Znajdź zawartość
Wyświetlanie wyników dla tagów 'emocje' .
-
Prolog Marihuana, kokaina, LSD, MDMA, opioidy. Narkotyki to twór diabła. Odbiorą ci zdrowie, pieniądze i rodzinę, zanim się obejrzysz. Będziesz wynosić drogocenne rzeczy z domu, by zastawić je w lombardzie, okradać własną matkę z ostatnich dwudziestu złotych, żebrać na ulicy lub sprzedawać swoje ciało. Wszystko, byleby mieć na kolejną działkę. Whitney Houston, Jimi Hendrix, Monroe, Elvis, Rysiek Riedel. A ileż to więcej było zgonów, co stanowić mogą najlepszy dowód na niszczycielską siłę dragów. Ale gdyby nie one, świat mógłby nie poznać wielu znakomitych dzieł. Ileż to genialnych akordów skomponował Keith Richards dla The Rolling Stones, będąc w innym stanie świadomości? Czy Nirvana wspięłaby się na szczyt, gdyby nie heroinowy nałóg Cobaina? Witkacy, Tamara Łempicka, Picasso, John Lennon; można by przedłużać tę listę i przedłużać, a końca nie byłoby widać. Wszyscy oni tworzyli po paleniu, wciąganiu, wstrzykiwaniu. Poszerzali swoje spojrzenia. Widzieli i słyszeli rzeczy niedostępne dla trzeźwego, przytomnego człowieka. Znali wszystkie zalety narkotyków. Wykorzystali je, by tworzyć dzieła znane do dziś całemu światu. Wszystko jest dla ludzi, trzeba tylko znać umiar, mówiła do siebie Agnes za każdym razem, kiedy kolejna kreska znajdowała swój koniec w jej nosie. Przekonywała się, że wtedy może najwięcej, nic nie musi, nie potrzebuje nikogo. Akt pierwszy Siew I Prąd - Wysiadaj. No już! - Nigdzie nie idę, pada. - No idź! Dorota wciska towarzyszce w rękę banknot pięćdziesięciozłotowy. Ciężkie krople deszczu bębnią o szyby. Taksówkarz spogląda na nie w tafli wewnętrznego lusterka. Niecierpliwi się. - Dlaczego ja? To ty chciałaś tu przyjechać! – zauważa Agnes, chociaż jej prawa dłoń wędruje już w kierunku klamki. - Proszę, możesz pójść ty? – powtarza Dorota. Proszę - to słowo, któremu Agnes najtrudniej jest się sprzeciwić. Dziewczyna wzdycha. - No dobra. Wygrałaś – nie czeka na odpowiedź nowej koleżanki. Wysiada z taksówki i biegnie. Zielono-czerwony neonowy szyld supermarketu nie oświetla ulicy z taką dokładnością, jaką chciałoby się od niego wymagać. Cały parking skrył się w ciemnościach. Agnes wytęża wzrok. Bez okularów niedowidzi jak staruszka. Powinna zacząć je w końcu nosić. Chociażby w domu, żeby nie pogłębiać wady. Oko wychwytuje ruch. Pod murem. Ktoś idzie w jej stronę. Wysoki. Prawie dwa metry. W kapturze. Szczupły i wyprostowany. Z rękami w kieszeniach. Na jego twarz pada cień. Jej serce zaczyna bić szybciej; oddech jakby ktoś położył cegłę na klatkę piersiową. Dłonie robią się mokre, nie od deszczu. Przekłada banknot za plecami z ręki do ręki, by nie zamókł. Mężczyzna zatrzymuje się kilka kroków od niej. Krótkie „cześć” na przywitanie. Wygląda jak ktoś, kto mógłby zrobić jej krzywdę, jak ci wszyscy obleśni faceci, którzy gwiżdżą za nią na ulicy lub krzyczą niesmaczne, wątpliwej wartości komplementy z odsuniętych szyb samochodów. Wymieniają się tym, co trzymają. Przez krótszą niż mrugnięcie oka chwilę ich palce stykają się ze sobą. Prąd przechodzi przez nią aż do łokcia. - Dzięki. Na razie. – rzuca na odchodne i prawie truchtem wraca do taksówki. Facet chyba coś jeszcze do niej mówi, a może to wiatr szepcze coś do deszczu, który z nagła zaczyna padać mocniej. Agnes nie odwraca się. Trzaska drzwiami. Taksówkarz stuka w nerwach palcami o kierownicę. Liczby na liczniku rosną. - Pod Carrefour – prosi Dorota. Silnik się odpala. Ruszają. Taksówka, opel astra z klockami hamulcowymi do wymiany i prawie łysymi oponami parkuje pod supermarketem. Płacą blisko pięć dych za dziesięć kilometrów. Biegną do łazienki. Przepychają się w drzwiach. Ściskają się w kabinie, zamykają drzwi na klucz. Jest im ciasno. Obie są przysadziste, szerokie w ramionach. Agnes wyjmuje z kieszeni woreczek z białymi kamykami. Przez całą drogę