Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Utwór inspirowany "Modelem Pickmana" H.P.Lovecrafta, "Portretem Owalnym" E.A.Poe oraz prozą poetycką w duchu gotyckiego romantyzmu i dekadencji.

Po ostatnich moich naprawdę słabych tekstach, staram się nim powrócić do równowagi i poziomu artystycznego do jakiego siebie i Was przyzwyczaiłem.

Najdłuższy mój tekst od bardzo dawna.

Od razu przed tym przestrzegam.

 

"Portret Owalny" cz.1

 

Kariera miejskiego urzędnika 
nie pociągała mnie ani trochę,
więc szybko z niej zrezygnowałem,
uwalniając się tym samym 
od dyktatorskiej postawy i protekcji 
mojego kochanego ojca 
w którego wydziale miejskim 
miałem okazję

zdobywać doświadczenie,
lecz częściej stawałem się 
niesłusznie obarczaną winą 
za wszelkie niepowodzenia marionetką 
niż pełnoprawnym rajcą.


Zrezygnowałem w grudniu,
pobierając jeszcze

ostatnią należną pensję
i przeznaczając ją na bilet kolejowy 
do pobliskiego miasteczka

i pierwszy czynsz

na nowym

dość dobrze usytuowanym

i wyposażonym mieszkaniu.
Nie chciałem spędzać świąt 
w rodzinnym domu.
Zresztą i ojciec 
nie dał poznać po sobie 
by miał jeszcze ochotę 
mnie kiedykolwiek oglądać.
Nie zapytał o nic.
Z czego będę żył?
Gdzie będę mieszkał?
Z kim będę spędzał czas?


Szczerze to sam

nie znałem odpowiedzi.
Utrzymanie mieszkania

kosztowało sporo.
Nie miałem w miasteczku 
innych krewnych ani znajomych.
Nie miałem żadnego 
przydatnego fachu w ręku.
Zresztą osobista duma 
nie pozwoliłaby mi

zniżyć się do poziomu 
brudnego robotnika czy górnika.
Pech a może jednak

szczęśliwy traf chciał,
że trafiłem pod dach, 
który krył ludzi 
w większości mojego

pokroju i pochodzenia

jak również opierających 
swoje przemijające rwąco życie 
na przyjemnościach związanych 
z zasobnością rodzinnych kont.


Kamienicę naszą nazywano dżunglą.
Pełna była kolorowych ptaków 
tutejszego życia elit kulturalnych.
Byli i odszczepieni siłą 
od konserwatywnego salonu 
banici poetyccy.
Byli malarze

tak genialnie operujący

okiem wyobraźni i przestrzeni,
że ich płótna

zdawały się żywymi oknami,
portalami pokazującymi świat 
nie dostatni i widzialny dla większości,
lecz ten mroczny i splugawiony wyziewami trujących plag

nocnego życia.
Prostytucją, porachunkami gangów, pijaństwem, opiumową gorączką,
studenckim,

hedonistycznym rozpasaniem,
oraz eskalacją i gloryfikacją 
przemocy i zepsucia.
Byli też sensualni 
do granic sennych marzeń rzeźbiarze.
Zakochujący się romantycznie 
w ideale wykutych mięśni i talii.
Kamiennych lecz

spragnionych czułości ust,
jak i mlecznych, pełnych piersi,
błagających o zbliżenie mokrego 
od rozkosznej tęsknoty języka

swych twórców.
Wszyscy żyliśmy tam nie tu.
Trwaliśmy w narkotycznej mgle umysłu.
Pijackim śnie o pochwale sztuki.
Jawa była koszmarem

z którego budził nas dźwięk

delikatnych dzwoneczków weny.
Muzy pieściły nas tak długo,
aż zatapialiśmy się 
na długie godziny lub całe dni,
w szorstkiej fakturze papieru
lub nieskazitelnie

dziewiczej bieli płótna.


