asher Opublikowano 30 Maja 2005 Autor Zgłoś Opublikowano 30 Maja 2005 * Chciałem na początek coś o sobie. Wziąłem długopis – taki ładny, z napisem „Poland” oraz orzełkiem na skuwce – i zatrzymałem się wpół zdania. Uczciwie przyznam, że już nie wiem kim jestem. Wiem za to doskonale, kim byłem, bo tak się składa, że gdzieś po drodze umarłem i teraz rodzę się na nowo. Byłem nadużywającym piwa lekkoduchem, który żył tylko po to, by spisywać swoje – jak mu się wydawało – piekne myśli. Byłem szefem, maleńkiej, przytulnej firmy, w której zebrałem grupkę dobrze rozumiejących się i współpracujących ludzi. Byłem wreszcie człowiekiem permanentnie zaręczonym. Zaręczyłem się na ostatnim roku studiów, kiedy oboje się obroniliśmy. Permanentnie, czyli dozgonnie. Nie było szans na dom, poczucie bezpieczeństwa, a co za tym idzie- na dziecko, moje wymarzone małe cacko, małe człowieczeństwo, które mógłbym hodować na naszych pięknych, nieistniejących włościach. Pojawił się za to kot, stworzenie idealnie zaspokajające naszą potrzebę opiekuńczości i miłości do istoty słabszej. I czas sobie płynął. Płynąłby z pewnością łagodnie dalej, gdybym pewnego dnia nie zbankrutował. Koniunktura na rynku reklamowym załamała się gwałtownie, ciągnąc na dno małe firemki, jak moja. Rekiny miały dużych graczy, średnie stany zgranęły resztę, a mnie już nie były w stanie utrzymać sporadycznie wpadające do sieci płoteczki. Prawie wszyscy płakalismy, wynosząc meble, demontując elektronikę, zamiatając. Tamtego dnia upadł mój sytem wartości. Przestałem cokolwiek czuć i rozumieć, ułamał się ster moje łódki, sprawiając, że zacząłem dryfować. Gdybym był sam na świecie, pewnie osiadłbym któregoś dnia na jakiejś mieliźnie, ale moja Aneta zaczęła ustawiać żagle. (kochanie, jeśli kiedykolwiek to przeczytasz, wiedz, że postąpiłaś słusznie i choć się buntowałem ze wszystkich sił, Ty i tylko Ty miałaś rację). Aneta, widząc mój stan, powiedziała: jedziesz do Anglii, byłeś w Norwegii, poradziłeś sobie, teraz też dasz rade. Spojrzałem na nią przerażony. A co z moim pięknym, złudnym światem, z moimi orgiami literek, spokojem ducha i przekonaniem, że jakoś będzie? Na nic zdała się moja histeria, awantury, wytworne sprzeczki argumentów i knajpiane bluzgi. Klamka zapadła i urwała się. Kupiłem bilet, wsiadłem w samolot i oto jestem. Skoro zabrakło mi nowych pomysłów na życie, a poprzednie jakoś nie wypaliły, trzeba było spróbować wersji Anety. Bezwolny jak ciele, ociężały od nadmiaru bagażu, z wielką kluchą strachu w przełyku wysiadłem na Gatwick i ekspresem pognałem na Victorię. Tak, na tę samą Victorię, na której rok temu nastąpił exodus ludów z Europy Środkowej i Wschodniej. Wszystkie zakazane gęby, zawracane dotychczas z granicy, zaczęły dwornie paradować przed urzędnikami imigracyjnymi, a ci z uśmiechem pokazywali: tędy do raju. No i cała ta hałastra zwaliła się na Victoria Station, by z przerażeniem stwierdzić, że nigdzie nie ma wywieszki: PRACA. Walizy, plecaki, karimaty i śpiwory zaścieliły ten piękny dworzec, budząc skrajne uczucia okolicznych mieszkańców i bezradności konstabli. Spali tam tygodniami. Ani słowa po angielsku, żadnego namiaru ani kontaktu. Na co oni liczyli? Co za desperacja nakazała im porzucić pracę, dom, rodzinę i jechać w nieznane, tylko dlatego, że prasa rozpisywała się, ile to na wyspach trzeba rąk do pracy? Muszę przyznać, że nie mam pojęcia. Dziś nie ma po nich ani