Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Jego świat 

rozsypywał się właśnie w posadach.

Był funkcją, 

dla której

idealnie nakreślono współrzędne.

W jego idealnym, utopijnym świecie,

ten dzień miał nigdy nie nastąpić.

Choć przecież od początku 

miał wręcz pewność ku temu,

że niektórym zjawiskom

nie sposób zapobiec,

są one następstwem

odwiecznej bytności 

spraw które wymykają się 

ludzkiemu pojmowaniu 

i zdają się niczym ponad 

dojmujące uczucie klątwy 

jako klęski życia.

Ten dzień miał nigdy nie nastąpić,

bo klątwa jawiła się przecież jako farsa.

Bajeczka dla

czarnomagicznych kultystów,

którzy bawili się 

w rytuały czy bluźniercze zakony.

Była pół martwym mitem,

dla ograniczonych umysłów 

dzikich ludów wysp południowych.

Oni naprawdę uwierzyli.

W moc tiary.

W to, że z jej pomocą

wskrzeszą demona.

Dlatego nigdy się nie poddali.

A muzeum przestało dbać 

o bezpieczeństwo świata i swoje.

 

 

Co prawda po tym jak przeczytał 

te wszystkie manuskrypty i pergaminy.

Poznał ze starych 

wycinków gazet i pamiętników 

zeznania policjantów i kultystów

z Innsmouth.

Historię Diabelskiej Rafy.

Historię rodu Quarrych.

Dzieci Normana i ich potomków.

Wszyscy zeszli pod wodę.

A Norman?

Przecież kilkanaście lat temu 

sprowadził strażnika do tiary.

Oczywiście był to 

głównie chwyt marketingowy,

lecz gdzieś z tyłu głowy 

pamiętał o zapisach testamentu.

Później po kilku latach 

zatrudnił tego strażnika

i dał mu wytyczne 

by szczególnie mocno pilnował 

bezpieczeństwa w sali morskiej.

Widział jak zmienia się 

najpierw jego psychika 

a potem fizjonomia.

Strażnik bał się tej sali i tiary.

Wody i przeznaczenia rodu, 

którego był potomkiem.

Jego oczy, włosy a szczególnie dłoń.

W ostatnich tygodniach,

moc tiary przemieniała go na dobre.

Ale on jako jego szef nadal udawał,

bo ten dzień miał nigdy nie nastąpić.

 

Po telefonie,

ubrał na siebie cokolwiek,

w postaci wymiętej

i przepoconej koszuli, oraz spodni.

Pominął nawet marynarkę

i wybiegł z domu

nie zamykając za sobą drzwi.

Ruszył biegiem

opustoszałymi uliczkami,

skwerami i pobocznymi

zielonymi skrótami.

Po kilkunastu minutach

gmach muzeum 

miał dokładnie przed sobą.

Był ciemny, cichy

i niewzruszony żadnymi 

postaciami wokół

jak i wewnątrz budynku.

Szybko odnalazł okna sali morskiej 

na pierwszym piętrze.

Zaklął.

Zapomniał o wiecznie

zasłoniętych kotarach.

 

 

Pokonał szerokie stopnie schodów 

prawie myląc kroki.

i wreszcie opadł całym ciężarem

na zimne szkło wejściowych drzwi.

Za biurkiem nie było nikogo.

Lecz leżały na nim.

Komórka, latarka i klucze.

A także dwa kubki po kawie.

Witryna z grzybkiem alarmu,

była nienaruszona.

Szafka z kluczami od sal,

była zamknięta.

Czujki wyłączyły oświetlenie sufitu.

To znaczy, że nie było w hallu nikogo 

od co najmniej dziesięciu minut.

Mógł wprowadzić kod ręcznie 

i wejść bez przeszkód 

ale wolał zawołać strażnika.

Walił pięścią z całych sił 

i wrzeszczał jego imię.

Odpowiedziała mu cisza.

Głęboką jak grób.

Drżącymi palcami wpisał szybko kod.

Magnetyczny zamek od razu zapiszczał

i zwolnił zapadki.

