Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

*

Nigdy nie widziałem Waldka, który mieszka za kuchnią. Wiem o nim tyle, ile powiedział mi Archie, resztę dopowiedziałem sobie po dźwiękach dobiegających z jego pokoju. Ale nie mam pojęcia jak wygląda. Mogę stworzyć jego rysopis, bawić się wyobrażeniami, straszyć lub rozśmieszać.
Facet ma ze trzy telefony komórkowe i jeden stacjonarny, które dzwonią na zmianę, a każdy dzwonek jest głupszy od poprzedniego. Czasem odbiera i gada godzinami (ma taki płaski, nijaki głosik z tendencją do emocjonalnych popiskiwań), lecz najczęściej są to po prostu tak popularne w Polsce sygnałki. Puszczamy je sobie, bo nie mamy sobie nic do powiedzenia, lecz musimy jakoś podkreślić przywiązanie i nieustanne myślenie o sobie. To wersja komunikacji dla oszczędnych - w kasie i słowie.
Ostatnio uradował mnie niezmiernie, bo zmienił płytę na Myslovitz, który wprost uwielbiam. Przeleciało Korova Milky Bar, a ja słuchałem, jak zaczarowany. Niestety, potem upodobał sobie jeden z kawałków i zaczęło się nowe „Alleluja”.
Archie mówił mi, że facet ma bzika na punkcie religii. Uczepił się jakiegoś, wygodnego dla jego sposobu myślenia kawałka Biblii i stworzył protestancką sektę. Liczyła trzy osoby. Dwie z nich wkrótce zrezygnowały i został samodzielnym guru-prawodawcą. Wyobrażam sobie posępnego bruneta ze złowrogim błyskiem w oku, w długiej szacie i żelastwem na szyi, który odprawia tajemne modły w swojej świątynii za kuchnią.
Od paru dni mam doła jak Rów Mariański. Archie z Magdą ścisnęli tyłki i zaczęli wykonywać nawet najtrudniejszą robotę. Zbierają na samochód, więc muszą zarabiać więcej. Snują się, ledwie powłócząc nogami, ale po mnie nie dzwonią. Z jednej strony ich rozumiem, z drugiej czuję się zbędny. Nie szukałem pracy, bo sama mnie znalazła, a teraz zostałem na lodzie. Codziennie wstaję rano i mam fajrant.
W akcie desperacji zadzwoniłem do polskiej gazety i złożyłem kilkanaście propozycji ulepszenia jej wizerunku. Niby zostały przyjęte, ale żadnych konkretów nie usłyszałem. Dostałem za to zlecenie na artykuł sponsorowany. I znów pieprzony paradoks. Przejechałem dwa tysiące kilometrów, by robić to, co w Polsce.
Oczywiście zlecenie przyjąłem. Dwadzieścia pięć funtów minus koszty piechotą nie chodzi. Zresztą jakie koszty? Zamiast wsiąść w autobus, poszedłem półtorej godziny na butach – w tę i z powrotem. Przybyło mi parę odcisków, ale spacer był w sumie przyjemny. Zwiedziłem kawał innej dzielnicy, pogadałem ze setką przechodniów, próbując namierzyć właściwy adres i w końcu znalazłem wielkie magazyny nad jakimś kanałem. W jednym z nich mieściła się firma spawalnicza prowadzona przez dwoje przedsiębiorczych Polaków. Popracowali jakiś czas, odłożyli trochę kasy i spróbowali samemu. Za to kocham Zachód i nienawidzę polskiego piekła. Tutaj masz pomysł, umiesz coś, to działasz bez obaw. U nas musisz nabrać kredytów albo dostać spadek, bo każdy interes zaczynasz ze sporym debetem na ZUS, czynsze, podatki i inne opłaty. W Anglii rejestrujesz firmę po trzech miesiącach od wystawienia pierwszej faktury, na ubezpieczenie płacisz 2 funty tygodniowo, a biznes możesz prowadzić w wynajętym flacie. Spotkałem wiele osób, które postawiły na samozatrudnienie i nie zauważyłem, żeby działa im się jakakolwiek krzywda. Może i ja kiedyś spróbuję?