memlała go w palcach, aby przypadkiem nie wypadł. W portfelu znajduje kartę bankomatową i banknot. Trochę wzdryga się na myśl, w ilu to nozdrzach musiał być rulon z tej właśnie dwudziestki. Przynajmniej nie dycha. Nie będzie biedy. Dorota kruszy kryształy na proch, Agnes zwija dwadzieścia złotych. Pierwsza kreska znika w no sie Doroty, drugą wciąga Agnes. Piecze w zatokach. Uciska w głowie, jakby założyła za ciasną czapkę. Gorzki posmak w gardle, zgaga. Tachykardia. Nie ma żadnej błogości, tylko strach przed zawałem. Czeka dwie minuty. Próbuje patrzeć w jeden punkt, lecz oczy same zmieniają swoje położenie. Szczęki się zaciskają. Ale nie umiera. Jest dobrze, ciśnienie w normie. I nagle cały świat pozostaje gdzieś w tyle, codzienność przestaje istnieć. Liczy się tylko ten stan. Wychodzą przed sklep. Lodowate krople siekają ich twarze, ostrza maleńkich noży. Co dalej?, pytają się siebie równocześnie. Nie mają żadnego planu. Dorota wyciąga telefon, przegląda kontakty. Wybiera jakiś numer. - Halo, Daniel? Gdzie jesteś? Masz czas? A możesz przyjechać do Ciernic? - Idź w moją stronę - słychać z drugiej strony słuchawki. - Co ty na to? – zwraca się do niej Dorota. Agnes sprawdza godzinę. Dwudziesta pierwsza. Noc jeszcze młoda. - Jasne. Możemy iść. – wzrusza ramionami. Ma mnóstwo energii. Ale jest jej zimno. Cienka bluzeczka i sztuczne futro. Na dworze minus dwa i nieprzerwana ulewa. Karol mieszka w pobliżu. Poprosi go o bluzę. Na pewno nie odmówi. Pisze sms. Zaraz dostaje odpowiedź. - Zimno mi. Muszę wziąć bluzę od Karola – oznajmia Dorocie. - Mieszka przy basenie, nie? – Agnes kiwa głową. – To chodź, i tak mamy po drodze. Poznały się dwie godziny temu dzięki wspólnej znajomej. Z Dorotą od razu złapały kontakt. Dzieliły się wiśniówką, piły z gwinta we trzy, z Amelią. Po trzech łykach zniknęła połowa flaszki. Pojechały do wsi obok, do faceta, którego Amelia nazywała „kumplem”. Pili wódkę, brali amfetaminę. Marcel – ten „kumpel” – szczerząc po prostacku brakujące uzębienie, twierdził że to kokaina. Dziewczyny popatrzyły wtedy po sobie, starały się nie zaśmiać. Śmierdziało jak zwykła fuga. Agnes bawiła się ze szczeniakiem nazwanym Krówką ze względu na jego sierść w biało-czarne łaty. Siedziała blisko Doroty, żeby nie musiała przekrzykiwać wulgarnego rapu puszczonego przez Marcela na laptopie. Kiedy wódka się skończyła, Agnes z Dorotą zgłosiły się na ochotniczki, by pójść do sklepu. Wyszły z domu Marcela, wsiadły w taksę i już nie wróciły. Nic o sobie nie wiedziały, nie poznały nawet swoich nazwisk. Ale to właśnie spontaniczność, adrenalina nadają życiu smak. Karol czeka już pod klatką. Zabawnie wygląda, stojąc na deszczu w szortach i klapkach, trzęsąc się z zimna i paląc pośpiesznie papierosa. Witają się z Agnes. Podaje jej bluzę. Paskudną. Szarą, z praską mająca zapewne prezentować graffiti. Agnes podaje Dorocie torbę i zarzuca bluzę na siebie. To nic, że brzydka. Jest ciemno, nikt nie zwróci na nią uwagi. Skupia się na tym, żeby stać spokojnie, choć jej ciało chce być ciągle w ruchu, nie wie czy patrzeć na Karola, czy na Dorotę; pilnuje się, żeby nie zaciskać zębów. - Co będziecie robić? – pyta Karol. - Zapalimy szluga na skwerku – Agnes podpala fajkę, podaje paczkę Dorocie – Potem idziemy do domu. - Dorota, nie dawaj jej tylko nic do ćpania – gdy chłopak wyrzuca peta, jego dłoń na moment układa się tak, jakby chciał pogrozić im palcem. Agnes mimowolnie przewraca oczami, słysząc jego pretensjonalny ton. Słucha go od ponad roku; nie czuje do Karola już nic. Nic, prócz niechęci i braku szacunku. Zastanawia się, czy istniało między nimi kiedykolwiek prawdziwe uczucie. Stwierdza, że nie. - Ja i ćpanie? Człowieku, co ty gadasz? - Dorota stuka się palcem w czoło. Koleżanki spoglądają na siebie dyskretnie. Tak łatwo go oszukać. Nawet przez myśl mu nie przeszło, że już teraz są pod wpływem. Albo