śladu. Kłębią się tłumy, lecz nikt nie siedzi na ziemi i nie patrzy błagalnie w kierunku każdego zbliżającego się przechodnia. Część jakoś znalazła robotę, reszta wróciła do wsi i miasteczek, by docenic to, co ma. Ja mogłem przynajmniej liczyć na tyle, że kumpel zgodził się przechować mnie na kilka dni, dopóki nie znajdę taniego flata i roboty. Z Victorii miałem dwa kroki do knajpy Hogs Head, gdzie pracował Jarek. Jako szef obsługi nie miał dla mnie czasu. Zostawiłem bety w jakiejś kanciapie, wyjąłem plik cv oraz innych to-whom-to-may-concernów i ruszyłem w miasto. Krążą już legendy o Polaczkach spacerujących od pubu do pubu, żegnanych życzliwym uśmiechem albo kartką: We have no job for You. Ale chwilowo nie mam lepszego pomysłu. Więc idę. Wyobrażam sobie, że wędruję po górach. Każdy pub to jakby ostatni pagórek, za którym kryje się szczyt. Wspinam się na niego i dopiero wtedy wychodzi na jaw, że droga jeszcze daleka. W butach miazga, zastanawiam się, czy mam jeszcze stopy. Po jajkach sunie kropla za kroplą, podobnie na plecach. Mógłbym przysiąść, ale boję się, że potem nie wstanę. Nie mam plecaka, nie idę pod górę, a jednak grawitacja bardzo mi dokucza. Mam w nogach to, czego nie mam w głowie albo nie mam w głowie tego, co mam w nogach. Sam nie wiem. Idę, bo ruch to życie, to nadzieja, to zmierzanie dokądś i rozkosz zgadywania, co znajduje się za zakrętem. Nie znam Londynu i on nie zna mnie. Obaj tego nie potrzebujemy. Jestem dla niego za mały, on dla mnie zbyt ogromny. On tu jest od zawsze, ja od kilku godzin. Nie ma mowy, bym nagiął go do siebie – musi być tak, jak on zechce. Zatem, Mistrzu, daj mi lekcję życia. Kopnij mnie w dupę albo przytul do serca. Idę. Wszystko wokół mnie drga i pulsuje. Ma swój skomplikowany rytm wyrażony wielokrotnie złożoną strukturą kroków, gestów, słów i dźwieków. Tylko ja w tym całym zamieszaniu nie wiem dokąd zmierzam.
aksja Opublikowano 30 Maja 2005 Zgłoś Opublikowano 30 Maja 2005 witaj asher to brzmi jak samotność w strasznie wielkim mieście! czasem tak bywa, że marzenia sięgają bruku.... świetnie oddałes klimat jak u Snienkiewicza -za chlebem - we współczesnym wydaniu. pozdrawiam
Leszek_Dentman Opublikowano 30 Maja 2005 Zgłoś Opublikowano 30 Maja 2005 Cholera, Jacku! Czuję się, jakbym podsłuchiwał czyjąś spowiedź. Jest mi głupio- mam wszystko, lub prawie wszystko, czego tobie brak. Nie potrafię ustosunkować się do twego wyznania, powiem więc tylko: Życie pisze najlepsze scenariusze.
asher Opublikowano 30 Maja 2005 Autor Zgłoś Opublikowano 30 Maja 2005 czyli dalem ciala... to ma byc dramat, ktory niepostrzezenie zmienia sie w przygode zycia z happy endem. jaja dopiero sie zaczna. mam duzo pomyslow na jaja z inglisza. sie obaczy. nie odbierajcie tego az tak powaznie. za 4 dni robota u hindusow - bedzie troche smieszniej :)
Jay Jay Kapuściński Opublikowano 30 Maja 2005 Zgłoś Opublikowano 30 Maja 2005 no tak, u Hindusów będzie na pewno ciekawiej :), więc czekam. w wakacje wybieram się do Birmingham, Twoje teksty nie napawają optymizmem, przynajmniej na razie ;)
asher Opublikowano 30 Maja 2005 Autor Zgłoś Opublikowano 30 Maja 2005 birming to jak manchester - przemyslowe miasto, nie??? nie jest zle, wczoraj bylem pierwszy raz w parku, w nastepny weekend fikne do stratforu willa pozdrowic albo do oxfordu - sie obaczy. napisalbym wiecej, ale chcialem se wciepnac XP-ka i procek zgupial byl... cza cierpliwosciu duzo...
