Simon Tracy Opublikowano wczoraj o 16:33 Zgłoś Opublikowano wczoraj o 16:33 Był całkowicie sparaliżowany strachem. Drżał okrutnie a dłonie miał całe wilgotne i skostniało zimne. Wiedział doskonale, że za żadne skarby nawet tak cudowne jak te, które kryła ta sala, nigdy już do niej nie wejdzie. Wystarczy, że gdy już był bądź co bądź względnie bezpieczny w swym domowym łóżku i zapadał w szalenie realistyczne sny, to widział w nim tą muzealną salę. Widział a nawet czuł moc tego co najwidoczniej uparło się ku temu by zniszczyć go i jego poukładane życie. Wyczuwał energię tak potężną i złowrogą, że nie mogła być ona nawet obłędem a opętaniem. Przedmiot ów wołał go, kusił a nawet błagał o to by go stąd zabrał. By przywrócił mu wolność. Oddać morzu i istotom z zakonu. Gdy majacząc w gorączce koszmaru, opierał się wszelkimi siłami, słyszał wtedy wyraźnie, gulgoczący, chlupoczący flegmą lub morską pianą śmiech. I głos który szedł przez rubieże nicości wszechpustki kosmosu bezpośrednio do jego uszu. Klątwy nie przerwie ludzka dłoń ani najkrwawsza ofiara. Modlitwy trafiają w próżnię, kapłani odeszli, zostawiając otwarte wrota. Potomkowie zdradzili ojca. Oszukali zakon i wzgardzili pomocą Przedwiecznego. Klątwa nie zgaśnie pod przykryciem oszklonym gablot. Alarmy i lasery nie zapobieżą temu, co i tak ma się stać. Smród mułu i zgniłych ryb mdlił go i rwał bezlitośnie obolałe trzewia. Miał przebłysk wizji, która zdawała mu się najczystszą jawą. Próbował przypomnieć sobie, czy to co teraz widzi, było kiedykolwiek przedmiotem rozmowy między nim a którymkolwiek pracownikiem muzeum, lub czy padło kiedykolwiek w prezentacji przed zwiedzającymi tą salę. Chciałby zaklinać rzeczywistość na wszelkie świętości ale wiedział dobrze, że o tym nie wiedział już nikt spośród żyjących. Pokład lekko chybotał się na fali przyboju. Żagle na przednim maszcie właśnie trymowano od linii wiatru by można było bezpiecznie je zwinąć. Nadbudówka tonęła w mroku tak samo jak dziób okrętu. Ciemność wszędzie wokół. Tylko kilku brudnych, pokracznych i przysadzistych marynarzy uwijało się przy pracy wachtowej. O dziwo byli cisi jak cysterscy zakonnicy a nie wilki morskie. A pracowali przy linach w pocie czoła i strzelających z przemęczenia kościach. Poleceń i rozkazów nie było. Nie pilnował ich ani bosman ani żaden oficer. Wachta była psia bo noc mimo dokowania w tropikach była o tej porze najchłodniejszym momentem doby. Z oddali na rufie, najpewniej w okolicach steru, napłynęły odgłosy czterech szklanek. Cała fregata zadrżała jak gdyby przebijali się przez szelf lodowy. Dębowe burty dudniły jak werble. Uchwycił się prędko głównej reji pod marslem. gotów ku temu by ujrzeć jak jednostka pęka na dwoje od tych wstrząsów. Obrócił się znów w stronę ledwie zarysowanej nadbudówki. Zdarty lakier pokładu, maskował kroki. Ciężkie i stawiane powoli. Jakby ktoś skradał się choć nieumiejętnie bo zdradzał go rodzaj głośnego obuwia oficerskiego. A na dodatek prawdziwie marynarski zapach. Solonego śledzia, rumu i mokrego, fatalnej jakości tytoniu, jaki mógł znaleźć się jedynie w fajce pirackiej lub mało szanowanego kapitana. Kapitan Quarry we własnej osobie zszedł z górnego pokładu na główny i kompletnie ignorując podwładnych, którzy o zgrozo, nie pozostali dłużni i zignorowali kapitana, oparł się o wytarty już solidnie wiatrem i solą reling na sterburcie śródokręcia. Nie tylko krok jego był pijany. Oczy również. Opuchnięte o szerokich źrenicach. Przymykały się na więcej niż zwykłą chwilę. Błądziły po nocnym morzu, za trawersem okrętu. Za jakim lichem wyglądał chyba i on sam do końca nie wiedział a może właśnie wiedział aż za dobrze. Licho w osobie trzech bardzo osobliwych istot wychynęło na powierzchnię wprost z głębiny. Nie sposób wręcz opisać ich aparycji w sposób nie kłócący się z ziemskim postrzeganiem żywych organizmów. Nie były to ani demony morskie, ani syreny ani nawet trytony. Zbyt odszczepieni ewolucyjnie by można określić ich ludźmi a z drugiej strony zbyt do nas podobni by określić ich mianem rybich istot. Nie mieli łusek acz mieli ogon i płetwy. oraz skrzela i miękką, galaretowatą masę błony między krótkimi palcami. Wyłupiaste ślepia którymi wywracali nawet i wgłąb czaszek. Otwory gębowe przypominały te pijawek. Bezzębne, otoczone czymś na kształt meduzowych parzydełek. Tlen z powietrza przechodził