to kłamstwa, które wypływają z łatwością z ich ust są tak autentyczne. Agnes nie czuje wobec swojego – niebawem byłego, przechodzi jej przez myśl – chłopaka żadnych wyrzutów sumienia. - Dlaczego mówisz o mnie w trzeciej osobie? – pyta - Może powiedz to mnie, a nie jej? - Sorry – kłopocze się Karol. Nietrudno to zauważyć. Przeczesuje wtedy raz po raz włosy. Kolejny przewrót gałek ocznych. Dla Agnes „sorry” nie ma żadnego znaczenia. Dlaczego nie może powiedzieć po polsku „przepraszam”? Czy przyznanie się do drobnego błędu jest tak trudne? - Dobra. Nic się nie stało. Do jutra – muska ustami policzek Karola. - Cześć. Już nie jest jej zimno. Deszcz nie przeszkadza. Pędzą z Dorotą po poboczach. Na obrzeżach miasta nie ma chodników. Nie zdają sobie sprawy z tego, jak szybko idą. Daniel się nie zbliża, ani nie dzwoni. Na każde „halo?” mówione przez Dorotę do telefonu odpowiada poczta. Mimo to upiera się, aby szły dalej na jego wieś. Rozmawiają, by zabić czas. Mówi głównie Dorota, Agnes tylko pyta. Po pół godzinie wie o nowej znajomej prawie wszystko. Dorota wyznaje, że chłopak, z którym mają się spotkać był jej partnerem, a ich związek burzliwy jak holenderskie morze. Opowiada o tłukących się talerzach, wrzaskach i skargach sąsiadów. O niezdrowej zazdrości, ciągłym rozstawaniu i wracaniu do siebie. Agnes w duszy przysięga sobie, że nigdy nie pozwoli sobie zamknąć się w takiej relacji, nienawidząc i kochając równocześnie. Przed Dorotą i Agnes pojawia się wioska. Przejście trzech kilometrów zabrało im czterdzieści minut. Agnes sprawdza telefon. Dwudziesta druga. Daniela ani śladu. - Wystawił nas – stwierdza Agnes, nie kryjąc złości. Przeczuwała to już wtedy, gdy zmuszone były iść przemoczone nieoświetlonym poboczem drogi, na której kierowcy nierzadko testowali wytrzymałość swoich samochodów. - Na pewno nie. Ma tendencje do spóźniania się – mówi Dorota – Pewnie pali jakiegoś blanta albo coś. Siadają na altanie przy placu zabaw. We wsi jest cicho i ciemno. Na ławce przy jednym ze stolików leży nieprzytomny facet. Puste puszki po piwach, na wpół wypełniona flaszka gorzały. Dorota sprawdza, czy oddycha. Po prostu się spił. Nie zważają więcej na jego obecność. Palą się tylko lampy oświetlające asfalt. Gmina oszczędza energię elektryczną. Faza zaczyna schodzić, a nie będąc w ruchu dziewczyny marzną. Może to czas na kolejnego pasa. - Walimy coś? – sugeruje Agnes. Podciąga kolana pod brodę wierząc, że będzie jej cieplej. - Trzeba się podzielić z Danielem – Dorota patrzy w telefon. Przegląda jakąś stronę internetową. Agnes wzdycha i macha ręką. W pojemnej torbie znajduje bletki - zawsze schowane w bocznej kieszeni, by nie musieć tracić czasu na przekopywanie się przez masę niepotrzebnych i zapomnianych rzeczy – i srebrny pakiet. W powietrzu roznosi się intensywny słodko-ziemisty zapach, nielubiany przez niektórych, a jej ulubiony. - Przyświeć mi – mówi do Doroty. Ta włącza latarkę. Agnes kruszy w palcach zielone topy, delektuje się ich wonią. Trichomy lepią się do palców. Przydałby się młynek. Wysypuje tytoń z papierosa, miesza go z marihuaną. Wrzuca wszystko do bletki. Wysypuje się. Dwa razy. Nie może opanować drżenia rąk. Podmuchy wiatru też nie niosą pomocy. - Kurwa. – mówi i wtedy wreszcie udaje się jej zrolować jointa. - Do trzech razy sztuka – śmieje się Dorota. Agnes odpala skręta. Zaciąga się trzy razy i podaje go przyjaciółce. Teraz jest jej jeszcze zimniej, lecz mięśnie nie spinają się już. Powieki opadają. Praca serca zwalnia. Nareszcie może wziąć pełny oddech. - Co z tobą i Karolem? – pyta nagle Dorota. - To znaczy? – Agnes przycisza się, ogarnia ją spokój. - Dziwnie się zachowujecie… - Dorota przerywa, by kaszlnąć kilka razy. Oddaje jointa koleżance – Nie jak… para. - Bo przestaję go kochać. Nie mamy ze sobą wiele wspólnych tematów… To dobry chłopak, potrzebuje pomocy. Ktoś