Kiedy wracałem, nad moją głowa co pół minuty startowały samoloty. Nie wiem, czego jest więcej na tutejszym niebie – ptaków czy latających maszyn. Przecinają niebo, niczym jakiś szalony, gigantyczny Zorro i czasem wydaje się, że dojdzie do katastrofy. Pędzą ku sobie z ogromną prędkością, by minąć się na róznych pułapach. Zostaje po nich tylko niemiłosiernie pocięty błękit.
Napisałem tekst w pół godziny. Nie z takimi ludźmi i nie w takich pipidówach się wywiady przeprowadzało. Mam ich na koncie kilkaset. Moim największym klientem był International Paper od pachnącej srajtaśmy. Dyrektor Generalna czekała w wielkim, skórzanym fotelu na samym szczycie warszawskiego Mariotta. Pogadaliśmy z godzinę, a na odchodne dostałem całą kolekcję produktów marki Velvet. Czułem się jak król świata.
Tekst został przyjęty, zapłata miała nastąpić po publikacji. No, i zeszły dwa tygodnie, a ja nadal nie mam czeku. Prosty wniosek – jako dziennikarz zdechłbym w Londynie z głodu, bo nie dość, że płatność się przeciąga, to jeszcze obowiązuje forma czeku. Nie mam konta w banku, więc mógłbym go namoczyć i spróbować przełknąć albo dać do kanapki zamiast sałaty. Mimo to, napisałem kilka tekstów, które poszły do druku. Może pod koniec roku los sprawi mi niespodziankę i dostanę kasę w większym kawałku.
Nie ma pracy, to i z kasą krucho. Dobrze, że Aneta o tym nie wie. Mam odłożone parę stów, ale podliczywszy czas, jaki tu jestem, nie zarobiłem aż tak wiele. Zorganizowałem sobie za to słoik na penale. Penale (od penality) są duże, ciężkie i nikomu niepotrzebne. Każdy w domu ma swoją puszkę, do której wrzuca penale na czarną godzinę, lecz gdyby takowa nadeszła, nazbierałoby się tego może funt. Za tyle, to bohater „Zaułka łgarza” mógł kiedyś kupić fajki, obecnie ledwie na browca wystarczy.
Najgorsze jest to, że co dnia wszyscy idą do pracy, a ja zostaję w pustym pokoju i czekam sam nie wiem na co. Wracają pod wieczór i kazdy ma jakąś dobrą nowinę, która przygniata mnie do ziemi. A to Jerry dostał prowizję za wynajęcie flata albo kartę kredytową, a to Archie chwali się, że dostał kolejne duże zlecenie. Uśmiecham się życzliwie, lecz w środku przelewa mi się wrząca lawa. Zerkam na swoje krzywe odbicie w lustrze i mam ochotę dać sobie w pysk. Czytam, piszę, oglądam, słucham, czyli ekonomicznie rzecz biorąc marnuję czas. Trzeba coś z tym będzie zrobić, bo inaczej ta eskapada straci sens bytu. No chyba, że kapnie jakiś dar losu.
Ktoś puka i w drzwiach ukazuje się głowa Raya.
- You have some job?
- No fucking job!
- Ok. Come with me. Can You put the bricks?
- A little bit.
Coś tam kiedyś murowałem, ale nie żebym należał do specjalistów. Nie mówię mu tego, tylko twardo zaiwaniam na robotę. Miła pani w średnim wieku pokazuje nam murek w ogrodzie, który oddziela jej działkę od posesji sąsiada. Chyba za nim nie przepada, skoro każe nam dobudować mur na wysokość Raya.
Ja robię zaprawę, on kładzie cegły. Już po dwóch warstwach widać, że nie ma o tym bladego pojęcia. Patrzy na mnie błagalnie i prosi, żebym może ja spróbował. Kręcę głową i umywam ręce z cementu. Rób, facet, skoro wziąłeś zlecenie. Po godzinie mur jest już tak koślawy, a dziury między cegłami tak rażą w oczy, że zaczynam się martwić o zapłatę. Póki baba nie widzi, łatam co mogę i paluchem formuję fugi. Can You bild the bricks – podśpiewuję pod nosem szyderczo, parodiując Jej Plastyczność Cher.
