Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

*

Przyjęcie rozpoczęło się w akademiku, ale potem całą ekipą wyruszyli w miasto, krzyczeć, śpiewać i tańczyć. Pod pomnikiem Mickiewicza pijana ekipa podrzucała Młodego tyle razy, ile lat kończył, zaś samo miejsce po raz kolejny przysłużyło im się swoją magią. Wśród studentów Krystian czuł, że nabiera sił, znowu wierzy w siebie, ma pod stopami szorstką materię rzeczywistości. Anita od początku przyglądała mu się z zainteresowaniem, które bardzo szybko zmieniło się w fascynację. Znał takie spojrzenia i już wiedział, że tej nocy nie będzie sam. Nie przypuszczał jednak, że znajdzie w niej coś więcej. Nad ranem Anita zadzwoniła do rodziców, że impreza urodzinowa się przeciągnie, po czym bez namysłu pojechali na Słowację. Krystian odkrył ją całkiem niedawno, podczas jednej z szalonych wypraw, na jakie się wybierał się w weekendy z rodziną lub przyjaciółmi. Po prostu wsiadał w samochód i ruszał przed siebie, bez wyraźnego kierunku i celu.
Słowacja okazała się rajem na ziemi, oazą spokoju, ciszy i bezpieczeństwa. Czekały tam wyludnione góry, bujne lasy, ciepłe źródła lecznicze i dobre jedzenie. Krystian postanowił wracać tam, ilekroć los ześle mu złą chwilę, ale teraz w końcu temu zaprzeczył. Jechał przecież z młodziutką kobietą, dla której stał się ideałem mężczyzny i obiektem wyjątkowo silnej namiętności. Odtąd byli razem.
- Mam ochotę na łyczek wina - zamruczał, gdy na talerzu zostały żałosne resztki. Ujrzał w jej oczach błysk niepokoju, mimo to jednak wyciągnął z lodówki butelkę i przygotował szklanki.
- Musisz? - szepnęła.
- Nie - jęknął przeciągle, robiąc kilka nerwowych ruchów szyją - Po prostu pasuje do kolacji...
Nie lubił się tłumaczyć. Nałóg zdawał się nie wracać. Nie było żadnego ryzyka. Feralnego dnia i przez następny tydzień chlał jak wariat, a potem nagle mu przeszło i tylko od czasu do czasu smakował jakiś dobry trunek. Przez blisko siedem lat nie było w jego domu alkoholu. Później stopniowo zapełniał barek i spiżarnię, by mieć czym częstować gości. A wszystko zaczęło się, gdy urządził dla swoich klientów wyjazd w góry. Upojony życiowym sukcesem wypił toast razem ze wszystkimi i przypomniał organizmowi cudowny smak alkoholu. Przez długie miesiące w ogóle o tym nie myślał, ale wkrótce przyszła kolejna podobna okazja, z tym że wypił, oprócz szampana, także aperitif. I nadszedł dzień, w którym pękło jego niebo, sypiąc mu na głowę odłamki umierającego błękitu.
Od tego czasu zrobił się bardziej śmiały, ponieważ nawrót choroby nie nadchodził, a alkohol wyjątkowo pomagał na stres. Poczuł się wyleczony i oczyszczony, jak gdyby zaczynał życie od nowa.
- Pozmywaj, dobrze? - poprosił, gdy skończyli butelkę - A ja przygotuję kąpiel.
Zostawił ją w kuchni i poszedł do łazienki. Przygotowywanie kąpieli, tak jak gotowanie zawsze było dla niego przedmiotem najwyższej ceremonii. Najpierw starannie wyczyścił wannę, następnie wlał do niej olejki pachnące oraz płyn, a potem pozwolił wodzie wzbierać na jej dnie. Usiadł na muszli klozetowej i w jednej chwili przestawił tryby w głowie na myślenie o sprawach zawodowych. Miał w zasięgu ręki czasopismo AA “Arka” i myśli De Mello. Z żalem pomyślał, że tym razem nie będzie mógł sobie poczytać, choć było to jedyne miejsce, gdzie znajdywał na to czas. Zamiast tego, przyjrzał się nowemu folderowi reklamowemu jego firmy, który przygotował jeden z jego młodych pracowników. Rzecz była śmiała, dowcipna i zachęcająca - w sumie bardzo profesjonalna. Trzeba było tylko nieco złagodzić niektóre sformułowania, jak na przykład “ Upolujemy dla Ciebie każdego klienta”. Zdjęcie z zimowych łowów też mu nie odpowiadało. W tym momencie nic sensownego nie przychodziło mu do głowy, więc pozostawił sprawę na walne zebranie, jakie odbywało się co poniedziałek w jego gabinecie. Na forum ogólnym zawsze ktoś przedstawiał nowe pomysły albo postulował korekty w już realizowanych. Demokratycznie i jawnie. Ostatnimi czasy trochę się ten zwyczaj zagubił, ponieważ warszawska filia odbywała swoje sesje, a śląska swoje. Krystian brał w nich udział w zależności od tego, w którym oddziale akurat przebywał. W stolicy miał od tego młodego dyrektora, którego