Pchnął lewe skrzydło tak mocno 

aż odbiło się złoconą rączką od ściany,

wyszczerbiając ją odpryskami farby.

Zawołał jeszcze raz.

Wszedł do hallu.

Światło rozbłysło od razu 

na całej długości schodów 

i wejścia na piętro.

Wszystko było w porządku.

Żadnych śladów walki, krwi, wody …

ani śladu po strażnikach.

To było absolutnie chore

a wręcz schizofreniczno niedorzeczne

ale wiedział kto był po drugiej stronie słuchawki telefonu, który go zbudził.

To był Norman Quarry.

Wstał wreszcie z grobu 

by zapoznać się z potomkiem 

i namaścić go na następcę.

Oby tylko obydwaj

trzymali się z dala od tiary,

wtedy jeszcze może

uda się uciszyć klątwę 

na kolejne kilka miesięcy albo lat.

Uratować niewinnego,

lecz i tak skazanego

na zagładę człowieka.

Wziął pęk kluczy z biurka 

i ruszył na piętro ku sali morskiej.

 

Był w połowie schodów 

gdy wreszcie usłyszał jakiś dźwięk, 

bodaj pierwszy od czasu 

gdy przekroczył próg.

Nie była to jednak ludzka mowa,

rozmowa, wentylacja ani nawet odgłos szarpaniny czy bójki.

To były fale.

Morskie i spokojnie bijące o brzeg.

I coś na wzór gulgoczącej, 

powarkiwanej pieśni.

Przed salą morską

posadzka była cała mokra.

Słone kałuże drżały niespokojnie

zupełnie jak gdyby ktoś delikatnie 

dmuchał na ich powierzchnię.

Dźwięki dochodziły zza drzwi.

Wsunął klucz i przekręcił.

Ściana uwolnionej wody,

zalała go momentalnie aż po pas.

Zaskoczony, 

próbował bezskutecznie uskoczyć.

Stał jednak twardo na nogach.

 

 

Woda miała swoje źródło w tiarze,

która spoczywała nadal 

w gablocie w centrum sali.

Jej front był jednak wybity.

Alarm milczał.

Wiązki laserów odbijały się w wodzie,

tworząc czerwone, rozmyte ślady.

Pieśń nie ustawała.

Podszedł powolnym krokiem do tiary.

Kamień w niej osadzony,

zabłyszczał złowrogo,

porzucając swą 

dotychczasową, matową strukturę.

Nigdy nie miał jej w rękach 

i teraz również

nie zamierzał jej dotykać.

 

 

Zapomniał o strażniku.

I dopiero teraz skierował wzrok 

na lewy róg sali.

Tutaj też nie wszystko było po staremu.

Gablota z sarkofagiem była co prawda nienaruszona i zamknięta,

lecz jak wyjaśnić to,

że sam sarkofag był również 

zasunięty na cztery spusty.

Czyżby Quarry wychodząc z grobu, 

zamknął go za sobą?

Przecież to niedorzeczne.

A może strażnik

widząc co się dzieje w sali.

Otworzył gablotę

i uwięził mumię na dobre.

Istniała jeszcze jedna możliwość.

Rozbił front

kilkoma solidnymi kopnięciami.

Alarm milczał.

Dotknął pokrywy trumny.

Była mokra i lodowato zimna.

Odsunęła się jednak z łatwością.

 

 

W środku był on.

Ciało szare, spękane

i przeraźliwie suche.

Pachnące wonnymi olejkami,

ubrane w różową togę.

W zabandażowanych, okaleczonych rybim kalectwem dłoniach 

ściskał kamienny pastorał

kapłana kultu.

Oczodoły skierowane wprost 

na gablotę z tiarą.

Zamiast ludzkich nóg.

Ohydny rybi ogon, 

z długą i ostro zakończoną płetwą.

Mumia nadal spała.

Strażnik wywiązywał się ze swego przeklętego obowiązku.

 

 

Lecz jednak nie tylko zamknięty sarkofag budził w nim niepokój.

Spojrzał pod nogi.

Na granicy zgromadzonej wody,

dostrzegł mosiężną, 

przykręconą tabliczkę eksponatu.

