmocnienie. Ci którzy przedobrzą, kończą jak ja w dniu dzisiejszym. A więc jednak byłem w krainie bogów. Od zawsze miałem rację co do tego miejsca. Gdzie są teraz bogowie? Przekręcił się na lewy bok by lepiej mnie widzieć, miał uśmiech na twarzy ale też jakiś stalowy, nieprzyjemny błysk w oku. W zaświatach chłopcze. Znikają w swych suterenach na poddaszach. W tanich szynkach zamienionych na podrzędne burdele, Na metach wolnych od czystości i dostatku. W objęciach swych wychudzonych, pobitych partnerek. Takie z nich piękne boginie, że nawet pies dostałby zawału gdyby na którą naszedł po nocy w bramie. Bogowie nocą tańczą i śpiewają w swej krainie. Nie zobaczysz ich aż do bladego świtu. A i tak przedtem wysyłają jednego, samotnego zwiadowcę. Wynurza się z zaułka, ulicy czy bramy. Przechodzi przez murek. Bada dokładnie okolicę. Wdycha pierwsze oznaki budzącego się dnia. Gdy wokół jest bezpiecznie, daje sygnał. Stawia na murku butelkę. Jej brzęk to znak. Wtedy brama Olimpu otwiera się aż do ostatniego blasku dnia. A nocą bogowie odchodzą do zaświatów by tańczyć a Olimp znów jest jedynie murkiem wyrosłym pośród brudu i pokrzyw. Podoba Ci się moja historia? Byłem nią urzeczony. Czy to wszystko prawda? Najprawdziwsza prawda mój chłopcze. Zmierzwił mi włosy i stwierdził po chwili przyglądając mi się uważnie. Mówiłeś, że nazywasz się Davis… jesteś bardzo podobny. Tak bardzo podobny. Mówi Ci coś nazwisko Bryan Davis? Nie spodziewałem się jeszcze kiedykolwiek je usłyszeć. Nawet matka już o nim nie mówiła. Mój prawie dorosły brat tym bardziej. Dukając pojedyncze sylaby odpowiedziałem. Podobno był moim ojcem. Nie pamiętam go jednak. Zresztą wszyscy o nim zapomnieli. Nie wszyscy mój drogi chłopcze. Olimp i jego bogowie zawsze będą o nim pamiętać a ja wszędzie rozpoznałbym jego syna. Wstałem z wrażenia i wykrzyczałem w cichą noc. Bywał tutaj?! Heros wstał chwiejnie i objął mnie czule. Dowlókł się do tronu i usiadł z wyraźną ulgą. Był królem życia i dobrej zabawy. Był naszym przyjacielem.
  2. Był środek nocy. Nie spałem ani nawet nie leżałem jeszcze w łóżku. Byłem jednak zmęczony i ziewałem szeroko raz po raz. Czułem opadające samoistnie powieki. Nieprzyjemny, gryzący piasek pod nimi. Jedna sekunda, dwie, trzy. Otwierałem szeroko załzawione oczy. Kolejna rozbita butelka, wywrócone w szale krzesło, czyjeś ciało obijane z impetem o ścianę. Krzyki i wyzwiska, latające w powietrzu jak pociski. Szamotanina pod drzwiami pokoju, moment uderzenia i trzask wybitych ciężarem bezwładnie lecącego ciała drzwi. To była moja matka. Pijana prawie do nieprzytomności. Leżała w progu, podkulając nogi i próbując doczołgać się w stronę okna, do mnie. Uciekała jak zbity pies. I faktycznie była pobita. Ręką zasłaniała twarz i rozcięty uderzeniem policzek. Wargi miała spuchnięte, pełne zaschniętej, prawie czarnej krwi. Bełkotała coś nieskładnie przez łzy, wijąc się coraz prędzej. W progu stanął mój setny w tym miesiącu wujek. Krępy blondyn w wyciągniętej ze spodni, lnianej koszuli. Jego lewa dłoń ściskała butelkę burbona. Prawa była zaciśnięta w mocarną pięść o czerwonawych palcach i wystających żyłach. Dopadł do niej, uchwycił jej jasne włosy i jednym brutalnym pociągnięciem prawie postawił ją na nogi. Po czym pchnął jej bezwładne ciało. Runęła pomiędzy mnie a łóżko, uderzając głową o podłogę. Krzyczała i błagała by ją zostawił. Podszedł powoli z delikatnym, triumfalnym uśmiechem na twarzy. Jego czarne derby połyskiwały świeżą warstwą pasty. But wylądował władczo na jej skroni i przydusił ją do podłogi na dobre. Patrzyła na mnie ni to z obłędem ni to ze strachem. Była cała we łzach. Jej oczy dawały sygnały, żebym uciekł. Nie tylko one. Jego wzrok wreszcie mnie odnalazł. Obawiam się chłopcze, że dalsze przebywanie w tym pokoju nie przyniesie Ci nic dobrego. Zrobisz lepiej, jeśli się teraz ulotnisz a ja dokończę rozmowę z tą su…, z twoją mamą. Rozbił z impetem butelkę zaraz obok jej głowy. Ryknęła na cały głos bym się wynosił. Nie trzeba mi było tego powtarzać. Uskoczyłem wolną przestrzenią przy ścianie i chwilę później już byłem przed kamienicą. W głowie nie miałem myśli, czy wujek zabiję mamę. Mojego ojca podobno zabito. Ale to z pewnością była sprawka innego wujka. Martwiłem się o siebie. Niestety takie było prawo ulicy. Dbaj jedynie o siebie. Inni muszą żyć tak by przeżyć. Do jutra, do rana, do kolejnej libacji. Dbaj o to by mieć co jeść i gdzie spać. Prawie nie jadłem przez cały dzień a teraz pozbawiono mnie miejsca na sen. Ale gen przetrwania w tym miejscu, potrafi nieść nogi wbrew potrzebom umysłu. Nie wiedzieć czemu