Słowo wstępne
„Obmyślić plan bufonady lirycznej lub feerycznej, albo pantomimę, i poważną wysunąć z tego powieść. Utopić całość w atmosferze anormalnej i marzącej — w atmosferze wielkich dni. Niech to będzie czemś kołyszącem — a nawet czemś pogodnem w namiętności. Dziedzina czystej poezji».
Dopiero w kilka lat po napisaniu pierwszych «rozdziałów» «Skrzydlatego złoczyńcy» natrafiłem na powyższe słowa Baudelaire’a (cytuję w przekładzie Cz. Kozłowskiego), które najlepiej określają powzięte zamierzenie. Gdy jednak z biegiem czasu (1920—1926) linja poematu zaczęła się wikłać w próbach nadania mu akcji (fabuły, «treści»), a co najgorsze z dziedziny czystej poezji wybiegać na bezdroża bądź «ideologji» bądź mędrkowań «historjozoficznych», dałem pisaniu pokój.
Dwadzieścia cztery fragmenty chybionego poematu dołączam do tomu wierszy, każdy z nich bowiem jest jakby oddzielnym utworem poetyckim, tak zwaną prozą pisanym. Numeracja urywków podana jedynie dla zewnętrznego porządku. Słowem — disjecta membra.
Dwa motta przodować miały całości. Pierwsze z «Dziadów» (cz. IV):
W młodości jeszcze, na środku gościńca,
Napadł, odarł mnie całkiem skrzydlaty złoczyńca.
..................
Ach, odarł mię, odebrał wszystkie skarby świata,
Została jedna przy mnie niewinności szata.
Drugie — z Pisma św. (Św. Paweł do Żydów X, 51):
Straszno jest wpaść w ręce Boga żywego.
J. T.
1
Z kopyta rwały czarne rysaki, tak że jeno gumy syczały w wiosennem błotku, koła miały po miljonie szprych, gnał pojazd Wielkiego Księcia, obskakiwany przez galop wytężonych czterdziestu huzarów śmierci na zwarjowanych koniach. W chorągiewkach lanc furczał wiatr, parskał, pryskał i błyskał pęd po alei bardzo szerokiej, — gdy pod naporem moim pękł wyprężony szpaler policji — i widocznie wrzask mój wzbił się słupem ognia, a rozkrzyżowane wysoko ręce rozdarły powietrze na czerwono, bo — hop! hop! zwrot! wstecz! uzdy ściągnięte tną im wściekłe spienione chrapy, a rozbrykani kawalerzyści skaczą, skaczą na miejscu, wprawo, wlewo, tprr, tprr, wprawo, wlewo, byle nie naprzód, kołują zadarte przerażone łby końskie, ocierają się boki o powóz, czterdziestu w nieładzie, jednego wlecze strzemię: stratują! a! — a! — a! — a! — już przy nim jestem:
— Wasza Książęca Mość wybaczy... Zgasł mi papieros, poproszę o ogień...
Ten wspaniały siwy starzec, jak piwonja — — !! A jakaś dłoń żelazna trzasnęła mnie w zęby.
2
Oskarżenie mnie o zamach na gubernatora było absurdem. Przemawiały za tem coprawda wszelkie pozory zewnętrzne. Badany, twierdziłem uporczywie, że mam w mózgu zgięty pręcik stalowy, który ciągle stara się — wyprostować. Nie przekonałem sędziów. Te bezduszne istoty nie przejęły się objawem cudownego prawa sprężystości, za którego winą wyskakuję często z czynami dziwacznemi, że wspomnę tylko o propozycji, uczynionej pani E. na własnym jej ślubie, o liście do papieża z prośbą o opieką nad pewnym ubogim kancelistą z prowincji i t. d.
Obojętnie słuchałem rozgestykulowanych wywodów psychjatry, przyglądałem się zalęknionej i zdziwionej publiczności, składającej się z samych prawie znajomych, na pytania sędziów odpowiadałem opryskliwie i wyniośle. Nudziło mnie to wszystko. Zacząłem myślami przeskakiwać z błahostki na błahostkę, zapomniałem zupełnie gdzie jestem, ocknąłem się dopiero na głos udzielający mi ostatniego słowa.
— Moi panowie, rzekłem z niefrasobliwym uśmiechem, kpicie czy o drogę pytacie? Ta pompa śmieszy mnie! Mam 25 lat, proszę mnie stąd wypuścić, tu jest duszno, jestem spragniony, chciałbym się napić piwa. Pozatem — już się zmierzcha, a te zmierzchy majowe muszę spędzać na ulicy — tam przyjdzie moja złocista, fiołkowa, daleka. Już pewno czeka, puśćcie mnie, dobrzy panowie!
Ach, płacze, płacze w sali. Krzyczą: wody! Mnie zaś, prześwietlonego jasnem rozmarzeniem, mnie — obłok — pod ręce prowadzą, na rękach niosą — fan-ta-sty-cznie!...
3
Z zakładu dla obłąkanych uciekłem naturalnie. Wyskoczyłem przez okno. Zdaleka dzwoniła gitara, pachniały w ciemności białe jaśminy, a rozsiane hojnie gwiazdozbiory drgały astrologicznie. Butelka wina wypita w karczmie zbłękitniła mi myśli — i do brzasku siedziałem w księżycu pod białą brzoza, uśmiechając się jutrom i nucąc bez opamiętania wszystkie walce świata. Z opuszczoną głową, skupiony i radosny, jak pewny siebie odkrywca, szybko doszedłem bitym gościńcem do miasta, na które padał cień wielkiej kurzawy ciągnących z gór taborów: już zbliżali się wszyscy cyganie. I sino było w mieście.
Boże! jakim śmiechem, jakim ja śmiechem wybuchłem! Lecz po chwili zastanowienia zadygotałem pod tą rosnącą, zbliżającą się chmurą i zdyszany pobiegłem na dworzec. Jeszcze zdążyłem: ostatni pociąg odchodził — już z czerwoną chorągwią na kominie parowozu. I wszystko już było ostatnie.