jeszcze niedawno zamierzał uczynić wspólnikiem. Jarek zdawał się być idealnym człowiekiem do tego celu. Prowadził biuro z taką samą werwą, jak wtedy, gdy był jeszcze szeregowym pracownikiem i musiał zdobywać klientów w ramach telemarketingu. Był przy tym szalenie ambitny. W weekendy studiował zarządzanie i filozofię na dwóch różnych uniwersytetach, w ciągu tygodnia tyrał na chwałę firmy i swoją własną. Spodobał mu się już podczas rozmowy kwalifikacyjnej. Dobrze ubrany, pewny siebie, otwarty. Wkrótce pokazał się też jako doskonały pracownik. Nic nie stało na przeszkodzie, by Krystian uwzględnił go w planach na przyszłość. Dokumenty ratyfikujące status spółki leżały już u prawników, zaś więź między nimi przekroczyła zwykłą relację pracodawca-pracownik. Pozycja firmy, zyski brutto, perspektywy kolejnych sukcesów. Tak, po raz pierwszy od bardzo dawna czuł się szczęśliwym człowiekiem. A niedługo... własne multimedialne wydawnictwo, splendor akcji charytatywnych, małżeństwo...
Westchnął ciężko i przeczesał rzednące z wiekiem włosy. Oddalał przykre myśli, jak długo mógł, lecz wracały wieczorem ze zdwojoną siłą. Oprócz finansowych skutków włamania, wyszły na jaw inne, sprytnie ukrywane przez Jarka kłopoty. Warszawska filia od jakiegoś czasu generowała długi. Prosperowała nie najgorzej, jednak koszty utrzymania biura, mieszkania firmowego i samochodów ciągnęły ją w dół. Dlaczego Jarek mu o tym nie mówił, dlaczego księgowa milczała? Krystian miał najgorsze przeczucia.
Anita wsunęła się bezszelestnie do łazienki i widząc go zgarbionego na muszli klozetowej, uśmiechnęła się promiennie. Odpowiedział jej tym samym. Nie musieli nic mówić. Chwilę później pławili się w ogromnej wannie, przytuleni do siebie tak szczelnie, jakby byli jednym organizmem.
- Chłopaki się wypalają – stwierdził ponuro i nagle opuściła go energia: postarzał się, stracił kolory – Jakieś bzdury wymyślają. Może za długo w tym siedzą... Są monotematyczni, nudni... Marzenia, fantazje, sny... Nie tylko na tym opiera się reklama... Spójrz, kuchenki i lodówki o futurystycznych kształtach.. No, to może przejdzie: REALNY KSZTAŁT TWOICH MARZEŃ albo PRZYSZŁOŚĆ W ZASIĘGU RĘKI. Te dwa wyślę w poniedziałek rano do akceptacji...
Przetarł zroszone czoło. Kiedy pracował, był żywiołem – nie liczyło się nic innego. Skulona przy nim Anita obserwowała go, nie kryjąc fascynacji. Leżeli w wannie nago, lecz w tej chwili całkowicie abstrahowali od swojej cielesności.
- Męczy mnie ta firma produkująca drążki do kabin prysznicowych - odezwał się zmęczonym głosem - Ta kampania wydaje mi się absurdalna.
Zdawał sobie sprawę, że Anita w niczym mu nie może pomóc, ale traktował ją jako słuchacza, partnera do rozmowy, medium odbijające jego myśli. Tyle tylko od niej oczekiwał, ale ona poczuwała się do czegoś więcej. To ją gryzło, choć pewnego progu nie była w stanie przekroczyć. Tak się sprawy miały z większością jego bliskich. Łączyło go z nimi wiele rzeczy, lecz nie te, które bardzo często uważał za najistotniejsze. Mógłby z powodzeniem nawiązać nowe znajomości wśród ludzi interesu i z nimi konsultować zawodowe rozterki, ale nie czuł się wśród nich dobrze. Z reguły byli to ludzie puści w środku, bezwzględnie podporządkowani mocy pieniądza, irytująco pogardliwi dla reszty świata. Nie był w stanie przejść na ich stronę, więc cierpiał samotność człowieka zdanego wyłącznie na własne siły. Jarek był bardzo pomocny, lecz mimo to, nie był kimś, kto rozsądnie doradzi, czy zaproponuje odpowiednią strategię. Był za młody i zbyt niedoświadczony. Był dopiero kandydatem na menadżera. Stąd w większości przypadków Krystian musiał polegać jedynie na sobie, a wcale nie był przekonany, czy podejmuje właściwe decyzje. Wrodzony talent i suma przeczytanych podręczników nie dawały żadnej gwarancji.
- Bo spójrz - zagaił do skupionej na ruchu jego warg Anity - Jaki można znaleźć kontekst dla drążków prysznicowych?
- Nie wiem. Może kąpiel - zasugerowała.
- No? I?
- Wanny to już przeżytek. Są niehigieniczne, zajmują sporo miejsca, zużywają dużo wody...
- Dobrze. Tylko że my nie chcemy wykazywać wyższości prysznica nad wanną. Mamy zachęcić społeczeństwo do używania określonego typu drążków.