stojąc tak pośrodku czerni zabójczej, nocnej przestrzeni, pomyślałem że na Olimpie będę bezpieczny. Bogów nie dotykano, nie odwiedzano. Mieli ciszę i spokój w swej sekretnej siedzibie. A ja chciałem tylko przetrwać noc. Udałem się w mrok dzielnicy. Cicho i bezszelestnie jak mały szczur, pragnący zobaczyć swych bogów. O tej porze mogłem spodziewać się tego, że dziedziniec pubu i sam murek, będą już zupełnie opustoszałe. Dodatkowo było nieznośnie zimno a wiatr choć niezbyt mocny to jednak pozostawiał na skórze lodowate uczucie cierpnięcia skóry. Nie miałem na sobie kamizelki, swetra ani płaszczyka. Jedynie brudną i porozciąganą koszulę. Miałem jednak nadzieję, że bogowie będą nade mną czuwać i nie pozwolą mi złapać zapalenia płuc. Jeśli oczywiście przybędą mi na ratunek. Murek jawił się w ciemności swą skarlałą wypukłością już z daleka. Wokół Olimpu było pusto. Pub był chyba zamknięty a światło w nim zagaszono. Neon nie działał. Został rozbity już jakiś czas temu przez pijanych chuliganów w trakcie jednej z burd. Już miałem przeskoczyć przez murek gdy nagle moje wyczulone ucho wyłapało w ciemności jakiś dźwięk. A było to donośne chrapanie, dochodzące gdzieś na lewo ode mnie ze zbitej grupki pokrzyw wyrastającej wprost z kamienistego i krzywego podłoża fundamentu pubu. Wdrapałem się na chropowaty murek i spojrzałem uważnie w tym kierunku. Obok pokrzyw leżało kilka pustych butelek po piwie a w samym centrum jakaś wysoka sterta ubłoconych niemiłosiernie ubrań, z której to jednak dochodziło chrapanie. Wtedy zrozumiałem. Gdy bogowie odchodzą, Olimpu strzeże ich posłaniec. Cyklop? Minotaur? Czy faun? A może to utrudzony dzienną walką heros, któremu bogowie pozwalają odpoczywać w ich ogrodach. Nie byłem herosem ani faunem. Ale miałem nadzieję że bogowie nie obrażą się na mnie, gdy doczekam tu świtu a przy okazji rozmówię się z ich strażnikiem. Na paluszkach ruszyłem w stronę śpiącego. Błoto wokół śmierdziało moczem, alkoholem i zgniłymi jajkami. To nie była ambrozja. A może właśnie nią była. Strażnik też ohydnie cuchnął. Tak jak gdyby kąpał się w rynsztoku. Mdławy odór zatrutej rzeki był niczym przy jego sklejonej brudem kapocie i spodniom na których zostało chyba więcej śladów resztek i błota niż właściwej tkaniny. Jedynie jego kapelusz można by uznać za nie znoszony. Zakrył nim połowę twarzy, tak że jedynie długa, skołtuniona, siwa broda wystawała poza obręb cienia ronda. Leżał spokojnie na lewym boku i wychrapywał jakąś melodię a może pieśń o dawnych i współczesnych bogach Olimpu.
  3. Tak nagle odszedł. Tak młodo. Tak trudno w to uwierzyć. Złoty Człowiek, ciągle zaaferowany sprawami potrzebujących, czynieniem dobra i aktywnym zwalczaniem zła. Wielka strata. Wielki żal i smutek. Wieczny odpoczynek racz Mu dać Panie, a światłość wiekuista niechaj Mu świeci. Niech odpoczywa w pokoju wiecznym. Amen. [*] https://uwaga.tvn.pl/reportaze/pomagal-na-bezprecedensowa-skale-lukasz-litewka-nie-zyje-st9015828
  4. całowałeś obfitą krągłość mego brzucha pieściłeś blade ciało urabiałeś rękoma jak ciasto na chleb zachwycała cię delikatność mojej skóry w rozlanej bieli nasze ciała i myśli przenikały się wzajemnie podobno mnie kochałeś a ja zarżnęłam uczucia w sobie chyba nie umiem nie tęsknić za tobą
  5. Chodzę w mroku sama i znam dobrze tę drogę, Gdzie niepokój w korzeniach oplata mi nogi. Moje kroki – szelest dręczących słów, Które cisza usypia wśród wilgotnych mchów. I wiem, że w tobie też tkwi ból A pod powiekami spoczywa zmęczona miłość. Że u ciebie też jest to, co we mnie. Bo kiedy kocham, To jakbym odchodziła. I kiedy odchodzę, To jakbym kochała. I nie rodzi się nic. I krwawię, i tkwię, Jakbyś był mi obcy. I tęsknię, i wracam, Jakbyś był mi bliski. Idę dalej, choć każdy krok wydaje się już czyjś.
  6. Pamięci Cz. Niemena Leć, gorący płomieniu, hen, aż po świata kres, Wzbudź zastygłe sumienia w martwych sercach, Celebrujmy chwile jedności, nim znów się rozdzielimy, Nim świat nas znowu pochwyci w swe kleszcze. Na Twoją cześć, proroku, dzwoni ta Trąba, Na Twoją cześć! stajemy na swych cienkich nogach, Gdy śpiewasz, w mojej głowie eksploduje bomba, Teraz śpiewasz już na niebieskich drogach. Warszawa, 17.01.24
  7. "Znicz" ...wiersz z dzieciństwa (dla śp. dziadka) mały promyk ognia w pas się kłania Tobie mówi ci, że nigdy o cię nie zapomnie on jest mały, lecz wspaniały przypomnina dawne dzieje... dzieje twe za życia w małym zniczu.. tak, cmentarnym gdzie się kryją cudy Twego życia gdy się go zapali czarnieć się zaczyna i pomału mały ognień swe gorąco wzbija pali się tak..aż wyczerpie dolę swego życia...