Lecz trwało to tylko chwilę.
Zbyt krótko byśmy mogli zapomnieć 
o zgrzytach struktury codzienności.
O nauce, pracy czy rachunkach,
tych uregulowanych bądź nie.
Stos tych drugich 
z czasem zaczął piętrzyć się 
na sekretarzyku w moim gabinecie.
Widmo nędzy, 
stanęło przed oczyma 
trzymając w kościstych dłoniach 
weksle i wezwania do zapłaty.
Dług gonił dług

a pożyczka poganiała kolejną,
Mówią, że tonący

w bezdni morskiego wiru
nawet brzytwy podanej się schwyci.
I podał mi takową przypadek zupełny.


Ogłoszenie w dzienniku porannym
o treści jakże dla mnie ciekawej.
Pewien malarz o jak stało w ogłoszeniu,
nienagannej kulturze

i ugruntowanej pozycji,
szukał modeli do swoich prac
a w szczególności portretów.
Wypłaty gwarantował 
po każdej ukończonej sesji  
a ich wysokość przedstawił jako 
wysoce satysfakcjonującą.
Zaznaczył przeto 
że nie interesuje go płeć piękna 
a młodzi mężczyźni w sile witalnej,
najlepiej studenci lub uczniowie liceów.
Podane były dane

do kontaktu listowego.


Mile połechtany

w czarnej godzinie próby,
postanowiłem napisać do niego,
składając swe

gorące zainteresowanie ofertą
jak i możliwością pracy

z prawdziwym artystą.
Pokrótce opisałem siebie 
i swój wygląd zewnętrzny.
Na końcu łącząc

wyrazy szacunku i uznania 
z prośbą o jak najrychlejszą odpowiedź.


I ta przyszła już tydzień później 
o dziwo dostarczona przez 
chłopca na posyłki 
w samym środku nocy.
W krótkim liściku 
zapisanym pięknym, równym pismem,
malarz zapraszał mnie 
wieczorem dnia najbliższego 
na spotkanie i zarazem pierwszą sesję,
na pobliski cmentarz 
u zbiegu ulic Traverse i Elm.
Miejsce wydało mi się

nie tyle podejrzane 
co bezmiar dziwne i abstrakcyjne,
lecz proszono mnie w liściku

o natychmiastowe

potwierdzenie przybycia.
Napisałem więc kilka słów zapewnienia 
o moim pojawieniu się 
o godzinie ósmej wieczorem 
pod bramą nekropolii.
Włożyłem liścik

wraz z pięciopensówką 
na powrót w dłoń chłopca 
a ten pobiegł jak wicher 
w opustoszałe i ciche ulice miasteczka.

Przez cały dzień padał rzęsisty deszcz,
który po zachodzie słońca

przemienił się 
w duże i mokre płatki, lepkiego śniegu.
Leżał wszędzie.
Na parkowych alejach, 
wybrukowanych ulicach,
w nieczynnej, miejskiej fontannie 
u stóp ratusza
a także pokrył zimnym płaszczem 
grobowce nekropolii.


Zjawiłem się punktualnie 
jak na dżentelmena przystało.
Na spotkanie pierwej

nie wychynął mi nikt.
Brama cmentarna była zamknięta 
na dwie solidne, mosiężne kłódki.
Ciężko byłoby ją ruszyć z miejsca 
a przeskok przez nią 
powodował ryzyko upadku 
z dość wysoka
lub nabicie członków ciała

na ostre okucia,
sterczące jak kły z paszczy bramy.