musi go poprowadzić przez życie i to nie będę ja. Potrzebuję, żeby czasem ktoś mógł poprowadzić mnie. Telefon w kieszeni Agnes zaczyna dzwonić. Mama. Odbiera. - Kiedy wracasz? – pada pytanie. Bez żadnego przywitania. Ani me, ani be, ani “pocałuj mnie w dupę”. - Jestem na mieście. Będę za pół godziny. - Agnes, w którym miejscu jesteś? Wiesz, która jest godzina? Żadna panna w twoim wieku się tak nie zachowuje! Dziewczyna, zagryzając zęby słucha rwącego potoku słów. Stara się nic nie powiedzieć. Jeśli się odezwie, zacznie kląć. Maksymalnie przycisza połączenie, żeby nie robić sobie więcej wstydu przed Dorotą. - Dobra. Niedługo wrócę. Na razie – wykorzystuje okazję, kiedy mama zamyka się na moment, by złapać oddech na dalsze mówienie. Rozłącza się. Łapie jeszcze dwa buchy. - Kurwa mać. Nie dawaj sobie tak wchodzić na głowę. Daj mi zajarać – Dorota zabiera skręta zapatrzonej w telefon koleżance – Jesteś pełnoletnia. Masz prawo wyjść na wieczór. Musisz się czasem się zbuntować, bo matka będzie cię trzymać w domu do sześćdziesiątki. Agnes nie odpowiada. Dorota ma rację, a ona może tylko westchnąć i machnąć ręką, maskując swój wstyd, a w duszy ciesząc się, że w ciemności nie widać poczerwieniałych lic. Joint wypala się powoli. Zerkają co jakiś czas na pochrapującego pijaczynę. Przekręca się na bok, mruczy coś pod nosem. Takich ludzi można tylko żałować i patrząc na nich przysięgać, że się tak nie skończy. Dzwoni telefon. Tym razem Doroty. - Gdzie jesteś? – pyta głos po drugiej stronie połączenia. - Na altanie – mówi Dorota. - Przyjadę za pięć minut. Koniec połączenia. - Odwieziecie mnie do domu? – Agnes dopala końcówkę jointa i wyrzuca ustnik w błoto. - Jasne, że tak. Wychodzą na ulicę. Po chwili podjeżdża dwudziestoletnie bmw. Chłopak za kierownicą wygląda na nie więcej niż piętnaście lat. Dorota mówiła, że ma dwadzieścia dwa. Agnes siada z tyłu. - Daniel, Agnes. Agnes, Daniel – przedstawia ich sobie Dorota. - Siema. – przybijają sobie żółwika. Daniel odpala silnik. Wykręca. Mieli wracać do miasta. Jadą w przeciwną stronę. Matka znowu dzwoni. - Nie odbieraj. – mówi Dorota Agnes nie słucha. - Niedługo będę – mówi do słuchawki. Mama chce zacząć krzyczeć, ale dziewczyna kończy połączenie. Wypuszcza głośno powietrze. Beemka zatrzymuje się na nieoświetlonej polnej drodze, za kościołem. Zaczyna się denerwować. Wyobraża sobie czekającego w progu ojca i zmierzającą w jej kierunku otwartą dłoń. Patrzy w telefon na smsy od mamy. Pisze w kółko to samo, używając tylko innych słów. - Podaj mi temat – mówi Dorota. Sięga ręką na tylne siedzenie. Agnes podaje jej woreczek z kryształem i włącza światło. Daniel kręci jointa. Dorota sypie ścieżkę na ekranie telefonu. Wymieniają się. Zamiast zwinąć banknot, używa metalowej rurki. Wciąga. Pochyla głowę do tyłu. Wydziera się. - Ja pierdolę, to się nazywa mocny towar! - Nie denerwuj się – mówi Dorota do Agnes. Podaje jej skręta. - Ale ja się nie denerwuję. - To widać, stara. Agnes zaciąga się cztery razy, nie trzy; wbrew niezapisanej zasadzie, przez tak wiele osób przestrzeganej. Chce przekazać kolejkę Danielowi. - Nie chcę – mówi chłopak i rozkłada się na siedzeniu. Blant wędruje do Doroty – Zaraz cię odwieziemy. Przekręca kluczyk w stacyjce. Potrzeba paru prób, aby silnik odpalił. Agnes ochładza czoło na szybie. Jadą szybko. Zdecydowanie zbyt szybko. Nigdy nie ufała ludziom za kierownicą. Zwłaszcza naćpanym. Wbija stopy w podłogę, jak gdyby miało to wspomóc kontrolowanie trasy. Mimo jej obaw, docierają pod kamienicę w jednym kawałku. - Dzięki za podwózkę. – Agnes kładzie torbę na kolanach. Otwiera drzwi. Dorota rzuca jej woreczek z resztkami ćpania. - Gdybyś źle się czuła – puszcza oczko. - Dzięki. – Agnes wysiada z samochodu. Wchodzi do mieszkania. Pies zaczyna szczekać, jak tylko słyszy przekręcający się zamek. Ojciec się budzi. Mama czeka w korytarzu