Godziny mijają, mur przypomina ten chiński, tylko widzany z samolotu. Zakręca, prostuje się, znów zakręca – zupełnie, jakby był z modeliny. Baba mruczy, że ugly, lecz staramy się tego nie słuchać. Postanawiam, że ostatni raz poszedłem z Rayem na robotę. Już ten krawężnik u Ahhhmeda powinien dać mi do myślenia. Co będzie, jeżeli gość jutro stwierdzi, że jest w stanie wymienić komuś dach albo zrobić operację wyrostka? Najwyraźniej chce robić wszystko, ale nie umie nic.
Rypaliśmy siedem godzin i nie udało się skończyć. Okazuje się, że Ray umówił się na płatność od całości i nie powąchamy dziś nawet funta. Mam czekać, aż znajdzie wolny dzień i będziemy mogli dokończyć. Znów coś zrobiłem i nie mam z tego kasy.
Trzaskam drzwiami i znikam w łóżku. Ciągle słyszę o jakiejś robocie dla mnie, ale tylko gniję w tym cholernym pokoju. Sierota obrzygana! Niedorób! Kaszaniarz!

Opublikowano

Nie uważam, aby był najsłabszy. Świetnie zarysowuje stan psychiczny peela, ten nie-byt, nie-robotę, frustracje…rozwodzenie się zniszczyłoby klimat. Sądzę, że właśnie taki fragment zapowiada „coś”, bo coś się musi wydarzyć, inaczej nie byłoby „Squata VII”. Czyta się jak… Agatę Christie a nawet i lepiej – mam mnóstwo pytań, ale to już na PW. Pozdrawiam Arena

Opublikowano

asher
aż chce się pisać ! tak lekką ręka wystukujesz na klawiaturze
jesteś magikiem słowa i ten z lekka przebijający angielski humor ...no widzę że nasiąkasz nie tylko zaprawą murarską / hehehe /
pozdrawiam

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • @Bożena Tatara - Paszko Poglądy sumienia chowają, idiotyzmy wprowadzają, idioci im klaskają, bo koryta pełne mają .   Pozdrawiam serdecznie 5 Miłego dnia 
    • Wędrował sobie pewnego razu po świecie pewien człowiek. Kim był? Nie wiadomo. Sam o sobie mówił, że jest po prostu włóczęgą, poszukującym nieodkrytej jeszcze przez nikogo ziemi. Ludzie, gdy to słyszeli, patrzyli na niego z politowaniem i pukali się palcami w głowę, no bo jakże to? Przecież każdy skrawek naszego globu został już dawno zbadany, opisany i umieszczony na tysiącu map oraz atlasów. Skąd więc pomysł, aby odnaleźć jakąś ziemię, nieznaną i niczyją? Ten człowiek był również poetą. Pisał wiersze i twierdził, że to właśnie za ich pomocą on tę ziemię w końcu odszuka, zobaczy i przemierzy. Któregoś dnia wędrowiec, zmęczony długą marszrutą, zatrzymał się w niewielkim miasteczku, na rynku. Rozmawiał tam z jego mieszkańcami o poezji, czytał im swoje wiersze i opowiadał, że gdzieś daleko, za ogromnym górskim masywem, za niezgłębionym oceanem, za tysiącem burz i za tysiącem wschodów słońca, istnieje ziemia, której piękno nie może się z niczym równać, ale nikt nie wie dokładnie, jak do niej trafić. Ludzie z miasteczka, jak zwykle, nie chcieli mu wierzyć. Nawet go nie słuchali, zajęci swoją codzienną krzątaniną. Przekupki zachwalały dorodne owoce i warzywa, kuglarze dawali pokazy żonglowania pochodniami, dzieci tłoczyły się wokół stoisk z cukrową watą i balonikami. Tylko jeden mały chłopiec podszedł do poety i zaczepił go: - Proszę pana... Proszę pana, czy może mi pan opowiedzieć coś o tej ziemi, której pan szuka? Jak tam jest? - Tam jest jak w raju - odparł człowiek, a w jego oczach rozbłysł skrywany głęboko zachwyt. - Drzewa nigdy nie są nagie. Ptaki wiecznie śpiewają o wiośnie i