Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

OCZEKIWANIE NA OSTATNIE TCHNIENIE


Ojciec umiera i nikt już nic nie może dla niego zrobić. I bardzo dobrze. Stary zasłużył sobie na to. Rak który zżera jego wnętrzności, jest karą wymodloną, przeze mnie matkę i siostrę. Teraz wszyscy warujemy przy jego łóżku, wpatrując się w to coś żałosnego, co z niego zostało. A niewiele tego jest. Ledwie trochę kości powleczonych czymś białym, co kiedyś było skórą, a co teraz wygląda jak kuchenna cerata. Nikt z nas nie czuję żalu, patrząc na tego żywego jeszcze trupa. Nasze uczucia, generalnie, dalekie są od współczucia. Ten facet co leży pod tą zsyfiałą, cuchnącą potem pościelą, nie zasłużył sobie na nie. Nawet teraz, gdy jest w takim stanie, mam jedynie ochotę skopać mu dupę.

Stary był zawsze uparty, złośliwy i wredny. I takim , oczywiście, musi pozostać do końca. Nawet kostucha musi poczekać na swoją kolej. Najpierw my musimy wystać swoje przy jego wyrze, wkurwiając się na maksa. Staruszek zadaje nam tym samym ostatnie cierpienie. Opiera się śmierci jak tylko może nadwyrężając naszą cierpliwość. Przynajmniej w ten sposób może się, po raz ostatni, poznęcać nad nami.

Księdza nikt z nas do starego nie wzywał, przylazł sam , przypadkiem ,bo był akurat z ostatnią posługa u kogoś innego na oddziale. Chyba poprosiła go o to któraś pielęgniarka, myśląc pewnie, że wyświadcza nam tym przysługę. Pierdolona samarytanka. Klecha wysmarował czymś starego, poklepał nad nim jakąś modlitwę, złożył nam wyrazy ubolewania, wyrażając nadzieję, że ojciec dostąpi łaski niebieskiej i poszedł sobie, nieświadomy, że doszczętnie zjebał nam nastroje. Nie na rękę nam było jego u Boga wstawiennictwo za ojcem. Naszym wymarzonym miejscem dla tego gnoja, jest to, którego każdy wierzący się boi .Przynajmniej ja mam nadzieję, że jeśli piekło istnieje, diabły już szykują dla niego osobny kocioł, w którym będą do końca świata gotować w smole jego stare dupsko. Jeśli tak się stanie, ja też chcę tam po śmierci trafić. Nawet jeśli , jakimś cudem, nie zasłużę na piekło, to i tak pójdę tam z własnej i nieprzymuszonej woli. Chcę osobiście dbać o to, żeby ogień pod kotłem tatusia, zawszę jarał się na potęgę.

Patrzę na matkę i widzę na jej twarzy podobne życzenia. Jej myśli, są aż nazbyt czytelne. To że tu jest, cały czas warując przy tym gnijącym ścierwie, to dalszy ciąg odgrywania przedstawienia - tej sztuki życia, której mój stary był autorem. Według niej byliśmy kochającą się rodziną, pełną ciepła i harmonii. Zmuszani przez ojca odgrywaliśmy ją dla otoczenia, głównie dla jego kumpli i znajomych, którzy często zazdrościli mu tak wspaniałej rodzinki, nie zdając sobie sprawy , jak wielkie dramaty skrywała ta szczęśliwa otoczka. Ojciec był sadystą i tyranem. Bił matkę i nas, przez całe życie. Torturował fizycznie i psychicznie. Ze strachu tańczyliśmy jak nam grał, choć pogardzaliśmy nim jak tylko mogliśmy najmocniej. Czciliśmy przed innymi starego jak bóstwo, bojąc się komukolwiek ujawnić jego prawdziwe obliczę. Jak często nam powtarzał, spotkałaby nas za to kara, o wiele większa, niż spotykała nas na co dzień.