ze skrzyżowanymi ramionami. - Co ty sobie myślisz? Jest jedenasta godzina! Jak możesz się tak zachowywać?! – wymachuje rękami. Ma szeroko otwarte oczy, a w nich amok. Wertuje każdy milimetr twarzy córki. - Wcale nie jest późno. Odpuść. Agnes unika kontaktu wzrokowego. Wymija matkę. Przechodzi przez salon, do swojego pokoju. Spogląda na łóżko, na ojca, który przekręca się na drugi bok. Zamyka się u siebie. Wiadomość od Doroty. Wysłała zrzut ekranu rozmowy z jakimś facetem. Agnes otwiera zdjęcie i czyta: Ej, jak się nazywała ta dziewucha, którą do mnie wysłałaś? Krzywi się. „Dziewucha”. Obelżywe. Dorota pisze: Wpadłaś w oko Arturowi. Mogę mu napisać jak się nazywasz? Nie wzrusza jej to przypuszczenie. Nie jest pierwszym i nie będzie ostatnim, któremu wpadnie w oko. Chłopcy adorowali ją, od kiedy skończyła czternaście lat. Każdego dnia słyszy komplementy. Jej skrzynka odbiorcza pęka w szwach. Zainteresowanie jej wyglądem nie podnosi jej poczucia wartości. Odpisuje: Jasne, niech pisze. Zero powściągliwości. Nie rozumie, czemu się zgodziła. Dlaczego, miałaby rozmawiać z człowiekiem, który przeraził ją od pierwszego spojrzenia? To chyba ciekawość; zawsze przeważa nad jej racjonalnym myśleniem. Dostaje zaproszenie z fałszywego konta kogoś, kto nazywał się “Sebkiem”. Akceptuje zaproszenie. Czeka kilka minut. Nikt nic nie pisze. W końcu wzrusza ramionami i odkłada telefon.
-
Noc Nie zamknąłem drzwi Nie odłożyłem klucza Szarpie zamknięte drzwi Macam metalowy klucz Musiałem Czuję ból w głowie Rak Śmierć Ból ustaje Chwilowa ulga Nadchodzące lata Smutek mamy Zawód bliskich Myśli odchodzą W końcu zasypiam Dziękuję
-
Za niemałą chwilę, mialem wystartować Obawy posiadałem , jak tej drodze sprostać Gdzieś tam na trybunach, źle życzyła mi hołota Nie poddawałem się nigdy, nie raz mając buty od błota Chcieli bym się znów wywrócił i schował się w szatni Chętnie doprowadzę do tego, by skosztowali smak porażki Wywracałem się często, zaraz tuż przy mecie Zabrakło mi weny, moje prace były w becie Przez natłok bólu, dużo trenowałem Może chciałem w końcu, zaimponować mamie Liczyłem te kalorię, żyłem jak robot Miałem ze swą osobą, przeogromny kłopot Lecz to nie czas, by rozmyślać nad tym wszystkim Jestem zbyt zdeterminowany, żeby przegrać ten wyścig
-
Dzień dobry, trochę pan się spóźnił Przepraszam bardzo, zabłądziłem w próżni Skąd pan przebywa, opowie pan coś o sobie Jestem dziwną istotą, nie rozumiem sam siebie Brzmi to znajomo, nie zawsze idzie nam po myśli Oczywiście, lecz czuje, że moje życie to nieustanny wyścig Za czym pan tak gna? Jeśli mogę wiedzieć Jasne, że tak. Mogę panu opowiedzieć Goniłem za miłością i poprawą własnej egzystencji Nie wyszło mi to dobrze, a chciałem być jak sól tej ziemi A więc, co poszło nie tak? Zbyt bardzo się starałem, nie zadbałem o głowę Teraz nie opuszczam myśli, jakby czarodziej rzucił klątwę Zabrzmiało to poważnie, może Pan swobodnie spać? Mogę, gdy moje oczy nie mogą rady dać Chciałbym bardzo Panu pomóc, ma pan jakieś zainteresowania? Uprawiałem dużo sportu, teraz każda czynność jest jak olimpiada Zresztą, jaki Pan? Nikt tak dobrze mnie nie zna, jak moje drugie ja Bardzo dobrze wiesz, że przez ciebie nie mogę spać Nadchodziłeś zawsze, w najgorszym momencie Chciałeś mej poprawy, teraz jestem tu gdzie jestem Ty mi doradzałeś, się mną opiekowałeś Gdyby ciebie nie było, było by mi łatwiej Szanowny Panie, proszę o spokój Byłem spokojny, lecz ty mi go zabrałeś Wiem już jedno, odseparuje się od ciebie Ponieważ dla mnie nie jesteś, żadnym człowiekiem
- 2 odpowiedzi
-
2
-
- zagubienie
- złość
-
(i 4 więcej)
Oznaczone tagami:
-
Siedzę z jednym, pustym talerzem w kuchni, który pękł. Próbuję go skleić każdego ranka, i za każdym razem — płaczę. Łza przesuwająca się po policzku, niesie mój ból. Słona kropla spada z moich gorzkich myśli w dół. Uderzając o pęknięte naczynie.