4
Sypały się miljardy pomarańczowych iskier w czarną noc jazdy. Groźną przestrogą wznosiły się co kilometr czerwone semafory. A pęd świstał jeno, na mostach łomotał, w tunelach bił na przestrzał rekordem szaleństwa. Bies siedział okrakiem na reflektorze. Natchniony maszynista w rewolucyjnym patosie dał całą parę, z gwizdem przeraźliwym eksplodowały bezpieczniki. Szyny pałały. Za nami — gorejąca, kręta droga. Przed nami — rozelektryzowana stolica. Jak torpeda, wpadliśmy do szklanej galerji dworca Nord-Ost. Warknęły bębny, zagrzmiało hurra, zdenerwowany adjutant przebiegł z obnażoną szablą przed gwardją, buchnęła orkiestra — i w tej samej chwili nastroszona igła na dachu 70-ciopiętrowego domu Tow. Radiopol zazygzaczyła fioletową błyskawicą gorączkowej depeszy.
5
Szczekające samochody, trzaskające motocykle fastrygowały drutem bruk, twardym szyły go ściegiem. Z gmachu parlamentu do prezydjum rady ministrów trzeba było jechać naokoło, gdyż Łuk Aleksandra zabarykadowali powstańcy. Byłem wtedy szoferem jednego z trzynastu Iwanów Groźnych, którzy rządzili Metropolją. Klątwa wisiała nad martwym dwurzędem domów żółtych i szarych. Salwy biły wzdłuż ulic sąsiednich. Z nieziemską słodyczą myślałem o wolności. Syczące niebezpieczeństwo niepokoiło zlekka, lecz ja rozpływałem się w uśmiechu na myśl o tem co czynię. O, różowe likiery! O, kwietniowe niedziele! O! poeci w tem mieście! O, dni moje! burzliwe, gwałtowne, rozmodlone, omdlałe, wzniosłe, rozkochane dni tancerza!
Bez szwanku dojechaliśmy do prezydjum. Gdy władca wszedł do pałacu, zostałem na pustej ulicy sam. Ucichło. Ucichłem. Rozfalowała we mnie tęsknota, jak spieniona woda głęboka.
— Muszę iść daleko — tam — prosto — prosto — muszę iść. Samochód zostanie tu, a ja sobie pójdę. To takie proste.
Idę już, idę, rozfalowana tęsknoto moja!
6
O, ciemny łaskawy wietrze, oddechu skłębionych, burzą rozdętych obłoków! Idę, jakgdybym uciekał a przecież spokojny jestem. Cóż mi te łuny za mną, czerwone jak ich sztandary? Cóż mi te sztandary, łopocące nad czarnemi tłumami, jak nad wielką wspólną mogiłą! Ja pod tobą idę, wysoki i szumny sztandarze wichru! O wieczna, taneczna włóczęgo wietrzna! Że też nie potrafię wymodlić się do dna, jeno muszę ręce wyciągać i płakać i rozpłakane szczęście moje tobie powierzać, święty bezcelu, nieodgadłe jutro, oceanie płynących ku mnie wydarzeń!
7
Był to czas, kiedy ze wschodu wydźwigał się barczysty Bóg słowiański z jasną rozwianą brodą, wielkolud z niebieskiemi oczyma i sękatym kijem. Szły na wschód niezliczone tłumy pątników. Nocą rozbijali za miastem namioty, świtem zaś szli dalej, milcząc. W górach widziano ciągnące płowe wstęgi ludu. Niesłychana wrzawa kolorów rozwalała się po pijanemu na niebie zachodu. Zaczęło być groźnie. Rosło odosobnienie i dookolna pustynia: niszczono tory kolejowe na granicach państwa, dymiły się miasta i wsie graniczne, przecinano druty. Aparaty na wieżach chwytały czasem drgawkowe urywki trwożnych zapowiedzi. A milczące pochody trwały. Kazano strzelać. Nie pomogło: nie wystrzelasz setek tysięcy. Życie urywało się powoli, lecz systematycznie. Zwężało się koło. Panika koncentrowała się w siny punkcik. Coraz ciaśniejszym oplotem opasywały mnie zwijające się kręgi dawnego życia. Wiedziałem, że zginę ostatni. Szeptałem wtedy: ciężki krzyż na barkach, nie kij sękaty w ręce, miał, ma i mieć będzie mój Bóg niesłowiański. Wszystkie stacje sejsmograficzne zanotowały wtedy bicie mego serca. Płakałem długo.
8
Potem ujrzałem miljon mil równiny z górskiego wąwozu. Szły odnowione narody krzyżowym pochodem. Prowadziły Ciało Prześwietleńca, aby siadł w stolicy, lśniącej jak kreda w słońcu, w nieskończonej dali. Zachwycony, krzyczałem z góry. Ale któż mógł mnie usłyszeć? Krzyczałem: Narody! Hej, narody! Gdzie się podziało moje wczoraj, moje przedwczoraj? Czy spełniły się czasy? Czy od wczoraj tysiąclecia przemknęły? Narody, jestem tutaj sam! Powiedzcie, co się stało? Szli, nie słyszeli. Coraz dalej było. Więc zeskoczyłem, zacząłem spadać i krzycząc spadałem. Bo byłem już skazany na wieczność. Na wieczność w sferze luster i labiryntu szkła. I tłukłem się w przestrzeniach przezroczystych bez nadziei. I byłem sam jeden, w nieskończoności nieskończony.
Aż mnie obudził wiew — i ćwierk — i szemrząca trawa. Bo to był sen w polu.
9
Stoję w wielkiej ciszy polnego świtu i słucham. W Putywlu płacze Jarosławna. Zawodzi jak zazula w gęstwie chłodnego boru. Płacze miłego męża Igora.
Stoję w wielkiej ciszy polnego świtu i słucham. Jedzie mój druh nieznany, po nic, na złamanie karku.
Słucham — wiatr głaszcze wysokie rozdygotane trawy. Bulgnęło. Gdzieś w pobliżu jest pewno cicha, ciemna woda. Cisza.
Zasłuchany we własną samotność, stoję w wielkiej ciszy polnego świtu — bezradny, niespokojny o wszystko naokół.