przez nie świszczącym wdechem a wydech powodował nagłe zwężenie otworów, Tak mocne, że przypominali morskie komary chcące wysysać krew również pod wodą z niewinnych ofiar. Lecz to był dopiero przedsionek dziwów i niedorzeczności. Każdy z nich był ubrany w liturgiczne długie szaty. Ci dwaj po bokach w togi koloru głębokiego fioletu, znacznie dłuższe niż ich ciała. Na wręcz idealnie owalnych czaszkach, trzymały się kaptury bardzo podobne do tych średniowiecznych nasuwanych pod hełm. Te jednak zamiast szlacheckich herbów, przedstawiały jakieś skomplikowane i chaotyczne wzory i rysunki. Szczególnie jeden powtarzał się nad wyraz często. Był to rysunek postaci o postawie humanoidalnej, jednak ciele i ogonie krokodyla a łbie smoka. Nad jego postacią widniała niewielka błękitno biała planeta a spoczywała ona w matni tysiąca macek ośmiornicznego potwora z milionem ślepi i szarawymi skrzydłami. Ten w środku ubrany był jeszcze bardziej bogato i dostojnie. Zamiast kaptura, przywdział wąską acz niesamowicie wysoką tiarę rozmiaru kilkuletniego, ludzkiego dziecka. Była ozłocona i obsypana klejnotami na całej długości. A w centralnej części umiejscowiono kamień o idealnie gładkim szlifie. Czarny diament lub inny kamień, który mógł pochodzić równie dobrze z innej planety. Na zaróżowioną togę, założył gruby łańcuch lub kolię o splotach tak fantazyjnych, że nie mogło być tutaj mowy o wpływie ziemskiej geometrii. W błoniastej, ułomnej dłoni ściskał coś podobnego do biskupiej laski. Nie drewnianej lecz kamiennej. Zdobił ją wizerunek tego hybrydowego bóstwa o głowie smoka. Identyczny zdobił przód okrętu Quarrego. Był to jego przyjacielski diabeł. Przedwieczny Dagon. A oni byli kapłanami zakonu jego imienia. A Quarry ich marnym sługą. Wpełźli po ledwie zanurzonej na płyciźnie burcie statku i stanęli choć z dużymi problemami z utrzymaniem równowagi przed kapitanem. Ten uśmiechnął się blado i czekał z rękoma założonymi na piersi. Aż wreszcie odezwał się do nich Jak długo zakon będzie o nas pamiętał? Co będzie ze skarbem choćby i po setkach lat nawet? Odpowiedział mu najwyższy kapłan zakonu, gulgoczącym, ropuchowatym skrzekiem. Aż nie wypełni się wola zakonu i ostatni z Twoich potomków nie zejdzie pod wodę ku miastom Przedwiecznych by ujrzeć chwałę pałaców R'lyeh i by oddać pokłon Dagonowi i Cthulhu. Tak długo będzie istniał skarb za Twoje oddanie kapitanie. Każdy z Twoich potomków będzie strzegł go niczym własnego życia. A gdy przyjdzie ten dzień i usłyszą oni we śnie szum fal. Zobaczą R'lyeh powstającą z martwego dna ku powierzchni. Odkryją otwartą czeluść pustego grobu, spotkają twarzą w twarz śniącego Cthulhu. Przebudzonego. Ku chwale zagłady. Ku nowej rachubie eonów. Objawi im prawdę i zwoła swą trzodę ku głębinom. Wtedy już skarb będzie bezużyteczny bo największym skarbem będzie chwała Cthulhu…. Skierował światło latarki w głąb sali. Akurat na centralnie ustawioną gablotę z osobliwą i najcenniejszą tiarą w całej kolekcji. Światło jakby paliło ją. Bo miał nieodparte wrażenie w tej jednej chwili, że cień tiary, który powstał na przeciwległej ścianie, kurczy się wręcz w konwulsjach aż wreszcie przybrał postać humanoidalnej hybrydy. Wrzask tej istoty, wzbudził kolejny alarm… to było ostatnie ostrzeżenie. 3
Robert Witold Gorzkowski Opublikowano wczoraj o 16:43 Zgłoś Opublikowano wczoraj o 16:43 @Simon Tracy ależ masz bujną wyobraźnię! i niestety nie da się wiersza przeczytać jednym tchem.
Berenika97 Opublikowano 1 godzinę temu Zgłoś Opublikowano 1 godzinę temu @Simon Tracy Świetne jest przejście między jawą a snem, między muzealną salą a pokładem fregaty. Klimat gęstnieje z każdą strofą, ta klątwa potomków brzmi jakbyś dopisał brakujący rozdział do Mitów. Szczególnie te kapłańskie postaci - ich opis fizyczny przechodzi wszelkie granice obrzydzenia w najlepszym sensie tego słowa a finał z cieniem tiary na ścianie – mistrzowski.
Simon Tracy Opublikowano 35 minut temu Autor Zgłoś Opublikowano 35 minut temu @Berenika97 Bardzo dziękuję za komentarz i zapraszam na świeżo wrzuconą część trzecią. :)
Rekomendowane odpowiedzi
Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto
Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.
Zarejestruj nowe konto
Załóż nowe konto. To bardzo proste!
Zarejestruj sięZaloguj się
Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.
Zaloguj się