  • 2 miesiące temu...
  • 2 tygodnie później...
Opublikowano

"Przyjęcie rozpoczęło się w akademiku, ale potem całą ekipą wyruszyli... " - tutaj może zamiast "całą ekipą" lepiej byłoby napisać "wszyscy" - tym bardziej, że słowo ekipa powtarza się w następnym zdaniu.

"się wybierał się" - tu zapomniałeś wyrzucić jedno "się"

"...bez wyraźnego kierunku i celu..." - ten kierunek, to wględna i wątpliwa sprawa, więc żeby tego uniknąć, wystarczy usunąć "kierunku i"

"...ilekroć los ześle mu złą chwilę..." - gramatycznie poprawne, ale w życiu mówimy, że mamy złe chwile.

"...ale teraz w końcu temu zaprzeczył" - napisałbym "teraz temu zaprzeczył" - bez "w końcu", a to, ponieważ obiecywał sobie, że będzie jeździć na Słowację, kiedy będzie mu źle w życiu. Wyrażenia "w końcu" używamy wówczas, gdy na pewne wydarzenie czekaliśmy, a teraz nam się ziszcza. W twoim tekście nie było czekania na wyjazd do Słowacji z kobietą.

Zbyt szybkie przejście do dialogu, może warto choć w kilku słowach napisać gdzie para się na tej Słowacji zatrzymała, co robili itd, itp. ?