Czy na coś czekam? Nie. Więc otrząsam się i kroczę twardo.
10
A po drodze zamigotało mi w źrenicach życie, jak wibrujące błyski rozfechtowanej szpady stalowej. Patrzę — toczy się przedemną złota kula mej młodości. Kopnąłem ją, jak footballista, i popędziłem, potoczyłem przed siebie.
Z krzykiem budził się w każdym nerwie moim postrzeleniec, ryzykant sakramencki. Do miasta wbiegłem wzburzony. Brylantowe strzały rozsadzały mi głowę, w gardle kotłował gniew, patos marsyljański.
Zwołałem meeting na placu i krzyczałem: «Co macie pod nogami?!» (Pękali ze śmiechu i wołali: bruk!) «Ślepcy! Pod nogami macie groby! Olbrzymie pokłady mogił! Cmentarze na cmentarzach, warstwy miljonów trupów! Stare kulturzyska ubijacie codzień stopami! Cmentarze rosną z wieku na wiek! Cmentarze podniosą się do nieba! Przyjdzie kiedyś pokolenie, które czaszkami w niebo uderzy, stojąc na tysiącach nawarstwionych cmentarzy!»
Co rzekłszy, zdarłem okrutnem spojrzeniem powłokę niebną i znieruchomiałem w bezdennem zapatrzeniu.
Obłoki apokaliptyczne! Straszny koncercie form i kolorów! Granatowe i czerwone ruiny niebiańskich wawelów! Wiszące różowe alpy! flotylle przewrócone, zwały kremu, brogi fioletowych śniegów, niebo zachodnie, paleto boża, codzień nieskończenie inna! Wykłębi się kiedyś z ciebie czarne, zadymione Zwierzę, wypełznie z za horyzontu, paszczę wrzaskiem rozdziawi i rzygnie potopem wiecznej nocy!
11
Szarpnął się i zerwał z uwięzi mój wściekły bunt, mój pies zniecierpliwiony. Jakże ja cię utrzymam, ty bestjo z pokrwawioną mordą, krwawemi ślepiami i paszczą czerwoną, pełną chciwych zębów! Nieś mnie, porwij! Niech się ta smycz naciągnięta mocniej w ręce wrzyna! Skacz, skacz, dopadnij, pruj kłami i pazurami! Gryząc wyrywaj, znacz drogę plamami rzezi, oczy uwierzą świadectwu boju, pieczęci krwi! Nie wiem przeciw komu, nie wiem dlaczego — lecz przyszedł dzień rozprawy! Już mam czegoś dosyć! Już muszę krew zobaczyć! Wszystkie francuskie, rosyjskie i indyjskie rewolucje stłoczyły się w guz mózgowy, w nabrzmiałą, zdziczałą wolę! Ja-pochód idę! Idę sam i śpiewam chórem, bo jestem Tłum, jestem Wojsko! Podburzam siebie i agituję, żądam, grożę czarnym szerokim pomrukiem gróźb, piętrzę się, podnoszę tysiąc pięści i kamieni, faluję przypływem, szemrzę niespokojnem zbiegowiskiem pod balkonem, na którym masz się ukazać, imperatorze ciemny! tyranie! Mój tłum szturmem uderzy, mój tłum nadstawi pierś pod grad twego ołowiu!... — I gdy rozdarłem na sobie koszulę, drgnąłem jak przebudzony. Opadły pięści zaciśnięte. Boli pierś rozdrapana. Poszum ogromnych jego skrzydeł daleko już ucicha. Bije północ w pustkowiu ulic. Odetchnąłem, mądry i uspokojony. Siadłem na ławce, patrzę miłośnie w noc i pytam samego siebie: pamiętasz?
12
Pamiętam... Było to dawno. W młodości jeszcze, na środku gościńca, napadł, odarł mnie całkiem Skrzydlaty Złoczyńca... W biały dzień, w pustce południowego upału, zatumanił mnie, zamroczył, ogromny i czarny, powalił mnie na ziemię ciosem między oczy, wiatrem i szarańczą szumu jak płaszczem mnie owinął, prądem przeszył, wzniósł wirem orkanu, po świecie mnie rozrzucił, ukrzyżował, pokazał ogień nieskończonej czeluści, w samo serce ukąsił żądłem pałającem! I powiedział coś... Jedno słowo, które wcale nie brzmiało... które nic dotychczas nie znaczyło. Ani go napisać, ani wymówić nie potrafię, choć było bliskie, proste, jedyne... I powtórzywszy je trzykrotnie, pocałował mnie w czoło Napastnik Skrzydlaty, szepcąc: «Synu mój, Synu umiłowany»... A potem znów było cicho i gorąco. Ocknąłem się słaby, lekki i dalej poszedłem, odarty z wszystkich skarbów świata, spłakany, zbolały i radosny. I odtąd chodzę błędny, ubogi i stęskniony oblicza Jego. I odtąd dzieją się ze mną te dziwne sprawy, i odtąd stało się wszystko, i każda droga jest mi drogą prawdziwą — a oczom widzącym wyrównały się doliny z górami.
Są tylko dni i noce — coraz bliższe, coraz pewniejsze. Jest obudzenie, jest zaśnięcie. Wszystko jest pełne wszystkiego. Ojcze mój, któryś jest w niebie, spełń się wola Twoja, przyjdź królestwo Twoje. Niczego mi więcej nie trzeba. Teraz pada Twój deszcz, potem go wysuszy Twe słońce. Tak daleko jeno sięga moja wiedza. Ojcze mój, któryś jest w niebie, nie dopuść, abym większą mądrość posiadał. Grzechem jest właściwie każde słowo, święć się imię Twoje, przyjdź królestwo Twoje. Tak modli się nawiedzony przez Skrzydlatego Złoczyńcę, gońca Twego.