  8. na karuzeli życia zataczane koła pusto blokada zniknęła czy nadejdą wichry niespodziewane co ze skorupy ziemskiej zmiatają zapis najlepszych chwil
  9. Statek obrał kierunek i zmierzał do portu. Piękny widoczek miasta przybliżał się z dala. Mijaliśmy tymczasem na/przybrzeżny kurort. Śmignęła motorówka, wzburzyła się fala. Stąd, od środka jeziora spójrz na okolicę; ludzi, którzy na piasku utkwili przez chwilę. Małe domki oświetlił z nieba słońca promień. Widoczne są przy brzegu; tam, gdzie leży kamień. Kiedy statek pruł fale w pełni czaso/biegu, wynikła ta różnica; gdzie ląd, a gdzie woda. Wszystko stało się jasne; przy szczęśliwym zbiegu dobiliśmy do portu... Cudowna pogoda! Było tak wspaniale. - 2023 -
  10. „Boże spraw, żeby wszystkie moje dziewczyny były zdrowe i nigdy na siebie nie wpadły!” — dobrodziejstwo tego życzenia miałem docenić poniewczasie. Gdyby nie małe niedopatrzenie, wszystko poszłoby zgodnie z planem, jednak diabeł siedzi w detalu i to on w końcu decyduje o naszym losie. Pociągi wjeżdżały o tej samej porze. Pomachała mi ręką z okna w pierwszym wagonie i kiedy przeszedłem na koniec peronu, czekała tam na mnie. Miała na sobie białą bluzkę i brązową spódnicę, na ramieniu zwinięty żakiet, w ręku niedużą torbę z podręcznym bagażem. Przywitałem ją, chwyciłem za torbę i ruszyliśmy w kierunku wyjścia: ja przodem, ona pół kroku za mną, ściskając w ręku bukiet kwiatów, które dostała przed chwilą. Dobrze było zobaczyć jej stęsknione oczy, więc czemu akurat w tym momencie pomyślałem o tej drugiej, która według precyzyjnie opracowanego planu powinna witać wschód słońca trzysta kilometrów stąd? Myśl ta to był zły omen: stała z plecakiem na ramieniu przy przeciwnej krawędzi peronu. Uszczypnąłem się, nie chciała zniknąć. Widząc mnie, podskoczyła z radości i zaczęła biec w moim kierunku. Nagle stanęła jak wryta, a uśmiech momentalnie znikł jej z twarzy. Ta obok mnie zauważyła ją również i ich spojrzenia skrzyżowały się w powietrzu jak szpady. Stały tak przez chwilę, taksując się nawzajem wzrokiem, a potem spojrzały na mnie, cóż to wszystko znaczy? Usiłowałem szybko zebrać myśli, szukałem najgłupszej choćby wymówki, ale wciąż nie mogłem uwierzyć, że stoją tam blisko siebie, na tej samej stronie, chociaż są postaciami z różnych książek. Stan osłupienia długo mnie nie opuszczał, widziałem to w ich oczach. — Uhm… poznajcie się, to jest Róża… — Próbowałem odzyskać zimną krew. — A to Stokrotka — powiedziałem w zabawny nawet sposób, ale nikomu nie było do śmiechu. Stokrotka ściągnęła plecak i położyła go na peronie. Była nieco wyższa od tej drugiej, dość szczupła, włosy blond, upięte z tyłu czarną klamerką, oczy niebieskie, kolorem trochę podobne do moich. Miała ładną twarz, choć nigdy nie używała mocnego makijażu. Atrakcyjna, ale nie obnoszącą się tym przed światem. Ponadto bardzo wysportowana: na dwieście metrów mogła się uplasować w pierwszej trójce, na czterysta złoty medal murowany, w zespole uniwersyteckim oczywiście, bo na olimpiadę musiałaby jeszcze trochę potrenować. Róża była zupełnym przeciwieństwem: brązowe włosy, długie i proste, które czasem sobie kręciła, piwne oczy, duże i ciekawe świata. Kolor włosów znakomicie kontrastował z jasną karnacją. Ubierała się elegancko i gustownie, jakby przyjechała prosto z Paryża lub Mediolanu. Chodziła na lekcje baletu i znakomicie tańczyła. Do tego była małomówna, co uważałem za dużą zaletę. Widząc moje zaambarasowanie, uśmiechnęła się nieznacznie na znak, że doskonale rozumie jego powód. Tym pół-uśmiechem naprowadziła mnie na jedyne rozsądne rozwiązanie: udawać, że wszyscy znaleźliśmy się tutaj przypadkiem i powinniśmy to spotkanie traktować jako szczęśliwy zbieg okoliczności. — Wyjdźmy przed dworzec… Nie będziemy przecież tak wystawać na peronie — zaproponowałem, lecz w moim głosie nie było pewności siebie. — Wiesz, ja może jednak zaczekam na pierwszy powrotny pociąg do Szczecina — odcięła Stokrotka. — Następny pociąg podstawiają dopiero po południu. — Wolę stać tutaj cały dzień, niż być w twoim towarzystwie choćby minutę dłużej. Podniosła plecak, podeszła w kierunku najbliższej ławki i usiadła na niej, bokiem, żeby nie patrzeć na mnie. Mogłem się tego spodziewać. Na jej miejscu zareagowałbym tak samo. Było mi okropnie żal, że to uczucie, które miała dla mnie, stało się nagle siłą niszczącą. Przed oczami przesunęła mi się scena nad Jeziorem Głębokim: Leżeliśmy pośród wysokich traw, głaskanych delikatnie podmuchami wiatru. Przy brzegu fale kołysały kajak, w którym schowaliśmy ubranie. Trzymając się za ręce, patrzyliśmy na obłoki płynące lekko po niebie. Jej ciało miało zapach łanów pszenicy, brzemiennych, mokrych od deszczu. Nigdy przedtem, z żadną kobietą, nie było mi tak dobrze. Teraz wiedziałem, że ten dzień już nie powróci, jest wspomnieniem, jak pożółkła kartka papieru w