-
Zamknęli mnie w klatce, marzę o wypuszczeniu Jest mi w niej duszno, stale przebywam w cieniu Ujrzałem różnych ludzi, myślą , że zniknę Uważają się za lepszych, próbując wejść mi na ambicję Czuje się tu inny, niepasujący za bardzo Muszę wykonywać nakazy, którymi mnie obarczą Na niebie ujrzałem gwiazdy, chce zająć ich pozycję Byłbym z wami na zawsze, pomimo, że znikłem Rzadko opuszczam głowę, przez co często rozmyślam W klatce mrok problemów, stale go uciszam Posiadam klucz do klatki, jednak jej nie otworzę Bo za klatką czeka rozczarowanie i wyśmianie stworzeń
-
Ciepły i delikatny wzrok, jakim na siebie spoglądaliśmy. Potem dyskretne, niewinne zerknięcie. Aż do wymiany spojrzenia, które powiększyło nasze źrenice i dało nam iskrę, byśmy mogli razem ją rozdmuchać. Rozniecić ognisko, które pomoże nam przetrwać samotne, ciemne dni jesieni. Żar, jaki wtedy pozostał, tli się po dziś dzień raz mocniej, raz lżej, w zależności od tego, czy podkładamy do niego kawałki wspomnień razem lub osobno.
- 1 odpowiedź
-
3
-
- melancholia
- emocje
- (i 4 więcej)
-
Ku mego boku, zawsze przebywałeś Doradzałeś mi nieźle, ugościłem cię na stałe Moje całe dzieciństwo, wygłupy i zabawa Może nie do końca, bo ciągle stres mnie zjadał Spoglądaliśmy na zniszczonych ludzi, odrazą nas napawali Obiecaliśmy sobie, że będziemy ciągle tacy sami Wiek pokazał nam, nie zawsze można ufać Ciągle pouczałeś mnie, by na nikogo winy nie zrzucać Lecz gdy obserwuje ciebie teraz, obawiam się, że źle skończysz Posiadasz w sobie zachowania, które potrafią zaskoczyć Patrząc w album z dzieciństwa, byłeś wzorcem Goniłeś za ludźmi i marzeniami, przez co stałeś się gońcem Siedzę przed rozbitym lustrem, prowadząc monolog Wierzę w ciebie bardzo, jako młody ja, że to tylko prolog
-
1
-
- emocje
- emocjonalne
-
(i 5 więcej)
Oznaczone tagami:
-
leżę naga pod kołdrą ciebie nie ma więc obracam się z boku na bok noc pochłaniam samotnie czarną trudną i gorzką ironicznie brzmi twoje - dobranoc
-
Szary cień za oknem, deszcz uderza w szyby. W powietrzu — zapach wilgotnych ścian. Sama czekam w domu na tę jedyną chwilę, lecz czy to nadejdzie? Czy zjawi się — za dnia? Smutek w sercu moim. Czy zostałam sama? Czy rodzina moja o mnie zapomniała? Dom pusty i szary. Czekam — na próżno. Zostały mi tylko ściany, samotne i ten deszcz w oku. Ach... czy kiedyś wrócę na łąki zielone, do zabaw radosnych i tych chwil szczęśliwych, kiedy dzieckiem byłam?