13
Po ciężkim śnie zimowego popołudnia wstałem zdecydowany na wszystko. Elektryczność jasnych kolorowych wystaw sklepowych promieniowała (jak oczy zmrużone) na śnieg i wieczór ludnych ulic. Choinkowy liryzm przedświąteczny. Chciałem zapomnieć, wmówić sobie, że jestem dzieckiem... że idę do teatru marjonetek, gdzie będzie maleńka gilotyna, szkielet i czerwony król — wszystko na dalekiej scenie. I chciałem, żeby to był świat. A ja — biedny chłopiec — wyszedłem na to cudne widowisko z pokoju na trzeciem piętrze, z pokoju gdzie jest naftowa lampa, chleb z powidłami, przykre myśli o nieodrobionych lekcjach... Małości chciałem: linji, punktu, prostej rzeczy.
Wtedy, gdy tak szedłem, wierząc prawie, że odwrócę czas, sto tysięcy domów zapalało i gasiło okna, sto tysięcy miast obrosło ziemię, sto tysięcy gwiazd szamotało się w wieczności. Mówiły mi o tem moje własne oczy i «nabyte wiadomości». Z ręką na sercu, sekundniku życia, przystanąłem przerażony, słuchając, patrząc, myśląc. Błagałem śnieżne chwile, aby nie uciekały: gnała je krew moja własna, pulsująca pod ręką.
14
Wszędzie gryźli tłuste zabite zwierzęta, gryźli chleb, żuli, połykali, popijali, soki burzyły się we wnętrznościach, kurczyły się mięśnie, w żołądku i w kiszkach żyło wściekłe mnóstwo. Pili wódkę i wino, pąsowieli, parowało w mózgu, pęczniały kłębki, zwoje, nerwy; oczy błyszczały; kręcił się wieczór w głowach. Wyrzucali ze siebie gorące ekskrementy, kąpali się w ukropie, zastrzykiwali morfinę, łykali lekarstwa, zanosili się wstrząsem kaszlu, plując, charcząc, wytężali płuca, gardło nabrzmiałe; tarli ciało o ciało zdyszani, niecierpliwi, kiedy nareszcie tryśnie rozkoszą nasienie; kobiety krzyczały, wydzierano z nich dzieci, mokre, płaczące, skrzywione. Z zimna dzwoniły zęby, z gorąca omdlewały ciała, pot i śluz ciekł z gruczołów, epileptycy tłukli w bruk głowami, piana płynęła przez zagryzione do krwi wargi, rosły włosy, paznokcie, wapniały naczynia, wypadały zęby; w żyłach tętniła czerwona gonitwa krwi, kurs za kursem, pchnięcie za pchnięciem, stuk za stukiem, od mózgu do stóp, od stóp do mózgu, kanałami, żyłami, tętnicami, jednakowo, bezustannie. Straszne rzeczy! Straszne rzeczy! Prądy przeskakiwały od ścięgna do ścięgna, ściągały mięśnie, drgawiły, kurczyły, trzęsły. O, nakręceni! O, naładowani siłą! O, mogący! Ruszajcie się, chodźcie, mówcie, słuchajcie, czujcie! Gorący do zimnej rzeki! Skostniały do ciepłej kobiety! Głodnemu pieczeń, chleb i sos, dużo ostrego sosu! Spragnionemu szklankę lodowatej źródlanej wody: z cytryną, z cytryną! Nie zapomnijcie wcisnąć cierpko-kwaśnego soku cytrynowego! Zmęczony niech się rozłoży na trawie, na sianie, na kanapie, na łóżku! Niech się rozłoży, żeby mu najwygodniej było, — w kolanach, w ramionach słodki płyn ukojenia! Pożądającemu — kobiety, której pragnie. W śmiechu, w stłumionym śmiechu i oddechu niech włazi na nią jak chce, niechaj mu się w oczach jej nagość kłębi, niechaj ma pełne ręce jej piersi i biódr, pełne usta jej ust, pełne ramiona jej okrągłości, pełne serce swej krwi! Twórzcie, czyńcie, róbcie, pracujcie, żyjcie — o, naładowani, o nakręceni, o mogący!
Chwile kłuły jak igły, każda kropelka krwi parzyła, pęczniała, i pod ostrzami chwil-igieł pękała tryskając ogniem.
15
Sztywno, z drżącym uśmiechem leżeli umarli. Nie mogłem ich zrozumieć. Uciekło z nich? W skrzepłej, woskowej kiści rąk cisza. W żółtej piersi cisza. Otworzyli usta i nie zamknęli. Nie mogą. Zamknęli oczy i nie otworzyli. Nie mogą. Nic nie mogą. Przez trzy godziny tłumaczyłem pewnemu inżynierowi, żeby zbudował maszynę, któraby napompowała truposzów najpierw krwią i elektrycznością, a potem... — A potem, jeżeli pan chce — dodałem — to skroplimy fluid myśli i błagań: maszyna modlitw! Rozumie pan? Takie promienie gorących, wierzących oczu. Całe życie będę klęczał w torturze i szeptał prawdziwe słowa. On mnie zna, on usłyszy i wysłucha. Będę klęczał — a naokoło mnie — pańskie odbiorniki, kondensatory, rurki, strzałki, klisze...
— Maszyna modlitw — maszyna modlitw — powtarzałem służącemu, który łagodnie, wyrozumiale pchał mnie ku drzwiom.
16
Pragnąłem słów skończonych i wyraźnych, jak litery wyryte ostrym nożem w czarnem linoleum; myśli prostych i niewątpliwych, jak twardy kwadrat białej tablicy marmurowej. Czarne litery na białym kwadracie. Tymczasem w szarej jajecznicy mózgu lęgły się bolesne koszmary: sen o nagromadzeniu w potwornie ogromnej bibljotece wszystkich książek świata, które nagle rozsypały się, wysypały ze siebie wszystkie litery. Leży góra miału: czarnych pomieszanych czcionek. I propozycja oszalałego staruszka — bibljotekarza: «Proszę z powrotem zestawić literki w słowa, słowa w zdania, zdania w stronice i t. d.». Inny sen: krawaty — węże. Ożyły, jak kręte kolorowe płazy — wiją się oślizgłemi ciałami na szyjach. Bałem się, że fryzjer Feliks zarznie mnie: zwarjuje nagle i chlast! No i szczury! Straszne, żywe szczury! Ach, nie mogę, nie chcę już wspominać o tem!