A teraz ,gdy w końcu zdycha i gdy możemy się na niego wypiąć, jest nam wszystko jedno. Zdecydowaliśmy się grać do końca. Dalej odstawiamy więc przed światem, kochającą się rodzinę, opłakującą umieranie jej głowy. Bo po co komu wiedzieć jak było naprawdę. Stary i tak odwala w kalendarz, więc co nam zależy pociągnąć to jeszcze jakiś czas. Na nas i tak już potem czeka święty spokój, a na starego wielkie x, gdzieś za kurtyną, po za którą nareszcie przestanie grać główną rolę.

Mam zamiar nie powiadamiać o jego śmierci rodziny, jego kumpli, ani nie zamieszczać w prasie nekrologów. Chcę, żeby za jego trumną poszła tylko nasza trójka. Nie chcę żeby czasem jakieś szczere łzy, płynące z jakiegoś nieświadomego serca, zepsuły mi wielką radość tego dnia, przyćmiły całe jego piękno. Jeśli więc wszystko pójdzie dobrze, nikt oprócz nas i obojętnych pracowników zakładu pogrzebowego, nie pójdzie w żałobnym orszaku. Jestem pewien ,że nawet nasi najbliżsi sąsiedzi, nie ruszą dupy, żeby go pożegnać. Przynajmniej oni, z zewnętrznego świata nie byli ślepi i widzieli i słyszeli , co się u nas działo. Ale nawet oni zbyt się go bali, żeby w jakiś sposób nam pomóc .Uważali go za niebezpiecznego psychola (którym był bez dwóch zdań) i woleli trzymać się od niego z daleka. A jeśli nawet któryś z nich przyjdzie na cmentarz, to po to samo co my. Aby nacieszyć oczy, gdy grabarze będą spuszczać truchło ojca do grobu. Może nawet, w szale radości, chwycą za łopaty i z ochotą pomogą im zasypywać dół, aby jak najszybciej przykryć ziemią tą najtańszą trumnę, jaką wybiorę staremu. Swoją drogą, na ten pochówek szkoda będzie tylko pieniędzy. Najchętniej podlałbym trupa ojca benzyną i podpalił, a potem jego prochy spuścił bym w sraczu.

Matka ziewa. Jest zmęczona, siedzi już przy tym skurwielu od rana. Mówię jej więc , żeby poszła do domu, zwłaszcza, że niedługo w telewizji rozpocznie się jej ulubiony serial. Po co ma przez takie gówno jak jej odwalający kitę mąż, opuścić chociaż jeden odcinek. Argument z filmem jest dla niej wystarczająca zachętą. Na odchodnym obdarza ojca spojrzeniem, które równie dobrze mogłoby być głośno wypowiedzianym zdaniem ,,mam nadzieję, że gdy znowu tu przyjdę, nie będzie już ciebie wśród żywych", a potem wychodzi razem z moją siostrą, która odprowadzi matkę do taksówki.

Zostaje sam ze staruszkiem. Wciąż jest nieprzytomny. Lekarze mówią, że raczej się już nie obudzi. Wygląda jak zajebany w chuj alkoholik. Czasami charcze i rzęzi. Ma lekko rozchylone usta, tworzące mały otwór, przez który pobiera życiodajne powietrze. Leży na sali sam, więc nachylam się nad nim i pluję na niego z góry, starając się wcelować wprost do jego gęby. Nie trafiam, mela spada na jego brodę, spływa po szyi. Nie poddaję się jednak, za drugim razem staram się bardziej i oto pełny sukces! - piękny , soczysty chark wpada przez usta do jego gardła. Stary musi mieć nieźle zwężoną tchawicę, bo zaczyna się dusić i trząść jak galareta. Wygląda na to, że moja skromna porcja śliny, przyczyni się do jego wykitowania. Jednak już po chwili moje gwałtownie rozbudzone nadzieję pryskają, bo stary po paru spazmach powraca do udawania rośliny. Jestem zawiedziony. Zastanawiam się, czy nie zacząć wszystkiego od początku, ale do sali wchodzi pielęgniarka. Młoda i ładna. Wręcz za ładna, jak na ten nędzny szpital. Nie jest na miejscu wśród tych wszystkich pierdzieli, zdychających na oddziałach, srających i szczających w łóżka. Ma duże niebieskie oczy, spory biust i jeden z tych tyłków, które chętnie wyobrażają sobie nastoletni onaniści. Obdarzam ją swoim najlepszym uśmiechem. A w myślach już mi się marzy małe z nią walonko, na które jestem gotowy nawet tu i teraz, ale, dziwka, zbywa mnie krzywym uśmiechem, który aż nazbyt wyraźnie mówi mi "odwal się" .Potem zaczyna się krzątać koło starego, poprawiając mu kołdrę, poduszkę i nie zwracając na mnie uwagi. A potem wychodzi z sali kręcąc ponętnie tyłkiem, prześlizgując się po mnie wzrokiem, jak po jakimś gównie. Zdarzenie to jeszcze bardziej potęguje moją nienawiść do ojca. Mam wielką ochotę wyładować na jego ścierwie swój gniew. Zaczynam się nawet poważnie zastanawiać, czy nie stanąć na łóżku , wyciągnąć kutasa i na niego nie nalać. Może szczyny udusiłyby w końcu tego chuja.