Postanowiłem spokojnie zaczekać.
Mrok rozjaśniony poświatą

świeżego śniegu,
nie zasłaniał w pełni 
elementów miejscowego krajobrazu.
Przede mną rozciągał się piękny 
acz zapomniany lekko cmentarz.
Aleje nie były brukowane.
Krzywe i wyboiste 
prowadziły do

wiecznych domów zmarłych.
Większość nagrobków opierało się jeszcze potędze bezdusznego czasu.
Wyglądały spod ziemi ciekawie,
niczym główki ghouli.
Od większych grobowców,
wionęło dojmującą ciszą, pustką 
i tym specyficznym,
namacalnym odruchem grozy,
lepkim i zimnym przepływem 
nieprzyjemnego prądu po grzbiecie.
Broniły one skutecznie 
spokoju swych mieszkańców.
Żałobne anioły z marmuru 
marzły na swych pokaźnych cokołach.
Ślepym wzrokiem wiodły smutno 
po zapuszczonym terenie.
Czasami zaskrzypiał

stary, dębowy krzyż.
To znów wyczulony przez ciszę, 
głuchej przestrzeni wokół słuch,
wyłapał gdzieś w głębi cmentarza,
krótki jęk, stęknięcie

czy wycie i skomlenie.
To wiatr płacze w koronach wiązów.
A może bezdomni pijacy 
dogorywają gdzieś

w upodlonym upojeniu,
wpadając nieuważnie 
do otwartych powtórnie starych mogił.
Obejmują ich ciała,
kości i resztki zbutwiałych trumien.
Zasypuje ich

rozkopana wcześniej ziemia,
odmawiając im rozgrzeszenia win 
lecz zapewniając wieczny odpoczynek.


Wzdrygnąłem się ze strachu.
Z zamyślenia wyrwało mnie nagłe połaskotanie z okolicach łydek.
To tylko rudo-biały kot trzymający zamęczonego szczura w pyszczku,
chciał najpewniej 
pochwalić się swą zdobyczą.
Serce waliło mi jak oszalałe
a kot niezrażony swym zachowaniem,
skoczył gdzieś 
do podpiwniczenia wieży ciśnień, 
która jak góra wyrastała

za moimi plecami.


Ledwie ochłonąłem 
a posłyszałem szybkie kroki,
tym razem z pewnością ludzkie.
Gdzieś ze środka cmentarnego muru 
nagle wychynęła ludzka,

dziecięca postać.
Był to chłopiec 
który przyniósł mi

wiadomość od malarza.
Był lekko zdyszany,

czerwony na buzi ale szczęśliwy 
widząc mnie w umówionym miejscu.
Zdjął kaszkiet, ukłonił się 
i skruszonym głosem powiedział.


Przepraszam pana 
z całego serca za spóźnienie 
to wszystko przez tą pogodę.
Cmentarz jest wyjątkowo 
niebezpiecznym miejscem 
przy takim śnieżnym maskowaniu.
Jeden nieuważny krok

i można złamać nogę
lub skręcić kark

wpadając komuś do grobu 
z zupełnie niezapowiedzianą wizytą.
Ale my na szczęście się umawialiśmy.
Musi pan wybaczyć

również panu Wildowi.
Nie pokazuje się osobiście.
Nie opuszcza już cmentarza

i swej pracowni.
Poważnie zachorował kilka lat temu.
Choroba wykluczyła go zupełnie 
ze współżycia społecznego…
no może jednak nie zupełnie.
Sprzedaje przecież

obrazy do galerii sztuki,
kontaktuje się listownie z innymi wielkimi malarzami i artystami.
Poszukuję też coraz to nowych modeli 
do swych dzieł

i dlatego pan tutaj przybył.
Zapraszam za mną.
Pan Wild oczekuję

w centrum nekropolii.
Mur jest dziurawy w tym miejscu.
Wystarczy że delikatnie się pan pochyli 
i przejdzie bez problemu.
Znam tutaj każdą

szczelinę, dziurę i ścieżkę.
Będę omijał najgorsze z nich.
A gdy to nie wystarczy.
Będę ostrzegał zawczasu.

 

Cóż innego przyszło mi czynić.
Pochyliłem się przy rzeczonej dziurzę 
i wszedłem za chłopcem

na teren cmentarza.