Norman Quarry 1740-1775

Syn kapitana Valentina Quarry

Darczyńca i główny twórca

sali morskiej.

“Strażnik kultu Dagona”.

Wszystko się zgadzało, co do słowa…

a jednak…

 

 

Gulgoczące warczenie 

dobiegło zza jego pleców.

Obrócił się

nieprzytomny wręcz z przerażenia.

Mumia stała obok gabloty z tiarą.

I miała ją na swojej idealnie owalnej,

łysej i spękanej głowie.

Była również odziana w togę kapłana.

Zresztą była

identyczną kopią tej mumii z sarkofagu.

A może ta z sarkofagu była kopią.

Kustosz już wiedział jak było naprawdę.

Mumia rzuciła się w wodę,

zamachała żywo rybim ogonem i podpłynęła szybko jak strzała do gabloty z sarkofagiem.

Wynurzyła obok jego nóg 

i weszła w ciało zastygłe w trumnie.

 

 

Pieśń ustała a woda uspokoiła się 

po czym znikła.

Zostawiając jedynie ślady soli morskiej na ścianach i podłodze.

Kustosz opadł na kolana.

Nie rozumiał.

Choć wszystko już było jasne.

Spojrzał jeszcze raz

w ciche i spokojne oblicze mumii.

Ta nadal patrzyła na gablotę w centrum,

podążył wzrokiem za nią…

tiara znów wróciła na miejsce.

Tak samo idealna i piękna.

Pożądana i przeklęta.

Po wieczność.

Wstał i w amoku 

zerwał ją z aksamitnej poduszki.

Była ciężka jak głaz.

Jak żywot 

tych wszystkich potomków Quarrego.

Już czas najwyższy.

Włożył ją na głowę. 

I nagle w jego wnętrzu 

powstała nieodparta chęć 

wskoczenia do wody.

Widział oczyma wyobraźni 

wyspę podwodną 

z ukrytą kryptą Przedwiecznych.

Tam spał Cthulhu.

Widział wszystkich

przemienionych kultystów.

Widział Valentina, Normana a nawet ostatniego strażnika.

Płynął z nimi ku R'lyeh.

Ciesząc się ze wskrzeszenia Dagona.

Pana głębin.

Wyszedł przed gmach 

i ruszył ku jedynej w okolicy rzece.

Czas zejść pod wodę i oddać tiarę

w ręce prawowitych właścicieli.

 

Opowiadanie poświęcam 

Lenore Grey,

żywiąc nadzieję że może kiedyś

zbiorę cały ich tomik

by można go wydać.

 

 

Dziękuję wszystkim za czytanie i przychylne komentarze.

Teraz czas brać się za własną wersję

"Coś na progu"

lub "Reanimatora Herberta Westa".

Chyba, że wolicie ujrzeć jakieś całkowicie autorskie pomysły

a nie styl fan fiction.

 

 

 

Opublikowano

@Simon Tracy Końcówka z rzeką była nieunikniona i właśnie przez to łamie serce.

Cudownie obrazowe i wciągające opowiadanie. Ta cała klątwa i to, jak opisujesz jej ofiary, mnie zafascynowała.

 

I raz jeszcze dziękuję za dedykację

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

Opublikowano

@Simon Tracy

 

Świetna i skuteczna atmosfera - mokra posadzka, milczące alarmy, fale dobiegające zza drzwi. Szczegóły takie jak „czerwone, rozmyte ślady laserów w wodzie" są naprawdę dobre. Współczułam strażnikowi. :) 

Zakończenie z kustoszem zakładającym tiarę jest mocny bo nieuchronny. Bardzo klimatyczne. Podziwiam wyobraźnię!

Przypomniałam sobie wizytę w Muzeum Archeologicznym w Krakowie - gdy oglądałam mumie i wyobraziłam, że to ludzie sprzed wieków, gdyby wstali ze swoich sarkofagów albo rozbili gabloty - to niezły dreszcz mnie przeszył.  Tak jak po przeczytaniu Twojego tekstu. Pozdrawiam. 