lecie. Wszędzie kwitną kwiaty w rozlicznych barwach, roztaczając zapachy, których nawet sobie nie potrafimy wyobrazić. Na niebie pojawiają się codziennie zorze i tęcze, a przez doliny, rozgrzane łagodnością słonecznego blasku, płyną niebieskie roziskrzone rzeki niby jedwabne wstążki. Zwierzęta nie polują na siebie, tylko pod koniec dnia spotykają się u wodopojów i rozmawiają ze sobą pogodnie w nieznanych, tajemnych językach. Żyją tam jedynie sami szczęśliwi ludzie, którzy się gorąco kochają... - Eeee... - stwierdził chłopiec, marszcząc czoło. - Nie ma takiego miejsca. Kłamiesz albo zmyślasz! - dorzucił i pobiegł ku zakurzonym miejskim uliczkom, pogrążonym w popołudniowej sjeście. Włóczęga postanowił również odpocząć przy niewielkim klombie, na gorącym od słońca skwerze. Żar lał się z nieba, mącił myśli, zasnuwał źrenice ciężką, kleistą powłoką. Człowiek pogrążył się w końcu w mętnym półśnie i nagle poczuł, że coś delikatnie trąciło jego dłoń. Uniósł powieki i zobaczył, jak na jego ręce usadowił się mały ptaszek. Był to rudzik, szary z pomarańczowym brzuszkiem, który przechylał łebek raz w lewą, raz w prawą stronę, i obserwował człowieka bystrymi, ciekawskimi koralikami oczu, Raz po raz podfruwał do góry, a potem znowu przysiadał na jego dłoni. - Co ty mi chcesz powiedzieć, ptaszku? - zagadał wędrowiec. Ostrożnym ruchem sięgnął do kieszeni, gdzie znalazł trochę okruchów bułki. Wysypał je na dłoń i poczekał, aż rudzik odważy się skorzystać z tego skromnego poczęstunku. Ptak skubnął kilka okruszków, a następnie znów zaczął na przemian wzbijać się w powietrze i powracać ku rękom człowieka, cały czas słodko poćwierkując. - Mam za tobą iść? - spytał wędrowny poeta. Rudzik oddalił się nieco, lecz przysiadł na gałęzi pobliskiego drzewka, jakby czekał na zaskoczonego tym zdarzeniem włóczęgę. Ów wreszcie wstał i ruszył za ptaszkiem. Opuścił senne miasteczko, po czym skręcił w polną drogę, która prowadziła na zachód. Minął parę opuszczonych domostw oraz wielką łąkę, hojnie usianą miriadami polnych kwiatów - rumianków w białych spódniczkach, wrotyczy jak błędne ogniki, dzikich ślazów zalotnie uśmiechniętych do przysiadających na ich płatkach modraszków. Wtem ptaszek zatrzymał się przy jednej z rozsypujących się ruder. Człowiek minął, zaciekawiony, drewnianą szopę, stare, skrzypiące pomieszczenia gospodarcze, aż dotarł do drewnianego płotu, pokrytego ciemnym, zielonym nalotem. W płocie znajdowała się furtka, zamknięta na haczyk. Rudzik usiadł nieopodal i radośnie zaświergotał. Wędrowiec otworzył furtkę i znalazł się, ku swemu zaskoczeniu, w starym ogrodzie. Był to bardzo dziwny ogród. Mogło się wydawać, że ktoś go opuścił w pośpiechu, nagle i bez jednego słowa pożegnania. Kiedyś ogrodowe alejki, kwietniki i krzewy musiały być pielęgnowane z zapałem i wielkim wyczuciem smaku. Gdzieniegdzie stały stylowe, ozdobne ławki, które czas obdarł nie wiadomo kiedy z eleganckiej bieli. Na środku ogrodu wznosiła się nieczynna fontanna, która zapewne niegdyś cieszyła oczy widokiem srebrzystych strug wody tańczących nad marmurowym basenikiem. Niedaleko fontanny znajdowała się huśtawka, przygnieciona i złamana przez gruby konar drzewa, na którym została zawieszona. W ogrodzie pełno było różanych krzewów. Poeta nigdy nie widział takiej obfitości i tylu odmian