Niedługo potem wraca moja siostra. Spogląda z pogardą na tatusia, siada na krześle i zapala papierosa. Zaciąga się głęboka i powoli wypuszcza gęsty dym, wprost na ojcowski ryj. Dziewczyna również stara się jak może, żeby mu pomóc w odejściu. Jak każdy z nas , ma ku temu powody. Może nawet większe od innych. Czasami mam wrażenie, że coś głęboko w sobie ukrywa, że zawdzięcza ojcu znacznie więcej, niż tylko ślady po częstym biciu. Drań mógł równie dobrze być nie tylko sadystom, ale i zboczeńcem. Kto go tam wie. Ja wyniosłem się z domu, gdy tylko odebrałem dowód i gdy stary mógł już mi naskoczyć. Fakt, nie wiodło mi się najlepiej, ale i tak moje samodzielne życie było lepsze, niż życie z nim pod jednym dachem. Ale moja siostra, o kilka lat ode mnie młodsza, jeszcze przez długi czas , musiała znosić jego despotyzm. Teraz jednak ten zwyrodnialec umierał. I to ciężką śmiercią. Widziałem zadośćuczynienie w jej oczach. Ale wiedziałem też, że gdyby mogła zrobić to bezkarnie, sama udusiłaby go gołymi rękami.

Po jakimś czasie wychodzę na korytarz , żeby zapalić i rozprostować nogi. Znudziło mi się już palenie przy ojcu. Już i tak zgasiłem na jego gołych stopach zbyt dużo papierosów. Od oparzeń porobiły mu się na nich bąble i mam trochę stracha, że lekarze je przyuważą. Jakby co to zwalę winę na nich i opierdolę za jakieś niedopatrzenie. Najwyżej będą się głowić skąd się tam te bąble wzięły. Myślę, że nie będą podejrzewać, że to ja , dobry synuś, wysiadujący przy łóżku umierającego ojca od rana do nocy, przypaliłem staremu podeszwy. A jeśli nawet, to mam ich w dupie. Mogli nie zakazywać palenia w szpitalu i porozkładać po salach popielniczki. A tak jarający człowiek musi sobie radzić jak może.

Wychodząc proszę siostrę, żeby mnie zawołała, kiedy stary zacznie uderzać w ramy. Za nic nie przegapiłbym takiego widowiska. Po to właśnie siedzę przy jego wyrze , tyle czasu. Jakby pierdolnął w kalendarz beze mnie , zrobiłby mi najgorsze świństwo. Oddam wszystko co tylko, kurwa ,mam żeby zobaczyć jego ostatnią chwilę.

Na korytarzu szwenda się jak zwykle kilku starych palantów w pidżamach. Jarają i pierdolą głupoty. Straszą bladymi , żałosnymi ryjami i opowiadają innym kandydatom na trupy, o swoich chorobach. Nienawidzę ich bo z tymi białymi mordami i w tych szpitalnych łachach, oni wszyscy przypominają mi starego. I dlatego życzę im wszystkim takiego samego losu. Potem wychodzę na powietrze, aby wywietrzał ze mnie ten zapach szpitalnego rozkładu.