"Feralnego dnia i przez następny tydzień chlał jak wariat..." - dlaczego feralnego, gdzie feralne wydarzenia, może lepiej napisać "od tego dnia, przez następny tydzień chlał jak wariat"

Później jest dygresja o alkoholizmie bohatera, ja przynajmniej nie wiem po co? Mam wrażenie, że jest niepotrzebna.

"Pozycja firmy, zyski brutto, perspektywy kolejnych sukcesów. Tak, po raz pierwszy od bardzo dawna czuł się szczęśliwym człowiekiem" - lepiej chyba zdanie brzmiałoby "Pozycja firmy, zyski brutto, perspektywy kolejnych sukcesów - to wszystko sprawiało, że po raz pierwszy od bardzo dawna czuł się szczęśliwym człowiekiem"

"...generowała długi..." - przekombinowane, napisz "robiła długi"

"Mógłby z powodzeniem nawiązać nowe znajomości wśród ludzi interesu" - można obracać się wśród ludzi interesu, a nawiązywać znajomości z ludźmi interesu.

Wydaje mi się, że warto byłoby popracować jeszcze nad tym tekstem. Zwłaszcza nad Słowacją. Ciekaw jestem jak tam jest. :)

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Zamknąłem oczy na chwilę i chyba przysnąłem. Obudził mnie dźwięk tłuczonego szkła więc zerwałem się z fotela w którym uciąłem drzemkę by sprawdzić przyczynę hałasu ale tak szybko jak wstałem pojąłem co się stało. Że to był sen w którym zbiłem lustro, pięścią z całej siły, i byłem kobietą w tym śnie to dziwne i był ten obleśny nieznany mi mężczyzna po którego wyjściu za drzwi uwolniłem swoje emocję rozbijając lustro. A więc moja wyobraźnia zbiła lustro? Zażartowałbym pytaniem czy to się wlicza do lat nieszczęścia ale bardzo ciężkie negatywne emocje które towarzyszyły sennym wizjom, które przeżyłem w śnie jakoś nie opuściły mnie wraz z otwarciem oczu. Czuję się fatalnie, jak czarna nicość, jak coś najgorszego i to z powodu kilku krótkich scen we śnie. Dzwoni telefon który wyciszam bez sprawdzania kto to, nie mam ochoty na ludzi, gaszę światło, zasuwam firany. Siedzę tak w ciszy i ciemności a wgłowie krzyczy mi płacze żali się wypomina. Nie zaznam spokoju wiele godzin aż wstanie dzień i pójdę sobie zrobić kawę. Dziś nie jem śniadania żołądek mam ściśnięty tym zdarzeniem ze snu jakby wydarzyło się naprawdę, nie mam apetytu i choć nieraz zmuszam się zdroworozsądkowo do odżywiania wiedząc że to dobre dla mojego organizmu tym razem dusza wygrywa nad ciałem i tylko wypalam dwa papierosy do mojej kawy. Pójdę do pracy i mi przejdzie- myślę bo wiem że tam myśli zajmą się czymś innym a jednak wbrew sobie poddaje się chyba swojej podświadomości i wybieram numer do firmy informując przez sekretariat że dziś mnie nie będzie. Zasłaniam szczelnie okna stawiam popielniczkę możliwie blisko wyciszam się w ciemnościach. Medytacja nie przynosi skutku. Niepokoi mnie ta wizja ze snu. Nie tylko zbite lustro ale cały klimat tej sceny. NIe umiem nazwać ani emocji, ani uczuć jednak wiem że są złe, niedobre. To bardzo ciężkie i przytłaczające myśli choć niesformułowane niepokoją mnie jak krajobraz oceanu nocą. Szybko kończą mi się papierosy, musiałem wypalać jednego po drugim niezuważenie gdzieś goniąc myślami po zakamarkach tego czego doświadczam by to poznać. Nie poznałem i nie mam papierosów. Kim jestem bez tych szlugów? Chyba sam siebie bym nie rozpoznał mijając się na ulicy gdybym