asher Opublikowano 30 Maja 2005 Autor Zgłoś Opublikowano 30 Maja 2005 to naprawde nic osobistego, juz wdrazam konfabulacje, wymyslam postaci i miejsca i oddalam temat od siebie. nie bedzie jeczenia :)))
Leszek_Dentman Opublikowano 30 Maja 2005 Zgłoś Opublikowano 30 Maja 2005 Zacząłeś się jąkać Jacku. Przechodzisz na inglisza?
asher Opublikowano 30 Maja 2005 Autor Zgłoś Opublikowano 30 Maja 2005 laptopik to delikatna bestia - zbyt mocno nacisnalem :)))
Leszek_Dentman Opublikowano 30 Maja 2005 Zgłoś Opublikowano 30 Maja 2005 To ty z delikatnymi bestyjkami delikatnie postępuj. Docisnąć to możesz jakąś grubą Bertę.
Roman Bezet Opublikowano 30 Maja 2005 Zgłoś Opublikowano 30 Maja 2005 Panie, Panowie, dość tych łezek! - dyć to fikcja literacka i to czysta, jak te kropelki potu spływające "z jaj" :) Jacku, Ania nie mówi z takimi błędami! Poprawisz? teraz też dasz rady - radę Ogólnie, jak dla mnie, za dużo tu jeszcze 'kaczej dupy', trochę niby socjo-filozofujesz, ale 'mięska' na razie brak, tuszę, że walniesz zaraz? Koncepcja typologiczna bohatera nawet mi się podoba - uważaj tylko, żebyś nie zestereotypił go (zapomnij Mrożka i Głowackiego). Musi być Twój, jeśli ma unieść tę bajeczkę. No i bądź dzielny, bo (mam nadzieję ;) największe kopy jeszcze przed Tobą ;) pzdr. b PS. Mam już pocieszać Anię? :P
asher Opublikowano 30 Maja 2005 Autor Zgłoś Opublikowano 30 Maja 2005 dyc dzieki unizone. glowy i mrozka nie pamietom. a Ania tu bedzie za jakies dwa tygodnie... no dobra, przyznaje sie, mam tu jak u babci pod spodnica. tv mam wiekszy dwa razy niz ten z kraka, laptopik cacy miodek z netem, wczoraj omal nie kupilem astry z 1997 za 200 funtow, ale w ostatniej chwili sie okazalo, ze OC jest 6 razy drozsze. po prostu moj bohater sumuje kilka postaci, ot co... a miemska ciagle szukam.
aksja Opublikowano 30 Maja 2005 Zgłoś Opublikowano 30 Maja 2005 hehehe- gratuluję ! każdemu sie czasami zdarza że nie wstrzeli się tak jaby chciał w temat cytuję - czyli dalem ciala... to ma byc dramat, ktory niepostrzezenie zmienia sie w przygode zycia z happy endem.
Barbara_Pięta Opublikowano 31 Maja 2005 Zgłoś Opublikowano 31 Maja 2005 Pięknie, jestem pod wrażeniem. Zupełnie coś innego. Będą jaja?? Kurczę, już się nie mogę doczekać :-)))), pa
piotr_boruta Opublikowano 31 Maja 2005 Zgłoś Opublikowano 31 Maja 2005 schodzisz na blogsy asher :)) jezyk jak zawsze cool. ale dokąd to zmierza?
asher Opublikowano 31 Maja 2005 Autor Zgłoś Opublikowano 31 Maja 2005 Nie wiem dokad zmierza. wyjdzie w praniu...
jacek 22 Opublikowano 31 Maja 2005 Zgłoś Opublikowano 31 Maja 2005 dobry tekst i moim zdaniem źle byś zrobił wychodząc z Monologu bo to są Twoje klimaty pisarskie - takie jest moje skromne zdanie; pozdrowienia - jacek
j.renata Opublikowano 1 Czerwca 2005 Zgłoś Opublikowano 1 Czerwca 2005 hmm brakuje mi Asherowskiego kopa może te różowe okularki tak zmieniły perspektywę takie słodziutkie i ciepłe klimaty, troszkę jak kluseczki, ale całkiem całkiem i apetyt jest pozdrawiam gorąco
asher Opublikowano 1 Czerwca 2005 Autor Zgłoś Opublikowano 1 Czerwca 2005 Kop przyjdzie. Spokojnie. Jakos cza bylo sie wprowadzic w klimat :)
Rekomendowane odpowiedzi
Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto
Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.
Zarejestruj nowe konto
Załóż nowe konto. To bardzo proste!
Zarejestruj sięZaloguj się
Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.
Zaloguj się