pudełku z listami. Gdyby nie ta głupia pomyłka mielibyśmy przed sobą wiele takich dni, może nawet całe życie. Róża wciąż stała obok mnie. Poprosiłem aby usiadły razem, niech nie myślą, że biorę stronę którejś z nich. Sam przycupnąłem na krawędzi ławki. — Jaką miałaś… miałyście podróż? — zapytałem, żeby przerwać nieznośne milczenie. — Nie najgorszą — odpowiedziała Róża. Wydawało mi się, że lepiej znosi konfrontację. Zawsze wychodziła z założenia, że nie ma sensu się martwić, skoro i tak niczego to nie zmieni. — A ty? — zwróciłem się do Stokrotki. — Jakby kogoś to obchodziło. — Obchodzi mnie. — Tak? A to, jak ja teraz wyglądam, o tym nie pomyślałeś? Na to pytanie nie ma odpowiedzi. Gdybym był swoim obrońcą, wniósłbym natychmiastowy sprzeciw: Wysoki Sądzie, nie mogłem przewidzieć sytuacji, która nigdy nie powinna się wydarzyć. Na świadka powołuję diabła. — Nawet jeśli nie dziś, to i tak kiedyś bym się dowiedziała. Miała rację, dwa zero dla niej, ale obrywam w bańkę! — Jak długo się znacie? — zapytała Różę. Zostałem wyeliminowany z dalszej dyskusji. Nie pozostawało mi nic innego, tylko biernie się przysłuchiwać rozmowie. — Trzy lata. — Tak długo? — Nie mogła uwierzyć. — A wy? — Poznałam go trzynastego kwietnia, o godzinie dwudziestej osiemnaście… — mówiąc to wyjęła z plecaka cienki zeszyt i zajrzała na jedną z kartek. — Tak, nie pomyliłam się. Wyciągnęła z kieszeni długopis i zaczęła coś zapisywać. — Wynika z tego, że znamy się… przepraszam, znaliśmy się… cztery miesiące, dziewięć dni, czternaście godzin i trzydzieści sześć minut. Popatrzyła na mnie z ironicznym uśmiechem, jakbym był jej partnerem w konkurencji o puchar świata i zawalił wyścig kilka metrów przed metą. — Nie najgorszy wynik, co? Czemu one to robią? Mówią takie rzeczy, jakby szukały zemsty. Czemu nie chcą ocalić tego co piękne? Popatrzyłem na ten zeszyt, który wciąż trzymała w ręku, jakby zamierzała wrzucić go do kosza stojącego obok ławki. Jego istnienie odkryłem w drugim miesiącu naszej znajomości. Przyjechałem wczesnym rankiem, kiedy jeszcze spała. Nie chcąc jej zbudzić, ostrożnie rozpakowywałem torbę i wówczas zauważyłem zeszyt leżący na stoliku, przy głowie łóżka. Otworzyłem go, zacząłem czytać, a linijka po linijce ciekawość zamieniała się w przerażenie. Zapisywała w nim każdą chwilę spędzoną beze mnie, każdy szczegół, który mógł mnie przypominać, najintymniejsze zwierzenia, słowa jakich ja sam nigdy nie miałbym odwagi powiedzieć, cóż dopiero zapisać. Łechtało to moją próżność, jednocześnie zasiewało wątpliwość, czy ten brak równowagi pozwoli nam długo być ze sobą. — Nie wyrzucaj tego, proszę! — To mój pamiętnik, mogę zrobić z nim co zechcę. — Właśnie dlatego. To jest twoje życie, nie niszcz go, bo możesz tego żałować. — Po co ja to w ogóle pisałam — rzekła do siebie, lecz jednak schowała zeszyt do plecaka. Odetchnąłem z nadzieją: jeszcze nie wszystko stracone. Na tor obok wtoczono skład pustych wagonów. Peron zaczął się zapełniać ludźmi; co chwila przejeżdżały po nim elektryczne wózki z bagażem. Minęło południe i słońce przygrzewało coraz mocniej. — Słuchajcie, nie ma sensu tkwić tutaj w nieskończoność. Chodźcie, usiądziemy w cieniu drzew po drugiej stronie dworca. Nie czekając na reakcję, złapałem za torby z bagażem i skierowałem się w stronę schodów na końcu peronu. Dziewczyny podniosły się i bez słowa poszły za mną. Usiedliśmy na jednej z ławek przy alejce ciągnącej się wzdłuż dworcowego placu. — Chcecie coś do picia albo lody? Pewnie jest wam gorąco. — Teraz przynajmniej nie będziesz musiał mówić wszystkiego dwa razy — dogryzała Stokrotka. Róża zdawała się być bardziej wyrozumiała. — Gdybyś mógł mi kupić tylko butelkę wody. Poszedłem do pobliskiego kiosku i stanąłem na końcu długiej kolejki. Upłynęło trochę czasu zanim wróciłem i zauważyłem, że dyskutują o czymś zawzięcie. — Ach tak, to dlatego nie chciał się wtedy spotkać… Bo w tym czasie był z tobą. — Róża uzupełniała brakujące elementy układanki, unikając mojego wzroku. Czułem, że nawet i jej pobłażliwość ma się ku końcowi. — A następnego miesiąca, kiedy chciałam go odwiedzić, powiedział że nie może, bo maluje mieszkanie. — Maluje? Ty w to uwierzyłaś? — Kłamca! No tak, proszę, śmiało… Ulżyjcie sobie kwiatki, powiedzcie kim naprawdę jestem: uwodziciel, niewierny, niewdzięcznik, egoista, nieczuły, ignorant, impotent… Co takiego? Chyba już trochę przeholowały. Byłem znużony tym wysiadywaniem na ławce przed zatłoczonym dworcem. Chcą dokonywać nade mną sądu, to niech tam argumentują choćby i cały wieczór, ja wracam do akademika. — Kwiatuszki zbierajcie się, przenocujecie u mnie. Stokrotka przeszyła mnie wzrokiem, jakby się przesłyszała. — Widzisz go? Ale bezczelny, proponować nam coś takiego w tej sytuacji. — A macie inne wyjście? Chcecie się telepać do domu nocnym pociągiem przez pół Polski? — Już ty się