Kiedy po kwadransie wracam do ojcowskiej umieralni, jest przy nim lekarz. Ogląda go fachowo, podnosi mu powieki i takie tam... Najzwyczajniej po raz któryś w tym dniu odwala maniane, żebyśmy wiedzieli jacy to oni są w tym szpitalu dla pacjentów troskliwi. Jeśli chodzi o mnie, może se darować te pierdoły, stary obchodzi mnie tyle co zeszłoroczny śnieg. Nie przyszedłem tu oczekiwać na cud, na jakieś nadzwyczajne uzdrowienie, tylko na śmierć tego starego jebańca. Oczekuje że będzie ciężka i bolesna. I to wszystko. Nie obchodzi mnie żadne tam, kurwa , leczenie ani dbanie o niego. Ich medyczne starania latają mi koło chuja .Jeśli chcą mnie naprawdę zadowolić, to niech dadzą staremu jakiś zastrzyk, złoty strzał , który w końcu wyprawi go do diabła. Sam mogę mu go wykonać i zrobię to z prawdziwą przyjemnością. Jestem tu przecież po to, żeby nacieszyć oczy jego śmiercią. I nie wyjdę stąd, nie wyjdę, dopóki nie nadejdzie.

Opublikowano

Wzbudza literackie endorfiny :)

Zasyfiala... chyba.

Sory, ale mialem nadzieje, ze stary ozdrowieje i powie: teraz Wam kurwa pokaze...

Ale dobrze, ze tak nie jest. Jest mocne i skonczone w sposob otwarty.

Opublikowano

Jak zwykle- balansujesz na krawędzi urwiska, ale ciagle nie spadasz.
Nie wiem kto w twoim opowiadaniu jest gorszym skurwielem- narator, czy jego ojciec. Ciekawe też, czy po "n" latach chistoria sie powtórzy.
Na krzyśkowe błedy przestałem zwracać uwagi- on jest, jak Nikifor Krynicki- nie ma techniki, ale jest artystą

Opublikowano

brawo
znowu ostro jak brzytwa
zimne ostrze rozgrzewa się w Twych rękach do czerwoności
bez najmniejszego zacięcia wykroiłeś kawał dobrej prozy
taka szorstka gładkość
BRAWO