róż. Pnące, dzikie, miniaturki - wszystkie zdawały się pamiętać czas, gdy jakaś troskliwa ręka opiekowała się nimi dbając, aby rozwijały się, rozrastały i kwitły. Teraz jednak krzewy zdziczały, zmarniały, jakby zmęczone samotnością i ciszą. To właśnie ta cisza uderzyła najbardziej człowieka; w ogrodzie nie śpiewał ani jeden ptak, ani jeden liść nie szumiał pod muśnięciami wiatru. Obecna tu przyroda sprawiała wrażenie zastygłej w niewyobrażalnie bolesnym milczeniu. Nawet rudzik, który przycupnął lękliwie na chudziutkim, różanym pędzie, przestał ćwierkać, tylko wpatrywał się w człowieka uważnie i pytająco. - Co to za ogród...? I co ja mam z tym wspólnego? - pokiwał głową wędrowny poeta. - Tu nikogo nie było od lat, najwyżej duchy jakichś wspomnień zlatują się nocą do tej fontanny i do porozbijanych latarni, jak stare nietoperze. Te ścieżki dawniej żyły, z pewnością... Odpowiadały zapachem kwiatów niebu na jego zaczepki, tętniły beztroską młodością, a teraz...? Może kiedyś w owym miejscu ktoś kogoś kochał, ktoś się śmiał, ktoś tańczył wśród milionów róż, podczas gdy dziś jest tu tak cicho, że moje własne myśli lękają się głośniej odetchnąć... Zachodzące słońce zostawiało na zastygłych bez ani jednego drgnienia liściach czerwonawą poświatę. Znużony człowiek usiadł na jednej z niszczejących ławek i westchnął. - Żeby to wszystko przywrócić znów do życia, potrzeba wiele wysiłku. Ale może warto? Co, ptaszku? Czy o to ci właśnie chodziło?- zapytał, szukając wzrokiem swojego skrzydlatego towarzysza. Rudzik podfrunął do niego i poeta przysiągłby, że ptak skinął twierdząco swoją szarą główką.   - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Następne dni i tygodnie upłynęły poecie na ciężkiej pracy. Od brzasku do późnej nocy sprzątał alejki, wyrywał chwasty, kosił trawniki, naprawiał połamane ławki, reperował latarnie. W starej szopie, która stała przy ogrodzie i w której teraz zamieszkał, znalazł wszystkie potrzebne narzędzia, zupełnie jakby ktoś je zostawił specjalnie dla niego. Ponieważ dotychczas tylko pisał wiersze, zupełnie nie znał się na ogrodnictwie, ale czuł, że intuicja podpowiada mu, co należy robić. Po prostu, gdy czegoś nie wiedział, siadał sobie przy fontannie, pogrążony w zadumie, aż wcześniej czy później znajdował odpowiedź na swoje pytanie. A może ktoś mu coś szeptał do ucha? Ogród z wolna otrząsał się z przygnębiającego nastroju i prezentował się całkiem przyjemnie. Zaczęły do niego przylatywać ptaki, z początku nieśmiało, lecz później zadomowiły się na dobre. Nocami słowiki uwijały się wśród gęstych krzewów róż, a z rana nowy dzień witały zięby swoimi przeciągłymi, melodyjnymi trelami. Latarnie oświetlały zadbane trawniki i oplatały ławki miękkimi cieniami. Zieleń rozrosła się bujna, soczysta, już nie dzika i trwożliwa. Człowiek cieszył się, widząc, jak jego starania przynosiły owoce, lecz martwiło go, że choć zdecydowanie ogród powracał do życia, nie zrodził się w nim dotychczas ani jeden kwiat. - No przecież po to jest ogród,żeby w nim coś kwitło! - martwił się wędrowiec. Podlewał troskliwie różane krzaczki, przycinał martwe pędy, raniąc sobie palce cierniami, pojechał też do miasteczka po specjalny nawóz - i nic! Ani jeden pąk nie chciał pojawić się wśród błyszczących liści. - A jednak te róże kogoś cieszyły kolorami i słodyczą - westchnął poeta. - Co ja mam teraz zrobić? Nic z tego nie rozumiem. Przecież już za parę dni zaczyna się lato... - Co ja mogę uczynić dla tego ogrodu, co więcej? Starał się jeszcze bardziej. Wstawał przed słońcem i pracował niemal do samej północy. Znał już w tym miejscu każdy zakątek i tak bardzo wyczekiwał chwili, w której choć jedna róża zaczerwieni się się w kolczastym gąszczu. Któregoś upalnego popołudnia, smutny i zmęczony, usiadł na jednej z ławeczek, wbiwszy zniechęcony wzrok w martwą fontannę. Chciało mu się płakać. Tyle wysiłku na nic! Bezradnie wyciągnął z jednej ze swoich kieszeni ołówek i nieduży, pognieciony zeszyt, w którym kiedyś zapisywał swoje wiersze. Od dawna niczego nie stworzy, zajęty nawożeniem, okopywaniem, pieleniem, koszeniem i podlewaniem. Teraz jednak poczuł, że musi ułożyć wiersz. Wiersz o tym, jak bardzo zależy mu na tym ogrodzie. Jak bardzo się spracował bez żadnego efektu. Jak bardzo boli go, że nie potrafi wypełnić tych ścieżek radością, którą ktoś musiał zabrać ze sobą na zawsze, bezlitośnie odchodząc. Pisał, że mimo wszystko przeszłość nie musi przecież ciążyć nad tym, co przecież żyje i pragnie życia. Że chociaż ktoś porzucił przed laty ten świat i zabrał ze sobą nadzieję oraz wolę kwitnienia - teraz przecież jest on, poeta, który uczy się dbać o dotkliwie niegdyś zranione rosarium. Dotkliwie - lecz przecież nie śmiertelnie. Na końcu chciał jeszcze napisać jeszcze jedno słowo, ale jego pióro zatrzymało się, jakby jeszcze nie ufało własnej śmiałości. A potem człowiek przeczytał swój wiersz na głos. Przeczytał go dla tego dziwnego ogrodu. I wtedy pierwszy raz poczuł, jak wszystkie gałązki różanych krzewów gną się od ciepłego podmuchu wiatru, który łagodnie nadszedł nie wiadomo skąd. Poeta wstał i postanowił przejść się po alejkach. Nie uszedł nawet kilkunastu kroków, gdy nieoczekiwanie u swoich stóp dostrzegł kilkanaście drobniutkich roślinek, wychylających się niepewnie z ziemi Nigdy wcześniej nie widział tutaj podobnego gatunku. Ukląkł przy nich i poczuł, jak fala wrzących łez zalewa mu policzki. Maleńkie wschodzące krzewinki pokryte były pąkami kwiatów. Tak, niewątpliwie za kilka dni te pąki rozwiną się, a delikatne łodyżki będą dźwigać najpiękniejszy ciężar na świecie - ciężar życia. Człowiek pragnął całować i pieścić skromne listki młodziutkich siewek, ale nie chciał ich uszkodzić przedwczesną radością i swoim niezręcznym dotykiem. Od tego momentu, przed udaniem się na spoczynek, gdy już uporał się ze swoimi zwykłymi obowiązkami, siadał przy malutkich, rodzących się kwiatkach i czytał im swoje kolejne wiersze, pisane z czułością i pokorą. Pewnego wieczoru poeta dostrzegł, że od północy nadciągają nad ogród ciemne, burzowe chmury. "No tak, przecież to już lato...", westchnął. To miała być pierwsza burza w tym roku. "Trzeba koniecznie zadbać o moje kwiatki, ochronić je, przecież jeszcze nie zdążyły się rozwinąć, i teraz miałaby je zniszczyć ulewa albo wichura? Będę czuwał, nie pozwolę na to!" Nocą przez ogród przetoczyła się istotnie wściekła nawałnica. Strugi ulewnego deszczu gięły do ziemi gałęzie różanych krzaków, a wichura chłostała alejki, trawniki, ławki i latarnie niewidzialnymi kańczugami. Człowiek pozostał w bezruchu przy swojej gromadce kwiatków, którą osłaniał własnym ciałem, mówiąc do nich