Opublikowano

@Simon Tracy

 

Bardzo mi się podoba sposób, w jaki stopniowo odsłaniasz tajemnicę - od niepokoju po zgrozę, aż po nieuchronne przeznaczenie. Motyw klątwy i dziedziczenia winy świetnie współgra z morską symboliką. Czuć inspirację Lovecraftem, ale historia ma własną tożsamość.  Dobry tekst! Gratuluję!

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    • MÓJ SZLOCH NAJ!


      Kochać cię to nie był trud
      Nie trzeba było silić się zbyt
      Kochać cię to nie był znój
      Ja piąłem się do twych ud
      A jemu zbyt szybko opadł mit 
      Och, mój ból, ból cud


      Wzięli cię na posterunek
      Nie pytałem, dlaczego, jak
      Nie wołałaś na ratunek
      Nie myślałem dlaczego tak
      Miał cię przez chwilę na wznak
      Och, mój o mój męki szlak


      Wszyscy chłopcy machają
      Próbujesz im w oko wpaść
      Wszyscy chłopcy wołają
      Chcesz czułą chwilę skraść
      Miał cię na liście "Na zaś"
      Och, mój deszczowy płaszcz?


      Kochać cię łatwo przyszło mi
      Lekko też odeszło w dal
      Kochając, byliśmy ciężcy, źli
      Serca były harde od dni
      Mieliśmy się przez parę chwil
      Och, mój ból, twardy jak stal

       


      (Opuszczanie zielonych rękawów)
      WRZESIEŃ, WRZESIEŃ, I CIĄGLE WRZESIEŃ


      Wojna w klęskę zmieniła się
      Traktat jest spisany krwią
      Lecz nie wpadłem im do rąk:
      Przekroczyłem linie swe


      Bardzo chcieli złapać mnie
      Lecz im zbiegłem i jak zbieg
      Żyję tu, w dzielnicy złej,
      Pod przykrywką szpieg


      Musiałem iść, całkiem sam
      I życie porzucić swe
      W szafie zbiór szkieletów mam,
      Lecz nigdy nie znajdziesz gdzie


      Snuję życia wątek, a w nim
      Tam fakt, a tu mit
      Kiedyś miałem imię lecz
      Nieważne to, poszło precz


      Nieważne to
      Nieważne co
      Ponieśliśmy zwycięstwo
      A akt spisano krwią
      Nie wpadłem do ich rąk
      Chodzę po linie Być


      Jest prawda, co ma żyć
      I ta, co ginie w mrok
      Nie wiem, w którą mam iść
      Lecz nieważne to


      Bo twój triumf miał
      Tak miażdżącą moc,
      Że niektórzy z nas
      Myślą, jak zachować choć


      Strzęp kronik o tym, jak
      Odbywamy marny byt swój;
      Beret, znoszony płaszcz
      Łyżkę nóż i stół


      Igrzyska i chleb
      W które gladiator gra
      Kamień, który rzeźbiarz tnie
      Pieśni ku chwale, niech trwa..


      Nasze prawo to wciąż
      Pokój, rozumie, że
      Chociaż strzela mąż
      Żona kule nosi mu


      I wszystko to w duszy mej
      Wyrazy, co obrazem są
      Słodkiej obojętności tej
      (Są tacy, co miłością ją zwą)


      Jej wysokości czczonej w krąg
      Niektórzy mówią na nią Los
      Lecz mieliśmy nazwy, co
      Ciut bardziej intymne są


      Nazwy te co wchodzą w głąb
      I tak prawdziwe są,
      Że dla mnie są krwią
      A dla cieby jak proch


      Nie potrzeba nam
      By uchowały się
      Jest prawda, co żywa jest
      Prawda, co żyje w nas...
      I ta, co umiera bez dram


      Nieważne, z kim
      Nieważne, czym
      Żyję życiem tym
      Które zostawiłem im


      Zabić wciąż jest wrogiem mi,
      I Nienawiść obcą też,
      Chciałem nauczyć się kochać je,
      Lecz całkiem nie wyszło mi