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Wędrował sobie pewnego razu po świecie pewien człowiek. Kim był? Nie wiadomo. Sam o sobie mówił, że jest po prostu włóczęgą, poszukującym nieodkrytej jeszcze przez nikogo ziemi. Ludzie, gdy to słyszeli, patrzyli na niego z politowaniem i pukali się palcami w głowę, no bo jakże to? Przecież każdy skrawek naszego globu został już dawno zbadany, opisany i umieszczony na tysiącu map oraz atlasów. Skąd więc pomysł, aby odnaleźć jakąś ziemię, nieznaną i niczyją? Ten człowiek był również poetą. Pisał wiersze i twierdził, że to właśnie za ich pomocą on tę ziemię w końcu odszuka, zobaczy i przemierzy. Któregoś dnia wędrowiec, zmęczony długą marszrutą, zatrzymał się w niewielkim miasteczku, na rynku. Rozmawiał tam z jego mieszkańcami o poezji, czytał im swoje wiersze i opowiadał, że gdzieś daleko, za ogromnym górskim masywem, za niezgłębionym oceanem, za tysiącem burz i za tysiącem wschodów słońca, istnieje ziemia, której piękno nie może się z niczym równać, ale nikt nie wie dokładnie, jak do niej trafić. Ludzie z miasteczka, jak zwykle, nie chcieli mu wierzyć. Nawet go nie słuchali, zajęci swoją codzienną krzątaniną. Przekupki zachwalały dorodne owoce i warzywa, kuglarze dawali pokazy żonglowania pochodniami, dzieci tłoczyły się wokół stoisk z cukrową watą i balonikami. Tylko jeden mały chłopiec podszedł do poety i zaczepił go: - Proszę pana... Proszę pana, czy może mi pan opowiedzieć coś o tej ziemi, której pan szuka? Jak tam jest? - Tam jest jak w raju - odparł człowiek, a w jego oczach rozbłysł skrywany głęboko zachwyt. - Drzewa nigdy nie są nagie. Ptaki wiecznie śpiewają o wiośnie i lecie. Wszędzie kwitną kwiaty w rozlicznych barwach, roztaczając zapachy, których nawet sobie nie potrafimy wyobrazić. Na niebie pojawiają się codziennie zorze i tęcze, a przez doliny, rozgrzane łagodnością słonecznego blasku, płyną niebieskie roziskrzone rzeki niby jedwabne wstążki. Zwierzęta nie polują na siebie, tylko pod koniec dnia spotykają się u wodopojów i rozmawiają ze sobą pogodnie w nieznanych, tajemnych językach. Żyją tam jedynie sami szczęśliwi ludzie, którzy się gorąco kochają... - Eeee... - stwierdził chłopiec, marszcząc czoło. - Nie ma takiego miejsca. Kłamiesz albo zmyślasz! - dorzucił i pobiegł ku zakurzonym miejskim uliczkom, pogrążonym w popołudniowej sjeście. Włóczęga postanowił również odpocząć przy niewielkim klombie, na gorącym od słońca skwerze. Żar lał się z nieba, mącił myśli, zasnuwał źrenice ciężką, kleistą powłoką. Człowiek pogrążył się w końcu w mętnym półśnie i nagle poczuł, że coś delikatnie trąciło jego dłoń. Uniósł powieki i zobaczył, jak na jego ręce usadowił się mały ptaszek. Był to rudzik, szary z pomarańczowym brzuszkiem, który przechylał łebek raz w lewą, raz w prawą stronę, i obserwował człowieka bystrymi, ciekawskimi koralikami oczu, Raz po raz podfruwał do góry, a potem znowu przysiadał na jego dłoni. - Co ty mi chcesz powiedzieć, ptaszku? - zagadał wędrowiec. Ostrożnym ruchem sięgnął do kieszeni, gdzie znalazł trochę okruchów bułki. Wysypał je na dłoń i poczekał, aż rudzik odważy się skorzystać z tego skromnego poczęstunku. Ptak skubnął kilka okruszków, a następnie znów zaczął na przemian wzbijać się w powietrze i powracać ku rękom człowieka, cały czas słodko poćwierkując. - Mam za tobą iść? - spytał wędrowny poeta. Rudzik oddalił się nieco, lecz przysiadł na gałęzi pobliskiego drzewka, jakby czekał na zaskoczonego tym zdarzeniem włóczęgę. Ów wreszcie wstał i ruszył za ptaszkiem. Opuścił senne miasteczko, po czym skręcił w polną drogę, która prowadziła na zachód. Minął parę opuszczonych domostw oraz wielką łąkę, hojnie usianą miriadami polnych kwiatów - rumianków w białych spódniczkach, wrotyczy jak błędne