niemal jak do dzieci: - To tylko burza. Ja też się boję, ale przecież jesteśmy razem. Obolały i przemoknięty pilnował, aby huragan nie uszkodził żadnego listka ani żadnej łodyżki. Nad ranem burzowe chmury ustąpiły na niebie miejsca drżącym promieniom świtu. I w tym złoto-różowym świetle, na jednej z pokrytych jeszcze kroplami wody kępek, pojawił się pierwszy kwiatek. Była to niezapominajka. Poeta oszalał wprost ze szczęścia, Zaczął biegać radośnie po ścieżkach w ogrodzie, tańczyć, śpiewać, krzyczeć, na zmianę płakać i śmiać się. Potem wrócił znów do swoich niezapominajek i z radosnym zdumieniem zobaczył kolejne błękitne kwiatki, pozdrawiające go zalotnymi mrugnięciami z objęć jasnej czystej zieleni. - Kocham was - napisał tego dnia poeta w swoim najnowszym wierszu, który przeczytał im na dobranoc. W myślach tulił je i pieścił. Kwiaty zdawały się wszystko rozumieć i jakby zalśniły w ciemności ukrytym, gorącym światłem.   - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Następnego dnia człowiek stwierdził, że musi pójść do miasteczka, kupić nowy szpadel, bo stary już do niczego się nie nadawał. Ponieważ burza wyrządziła w ogrodzie wiele szkód, potrzebował również jeszcze paru innych rzeczy, aby wszystko ponaprawiać. Pogładził lekko dłonią krzewinki niezapominajek. - Niedługo wrócę - obiecał. Z głębi ogrodu przyleciał rudzik, i usiadł mu śmiało na ramieniu. Chwilę poćwierkał, a potem zniknął w kolczastej różanej gęstwinie. Na rynku jak zawsze było głośno i tłoczno. Straganiarze przekrzykiwali się nawzajem nad stertami towarów, w powietrzu pachniało grillowaną kiełbasą, gołębie tłoczyły się przy przepełnionych śmietnikach. Poeta, zaopatrzywszy się w niezbędne narzędzia, zatrzymał się jeszcze na chwilę przy stoisku z lemoniadą, gdyż zachciało mu się pić. - O, to pan?- usłyszał nagle chłopięcy głos, który skądś znał. - Tak - odparł. Przypomniał sobie swoją dawną rozmowę z owym dzieciakiem, który tamtego dnia nie uwierzył w jego najskrytsze marzenia. - I co, znalazł pan tę swoją wspaniałą krainę? - spytał chłopiec, obrzuciwszy go łobuzerskim spojrzeniem. - Tę, gdzie podobno wszystko jest takie cudowne i panuje wieczne szczęście? - Znalazłem - odpowiedział z uśmiechem poeta, myśląc o swoich niezapominajkach.  
    • spadł puch swym ramieniem przytulił rozżalonych rozjarzone brylanty na ziemi tliły się w oczach białe morze wzburzyło się po raz pierwszy od dawien dawna chcąc byśmy przypomnieli sobie, jak to jest płynąć po nim saniami   potajemnie zmówił się nieboskłon z chmurami urwiska stanął się przystankami drogi porwą pojazdy chwalić będziemy się i ogrzewać śmiejąc z gniewu, niekiedy i radości   przytulnie będzie aniołem zostać bo w końcu biel nas zewsząd otacza byle dłoni nie zajechać po całości, czymś musimy postawić posągi z węgli i marchewek   wieczór dziś jest specjalny inny niźli zawsze tańczymy nieświadomie pod jednym płaszczem bawimy się jak niegdyś i tylko to się liczy wszystko to, gdy palą się lampy pomimo tego, że marzniemy   uwieczniona kamera taśma przygotowana na niby nijak wszystko dlatego że dnia dzisiejszego, zwykłego jak inne, spadł puch    
    • @Radosław   a Ty jak Kogut…  

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • @KOBIETA Bądź  jak Supernova. 
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...