o nas nie martw. Wynajmiemy pokój w hotelu na jedną noc. Co o tym myślisz? — Czemu nie — zgodziła się Róża. — Przecież nie znacie miasta, a teraz pełnia sezonu, wszystko wynajęte. — To może raz w życiu zachowasz się jak dżentelmen i zdobędziesz się na gest? Przeszliśmy na postój po drugiej stronie placu. Po kilkunastu minutach nadjechała taksówka. Usiadły z tyłu, ja obok kierowcy. — Hotel Nadmorski, proszę. — Panie kochany… Tu jest bulwar nadmorski, teatr nadmorski, restauracja nadmorska… To całe miasto jest nadmorskie. — Taksówkarz popatrzył na mnie jakbym był nietutejszy. — Adres pan zna? — To ten nieduży hotel, zaraz przy plaży, jak się jedzie do Redłowa… — Aha, kurwidołek! Od razu trzeba było tak mówić. Jazda zabrała niecałe dziesięć minut. Róża i Stokrotka miały miny, jakby nie były pewne, czy będzie to odpowiedni kąt na nocleg, ale się uspokoiły gdy dojechaliśmy na miejsce: stylowy, dwupiętrowy budynek, otoczony bujną zielenią, na malowniczej skarpie z widokiem na morze. Pokoju jednak nie było, chyba że za specjalną cenę, o czym doskonale wiedziałem, lecz zależało mi, żeby się przekonały same. Ponadto chciałem zyskać na czasie i pozbawić je możliwości powrotu nocnym pociągiem. — Niech pan zaczeka — zawołałem w stronę kierowcy, który nie zdążył jeszcze odjechać. — Kurs na Grabówek, ulica Kapitańska. W akademiku zajmowałem duży pokój z balkonem. Właściwie nie był to typowy akademik, ale zwykły blok mieszkalny, zakupiony przez szkołę morską. W mieszkaniu znajdowały się jeszcze dwa pokoje, kuchnia, łazienka i oddzielna ubikacja. Zwykle kwaterowało w nim siedmiu studentów, ale podczas wakacji mieszkałem tylko z jednym kolegą. Jutro niedziela, a w niedzielę nie spodziewałem się gości. Zaprowadziłem dziewczyny do kuchni, bagaże zaniosłem do pokoju. Stokrotka usiadła na parapecie przy oknie. Było to jej ulubione miejsce. Stamtąd roztaczał się widok na port, stocznię i zatokę, po której zaledwie miesiąc temu płynęliśmy statkiem do Jastarni. Róża skorzystała z łazienki. Zostałem ze Stokrotką i zauważyłem, że początkowe rozgoryczenie już jej odeszło. Przecież ona cały czas czuje do mnie to samo. Te kilka słów, które powiedziała dziś w złości, nic nie znaczą. Chciałem dotknąć jej włosów, lecz odsunęła głowę. Do kuchni weszła Róża. Popatrzyła na nas badawczo, ale zaraz się uspokoiła i zajrzała do świecącej pustką lodówki. — Ładnie się przygotowałeś na mój przyjazd — wygarnęła mi w oczy, zamykając prędko drzwiczki. A kiedy miałem zrobić zakupy, skoro cały dzień zmarnowaliśmy na dworcu? Niezrażona wyciągnęła z torby słoik z wekowanym mięsem, drugi z grzybami, a także kostkę masła i chleb, które przezorna zabrała ze sobą. Znalazła w szufladzie nóż i zaczęła przygotowywać coś do jedzenia. — Daj spokój, ja się tym zajmę. — Chciałem odebrać jej nóż, ale nie pozwoliła. — Siadaj i nie przeszkadzaj, też musisz być głodny. Nie jadłeś cały dzień. Zastanawiałem się, co dalej. Nie pojechały do domu, to znaczy, że chcą zostać ze mną. Kolacja była gotowa. Siedliśmy do stołu: kwiatuszki pod ścianą, ja pośrodku. Razem tworzyliśmy doskonały trójkąt równoramienny. Tak się nie da żyć, żadna kobieta nie zaakceptuje takiego układu. Było idealnie kiedy nie wiedziały o sobie. Teraz nasz trójstronny związek nie ma sensu. — Czemu nic nie jesz? Róża chciała poznać moje zamiary już teraz, pewnie dlatego, żeby mogła spać ze spokojną głową. — Nie mam ochoty — odpowiedziałem wymijająco. — Idę, pościelę wam łóżka. Nie siedźcie zbyt długo. Zgasiłem światło i położyłem się na tapczanie, obok drzwi wychodzących na balkon, ale z nadmiaru wrażeń nie mogłem zasnąć. Przysłuchiwałem się o czym rozmawiają, lecz docierały do mnie tylko strzępy słów. W łazience zaszumiał prysznic. Kąpie się, która z nich? A może obydwie? Starałem je sobie wyobrazić pod prysznicem: Mokre włosy każdej z nich wyglądały tak samo. Róża miała bardziej kuszące usta. A piersi? Obydwie miały za małe, Róża ociupinkę pełniejsze. Punkt dla niej. Czekałem aż się odwrócą. Ta po lewej stronie była nieco szersza w biodrach i miała okrąglejsze pośladki. Punkt dla Stokrotki. Zmierzyłem nogi. Stokrotka miała dłuższe. Remis. Drzwi od łazienki się otworzyły i weszła do pokoju. W ciemności nie widziałem jej twarzy, ale po krokach rozpoznałem Różę. Położyła się na dolnym łóżku. Po chwili prysznic w łazience zaszumiał znowu. Wydawało się, że Stokrotce kąpiel zajęła nieco mniej czasu. Czy to znaczy, że tamta dba bardziej o higienę osobistą? Chciałem się przekręcić na bok, ale do pokoju weszła Stokrotka. Przymknąłem oczy i leżałem bez ruchu, jakbym przyrósł do krawędzi łóżka. Stanęła blisko balkonu, dokładnie w miejscu, gdzie sączące się przez firankę promienie ulicznej latarni oświetlały jej postać. Miała na sobie białą haleczkę z prześwitującego tiulu, zdobioną czarnymi kwiatkami pod dekoltem. Tą samą, którą