ogniki, dzikich ślazów zalotnie uśmiechniętych do przysiadających na ich płatkach modraszków. Wtem ptaszek zatrzymał się przy jednej z rozsypujących się ruder. Człowiek minął, zaciekawiony, drewnianą szopę, stare, skrzypiące pomieszczenia gospodarcze, aż dotarł do drewnianego płotu, pokrytego ciemnym, zielonym nalotem. W płocie znajdowała się furtka, zamknięta na haczyk. Rudzik usiadł nieopodal i radośnie zaświergotał. Wędrowiec otworzył furtkę i znalazł się, ku swemu zaskoczeniu, w starym ogrodzie. Był to bardzo dziwny ogród. Mogło się wydawać, że ktoś go opuścił w pośpiechu, nagle i bez jednego słowa pożegnania. Kiedyś ogrodowe alejki, kwietniki i krzewy musiały być pielęgnowane z zapałem i wielkim wyczuciem smaku. Gdzieniegdzie stały stylowe, ozdobne ławki, które czas obdarł nie wiadomo kiedy z eleganckiej bieli. Na środku ogrodu wznosiła się nieczynna fontanna, która zapewne niegdyś cieszyła oczy widokiem srebrzystych strug wody tańczących nad marmurowym basenikiem. Niedaleko fontanny znajdowała się huśtawka, przygnieciona i złamana przez gruby konar drzewa, na którym została zawieszona. W ogrodzie pełno było różanych krzewów. Poeta nigdy nie widział takiej obfitości i tylu odmian róż. Pnące, dzikie, miniaturki - wszystkie zdawały się pamiętać czas, gdy jakaś troskliwa ręka opiekowała się nimi dbając, aby rozwijały się, rozrastały i kwitły. Teraz jednak krzewy zdziczały, zmarniały, jakby zmęczone samotnością i ciszą. To właśnie ta cisza uderzyła najbardziej człowieka; w ogrodzie nie śpiewał ani jeden ptak, ani jeden liść nie szumiał pod muśnięciami wiatru. Obecna tu przyroda sprawiała wrażenie zastygłej w niewyobrażalnie bolesnym milczeniu. Nawet rudzik, który przycupnął lękliwie na chudziutkim, różanym pędzie, przestał ćwierkać, tylko wpatrywał się w człowieka uważnie i pytająco. - Co to za ogród...? I co ja mam z tym wspólnego? - pokiwał głową wędrowny poeta. - Tu nikogo nie było od lat, najwyżej duchy jakichś wspomnień zlatują się nocą do tej fontanny i do porozbijanych latarni, jak stare nietoperze. Te ścieżki dawniej żyły, z pewnością... Odpowiadały zapachem kwiatów niebu na jego zaczepki, tętniły beztroską młodością, a teraz...? Może kiedyś w owym miejscu ktoś kogoś kochał, ktoś się śmiał, ktoś tańczył wśród milionów róż, podczas gdy dziś jest tu tak cicho, że moje własne myśli lękają się głośniej odetchnąć... Zachodzące słońce zostawiało na zastygłych bez ani jednego drgnienia liściach czerwonawą poświatę. Znużony człowiek usiadł na jednej z niszczejących ławek i westchnął. - Żeby to wszystko przywrócić znów do życia, potrzeba wiele wysiłku. Ale może warto? Co, ptaszku? Czy o to ci właśnie chodziło?- zapytał, szukając wzrokiem swojego skrzydlatego towarzysza. Rudzik podfrunął do niego i poeta przysiągłby, że ptak skinął twierdząco swoją szarą główką.   - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Następne dni i tygodnie upłynęły poecie na ciężkiej pracy. Od brzasku do późnej nocy sprzątał alejki, wyrywał chwasty, kosił trawniki, naprawiał połamane ławki, reperował latarnie. W starej szopie, która stała przy ogrodzie i w której teraz zamieszkał, znalazł wszystkie potrzebne narzędzia, zupełnie jakby ktoś je zostawił specjalnie dla niego. Ponieważ dotychczas tylko pisał wiersze, zupełnie nie znał się na ogrodnictwie, ale czuł, że intuicja podpowiada mu, co należy robić. Po prostu, gdy czegoś nie wiedział, siadał sobie przy fontannie, pogrążony w zadumie, aż wcześniej czy później znajdował odpowiedź na swoje pytanie. A może ktoś mu coś szeptał do ucha? Ogród z wolna otrząsał się z przygnębiającego nastroju i prezentował się całkiem przyjemnie. Zaczęły do niego przylatywać ptaki, z początku nieśmiało, lecz później zadomowiły się na dobre. Nocami słowiki uwijały się