-
Drogi Pamiętniku, czy przyniesiesz mi ukojenie? Pragnę zacząć, by nie kończyć. Zaczynam pisać, by nerwy uwolnić. Tkwię w tym szaleństwie. Kocham. Cierpię. Próbuję zrozumieć bezkres, przytłaczający stres. Gdy zniknę — oznajmię ci: to był mój grzech. Ten ciągły lęk. Owszem, wiem, że masz żal. Ale podsumuj swój wszelaki wkład. Którą z moich wad karmiłeś? Te wszystkie lata... Szukanie rozwiązań? A dziś stawiasz mnie nagiego, bez szacunku, w złym świetle wizerunku. Źle mi patrzeć w lustro. Kiedyś widziałem w sobie bóstwo. Czas zmienił me odbicie w oszustwo. Nienawidzę siebie. Skłonny jestem do szaleństwa. Uwagę przyciąga bestia. Mroczna agresja. Ciągnie mnie w dół, tam, gdzie presja ma głos. Coś się kończy. Coś rodzi na nowo. Przepraszam. Zawsze byłem sobą. "Nieświt"
-
Brnąłem z mym ziomkiem wśród głosów waszych Spogladaliście z bliska, bełkotając cichym jękiem Wzniecilliście obłęd nikły, niegdyś spiący pod spokojem Wy, obrońcy kurtyzan w których każdy już gościł Pełni sytuacji nie znając, osąd wydałeś kmicica zgrywając Płaskimi palcami gwałtownie muśnięcie wyprowadzileś Twą twarz kostkami mymi przyozdobiłem gwałtownie Bluzgami twą ladacznicę ubrałem w godziwy ją strój Moment jedynie wystarczył byś wnet się opanował W lisa usposobić się ze swoją zgrają starałeś uporczywie Kłamstwo w fałsz niezmiennie ubrać próbowaliście Do damy upadłej odszedłeś, my ku słońcu się udaliśmy
-
Mówisz, że świat kręci się w kole, Gdzie Twoje myśli wiodą swą rolę. Że miłość to lustro – odbicie Ciebie, A serce bije, by trwać w potrzebie. Kreślisz swój obraz w złotych ramach, W centrum uwagi, w własnych planach. Lecz choć Twój świat to Twój własny ton, Ja w tej melodii wciąż słyszę dom. Twój każdy gest, choć sam dla siebie, Czasem przypadkiem wplata mnie w Ciebie. I choć zaprzeczasz, choć mówisz “ja”, W Twoim “wszechświecie” miejsce mam ja. Jesteś sprzecznością, dumą i gniewem, Twardym monolitem, który drży w niebie. Bo choć królujesz w własnym śnie, Wciąż gdzieś po cichu króluję w nim też. Jestem jak królik, w cieniu porannego blasku, Pędzę przez czas, a w sercu niepokój, Lecz w Twoich oczach — już zawsze byłem Twój, Te spojrzenia, te słowa, kochanie mój. Króliczki Playboya — iluzje i gry, Zatracają się w swoich własnych lustrzanych światach, Ale Ty, Ty jesteś jedyną prawdą, W Twoich oczach płoną ogniska, które znam. Te oczy, te słowa — jak wibrująca struna, W Twoich ramionach zapominam o wszystkim, Zawsze byłem Twój, od pierwszego oddechu, W tej namiętności, co nie zna granic, co nie zna końca. Pędzę, biegam, skaczę w popędzie, Lecz w Twoich dłoniach — to wciąż Ty, Bo nie ma nic, co by nas rozdzieliło, W tej grze, w tej pasji — na zawsze będziesz moją. W Twoich oczach zapalam się na nowo, Bo wiem, że zawsze będę Twój, Te słowa płyną, jak wietrzyk o poranku, Zawsze byłem, będę, kochanie mój. You say the world spins in circles, Where your thoughts lead their own role. That love is a mirror — a reflection of you, And the heart beats just to stay in need. You paint your image in golden frames, In the center of attention, in your own plans. Yet even though your world sings your own tone, In this melody, I still hear home. Every gesture of yours, though for yourself, Sometimes accidentally weaves me into you. And though you deny it, though you say “I,” In your “universe,” there’s still space for “we.” You are a contradiction, pride, and wrath, A solid monolith trembling in the sky. Though you reign in your own dream, Somewhere quietly, I still reign in it too. I’m like a rabbit, in the shadow of the morning glow, Racing through time, with unrest in my soul, But in your eyes — I’ve always been yours, Those glances, those words, my love, they assure. Playboy bunnies — illusions and games, Losing themselves in their own mirrored worlds, But you, you are the only truth, In your eyes burn the flames that I know. Those eyes, those words — like a vibrating string, In your arms, I forget everything, I’ve always been yours, from the first breath, In this passion that knows no boundaries, no end. I race, I leap, I run in frenzy, But in your hands — it’s still you, For there’s nothing that could ever separate us, In this game, in this passion — you’ll always be mine. In your eyes, I reignite anew, For I know I will always be yours, These words flow like a morning breeze, I’ve always been, and will always be, my love, with ease.
- 3 odpowiedzi
-
1
-
dniem pełga pręży wije nocą ogniem przejmuje sięgasz po mnie w drżeniach bierzesz do końca po łzy rozkoszy skrzę się tobą wykradamy rąbek baśni na ranach blizny w bilznach skrzydła
-
Ach te suche usta, Splamione ni krwią ni łzami, Ach te suche usta, Martwią się dniami i nocami O żar płomienia gasnący, Gdzie cichy szept do ucha się rwący, Zapada się pod swym ciężarem I tonie, w piachu zagrzebany, Wraz z czasu uciekaniem. Tak, to ja zabiłam Ciebie, kochanka ciemnej nocy, Zanim jeszcze istnienia pociechą zdążyłeś się zauroczyć, Bo tak zazdrosna o jej prostotę byłam, że nie na jej, a na Twoje się życie rzuciłam, I grób twój pod mym oknem codziennie na blask księżyca patrzy, A ty pewnie myślisz, że świat twój wzięłam jako hołd dla faktu rozpaczy, Nieomylne twe myśli pieszczą mnie wtedy jak oczu twych bierne spojrzenie, I patrzę w głąb siebie, gdzie źródła materią jest nieustanne cierpienie, Giń - szepczę - Giń nieobyta poczwaro, która z matki czystej wyszłaś, Giń i przenigdy już więcej swego serca nie oddaj, Nie oddaj przenigdy, Lecz zostaw jako pamiątkę na zgliszczach.