Przychodziły czasem chwile, kiedy na święcie robiło się cicho, zupełnie cicho: jak ulica warszawska, gdyby Boże Ciało i Sądny Dzień wypadły jednego dnia. Cisza i absurd tego wszystkiego. Domy, szafy, naczynia, obrazy, stoły, maszyny, szyldy, ubrania, firanki, — wszystko stoi, wisi, leży, milczy, straszy. Nawet drzewa, w których zdawna jestem zakochany, wyglądały tak, jakgdyby już nie sięgały korzeniami do drugiego słońca, płonącego wewnątrz ziemi. Zbyt wiele było przedmiotów, za mało związku. Marzyłem o gęstej, na miljon kilometrów szerokiej bronie, któraby ten cały kram przeklęty z ziemi zgarnęła. O niczem innem nie mogłem, myśleć, nic uczynić, gdyż każdy drobiazg był nieskończonem utrapieniem. Mały przykład. Przy pisaniu nie dawała mi spokoju myśl o związkach chemicznych między mokrym atramentem a papierem. Przecież te niewidzialne pory i włoski papieru piją czarny płyn, przecież inkaust wsiąka w papier — a więc dzieje się tam jakaś sprawa. Sam czułem się jak retorta pełna odczynników, chemikalij i tajemniczych związków. Jak maszyna. A świat (miłe słówko!) nie był już tą pełną harmonji i ładu instytucją, o której czytałem u fałszerzy-filozofów, lecz figlem, na olbrzymią skalę zakrojonym potężnym figlem, spłatanym djabli wiedzą komu przez Stwórcę, który żałuje pewno, że to uczynił, szaleje sobie i nam w bezmiarach i nie wie co z tym fantem począć.
17
Sennie i świetlnie we śnie i świecie płynęła Klaryssa. Zawsze była daleko. I kiedy uderzał we mnie atak rozpętanego chaosu ostremi dzidami gwiazd, kiedy odrzucałem go salwą podniebnych myśli, palbą wojowniczych spojrzeń, walcząc z łopotem straszliwej husarji, — ach, wtedy utrudzony i zdziczały zarzucałem ramiona świętej Klaryssie na szyję, płynąłem z nią nocami — do niej. Korzeniami tragedji rozrastałem się męczeńsko w ziemi, lecz bywały świty, kiedy ze snu słodko i nagle wykwitała lilja idylli: ona.
Uwięziona w ciemnym ciężkim salonie R. W. Vodragana, błąka się, ręce załamuje, czyta francuskie powieści. Na puszystym dywanie nie słychać kroków, kiedy przechodzi. W jadalni brzęczą kryształy, kiedy przebiegnie. Boi się tego pokoju. Tutaj matka upadła na ziemię. Trzeba ją było podnosić, kłaść, ubierać, wynosić z mieszkania. Dziesięć lat temu.
18
Kupiłem po drodze pęk mimozy i fiołków. Otworzył mi lokaj; wygolona kanalja.
— Muszę te kwiaty osobiście wręczyć panience — i wyjmując z kieszeni list, mrugnąłem znacząco. (I cały wszechświat mrugnął: w rozpędach planetarnych ogromów — świat, ziemia, państwo, miasto, ulica, dom, korytarz, lokaj i ja). Zbir w kamizelce kamerdynerskiej i zielonym fartuchu odmrugnął porozumiewawczo — i poszedł po panienkę.
Czekałem niespełna pół minuty:
— otwierały mi się w korytarzu R. W. Vodragana głębie i wysokości, wschody i zachody, północe i południa, zenity i nadiry;
— zawieszonemu pomiędzy wiecznością a wiecznością działy się dzieje jego;
— sfery Twoje barwno-szklane płynęły, płynęły...
— skrzydła Twoje światy zagarniały...
Wyszła do korytarza zalękniona: w sukni szaro-aksamitnej, czarną klamrą na lewem biodrze zapiętej.
— Panna Klaryssa?
— Tak... A co?...
— Kwiaty i list. Mam czekać na odpowiedź.
Zdziwiona, z niedowierzaniem przyjęła z rąk moich kwiaty i podłużną liljową kopertę. Przecięła ją szpilką z kasztanowo-złocisto-oliwnych włosów. Ciepłe niebiosa oczu w słowa moje wświetliła, płynie po liście zdumieniem słodkiem i trwogą, zachwyt i gniew zorzą ciemno-różową na twarz bije; skacze, jak przed pierwszem oddaniem, zachłyśnięte serce, — przewraca kartkę — nie patrzy na mnie — kąciki ust drgają spazmatycznie — kwiaty zsuwają się z pod rąk na ziemię — chłonie żarliwie obłędny aromat nagłych słów — czyta, omdlewając dziewiczo, nakazy moje kuszące, uwodną prawdę, z wieczności wyłowioną (schwytaną przez sekundę, jak kółko z wirującego konika karuzeli) — czyta — i wie, że powinna mnie wyrzucić, kazać wyrzucić — ale wie także, że już nic nie pomoże: gdy wyjdę — będzie płakała z tęsknoty, gdy zostanę — otworzy dla mnie wargi, ramiona, kolana i zaklętą w samotności duszę. Czyta już trzecią stronicę, a jeszcze na mnie nie spojrzała.
A ja stoję w piorunach burzy Twojej — ogromny, surowy, zacięty! Kołuje nade mną skrzydlata furja gromów Twych, wiejesz na mnie wiosną i gwiazdami, rozłopotany złoczyńco! Tabuny jeźdźców bożych tratują niebo, rozrywają obłoki, unoszą mnie w jasyr twój okrutny i rozkoszny! Huczysz nade mną huraganową świtą swoją, bombardujesz gradem kamiennych dekalogów, jak fajerwerkiem meteorów!
I nagle szepnęła: — Dobrze... Wieczorem...
Z uśmiechem podała mi pachnącą dłoń, lecz jej wstydliwie nie pozwoliła pocałować.