wśród gęstych krzewów róż, a z rana nowy dzień witały zięby swoimi przeciągłymi, melodyjnymi trelami. Latarnie oświetlały zadbane trawniki i oplatały ławki miękkimi cieniami. Zieleń rozrosła się bujna, soczysta, już nie dzika i trwożliwa. Człowiek cieszył się, widząc, jak jego starania przynosiły owoce, lecz martwiło go, że choć zdecydowanie ogród powracał do życia, nie zrodził się w nim dotychczas ani jeden kwiat. - No przecież po to jest ogród,żeby w nim coś kwitło! - martwił się wędrowiec. Podlewał troskliwie różane krzaczki, przycinał martwe pędy, raniąc sobie palce cierniami, pojechał też do miasteczka po specjalny nawóz - i nic! Ani jeden pąk nie chciał pojawić się wśród błyszczących liści. - A jednak te róże kogoś cieszyły kolorami i słodyczą - westchnął poeta. - Co ja mam teraz zrobić? Nic z tego nie rozumiem. Przecież już za parę dni zaczyna się lato... - Co ja mogę uczynić dla tego ogrodu, co więcej? Starał się jeszcze bardziej. Wstawał przed słońcem i pracował niemal do samej północy. Znał już w tym miejscu każdy zakątek i tak bardzo wyczekiwał chwili, w której choć jedna róża zaczerwieni się się w kolczastym gąszczu. Któregoś upalnego popołudnia, smutny i zmęczony, usiadł na jednej z ławeczek, wbiwszy zniechęcony wzrok w martwą fontannę. Chciało mu się płakać. Tyle wysiłku na nic! Bezradnie wyciągnął z jednej ze swoich kieszeni ołówek i nieduży, pognieciony zeszyt, w którym kiedyś zapisywał swoje wiersze. Od dawna niczego nie stworzy, zajęty nawożeniem, okopywaniem, pieleniem, koszeniem i podlewaniem. Teraz jednak poczuł, że musi ułożyć wiersz. Wiersz o tym, jak bardzo zależy mu na tym ogrodzie. Jak bardzo się spracował bez żadnego efektu. Jak bardzo boli go, że nie potrafi wypełnić tych ścieżek radością, którą ktoś musiał zabrać ze sobą na zawsze, bezlitośnie odchodząc. Pisał, że mimo wszystko przeszłość nie musi przecież ciążyć nad tym, co przecież żyje i pragnie życia. Że chociaż ktoś porzucił przed laty ten świat i zabrał ze sobą nadzieję oraz wolę kwitnienia - teraz przecież jest on, poeta, który uczy się dbać o dotkliwie niegdyś zranione rosarium. Dotkliwie - lecz przecież nie śmiertelnie. Na końcu chciał jeszcze napisać jeszcze jedno słowo, ale jego pióro zatrzymało się, jakby jeszcze nie ufało własnej śmiałości. A potem człowiek przeczytał swój wiersz na głos. Przeczytał go dla tego dziwnego ogrodu. I wtedy pierwszy raz poczuł, jak wszystkie gałązki różanych krzewów gną się od ciepłego podmuchu wiatru, który łagodnie nadszedł nie wiadomo skąd. Poeta wstał i postanowił przejść się po alejkach. Nie uszedł nawet kilkunastu kroków, gdy nieoczekiwanie u swoich stóp dostrzegł kilkanaście drobniutkich roślinek, wychylających się niepewnie z ziemi Nigdy wcześniej nie widział tutaj podobnego gatunku. Ukląkł przy nich i poczuł, jak fala wrzących łez zalewa mu policzki. Maleńkie wschodzące krzewinki pokryte były pąkami kwiatów. Tak, niewątpliwie za kilka dni te pąki rozwiną się, a delikatne łodyżki będą dźwigać najpiękniejszy ciężar na świecie - ciężar życia. Człowiek pragnął całować i pieścić skromne listki młodziutkich siewek, ale nie chciał ich uszkodzić przedwczesną radością i swoim niezręcznym dotykiem. Od tego momentu, przed udaniem się na spoczynek, gdy już uporał się ze swoimi zwykłymi obowiązkami, siadał przy malutkich, rodzących się kwiatkach i czytał im swoje kolejne wiersze, pisane z czułością i pokorą. Pewnego wieczoru poeta dostrzegł, że od północy nadciągają nad ogród ciemne, burzowe chmury. "No tak, przecież to już lato...", westchnął. To miała być pierwsza burza w tym roku. "Trzeba koniecznie zadbać o moje kwiatki, ochronić je, przecież jeszcze nie zdążyły się rozwinąć, i teraz miałaby je zniszczyć ulewa albo wichura? Będę czuwał, nie pozwolę na