Od razu poczułem,

jakbym cofnął się w czasie

o cały wiek lub nawet dwa.
Wszędzie panowała dostojna cisza.
Wiatr ucichł w konarach 
a wszelkie chrobotania,

szelesty i pomruki,
zamarły zgaszone tchnieniem 
nocnego mrozu.
Kobierzec dawno nie podcinanych traw,
przybitych teraz

ciężarem śniegu do podłoża
był śliski i zdradliwy.
Nocne harce pobudzonej wyobraźni,
nadawały pomnikom czy ławkom,
kształty i przeznaczenia 
zbyt fantazyjne z oddali,
by nie być zdziwionym 
ich codziennej, powszedniej roli,
będąc bezpośrednio w ich zasięgu.


Chłopiec nie prowadził mnie 
utartym szlakiem alejek.
Kluczył pobocznymi sektorami,
najwcześniej pochowanych 
tu nieszczęśników.
Widziałem spękane i starte

płyty nagrobne,
ozłocone, zaśniedziałymi literami.
Zapadłe pomniki.
Stare o wyblakłych,

przytępionych rysach 
i anonimowych twarzach.
Opierające się grawitacji.
Skrzywione i zgarbione 
od skruszałych dawno

elementów i rogów.
Były i mogiły

zdać by się mogło bezdenne.
O barwie niebytu.
W kolorze śmierci.
O odcieniu wiecznej żałoby.
Wyobraźnia plotła mi figle,
bo wydawało mi się nieraz,
że z takowych mogił wychynęły,
pokryte liszajem i zgnilizną palce dłoni.
To znów

błysnęło lękliwie rubinową barwą,
oko lub dwoje oczu.
Ledwie kilka metrów od nas,
przewrócił się mosiężny krzyż.
Wpadł w szczelinę pomiędzy dwa zapomniane od lat groby.
Dam głowę,

że zaraz potem usłyszałem 
w tym miejscu

krótki, szczekliwy śmiech 
a po nim odgłos ciągnięcia czegoś ciężkiego w głąb mroku nekropolii.


Przechodziliśmy obok 
dawnej cmentarnej kaplicy.
Była kamienno, ceglaną wydmuszką.
Spłonęła w czasach 
gdy byłem malutkim dzieckiem.
Próbowano ją odbudować 
i gdy pracę miały się już ku końcowi,
piekielny los zesłał burzę,
której piorun

dopełnił dzieła zniszczenia.
Teraz mówi się,

że jedynie diabły mieszkają
na jej spalonych węgłach.


Za kaplicą,
osaczony przez 
grożące zawaleniem grobowce,
stał malutki domek 
a raczej dawna szopa mieszkalna 
tutejszego grabarza.
Absolutnym absurdem

i wstrząsem było to,
że dawniej

w czasach użyteczności budynku,
miał on swój osobisty ogródek 
i maleńki zalążek sadu.
Dziś plonem ziemi cmentarnej 
były jedynie wysuszone chaszcze,
wyrośnięte gęsto chwasty i mlecze
oraz trujące więzy bluszczu.
Budynek miał jedno niewielkie okienko.
Porysowane i zaklejone brudem.
Lecz to w nim

dostrzec można było wreszcie,
jedyny niezaprzeczalny ślad życia.
Ogień lampy lub świecy,
tańczący wesoło

w głębi pomieszczenia.


Chłopiec podprowadził mnie

bliżej budynku.
Musi pan wiedzieć

jeszcze o jednej rzeczy.
Pan Wild nie mówi.
Choroba zabrała mu nawet tą cząstkę 
niezaprzeczalnego człowieczeństwa.
Ale zapewniam, że z jego umysłem jest wszystko w jak najlepszym porządku.
Komunikuję się

prostymi gestami lub listami 
takimi jaki

otrzymał pan poprzedniej nocy.
Pan Wild oczekuję.
Proszę wejść bez strachu.
Ja muszę się niestety pożegnać.
Do widzenia panu.
Zgiął narożnik kaszkietu w pożegnaniu 
i odszedł szybko tą samą drogą,
którą mnie prowadził.