nie trzymał papierosa między palcami w ustach. Jakby tego było mało że w moim wieku nie wiem kim jestem to jedyna moja tożsamość jakiej jestem pewien w tej chwili niknie. Albo będę kłębkiem nerwów tu zamknięty w ciemnym pokoju mojego mieszkania i z każdą chwilą będę obserwował rosnące objawy napięcia i głodu nikotynowego jak drżące ręce i nerwowe oddechy albo będę kłębkiem nerwów w drodze do sklepu, po ulicy, do ludzi i w śród ludzi. Już dawno zrozumiałem że nie nikotyna mnie uzależniła a poczucie zasłony jaką tworzę tym papierosem, dymu którym odgradzam się od innych, skupienia na sobie które zapewnia mi palenie. Nawet nie musiałbym wciągać tego dymu wystarczy sama świadomość że ćmi mi się w dłoniach ten mój przyjaciel jak maska, jak dystans od świata. Minie czas i pójdę jak na skazanie po kolejną paczkę tymczasem uciekam się do wszystkiego by odwlec tą chwilę do jak najdalej od teraz. Do wszystkiego w moim stanie oznacza rozpadnięcie się w fotelu i wbicie wzroku w sufit i coraz wolniejszym miarowym zamykaniem powiek. Medytacja? Nie sądze medytacja oczyszcza myśli i rozjaśnia moje stają się coraz bardziej brudne i zabarwione na czarno, czuję coraz większy niepokój, mam wrażenie że słyszę szum krwi w sercu. Toksycznej nieczystej krwi, zamkniętę oczy podsuwają mi widok jak na tym samym fotelu ktoś taki jak ja siedzi patrząc w sufit a z otworów ciała oczu uszu nosa sączy się krew i kapie po dłoniach, palcach na podłogę w coraz większą kałużę. Przeciągam palcami po spodzie dłoni które są mokre przerażony otwieram oczy i patrzę na uniesione na wysokość twarzy swoje ręce. Są tylko spocone, albo aż spocone bo nigdy nie pociły mi się ręce. Muszę iść po papierosy myślę i wstaję by ruszyć do drzwi w korytarzu mijam lustro iprzyspieszam wiedziony jakimś dziwnym przeczuciem nie chce widzieć ani swojego w nim odbicia ani lustra jako przedmiotu. To nie jest rzecz z dobrą karmą podpowiadają mi myśli jest w nim wiele zła uwięzione. Chciałbym tego nie wiedzieć i nie rozumiem skąd w mojej głowie takie myśli, wyrażane z taką pewnością jak oczywistość. Nie dyskutuje wtedy tylko słucham i mam wrażenie że ktoś kto je tam wkłada czerpie satsfakcję im bardziej przerażony żyję tą wiedzą. Przed drzwiami domu uderza mnie słoneczne światło upał ptaki liście na drzewach chcę się wycofać ale zdołałem już zamknąć drzwi na klucz zresztą potrzeba ucieczki w papierosa jest już nie do zniesienia więc zaciągam kaptur grubej bluzy jak najniżej na oczy a wzrok wbijam w chodnik. Kolejne kroki, byleby nikogo nie minąć byle nie zagadał byle nie spojrzeć w oczy byle uniknąć kontaktu choćby o kilkadziesiąt centymetrów. Sklep jest udręką. Niesamoobsługowy duży obiekt i jedna niskoopłacana kasjerka która z wyraźną niechęcią spełnia kolejne prośby z listy zakupu klienta który mówi by mu podać to i to ona idzie, wlecze się stękając i wzdychając bierze towar z półki przynosi na ladę nabija na kasę a klient że jeszcze to i to. Kolejka na kilka osób za długa dla mnie o wszystkie z kilku osób ale nie mam wyboru czekam i pocę się coraz bardziej płynę przerażony ogromem ludzi i ich bliskością. Niech nikt mnie tu nie zauważa proszę to w co wierzę w swoich myślach niech jestem niewidzialny, niech się nie