założyła kiedy spędziliśmy pierwszą noc. Wiele bym dał, by móc cofnąć czas. Postała chwilę koło mnie, po czym podeszła do łóżka, gdzie leżała Róża, wspięła się po krótkiej drabince i położyła na górze. Leżeliśmy tak w milczeniu udając, że śpimy. Jakie to nienaturalne. W pewnej chwili, któraś z nich się odezwała: — Śpisz? — Nie. — A on, śpi? — Chyba tak. Mówiły szeptem i nie mogłem rozpoznać ich głosu. — Czy pamiętasz dzień, w którym się poznaliście? — Oczywiście. Pracowałam z jego ciotką w redakcji. Przygotowywałam się do egzaminów na studia, a w wolnych chwilach chodziłam do teatru albo na wystawę. — Sama? — Tak, bo nie znałam w tym mieście nikogo. — To jak się poznaliście? — Jednego razu, jego ciotka zabrała mnie do jego domu na obiad. Byłam przerażona kiedy zobaczyłam, ile on potrafi zjeść. A więc teraz Róża oskarża mnie, że jestem żarłokiem. — Gdzie mu to idzie? Przecież jak ja go poznałam to musiał nosić szelki, bo spodnie mu zlatywały. — Nie miał mamusi, żeby mu gotowała. Do tego jeszcze jestem maminsynkiem. — A jak go zobaczyłaś pierwszy raz, spodobał ci się? — Nie od razu. — A kiedy? — Następnego lata. Przyjechał po mnie do redakcji. Był opalony i miał na sobie taką modną koszulę, wąskie spodnie… Myślałem, że wreszcie zasnęły, ale po kilku minutach któraś wyszeptała: — Co z nami teraz będzie? — Ja jutro wracam do domu, ty rób jak chcesz. — Zostawisz go? — Nie widzę innego wyjścia. — Ja też już z nim nie będę. Zasłużył na to. Najlepiej pojedźmy pierwszym porannym pociągiem. Zostawmy go tutaj samego. — Ja pojadę tym o dziesiątej, chcę się wyspać. — W takim razie śpij, dobranoc. — Dobranoc. Kobiety zasnęły w doskonałej zgodzie. Kiedy się obudziłem, łóżka były puste. Wszedłem do kuchni. Siedziały przy stole i jadły śniadanie. — Smacznego. Mruknęły coś pod nosem, nie odrywając wzroku od talerza. Do diabła z tym! Niech jadą precz. Mało to dziewczyn w świecie? W każdym porcie jedna, a na promach to nawet kilka na jednym rejsie. Niech tylko wyjdę w morze, zapomnę o nich. Zapaliłem i mocno się zaciągając, patrzyłem na nabrzeże daleko w dole, gdzie zacumował olbrzymi statek Ro-Ro załadowany fajnymi autami. Skończyły jeść, poszły do łazienki, a potem zajęły się pakowaniem rzeczy w pokoju. Gdy były gotowe do wyjścia, stanęły wyprężone przede mną, jak na odprawie warty honorowej. — Musimy jechać — oznajmiła Stokrotka. — Przecież możecie zostać tu do następnej niedzieli. W dzień mam praktykę w porcie, ale popołudnia wolne. — Zostać? Jak ty to sobie wyobrażasz? — Zwyczajnie, jak troje prawdziwych przyjaciół. — Nie nadajesz się na przyjaciela. — Ach tak? — Zdusiłem peta w popielniczce i podszedłem do nich tak blisko, żeby patrząc mi w oczy musiały zadrzeć głowę do góry. — Wobec tego, na co czekacie? — Musisz wybrać jedną z nas — postawiła warunek Stokrotka. — A co się stanie z tą, której nie wybiorę? — Pojedzie i więcej jej nie zobaczysz. — To straszne. Do końca życia jej nie zobaczę. Żartujesz sobie, czy życzysz mi, żebym umarł tak wcześnie? Starałem się ją przegadać, zyskać na czasie, ale wiedziałem, że nadeszła ta chwila i nie można jej odwlec. Nie chciałem i nie potrafiłem dokonać tego niemożliwego wyboru. To tak jakbym miał zdecydować, którą nogę dać sobie odciąć. Lepiej być odrzuconym, aniżeli zmuszonym odrzucić kogoś. Żadna nie zasługiwała na taki los, a jednak jedną z nich musiał spotkać i to zaraz. Złapałem Stokrotkę za rękę i pociągnąłem ją do stołu. Usiedliśmy. Nie wypuszczając ręki, spojrzałem jej prosto w oczy. — Wybrałem. Chwilę siedziała blisko mnie, próbując się uwolnić, lecz nie puszczałem. W końcu rozluźniłem uścisk. Wtedy się wyrwała i pobiegła do pokoju. Złapała za plecak i usiadła na łóżku. Podszedłem do niej i zobaczyłem, że po policzkach spływają jej łzy. Wyjąłem z kieszeni chusteczkę i zacząłem je ocierać. — Żaden facet nie jest wart twoich łez, a tym bardziej ktoś taki jak ja. Zanim się rozstaniemy obiecaj, że nigdy więcej nie będziesz płakać, nie z takiego powodu. Wyszedłem na korytarz i poprosiłem kolegę, żeby odprowadził ją na dworzec. Dotrzymałem towarzystwa Róży. Dlaczego jej, nie byłem całkiem pewien. Może dlatego, że nie nalegała tak kategorycznie, żeby wybrać jedną z nich. A może pozostać wiernym dziewczynie, z którą spędziłem tylko cztery miesiące to było zbyt wiele. Cokolwiek zrobiłem, musiało boleć jak diabli. Bóg dał ludziom wolną wolę, aby zadawali sobie rany.
  11. Chwila, chwila! Stoisz w zastygłym tornadzie. Złoty kurz zasypiającego dnia Aksamitnie na ustach się kładł, Posypując piersi nagie. Życie pędzi na ślepym ośle . Chwyć się wiatru! Leć wyżej kukieł teatru. To naprawdę proste. Pominięty śmiech nie wróci. Smak skóry stanie się smakiem. Dni bylejakie I bylejak ludzie zatruci. A wystarczy polecieć Wybuchnąć śmiechem w jaskini Opalać się w zamieci, Nim życie minie. Chłopak szepcze dziewczynie.