19
Wiotko wpółleżącą na skórzanym fotelu Klaryssę czesze z maestrją król fryzjerów stolicy — boski i demoniczny Feliks. — Oto, myśli sobie, księżniczka babilońska, z którą na wieżę niebotyczną kroczyć będę, w purpurę odziany, z wieńcem róż na głowie. Omdlewa w sennem wzruszeniu przeczuwająca dziwy Klaryssa.
Fryzjera Feliksa znam z dawnych wspaniałych czasów.
Ma on tłustą, nalaną twarz, tłuste nalane oczy. Oliwkowy jest i ciężki. Melancholijnie i sceptycznie patrzy na rzeczy, których nicość i śmiertelność głęboko rozumie.
— Dlaczego pan zawsze smutny, panie Feliksie?
— Wszystko fikcja, proszę pana szanownego.
I szedł do kąta ostrzyć brzytwę, patrząc spodełba, z lekko pochyloną na bok głową, na wyświechtany pas rzemienny. Mina, w jaką układał oczy i usta przy namydlaniu gościom twarzy, zastanawiała mnie swą ironiczną obojętnością. Tłuste wypukłe oczy wyłaziły z orbit, mydliły się na policzku, czułem pod pędzlem dwie śliskie kule. I nie widziałem go wtedy. Zmieniał się w mętny obłok dusznego kadzidlanego dymu, w którym, jak w oparach snu, leżałem nieprzytomny. I śpiewało, zawodziło cerkiewnie.
Mocnem na płask posunięciem brzytwy budził mnie. I wtedy wyskakiwał mi z gardła lekki okrzyk, jak przed spazmem.
— A!...
— Drapie?
— Nie... Ale...
— Pan szanowny jest nerwowy.
Wychodziłem z bólem głowy, ale nazajutrz ciekawość znów kierowała mnie do tego zakładu, i znów zapadałem w miękki fotel, jak w kopiec słodko pachnących jadowitych kwiatów indyjskich.
Długiemi, falistemi pociągnięciami układa Feliks namiętnie ulewę oliwnych włosów Klaryssy, gorącemi szczypcami ściska miłośnie, zawija rozpleciony wodospad złocisty swojej królewny babilońskiej. I uśmiecha się dniom nadciągającego triumfu: miedź brzęcząca, cymbały grzmiące, władza nad miljonami, wszechświatowa galówka, huczna pompa koronacji i dwa trony na wieży siedmiomilowej: dla niego i dla Klaryssy. Przymknął wyłupiaste oczy, na ustach uśmieszek smętny... Z melancholijną ironją współczuje dziwnie nerwowej dziś klijentce. Bo skądże taka panna wiedzieć może, że zbliża się chwila, kiedy św. Ewangielja ogłoszona będzie po całym świecie — a państwo rzymskie upadnie i zginie, rozerwą go między sobą królowie — a Enoch i Eljasz zejdą po raz wtóry na ziemię, i wtedy nastanie królestwo Antychrysta — Jego, Feliksa, królestwo. Na puchach będzie się wylegiwał, pożerając tłustości i słodkości, maltretując chucią nieustanną tę matową, tajemniczo pachnącą pannę. Przyzwyczajonego do perfum Feliksa podnieca ta dziwna, lekka a upojona woń.
— Jakie to perfumy, panno Klarysso?
— Ambra z Bagdadu. Przysłał mi ją znajomy z podróży po Wschodzie.
— Uroczy zapach...
— Bardzo miły...
Bagdad, Indje, Chiny — wszystko klęczy przed marzącym potwornie Feliksem. Kiedy będzie prowadził babilońską swą oblubienicę na wieżę, każe ambrą bagdadzką kadzić...
20
W trzewiach miasta postronki skręconych drucików telefonicznych. Połączony jestem z tysiącami ludzi. Mogę. Druty ciągną się pod brukiem, włażą na piętra, do mieszkań, wiją się i dygocą, prą burzą prądów pode mną, nade mną, jakby we mnie, światło niosą. — Jednym końcem w ogniu niewidzialnym zanurzone, biją we mnie drugim końcem — druty, druciki, druciska, setki miljonów wyciągniętych, powyginanych, zwiniętych kilometrów. Pomiędzy miastami pędzą po drutach moje słowa, pomiędzy lądami kable w głębinach. Mogę.
Powietrze ( — westchnienie wieczne nieba — ) drga i faluje w szarpiach dartego jedwabiu promieni ultrabłękitnych. Atom światłością rozwartą połyka atom, jeden za drugim, iskra w iskrę wskakuje i wydłuża się w strzeliste linje, kołujące kręgi i elipsy radjo-błysków. 77 miljonów razy w jedną siedemset miljonową sekundy dokoła ziemi. Druty światła, przewodniki ognia, chwytajcie wieści z nieba, głodne drgawek anteny! Oto ocean podniebny pręży się grzbietami rozkołysanych fal: sprężyny skłębionych skoków i linij w przestworach!
A ze mnie nerwy wytrysną, przebiją się przez skórę, i będę krzyczał, strasznie owłosiony czerwonemi włóknami!
A teraz myśli — sznurki, druciki, niteczki pomiędzy wszystkiemi na świecie — ach, włączą mnie w sieć, skręcą nitki nerwów z obnażonemi, wydartemi ścianom pękami włosków metalowych — prąd świata puszczą!
Ludzie! bracia! bliźni! Miljardzie żywych! Otośmy w kłębek wplątani — i nic nas nie rozdzieli, bo ciągną się, ciągną pomiędzy nami druciska miedziane, druty promieni, druciki myśli. Nie uciekniemy od życia i świata.
A w centrum tej nieprzebytej pajęczyny — On, pająk nienasycony, ssie oczy moje źrenicami ssącemi.
21
Tyle wieków smagałem się supłami rzemiennemi, ciężkie kajdany nosiłem na sobie, ostra włosienica wcierała się w skórę boleśnie, postami umartwiałem wychudłe, ziemiste ciało, rozkrzyżowany leżałem na kamiennych posadzkach kościołów, klęczałem na pustyni z podniesioną ręką w spiece słonecznej, bełkocąc błagania modlitewne, powtarzając święte imię Twoje. Dlaczegoś mnie nie zbawił? Dlaczegoś mnie wtedy kusił miękkiem łożem, nagą kwitnącą panną, wonnem winem i potrawami? Dlaczego tarzałeś się wtedy ze śmiechu, ryczałeś sprośnie i rozwalałeś się w przestworze grzechem, jak tłusta, różowa małpa?