oprze, nie przesunie obok niech nie trafi torbą z zakupami. Sekundy jak z gumy rozciągają się lepiąc każdy brud tego miejsca do mojego ciała. Zwymiotuje smrodem który nie jest zapachem a odorem myśli i sumień tych ludzi obok. Umiem oddychać ich moralnością. Zazwyczaj to okropny odór nie do wytrzymania smród z brudnych myśli, owrzodzonych czynów. Kto jest bez winy ten pewnie pachnie jak wata cukrowa, albo jak polna łąka. Nigdy mi się nie zdarzyło spotkać osoby przy której poczułem się dobrze i czysto. Zbiera mi się na wymioty ale nauczyłem się nad tym panować. Początek kolejki jest coraz bliżej, spokojnie znoszę niechęć sprzzedawczyni zza lady i nawet trochę jestem jej wdzięczny za tą szczerość z jaką traktuje klientów. Bo nie o to chodzi byśmy kogoś udawali albo coś przed kimś choć ktoś powie że lepiej być fałszywie miło potraktowanym mi jednak taka swoboda na jaką pozwala sobie ekspedientka pozwala na swobodniejsze oddechy, atmosfera choć ciężka i brudna jest jakby bardziej przejrzysta. Biorę kilka paczek i butelek wina i whiskey. Po tym doświadczeniu wiem że nie zbiorę się przez kilka dobrych dni do opuszczenia mieszkania, więcej nie odsłonie zasłon by przypadkiem nie dostrzec jakichś ludzi spacerujących po ulicach. Wracam do domu jak tylko szybko można chodzić z wzrokiem wbitym w chodnik. Kilkadziesiąt kroków i w prawo i już moją ulicą kolejnych kilkadziesiąt kroków, bramka podwórko zakręt kilka schodków nerwowo szarpie się z kluczem w zamku naciskam klamkę w pośpiechu od progu odkladam siatki z zakupami i rygluje czym prędziej drzwi. Odłączam dzwonek. Nie ma mnie dla nikogo. Niestety sam dla siebie tu będę choć wolałbym nie. Dla siebie i dla tego absolutu który pcha mnie przez tą wiedzę o nieczystościach, o brudzie, który wpycha mi w głowe te myśli śmierdzące rozkładającymi się trupami. To umiera ludzkość, gnije od wewnątrz już a zacznie gnić skóra niebawem jak mówi kolejne przeczucie. Uciec? Nie da się uciec wiem to. Mógłbyś powiedzieć że śmierć jest ucieczką jednak ja wiem że nie jest a potem jest jeszcze gorzej bo wrzucą cię w kolejne od nowa życie. Kurwa czemu ja tak sobie wierzę, czemu jestem pewien moich myśli, czemu one pojawiają się jako zdania twierdzące czemu nie jako przypuszczenia czy hipotezy tylko od razu z nastawieniem że tak jest właśnie. Czemu to moja wina a wiem że to moja wina. Myślę o pomocy jaką mógłbym otrzymać i wzdrygam się na samą myśl że obcej osobie miałbym przedstawić moje lęki, obawy, że miałbym jej opowiedzieć to wszystko o sobie. I co ktoś taki zrobiłby z taką wiedza? Napewno nie uwierzył. Akurat nie potrzebuje kolejnego nie dowiarka. Leki z apteki terapie może oddział zamknięty w związku z tym pewnie by zaordynował dla mnie. Więc nie pójdę i się nie przyznam bo i po co bo i tak ktoś uzna to za łgarstwo i zmyślone historię bo uwierzy sobie i wierzy w leczenie. To nie jest uleczalne to też wiem. Siadam w fotelu kieliszek wina dym z papierosa ciemność kilka chwil później usypiam.
    • @_M_arianna_W... Dzięki

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

       
    • @_M_arianna_W... Super

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • @Grahamoza dzięki

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...