 

 

Zostałem sam na sam z nieznanym.
Pośrodku zapuszczonego cmentarza.
W centrum jego trupio-gnilnej estetyki.
Miałem spotkać

wielkiego acz schorowanego
a kto wie, może i obłąkanego artystę.
Jego dom, jeśli można by podnieść 
do takiej infrastrukturalnej formy 
ten rozpadający się

na oczach przybytek.
Przerażał i nęcił jednako.
Przypominał mi trochę

dziecięce wizualizację,
baśniowych opowieści

o domach wiedźm,
którymi mama

straszyła mnie przed snem.
A może po prostu

nie ma się czego bać.
Pora jest nieodpowiednia.
Miejsce ekscentryczne 
i introwertyczne do głębi.
Ale przecież za drzwiami,

może kryć się 
najnormalniejszy dom artysty.
Pracownia, pełna sztalug, rolek płótna,
zapachu farby i naturalnych barwników.
Pełna gotowych prac,

wiszących na ścianach 
i odstawionych na trójnogach.
Gotowych do wyjścia w świat.
Do prywatnych kolekcji i galerii.
Przyjaciół artysty i krytyków sztuki.


Wild jest portrecistą.
Maluję najpewniej tylko na zamówienie.
Portret jest odbiciem modelu.
Nie ma tu miejsca

na własny sznyt i fantazję,
trzeba oddać jedynie

jak najgłębszy realizm.
Każdy szczegół, zmarszczkę, bliznę.
Skupiony w jednym punkcie wzrok.
Powagę biologicznej doskonałości 
istoty ludzkiej.
Nie wolno bawić się

formą, barwą, stylem 
czy nadinterpretacją.
Dodawać od siebie i ujmować.
Nie ma miejsca na lekki nawet uśmiech,
ale i na

sadystyczny tragizm czy makabrę.
Stukając do drzwi miałem nadzieję
i miałem nadzieję, że nie zostanie mi ona brutalnie odebrana.
Nie spodziewając się

odpowiedzi gospodarza
po tym czego się dowiedziałem,
wszedłem pewnie do środka.

 

 

Pierwsze co poczułem 
to uderzające i dziwnie otulające 
kojącym całunem ciepło.
W izbie brakowało tlenu.
Panował parny zaduch 
o woni silnie słodkiej i mdlącej.
Podświadomie wciągnąłem przez usta 
haust powietrza i dłuższą chwilę 
nie miałem ochoty 
wypuszczać go ze swego wnętrza.
W powietrzu unosił się również

zapach starego,

wilgotnego drewna i lakieru.
Drobinki kurzu,

wzbite nagłym ruchem drzwi,
osiadały teraz na powrót na znajome elementy pomieszczenia.
Szopa miała oczywiście 
tylko jedną niewielką izbę.
Świece ustawione niedaleko okna 
dawały jednak

wystarczającą ilość światła
by nie mówić

o mrocznej atmosferze domu.
W centrum izby

stał długi heblowany stół
z dwoma zydlami u krótszych boków.


Ściany były krzywe i odarte.
Na nich jak się wcześniej domyślałem,
wisiały prace Wilda.
Te portrety były nie tyle 
przerażające i wstrząsające 
co idealnie zlewały się z otoczeniem 
nie domu jednak a samej nekropolii.
Wild portretował nie tylko żywych 
ale i umarłych.
I trzeba mu to przyznać

na jego płótnach 
wracali do sił i życia.
Byli tam trędowaci i Ci co zmarli 
na szkarlatynę lub ospę.
Były ofiary

wypadków, pożarów i utonięć.
Byli wisielcy i Ci którzy postanowili 
zrobić sobie w głowie otwór 
od kuli rewolweru.
Ofiary pobić i porachunków.
Tylko mężczyźni w sile wieku.
Wszyscy martwo wpatrzeni

w przestrzeń.
W Wilda, który dał im drugie życie.