Tyle wieków gromadziłem sławę, złoto, władzę, i potęgę, krzyczałem z radości na ulicach, po pijanemu tańczyłem w ciepłe noce w rozśpiewanych, pachnących ogrodach, chwytając śród drzew roześmiane dziewczęta w zwiewnych białych sukienkach, żarłem i chlałem smacznie i obficie,możni i wielcy tego świata kłaniali mi się uniżenie, trwoniłem bajeczne fortuny, zwiedzałem obce kolorowe miasta, czytałem najciekawsze książki, — wesoły, zdrowy, zakochany, szczęśliwy! — Dlaczegoś mnie wtedy prześladował mętnym, dalekim niepokojem i surową zjawą kościstego sędzi z płomiennym wzrokiem i usty zaciętemi?
Zabił mnie brat mój Kain, zabiłem brata swego Abla, czterdzieści dni płynąłem po rozszalałych falach potopu, czterdzieści dni kusił mnie szatan na pustyni, z uśmiechem wypiłem w ateńskim więzieniu cykutę.
Dla Ciebie ukrzyżowałem Boga. Umarłem dla Ciebie na krzyżu, zmartwychwstałem dla Ciebie, frunąłem czystą gołębicą i glorją chórów anielskich w świt niebios, rozwartych jak liija, — i zapaliłem Rzym, aby oczy swoje Tobą nacieszyć, wyciąłem w pień dziatwę miast, aby krzykiem i krwią napoić nienasyconą tęsknotę.
Ptakom i kwiatom śpiewałem «Niewiemo! chwalemo! ewangeli, angeli», tobie dzwoniąc pokorny i zachwycony!
Wicher stepów chlasnął po niebie kometą, bicz boży ukręcił z szaleństwa mego — i gnałem na czele skośnookich hord do Ciebie.
Budowałem Ci piramidy, wieże babilońsko, bazyliki i katedry, a potem burzyłem wszystko huraganowym ogniem armat — przez Ciebie dla Ciebie! «— Lukrecy, Lewiatan, Wolter, alter Fritz» — iloma obliczami, iloma legendami patrzę na Ciebie z wieczności w wieczność? Iloma kościotrupami szczerzę ku tobie zęby i oczodoły? Iloma okrzykami krzyczę do Ciebie z nieskończoności w nieskończoność? Wyciągnij mnie z wszystkich grobów świata, i spójrz, i wskrześ wołania moje! Ogłuchniesz, oślepniesz, zakołuje ci się we łbie-niebie, po którem toczysz wiecznie i wiecznie swój gwiezdny wóz: dyszlem w dół, dyszlem do góry, kołami w dół, kołami do góry — zawsze, ciągle, nieustannie!...
22
Przyglądając się z otwartego okna wagonu krążącej nade mną nocy, myślałem:
— Benefis nieba.
— Magie City, karuzela świecąca.
— Bóg opryskał niebo złotym atramentem.
— Szczodrobliwy, dał tę noc astronomom w prezencie.
— Anioły otworzyły oczy.
— Namiot przybity gwiezdnemi gwoździami.
— Strzelnica spojrzeń strzelistych.
— Iskry z pod kopyt faetonowych rumaków.
— Połączyć je świecącemi linjami. Jaka sieć kolejowa!
— Astry, jaskry! Łąka ze szczęścia na niebo uciekła.
— Biblja zwierząt.
— Jak ślicznie świecą twoje kółka, zegarmistrzu!
— Zboże wywieźli, zostało ściernisko.
— Mrowisko. Czemuście się, mrówki błyskające, zatrzymały?
O tych i innych igraszkach z gwiazdami myślałem, przyglądając się z otwartego okna wagonu krążącej nade mną nocy. I postanowiłem napisać «Astronomję dla poetów», weselszą niż kopernikańska — a tymczasem pędzę, pędzę po ulicach świata, rozrzucając miljony życia, jak miljony złotych dukatów. Mleczna droga, którą na ziemi widzą patrzący zgóry gwiaździanie — to rozsypane czerwieńce szalonej mojej młodości!
I wtedy porwała mnie noc zachwycona, wysoko zaniosła i nagle ze skrzydeł strąciła. Jak czarodziej, zawisłem w powietrzu. Nie ja — podłużna aura seledynowa.
23
Działo się to w tym dalekim roku, kiedy przeklęta ameryka pokryła cały glob kratami zorganizowanych Stanów. W kwadratach krat jazgotał natłok aut; stalowo stukały głuche maszyny; poważne zegary-stoppery pedagogicznie wybijały nieocenione sekundy; sześciopiętrowe ulice jeździły żelazną zębatą ohydą; gwiżdżąc i zgrzytając, odmierzała rozrośnięta maszyna ustalone czworoboki celowej roboty (ARBEIT! ARRRBEIT!!); puszyła się nadęta głupota konstruktywistów, durnie pysznili się radością i patosem pracy, modnem hasłem była dyktatura inżynierów. Miasta obijały sobie boki, jedno parło w drugie wielebnym żelbetonem i oto:
z ciasnoty i twardej nieustępliwości materjałów pięło się życie wgórę.