to!" Nocą przez ogród przetoczyła się istotnie wściekła nawałnica. Strugi ulewnego deszczu gięły do ziemi gałęzie różanych krzaków, a wichura chłostała alejki, trawniki, ławki i latarnie niewidzialnymi kańczugami. Człowiek pozostał w bezruchu przy swojej gromadce kwiatków, którą osłaniał własnym ciałem, mówiąc do nich niemal jak do dzieci: - To tylko burza. Ja też się boję, ale przecież jesteśmy razem. Obolały i przemoknięty pilnował, aby huragan nie uszkodził żadnego listka ani żadnej łodyżki. Nad ranem burzowe chmury ustąpiły na niebie miejsca drżącym promieniom świtu. I w tym złoto-różowym świetle, na jednej z pokrytych jeszcze kroplami wody kępek, pojawił się pierwszy kwiatek. Była to niezapominajka. Poeta oszalał wprost ze szczęścia, Zaczął biegać radośnie po ścieżkach w ogrodzie, tańczyć, śpiewać, krzyczeć, na zmianę płakać i śmiać się. Potem wrócił znów do swoich niezapominajek i z radosnym zdumieniem zobaczył kolejne błękitne kwiatki, pozdrawiające go zalotnymi mrugnięciami z objęć jasnej czystej zieleni. - Kocham was - napisał tego dnia poeta w swoim najnowszym wierszu, który przeczytał im na dobranoc. W myślach tulił je i pieścił. Kwiaty zdawały się wszystko rozumieć i jakby zalśniły w ciemności ukrytym, gorącym światłem.   - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Następnego dnia człowiek stwierdził, że musi pójść do miasteczka, kupić nowy szpadel, bo stary już do niczego się nie nadawał. Ponieważ burza wyrządziła w ogrodzie wiele szkód, potrzebował również jeszcze paru innych rzeczy, aby wszystko ponaprawiać. Pogładził lekko dłonią krzewinki niezapominajek. - Niedługo wrócę - obiecał. Z głębi ogrodu przyleciał rudzik, i usiadł mu śmiało na ramieniu. Chwilę poćwierkał, a potem zniknął w kolczastej różanej gęstwinie. Na rynku jak zawsze było głośno i tłoczno. Straganiarze przekrzykiwali się nawzajem nad stertami towarów, w powietrzu pachniało grillowaną kiełbasą, gołębie tłoczyły się przy przepełnionych śmietnikach. Poeta, zaopatrzywszy się w niezbędne narzędzia, zatrzymał się jeszcze na chwilę przy stoisku z lemoniadą, gdyż zachciało mu się pić. - O, to pan?- usłyszał nagle chłopięcy głos, który skądś znał. - Tak - odparł. Przypomniał sobie swoją dawną rozmowę z owym dzieciakiem, który tamtego dnia nie uwierzył w jego najskrytsze marzenia. - I co, znalazł pan tę swoją wspaniałą krainę? - spytał chłopiec, obrzuciwszy go łobuzerskim spojrzeniem. - Tę, gdzie podobno wszystko jest takie cudowne i panuje wieczne szczęście? - Znalazłem - odpowiedział z uśmiechem poeta, myśląc o swoich niezapominajkach.  
    • spadł puch swym ramieniem przytulił rozżalonych rozjarzone brylanty na ziemi tliły się w oczach białe morze wzburzyło się po raz pierwszy od dawien dawna chcąc byśmy przypomnieli sobie, jak to jest płynąć po nim saniami   potajemnie zmówił się nieboskłon z chmurami urwiska stanął się przystankami drogi porwą pojazdy chwalić będziemy się i ogrzewać śmiejąc z gniewu, niekiedy i radości   przytulnie będzie aniołem zostać bo w końcu biel nas zewsząd otacza byle dłoni nie zajechać po całości, czymś musimy postawić posągi z węgli i marchewek   wieczór dziś jest specjalny inny niźli zawsze tańczymy nieświadomie pod jednym płaszczem bawimy się jak niegdyś i tylko to się liczy wszystko to, gdy palą się lampy pomimo tego, że marzniemy   uwieczniona kamera taśma przygotowana na niby nijak wszystko dlatego że dnia dzisiejszego, zwykłego jak inne, spadł puch    
    • @Radosław   a Ty jak Kogut…  

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • @KOBIETA Bądź  jak Supernova. 
    • @Radosław   wiem Radosław …niestety to takie silne oddziaływanie jest …międzygalaktyczne ;)))) nie wiem jak mogę Tobie pomóc…? ;) 
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...