Pomyślałem,

że nie jest to galeria śmierci 
a bluźnierczego odrodzenia.
A potem uderzyło mnie jeszcze coś.
Skąd Wild brał te 
trupie rekwizyty do swoich prac?
Czy przypadkiem

tak duża liczba pustych mogił

nie jest udziałem jego fascynacji?
Czy cmentarz

nie zapewniał mu,
nieograniczonego wręcz

przypływu weny?
Wykopywał ciała 
i wskrzeszał je dzięki obrazom.
Chciałbym nazwać go szaleńcem,
lecz pewnie wolałby 
żeby określać go geniuszem,
którym mimo wszystko był.

 

 

Wild stał obok stołu, 
zwrócony do mnie prawym profilem.
Nie odwrócił się ku mnie zupełnie,
nawet na myśl o tym,
że mógłbym teraz ujrzeć jego twarz 
przeszedł mnie dreszcz.
Był delikatnie niższy ode mnie,
szczupły i ograniczony ruchowo,
zapewne przez postępującą chorobę.
Jedynie tyle byłem w stanie stwierdzić
ponieważ Wild przywdział 
jakiś dziwny fason 
jednoczęściowego płaszcza, 
który przypominał z początku

zakonny habit.
Czarny kaptur zarzucony był głęboko.
Na tyle by zupełnie ukryć twarz 
a spotęgować uczucie

panicznego lęku.
Nie byłem w stanie przywitać się z nim 
w sposób zupełnie naturalny.
Po prostu zamarłem na linii progu.
Pomyślałem, że chyba każdy

kto tutaj wchodzi staje się niemy.


Wild poruszył prawą ręką

i wskazał palcem
na pozostawioną na stole kartkę.
Zrozumiałem.
Sięgnąłem po nią 
i przeczytałem krótką notatkę.

 

Cieszę się, że możemy się 
spotkać Panie Scholl 
i mam nadzieję że dotarł Pan do mnie 
bez żadnych niepotrzebnych opóźnień 
ani problemów.
Ma Pan z pewnością całą masę pytań,
lecz jeśli zgodzi się Pan,
chciałbym jak najszybciej skorzystać 
z naszej umowy i rozpocząć pracę.
Najlepiej maluję mi się nocą 
i nie chcę marnować nawet sekundy 
z i Pana cennej doby.
Jeśli się Pan zgadza, 
proszę przejść na przygotowane 
dla Pana krzesło 
naprzeciw gotowego płótna 
a ja pokieruję gestami,
jak powinien się Pan ustawić i pozować.
Oczywiście moja gościnność 
i zasobność domu 
jest do pańskiej wyłącznej dyspozycji.
Jeśli tylko poczuję Pan znużenie sesją,
proszę mówić a zrobimy przerwę.
Mam nadzieję, że mimo pory 
i dość obskurnego otoczenia 
będzie się Pan czuł swobodnie..
aha tak zapomniałbym… 
sesja jest płatna z góry.
Pieniądze przygotowałem

obok tej notatki.
Jeśli ta kwota nie wystarczy,
proszę powiedzieć a ureguluję 
brakującą część po sesji nad ranem.
Jeszcze raz serdecznie Pana witam.
Oddany 
Victor Wild.

 

 

I faktycznie obok notatki 
spoczywała biała, zalakowana koperta.
Otworzyłem ją na oczach Wilda 
i zerknąłem do wewnątrz.
Spoczywała tam mała fortuna.
Przynajmniej jak na moje potrzeby 
i spłatę wszystkich zobowiązań.
Nie zastanawiając się już dłużej,
przeszedłem w głąb izby 
i usiadłem na trochę

zbyt sztywnym krześle.
Podświadomie wyczułem

uśmiech Wilda 
pod osłoną kaptura.
Za takie pieniądze jednak,
mógłbym spędzić tu z nim

resztę swego życia.


 

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


×
×
  • Dodaj nową pozycję...