-
Na stadionie gra nasza reprezentacja będą emocje
-
Bawi się szara ma końcówka Kutas Paznokieć Mokro Bordo czerwone A żelazo na niem Boję się Na bordzie Czerwone kocham! Ale mokro... Paznokieć Paznokieć jak oczy! Jak oczy niespokojne Szpieg niebieski Patrzy trzema oczami Chypie, bomba łepi... Ale ja wysunięty I ktoś obok Dobrze? Ostatnie dni… Most! Pod mostem!? Mak... luksus, prestiż... Bakalie drogie Mrożący liść zielony. Ja też! Bracia? Zerwij! Nie zerwij! Kurwa Majestatyczna Jak pieprz syczuański Źródło zdjęcia: https://depositphotos.com/pl/photos/mokre-ławki.html
- 1 odpowiedź
-
2
-
Syczuański pieprz Sączę przez palce Beznadziei I tęsknię Za Tobą Pisk z tyłu A paznokcie Cisza Kropla Ja jej chcę Dreszcz Pożytki z nieprzyjemności Po co tu? Naprzód. Żel Wdziera się pod paznokcie spokoju Ból Pod paznokciem Pies Człowiek Śmiech zazdrość Naprzód Smoła Intelektualistą Cichy Tak Cichy bądź Swędzi Paznokieć - ulga Opium I spokój
- 2 odpowiedzi
-
- szaleństwo
- emocje
-
(i 12 więcej)
Oznaczone tagami:
-
Ludzka obłuda, dla niektórych ta cecha działa jak sługa.. Takich ludzi ten problem nie tyczy, ale kogoś niszczy, aż ryczy. Łzy tych osób jak obiad ich karmi, dodaje im siły, by dalej szkodzić marnym słowem fałszywej idei. Taki bieg zdarzeń każdego z każdym dzieli, gardło innego jak tarcza, do której słowa jak strzała wystrzelona z łuku goryczy, będzie ranić niezmiernie, wówczas krwawiące serce oplecione będzie w ciernie
-
nie pamiętała dnia w którym została opętana samotność przyszła choć nikt jej nie zapraszał klucz do jej serca gdzieś przepadł nie potrafiła więc szczerze zatroszczyć się o siebie szukała innych serc choć jej drzwi były stale zamknięte
- 10 odpowiedzi
-
12
-
Kuj je emocje z pieczarkami, Niczym pierogi ze skwarkami, Mieszają się wyzwolone, z racjonalnymi - myślami! Ależ, czy trzeba zachować szyk? Czyż trzeba robić taki, porządek? By z myśli śpiewnych tworzyć chór, jakoby rządek? A może jednak da się zjednać dwutakt? Niczym wyzwolenia z racjonalizmem, pakt? Zdołam się szukać takiego pretekstu. To wszystko zależy - od kontekstu!
-
WRESZCIE! ŻYCIE W GROBOWCU GSJWIWHSGDBBWJWHS ZAMEK KRÓLEWSKI POPADŁ W RUINĘ Hhhrr (wcześniej) Pizza nad głową pi pi pizda nad głową Kręć dupą swoją; kręć dupą swoją Nożem, pomidorem w płótno (Tekla) Stanisławski - orgazm (Matka) Chyba tego nie Źródło obrazka: https://www.ceneo.pl/87698596
- 1 odpowiedź
-
- szaleństwo
- obłęd
-
(i 9 więcej)
Oznaczone tagami:
-
Puk Weołęk Turekk Gońg Puk Łębrek Bencmark Puk Błore Ajaaaja Wzroki małe duże I Pin Źródło obrazka: https://www.homebook.pl/inspiracje/salon/865968_pneuma-piotr-horodynski-obrazy-olejne-salon-styl-nowoczesny
-
1
-
- szaleństwo
- emocje
- (i 12 więcej)
-
Och, me usta zasłaniasz carze gniewny! Bóg Ty! Och co ja mówię gniewny! A me dziatwy widzieć mnie będą jeno tylko w grobie! Zarost? To lat minionych ordery! To Kasztanka poety! Źródło obrazka: https://www.rp.pl/plus-minus/art2141181-skad-sie-wziela-kasztanka-ukochana-klacz-marszalka "Kasztanka"