      Raz chciałeś mnie oddać im
      Lecz to nie dziwi mnie -
      Stajesz wciąż po stronie tych,
      Którymi gardzi serce twe


      Twoje serce było o tu
      Tu gdzie rój much masz
      To jest kuweta Twych ust
      A to twoja miska kłamstw


      Dobrze służysz im, wiem
      Lecz nie dziwi mnie to
      Oni to twoja krew
      A Ty - ich z kości kość


      Nieważne, gdzie
      Nieważne, że
      Serwujecie historii bieg
      W pasztecie faktów i kłamstw
      Do was należy świat
      Więc to nieważne i tak


      Nieważny klan
      Nieważny świat
      Żyję pełnią mych lat
      I pełnią każdego dnia
      Przez przestrzeń i czas
      Nie dam ich rozdzielić wam


      Moja kobieta sprzyja mi
      Me dzieci pójdą za mną w noc
      Ich groby bezpieczne są 

      Od horroru takich jak wy
      Od upiorów snów złych


      W głębiach pocałunków ich
      Korzeń mocno wbity mam
      Żyję wciąż pełnią dni
      Które zostawiłem wam


      Zostawiłem igrzyska o chleb
      W których nasz żołnierz grał
      Kamień, który grabarz tnie
      Piosenki, pisane na chwał..


      Lewo ponad prawem, zabawa trwa
      Pokój to wojna, wojna cały czas
      Chociaż strzelam ja
      Kule robi Diabeł w was


      Bo ważne, z kim
      Ważne Iść
      Żyć całym życiem swym
      I nie oddać go za nic
      Ani Berlin, ani Rzym, ani Krym


      Jak ty, co z Zabić zrobiłeś fach
      Chciałem go uczynić kompanem mym
      I nienawiść też, lecz tak chciał traf
      Że całkiem nie wyszło mi


      Raz przedstawiłeś mnie im
      Próbowałeś, bo wiem, że -
      Stajesz wciąż po stronie tych,
      Którymi gardzę.


      Je t'aime,
      L. Cohen


      PACTUS DIABOLICUS


      Znam cud przemienienia w wino wody stągw
      I obrócenia go w wodę znów, więc daj,
      Bym, zasiadłszy do twej uczty w tę noc,
      Wreszcie dostąpił Lucy in the Sky


      Stwórz pakt, gdzie będę mógł złożyć podpis swój
      Jestem wściekły i zmęczony wciąż
      Więc ześlij taki pakt, ten traktat, co na zawsze już
      Zwiąże kochanie me z miłością twą


      Pękł nowy wiek, więc ulica tańcem gra -
      Duszę zaprzedaliśmy, lecz jesteśmy wolni już
      Tylko jedno z nas było naprawdę - ja
      Tak mi przykro, lecz to nie ty, to Twój duch


      Nie powiedziałem słowa, odkąd odeszłaś w dal,
      Którego kłamca by nie powstydził się
      Nie mogę uwierzyć, że idą zakłócenia fal
      Byłaś mą ziemią, mym "przy zdrowych zmysłach jest"
      Byłaś Dedalem moich lat


      Pola wołają - pękł nowy wiek!
      Duszę zaprzedaliśmy, lecz jesteśmy wolni już
      Tylko jedno z nas było naprawdę - ja
      Ty to nie ty, tylko Twój duch


      Tylko jedno z nas było prawdziwe - to byłem ja


      Mówią, że, grzechotnik gorzko żałował za swój grzech
      Zrzucił łuski, by znaleźć, że w środku wciąż wąż jest...
      Ale narodzić się na nowo to w obskurność wejść
      Jad przenika samą ciała treść


      Stwórz pakt, gdzie będę mógł wreszcie złożyć podpis swój
      Jestem ciągle wściekły i zmęczony każdym dniem
      Więc ześlij taki pakt, ten traktat, co na zawsze już
      Przywiąże mnie do miłości Twej 


      Jestem zły i cały czas zmęczony
      Chciałbym, by był traktat albo pakt
      Między tym co ocalono
      Z naszej miłości, z wpisem do akt

      ───

       

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...