Gdyby je kto w spiętrzającej się całości mógł obserwować z punktu dostatecznie oddalonego, miałby widok ciekawy i pouczający: rosło matematycznie, niewątpliwą celowością wyraźnych form. Kształtowało się mozajką, skomplikowaną wprawdzie, ale coraz natarczywiej ciętą w uświęcone figury i wzory. UKŁADAŁO SIĘ. Z chaosu wykrawała cywilizacja obliczone ściśle płaszczyzny. Rzekłbyś, sam czas stał się mechanizmem zegarowym, w ruch wprawiającym motor zdarzeń — fabrykę form, wytwórnię srogich, surowych, jedynych, wykluczających wszelkie inne, praw powstawania. Tak w komicznych filmach reklamowych rzucona na ekran linja łamie się w kanciaste coś, które się potem rozpada na odcinki tej samej prostej linji, a one znów układają się w psa, w domek, nawet w wesołego dentystę. Taką łamaninę rytmiczną, metryczną dostrzegłby uważny obserwator, gdyby, powtarzam, przyglądał się ucieleśnionej idei ówczesnego życia (i to we wszystkich dziedzinach) z potężnego oddalenia. Wtedy np. bieg wszystkich pociągów, samochodów etc. w danej jednej chwili byłoby widać prawie jako oderwane pojęcie jakiejś precyzyjnej siateczki pajęczej. Przecież i pszczoły nic nie wiedzą o swej doskonałej geometrji w budowie plastrów, ani jej nie widzą — nie widzimy więc i my architektonicznego rezultatu budowanych rzeczy i miast (czasami z t. zw. «lotu ptaka»; ale to na zbyt małym obszarze).
Sądzę zresztą, że ten proces «matematyzacji wyglądu» ziemi i życia dział się zawsze. Od rozwiązłości «stylów» szedł stale, powoli ku skrzepnięciu w ostateczność.
Ale w owym szczytowym roku glob stał się już jak gotowa łamigłówka: poprzednie pokolenie wstawiło ostatnie klocki, wpisało do «krzyżówki» ostatnie litery. Klocki i litery nietylko miast, domów, zabudowań, fabryk, ulic, szos, rynków, stadjonów i djabli wiedzą czego jeszcze, ale klocki w mózgi!
I stało się tak, że stuknęła Summa! Komplet! Rien ne va plus! Stop!
24
Ciemny i głuchy żar kołował nad Watykanem. Burzą sapała astma pędzących chmur. Duszno było chudemu siwiutkiemu Ojcu świętemu. Siedział przy otwartem oknie, patrząc na pusty kwadratowy kamienny dziedziniec.
Myślał, jak zawsze, tylko o własnej śmierci. I szeptał modlitwy miły cichy staruszek.
Szare zliljowiałe niebo gnało ku ziemi ciężkim chmurnym ogromem. Pontyfikatu Ojca św. był to dzień 666.
I nagle chlasnęła brzytwa błyskawicy wzdęty jak pęcherz brzuch upału. Pękł z trzaskiem, pionem pioruna runął.
— Et fides apostoli ca manebit per aeterna, przeżegnał się drżący staruszek. I mała mysz przebiegła z kąta w kąt.
Coraz jest ciemniej i duszniej. Coraz smutniej namiestnikowi piotrowemu.
Zamknął okno, bo niebo dławi się od gromów, potopem deszczu chlusta.
Szara przestraszona myszka przycupnęła w kąciku. Patrzą na siebie jak wryci. I wtem skoczył ku niej papież, szastnęła wzdłuż ściany pod fotel, on za nią, rzuciła się ku drzwiom, on za nią, pomiędzy stopami przemknęła się z powrotem, biega szara, szybka, błyskawicowa, uwija się widmem maleńkiem, cała jak czyjeś serce — wyrzucone, ścigane, omszone puchem nocy, biedne przerażone serce. Piszczy i skacze w gonitwie za myszą wystraszony staruszek — to Ona, Ona — nagła, zwinna, niepozorna a straszna! Zanim wsunie się łaskotem w nogawkę i chyżo pomknie ku gardłu i zatka, musi ją zdeptać przeklętą. Modlitewnikiem cisnął — spojrzała wyrzutem całego świata i sprężyną skoczyła pod framugę okna, pantoflem rzucił — uwinęła się — i pod fotel, krucyfiks porwał ze ściany i wyrżnął z krzykiem kamiennym Chrystusem. Pisnęło biedactwo, przewróciło się plamą krwi...
Wyłupiasty, melancholijnie uśmiechnięty stał Feliks u progu, przyglądając się już ze dwie minuty owemu polowaniu. Z ręką na ustach, aby zakryć dygocące wargi... Wargi, które szeptały nauczone słowa ceremonjału audjencji:
— Sanctissime Papa...
— — — — — — — — — — — — — — —
— Kto? Skąd? Quo modo?
— Coiffeur, Ojcze święty. Modo spiritus. Ex abrupto.
Zdyszany, pobladły, drepcąc w jednym pantoflu, patrzał Innocenty w oliwkową twarz Feliksa. Siadł na fotel, głowę pochylił, bezsilny, nie wiedzący co mówić i czynić wobec świadka dzikiej walki papieża z szarem zwierzątkiem.
— Coiffeur? pogładził się bezradnie po siwych spoconych kosmykach włosów.
Feliks postąpił krok naprzód. Nalał staruszkowi wody z karafki. Wypił papież, podziękował, odetchnął z ulgą.
— Czego chcesz?
— Popatrzeć, Ojcze święty. Pustynia rośnie, śmierć myszą biega, smutek i fikcja wszystko.
— Ale... jakżeś się tu dostał?
— Truchcikiem, ojcze święty. Płaszcząc się, zwodząc, kozłem becząc, kogutem piejąc, — boczkiem, przy ścianach... pomalutku...
Już go widać oczyma zahaczył, oparem kłamstwa omroczył, bo słabł staruszek (jak ja na fryzjerskim fotelu), ustępował garbiąc się i drżąc. Jeszcze mu piramidą w ciemniejącej świadomości rosły świetne dzieje świętych poprzedników, opok, kamieni powszechnego Kościoła, dźwigniętego na niewzruszonej podstawie, która jest Petra, ale chwiać się już zaczynała niebotyczna piramida, ostrym ogonkiem martwej myszki stercząca. Mętne okrągłe oczy upiornego gościa ślisko łaziły po Kopcu Papieskim — że miękł, galareciał, rozpływał się w myślach usypiających.
Tak pod kleistem zapatrzeniem wyłupiastego wzroku Biesa na wieki usnął cichy, suchy, miły staruszek.
Opublikowano w: Rzecz czarnoleska (tomik)
Źródło: Rzecz czarnoleska, Julian Tuwim, wydawnictwo J.Mortkowicz, 1929.