  12. Powolny cień przetapia złoto. Przyglądam się, jak patrzysz w milczeniu. Świat zasypia, a sen falami się mieni. Nasza chwila, Pięknoto. Wczoraj jest jutro, kiedy jutra nie ma. …Ile jeszcze minie dni Zanim domu otworzę drzwi?... Dziś jest tylko między nimi drżeniem. Kiedy traci się wszystko nie mając nic Wolność rozbija najpiękniejsze gamy, Cisza tańczy ze snami A marmur smakuje jak pył. Nie ma już tego słońca i ciebie, kochana… Słowa jak bursztyny, Miłość do dziewczyny. Tyle zostało z nas w zasypiających falach. Reszta poszła z dymem. Dlatego bez końca Śnię o ostatnim zachodzie słońca, A świat za horyzontem ginie. Kiedyś wszystko to minie. Pozostanie miłość gorąca. Pozostaniesz przy mnie.
  13. Zamknięte w dłoni Blaski na Twoich ustach. Cisza taka, jaka pustka. I płomień. Domek z pięćdziesięciu kart Rozproszył wiatr Przez komin. Pozostały skry z ogniska, Pamięć wszystka, Słońca promień. Siedzę na koniu.
  14. Kiedy chodziliśmy do lasu Śmiały się smugi słonecznych warkoczy. Potok i chwile toczyły się po zboczu, A palce miałem w żywicy i piasku. Wołałem głośno Twoje imię. Fruwało między szyszkami, Jak miłość między nami. To nie zginie? Tu ściany są optymalnie wysokie. Cichy szum turbin i pluski wody. Odchodzisz. Suche drzewa na tle nieba widzę z okien. Wtedy biegliśmy po minutach Przed deszczem, albo na koncert. Nie wiedziałem, że łzy mogą być tak gorące. Ciągle słucham. Kiedyś żniwiarze ścigali się kombajnami, Złote łany syczały pokotem. Dla nich nie było potem. Dlaczego ktoś ścigał się nami?
  15. Dzieciaki! Dzieeciaaakiii!!!.. Dzieciństwo. Podwórko, ogromna planeta, Kosmos cały przesiewa jak przetak. Wszystko było nieskończone... Aż się rozprysło. Nie wiedziałem, że czas mija. Wypluwałem dni jak pestki. W pluciu jestem kiepski I wiatr mi nie sprzyjał. To już nieważne. To było. Owszem. Niewiele śliny trzeba na tydzień. Kiedy on minie, Skończą się wreszcie dni gorsze. Jednego drobiazgu brakuje do rachunku. Tyle się działo gdzieś tam i tam, Że nagle zostałem sam, A nie pamiętam Twojego pocałunku.
  16. Plusk w dywanie mgły, pod stopą, Szelest traw przy brzegu. Księżyc pełen piegów. Fałdy na wodzie leniwie się wloką. Ćwierkot świerszczy srebrem szyje Granat drzew i siwą szarość traw. Sennie wzdycha jeszcze staw. Do brzozowych pni tulą się wędek kije. Bursztynowy miód ogniska. Zapach chłopca uśmiechniętych włosów. Bukiecik łez dla losu. "Śpimy, Tatusiu? Tak, synku, trzeba się wyspać." Brzask chłodne palce do śpiworów wsuwa, Srebrna biel waty pęka gałązkami czarnych drzew. Łopot skrzydeł, dziobów żywy śpiew. Tak krótka była ta noc długa. Sekundy, minuty, lata czas deszczem wymiata… Lśniące szkło, mosiądz, biel obrusów, Tutaj kurzu się nie kurzy, lecz prószy. Za oknami granat zdobi Wielki Kanion miasta. Migotliwe lśnienia, złote wyspy kolorów, Misterium wystawy szeptami sądzi nagich. . Szczególnie jeden obraz musujące lampki wabi. Pejzaż świtu nad wodą , czy może wieczoru? Artysty srebro ułożonych loków Przez łzy ogląda szczegóły z bliska. Ktoś o dwie skry w cieniu pyta mistrza. "To? Oczy mojego taty, a tam ja, z boku."
  17. Wyświechtane słowa, a tyle prawdy! Widziałem ciebie na szkoleniu. Świat wtedy się zmienił. Przestał być sławny. Widziałem jak chora oddychasz przez sen. Mróz szczypał oglądających gwiazdy. Każdy wieczór z Tobą. Każdy. Jak tornado kryształowych lśnień. Gdzieś przez drzwi rzucone - do widzenia Na przystanku dziewczyna je szepcze, Serce nimi tatuaż wypiecze. Mój świat już się nie zmienia. Do narysowania bardzo prosty. Podłoga. Modlitwa do Boga. I osty. Śniąc idę na szczyt góry. Tam nocą, we wrzawie, Zajmę Ci miejsce na trawie. Wsłuchamy się w gitarą i piórem. A potem razem schowamy czas, I pójdziemy zawsze na spacer. Światy zwiedzimy każde. Na końcu zwiedzimy nas.
  18. Wyblakłe obrazki w wyblakłych witrynach i wszechobecny zapach buraków dym biały, jakby ledwo co papieża wybrano a jedyne czego tu doświadczysz to papierzaki. Dwie twarze owite blond kosmykami To matka z córką - bardzo podobne Palimy? Pytają, a mnie konsternacja dopada Nie palimy, A, bo zapalniczki szukają Jakby dymu brakowało w powietrzu. cegiełkę chcą dołożyć do pejzażu miasta to nic, że (przeze mnie) niewyczekiwaną może ktoś inny lubi się dusić? Przecież w przeciwnym razie by stąd wyjechał
  19. Dzisiaj musiałem zawieźć swego szefa Wprost do siedziby gestapo na Szucha, Miał tam spotkanie z ważną personą, Po czym zawsze był w złym stanie ducha. Bywało, że miałem wręcz ochotę Walnąć go w pysk, ot tak, po ludzku, Ale przypominałem sobie o konsekwencjach I tylko burczałem po cichutku. Dyżury miałem we wtorki i czwartki, W godzinach siódma – piętnasta, W zamian otrzymywałem darmowe kartki, Na zakup żywności (aczkolwiek na ćwiartki). Aha, no i jeszcze trochę bilonu, Tak, żeby starczyło mi do pierwszego, Zakupy robiłem na Kercelaku, Do domu przynosząc zakupione warzywa. I, raz do roku, olbrzymia radość, Podwyżka w czerwcu plus bon żywnościowy, Żyć nie umierać – o... jedną markę, (Bo tak się nazywa pieniądz obiegowy). Ech, jak mnie ręka nieraz świerzbiała, By dać mu w mordę i skopać nabiał, Lecz pozbawiłbym się możliwości zapłaty, A w inny sposób nie umiem zarabiać. Musiałem zacisnąć zęby, nie widząc Żadnego wyjścia z tej kwadratury koła, Musiałem nadal szoferzyć, nie wiedząc, Kiedy się skończy ta męka zgoła. Warszawa, 30 XI 2021
  20. mini poemat graphics CC0 bliskość... od Andreasa Schlütera twierdzisz że jestem dziwak bo chce dać ci wszystko i chleb i dom i drzewo genetyczne a żądam intercyzy na swoje młodzieńcze wiersze nie zdołam ciebie do snu monad wpisać czy nie pojmujesz? że... to mój skarb i galaktyczna droga utrapienia? dla ciebie tylko… bursztynowa komnata zaczerpniesz z niej miarką mitologii a słowa? cóż słowa? jak Zamek w Człuchowie wolno je czesać i czasem odświeżać na moment możesz je ukryć w ciszy są nasze. wspólne. czyli niepodległe te wszystkie rozświetlone szepty dekoracja szyku. nagość intelektu. to wolność nie podzielę się z tobą terpsychoryczną przeszłością co we mnie pamięta prawiczka i sceptyka noktambulika na niby... w oprószonym księżycu zakopywałem rymy gwiazdą z perzyn lżyłem posągi boginek z atłasowych firan zauroczeń dmuchałem w ogień Afrodyt tańczyłem z Hamadriadami w krótką noc Kupały chodziłem po drutach wysokiego napięcia na szczudłach Olimpu w bożkach elektrycznych kiczu szukałem pułapu uduchowienia i piłem wodę ze źródła Aganippe oglądając twarz w łaknień tafli odkryłem w sobie Narcyza nad czym potwornie dziś ubolewam aż nagle te wszystkie bóstwa lęków stały się chrześcijańskie bo pewnie zawsze były i ożyły uczynnie w łasce Boga Jedynego... miałbym ci to oddać? kiść ocalenia wyrzucę je na wiatr! pognam Pegaza... niech zwiedza ośrodki galaktyk zasnute konurbacje a gdyby czasem zechciał z blasków wyparskać moje „niewierne imię”? tyle mi już wystarczy ty będziesz koniokradką lecz w stajni Augiasza niech ożyje we mnie ta słowa moc i niechaj będę przez chwilę drugi Charles Leconte de Lisle a twoim tropem będzie luks muzy cielesnej mroczny czyn pejoratywny usłużny bluszcz popędu wiem. nie poprzestaniesz twój genetyczny despotyk zmysłu tropi coraz to nowsze finezje w kolejnych innych luśniach babskich ślepi ów blask jantaru ci zagraża gdy nie wiesz kto szabrował tu rym przy jądrze mym intelektu w bursztynowej komnacie kandelabrów --
  21. Rozrywasz pajęczyn wstęgi, byle zostawić popiół. Jakąś chorą cząstkę głowy, jakąś chorą zdobycz dnia. Wiersz obfity w zdania, bez wyrazu, snujący się od delikatnego koloru, do delikatnego koloru. Dni są bez, dni gorzkiego chleba, Krwawi drzewo, krwawią kartki, rozkopane doły dawne. Przy listach siedziałem długo, by pamiętać, że pamiętam. Zakuty w kajdanki ścian, odbijam się od nich i wklejam. I tylko dom, dom, dom, okien drży rozmazana kreska, I tylko pajęczyn wstęgi, śnić na jawie kilka lat.
  22. W symfonii nam było spać, pianino stoi tam martwe. Kładłem pod poduchę zęba, papierem się ścielił blat. Świt z pobudką ciepła twarzy. Blade dłonie koją złość. Żołnierzyki sobie kradłem, od tak, po prostu, bo... Każdy promyk grzech uświęcał, jeden uśmiech był pokutą. Skrzynki pełne złotych marchwi, Kwiatki sadziłem przed ścianą. W drzewie była taka dziura, gałąź odchylić i jest, w środku pusto, pierwsze usta zapoznane. Sad, schronisko, domki z drewna, tafla wzburzona od chęci, jeziorem zasypialiśmy, w symfonii nam było spać.
  23. widzę siebie nagiego kiedy umiera zapach pierwszej dziewczyny pamięć o doskonałości jej spojrzenia kiedy milknie muzyka która dawała życie a przedmioty wspomnień to gniazda pająków nucących swoją modlitwę stoję i patrzę na nieskończone sieci moje usta są obce
  24. Tak tęsknię, Kochanie... Tyle już minęło Dni Tygodni Miesięcy Ja wciąż myślę o Tobie O twych błękitnych oczach Jak rzeka doliną płynąca O sercu tak gorącym i czułym O twej duszy delikatnej Jak świeży płatek śniegu Tak tęsknię, Kochanie... Z nadzieją czekam aż wrócisz I będzie tak jak dawniej Chcę dotknąć chcę poczuć chcę usłyszeć Tak tęsknię,Kochanie...
  25. Co podpalić, kiedy wszystko płonie Co ugasić, skoro wszystko zgasło Powiedziałaś mi, że to jest koniec Milczą usta, choć serce chcę wrzasnąć. Ulicami ciemnymi się błąkam Chłonę miejsca gdzie byliśmy razem Przy tej drodze jest przeklęta łąka Tam twe słowa odarły mnie z marzeń Co powitać by minęło stare Co pożegnać by nadeszło nowe Choćbym dobrze znał czary i magię Nie podzielę serca na połowę. Znów wspomnienia nie dają mi zasnąć W płucach ciągle tak jakby coś mrowi Chyba płomień, wciąż nie może zgasnąć, Tej miłości, co tak bardzo boli Co przeklinać a co błogosławić Co oszczędzać a co tracić wiecznie Oczy wyschły – nie mogą już łzawić. Czas obumiera, dławi powietrze. Byłaś obecna w każdym oddechu Byłaś polarną gwiazdą na niebie Dziś życie pędzi dalej w pośpiechu Niby tak samo, ale bez ciebie.
×
×
  • Dodaj nową pozycję...